Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Blog > Komentarze do wpisu

Słowo o Robercie Matei

 
Odbył się kolejny konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem. Nie będę tu teraz analizował, na ile ósme miejsce Adama Małysza stanowi zwiastun rozwiązania Wielkiego Narodowego Problemu (choć mam pewne przemyślenia), natomiast skupię się na czymś innym. Podobno w konkursie tym pobito rekord ilości Polaków kwalifikujących się do drugiej serii i zdobywających punkty Pucharu Świata (siedmioro). Jest to jakiś powód do radości pewnie, ważniejsze jest dla mnie jednak, że z tej siódemki żaden nie poprawił swojego wyniku w drugim skoku, pomimo wydłużenia rozbiegu o dwie belki - najbliżej był Marcin Bachleda, który dokładnie powtórzył swój (nienajlepszy) wynik, czyli i tak faktycznie skoczył słabiej. Zastanawiam się, na ile rzecz cała świadczy o jakiejś skazie na psychice polskich skoczków. I tą drogą dochodzimy do bohatera tytułowego:) Nie sposób było sobie bowiem przy tych wynikach nie przypomnieć o konkursie PŚ rozgrywanym na Wielkiej Krokwi 17 stycznia 1999 roku. Robert Mateja oddawał w tym konkursie skok jako ostatni. Tak, to nie pomyłka - był liderem po pierwszej serii (choć uczciwie przyznajmy, że było to w głownej mierze zasługą dość anormalnych warunków w tej serii, będących - o czym zwykle wolimy nie pamiętać - częstym towarzyszem zawodów w Zakopanem). I oddał najsłabszy skok w drugiej serii, spadając na bodaj szesnaste miejsce. Przypuszczam, że ten konkurs był dla Roberta Matei jednym z najbardziej wstydliwych momentów w karierze (drugim będzie zapewne drużynowy konkurs na MŚ w Sapporo w 2007, gdzie choćby tylko przyzwoite skoki Matei dałyby Polakom medal).
 
W tzw. powszechnej opinii Robert Mateja jest synonimem nieudacznika polskich skoków i dyżurnym obiektem kpin zczubaków i innych "znawców" skoków. Nie sposób zaprzeczyć, że Mateja wiele zrobił, by na taką opinię zapracować. Ale mam wrażenie, że wszyscy patrzą na niego przede wszystkim w porównaniu z Wielkim Adamem Małyszem, nie wnikając w szczegóły kariery Matei. A przecież był czas, kiedy to Mateja był czołowym polskim skoczkiem, i to bez mówienia z przekąsem. Przyjrzyjmy się więc osiągnięciom Roberta Matei w jego lepszym okresie, czyli w latach 1996-2001:
-na MŚ 1997 w Trondheim zajmuje 5. miejsce na średniej skoczni (co było najlepszym polskim wynikiem na MŚ od ćwierćwiecza) i 16. na dużej, w obu konkursach wyraźnie wygrywając z Małyszem; na MŚ w Ramsau dwukrotnie w trzeciej dziesiątce, za każdym razem wyżej od Małysza,
- na IO'1998 w Hakubie zajmuje miejsca 20. i 21., średnio o 31 miejsc wyżej od Małysza,
- 10 razy zajmuje miejsca w czołowej 10-tce konkursów PŚ (najwyżej na 5.) i zajmuje w klasyfikacji generalnej miejsca od 30 do 50 (w dwóch sezonach wyraźnie wygrywając z Małyszem),
- w 2001 roku w Harrachovie jako pierwszy Polak (wyprzedzając Małysza!) pokonuje barierę 200 metrów,
- na drużynowych zawodach PŚ w Ramsau jest członkiem zespołu zajmującego historyczne trzecie miejsce (przynajmniej ja nie znam drugiego takiego przypadku w polskich skokach), obok Małysza, rzecz jasna:).
Później już - mam wrażenie - Mateja nie wytrzymał psychicznie bycia w cieniu Giganta z Wisły i do tych wyników się właściwie nie zbliżył (chociaż w sezonie 2004/2005 zajął nawet 17 miejsce w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni, oddając sześć dobrych skoków i jeden słabszy:)) . A szkoda.
 
Dzisiaj - myślę - jest już dobry czas, żeby mu podziękować za te momenty kariery, kiedy mogliśmy być z niego dumni. Podśmiechiwanki niech zostaną dla "ekspertów", którzy skokami zaczęli się interesować po eksplozji Adama w 2001 roku. Dziękuję, Robercie. Mam nadzieję, że swoje doświadczenia przekażesz dzisiaj młodziakom - przynajmniej przez to, żeby wiedzieli, jak uniknąć Twoich błędów.
piątek, 16 stycznia 2009, bartoszcze

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/01/16 21:12:20
Znacznie łatwiej wyśmiewac porażki niż zauważać przywoite wyniki, u nas liczy się tylko albo medal albo nic, no chyba, ze ktoś jest legenda, jak Małysz.
-
2009/01/19 23:02:53
Mnie najbardziej zadziwia, że tym obiektem kpin stał się właśnie Mateja. Nie jakiś Skupień, nie jakiś Pochwała, nie inny Śliż czy Hula, a właśnie Mateja, który przez ileś tam lat był drugim najlepszym polskim skoczkiem. I cały czas różne talenty nawet nie potrafią się zbliżyć do jego osiągnięć. Czy ktoś bronił innym polskim skoczkom go wyprzedzić?

I fajnie, że to właśnie ten "nieudacznik" Mateja pozostanie w kronikach jako pierwszy w historii polski skoczek dwustumetrowy.