Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Blog > Komentarze do wpisu

Za dobre opony

Jedną z największych niespodzianek tego sezonu jest jak na razie wytrzymałość opon. Okazuje się, że na suchej, gorącej nawierzchni, dociążone paliwem bolidy potrafią przejechać nawet i 75% dystansu na jednym komplecie opon.  W rezultacie przy takich warunkach atmosferycznych, wyścig wygląda następująco: wszyscy ruszają na miękkich oponach (wymóg zmiany mieszanki + startowania na oponach, na których uzyskano najlepszy czas, zwykle miękkich), po czym kiedy zaczynają się zużywać, niemal jednocześnie wymieniają gumy na twardsze i ciągną na tym do mety. Tak było - ku wielkiemu zdziwieniu - w Bahrajnie, tak było i w Barcelonie (przyzwyczajenie do innych strategii znowu spowodowało zdziwienie, że kierowcy się do boksów nie spieszą). Przyznam, że i ja - obserwując jak Jenson Button odpuszcza pogoń z Michaelem Schumacherem - sądziłem, że będzie próbował połknąć go przy zmianie opon, lub na świeżych gumach. Cóż, prawidłowa odpowiedź brzmiała: Button zrozumiał, że jeśli będzie dalej naciskał, to zbyt mocno zniszczy opony, by móc dojechać na nich do końca - a ewentualna zmiana opon na świeże będzie oznaczała stratę większą, niż będzie w stanie nadrobić dzięki lepszemu prowadzeniu się bolidu (jako jedyny z czołówki drugi raz opony zmienił Vettel, i - jeszcze przed awarią hamulców - nie wydawało się, aby miał szansę odrobić stratę pozycji do Alonso; może gdyby zrobił to wcześniej?).

I tu, jak się zdaje, tkwi sekret "pochodu ciężarnych słonic". Nie w samym ciężarze (bo ten przy wilgotnej nawierzchni nie przeszkadza), ale w porównaniu zysków i na strat na zmianie opon. Jeżeli bowiem kierowcy zamierzają przejechać większość dystansu na jednym komplecie, to muszą bardziej o nie dbać - a to zmusza do ograniczenia efektownych manewrów. Pilnowanie własnej pozycji i liczenie na ewentualny defekt lub gruby błąd rywala, staje się imperatywem, aktywność się po prostu nie opłaca, bo można skończyć jak Hamilton.

Czy jest na to rada? Na wymuszanie deszczu trudno liczyć, więc zostaje chyba tylko jedna, kontrowersyjna opcja: wymuszenie dwukrotnej (co najmniej) zmiany opon w trakcie wyścigu. W moim odczuciu, wtedy kunktatorstwo przestanie się po prostu opłacać. Oczywiście, na swój sposób pokrzywdzeni będą zawodnicy, którzy dobrze dbają o opony, ale też czy naprawdę F1 to konkurs pielęgnacji ogumienia, czy może jednak wyścigi?

poniedziałek, 10 maja 2010, bartoszcze

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/05/10 16:07:05
I co, będzie ciekawiej? Nie sądzę. Gdyby nie warunki atmosferyczne nie byłoby ani jednego argumentu za tym, że F1 jest w tym sezonie o jotę ciekawsza.
Czy Kubica wykonał w tym sezonie chociaż jeden manewr wyprzedzania? Pytam poważnie, bo coś mi się zdaje, że wszystkie awanse na torze zawdzięcza pitstopom.
GP Barcelony wyłączyłem po 20 minutach, nudy na pudy.
Polecam Moto GP, sto razy więcej emocji, na równie wyżyłowanym poziomie.
-
2010/05/10 19:36:10
Nie no, pewności oczywiście nie ma, ale:
- Kubica podczas swojego (jedynego) stopu nie zmienił lekko uszkodzonego skrzydła, bo się spieszył, a wiedział, że drugiej już okazji nie będzie,
- Button jednak nie bez powodu odpuścił MSC, mając lepsze tempo,
- kierowca, który wie, że jeszcze go czeka jedna zmiana opon, nie boi się przez 3/4 dystansu, czy na pewno dojedzie do mety, jak trochę przyciśnie.
A wyścigów motocyklowych szczerze mówiąc nie lubię, nudzą mnie:) Nie czuję ich.
-
2010/05/10 20:58:10
No dobra, może Hamilton i Vettel dostarczyliby troszkę więcej zabawy, gdyby nie bali się o opony. Jednakowoż F1 dalej byłaby po prostu nudna. Pamiętasz pojedynki Prosta z Senną, kiedy na dwóch ostatnich kółkach prowadzący zmieniał się kilkakrotnie?
W Moto GP wciąż zdarzają się takie wyścigi. Też tego kiedyś nie czułem, nikt mnie nie namawiał, po prostu którejś niedzieli obejrzałem z nudów pasjonujący wyścig i tak mi zostało, zwłaszcza ze transmisje zawsze dawali w porze, kiedy raczej byłem w domu. Do tego motocykl klasy Moto GP jest niewiele tańszy od bolidu F1, więc ma się uczucie obcowania z czymś absolutnie najszybszym, najwyższej klasy.
A F1 zacznę się znów jarać, kiedy uwolnią trochę wyścig zbrojeń i zrezygnują z części reguł przyjętych dla poprawy bezpieczeństwa.