Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Blog > Komentarze do wpisu

Sportowcy a religia

Do napisania tej notki zainspirował mnie swoim tekstem Paweł Czado, tyle że on skupił się na problemie bardziej od strony klubów, a ja postanowiłem spojrzeć z punktu widzenia zawodnika, któremu zawody wypadają w święto (religijne).

Przykładem, który natychmiast przychodzi do głowy, jest wielki Eric Liddell, mistrz olimpijski na 400 metrów z Paryża (1924), do dziś jeden z najpopularniejszych sportowców Szkocji. Jego koronnym dystansem była "setka", ale nie wystartował w eliminacjach, ponieważ były rozgrywane w niedzielę (podobnie jak nie wystąpił w sztafetach, które swoje finały też miały w niedzielę). W rezultacie zdobył dwa medale olimpijskie, zamiast być może i pięciu. Każdy kibic i miłośnik filmu powinien znać jego historię z "Rydwanów ognia" Hugh Hudsona (chociaż sprawę niedzielnych eliminacji nieco tam - ze względów dramaturgicznych - naciągnięto, każąc Liddellowi dowiedzieć się o dacie tych eliminacji niemal w ostatniej chwili, podczas gdy w rzeczywistości wiedział o tym od kilku miesięcy i już wcześniej przygotowywał się do startu na 400m zamiast na 100m).

Liddell jest jednak postacią tak wielką, że prawie nierzeczywistą (czytaj wyjątkiem). Zastanawiałem się więc nad sportowcami o bardziej prozaicznym życiorysie, dla których jednakowoż religia i jej wymagania byłyby ważniejsze od udziału w zawodach (a zarazem sportowcami na tyle może znaczącymi, aby świat usłyszał o nich i ich dylematach). I wiele takich przykładów mi się nie nasuwa:) Najpóźniejszy, jaki mi przyszedł w tym krótkim czasie do głowy (i bez szczególnej kwerendy) jest Milton Queiroz da Paixao, bardziej chyba znany jako Tita - reprezentant Brazylii, nawet uczestnik włoskiego Mondiale, z Bayerem Leverkusen (i Andrzejem Buncolem:)) zdobywca Pucharu UEFA. Jeśli wierzyć "Piłce Nożnej" i mojej pamięci, również stanowczo odmawiał pracy w niedzielę (nie wiem jednak, czy kiedyś musiał przez to zrezygnować z gry, ale też w latach 80-tych chyba w niedzielę mecze grano rzadziej).

Zastanawiam się więc, czy po prostu rzeczywiście mniejsze znaczenie ma dziś wiara dla sportowców, czy też ci, którzy do wymagań religii przykładają większe znaczenie, nie odpadają na jakimś etapie selekcji jako problematyczni (zwłaszcza jak nie są tak wybitni, żeby im "pozwalać na kaprysy"). A poza tym nie każde wyznanie jednakowo traktuje udział w zawodach sportowych, jedni to uznają za pracę, inni za pracę potrzebną, lecz niekoniecznie oznaczającą poszanowanie niektórych szczególnych dni. Swoją drogą przypomina mi się, jak oglądałem włoskie Mondiale w telewizji libijskiej i niemal modliliśmy się (nomen omen), żeby pora modłów wieczornych (w której bez względu na wszystko przerywano transmisję i nadawano wołanie muezzina) przypadała w trakcie przerwy w meczu, lub przynajmniej wtedy, kiedy nic się w meczu nic się akurat nie działo:)

niedziela, 12 kwietnia 2009, bartoszcze

Polecane wpisy

  • Przegląd wiosenny

    Tak się nam wiosna rozwija w najlepsze, że pora na wiosenne porządki. I tak jak sobie tu listek czy kwiatek wyrośnie (lub pyłek chyba też...), tak i notki sobie

  • Pisze się...

    ...raz częściej, raz rzadziej. Tu na przykład cały tydzień nie pisałem (w dni robocze), dopiero w weekend, za to na blogu sportowym napisałem już dwa razy z oka

  • Z okazji...

    Admini Bloksa mieli poczucie humoru (lub lekką desperację), bo blog sportowy znalazł się wśród polecanych na głównej stronie Bloksa. A skoro takie wyróżnienie m

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/04/13 20:48:26
Fajna notka. Wydaje mi się, że wiara sportowców ma mniejsze znaczenie, zwłaszcza teraz kiedy to jest ich normalny zawód, taki jak lekarz albo policjant. Oni też przecież pracują w Wielki Piątek jak im dyżur wypadnie...
Nigdy nie słyszałem o odmowie z powodów religijnych występu w meczu na Śląsku.
pozdro