Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Blog > Komentarze do wpisu

Kto jest pracodawcą

Od jakiegoś czasu widzę takie głosy - dyskusją trudno to nazwać, bo są jednostronne - że tak właściwie to pojęcie „pracodawca” jest stosowane błędnie i powinno de facto oznaczać pracownika.    U podstaw tych głosów leży z natury lewicowe przekonanie, że skoro to pracownik wykonuje pracę, to właśnie on powinien być uznawany za tego, co daje, a nie na odwrót; jest to poniekąd zgodne z tzw. koncepcją świadczenia charakterystycznego (sformułowaną na potrzeby prawa prywatnego międzynarodowego). Z językowego punktu widzenia problem polega natomiast na tym że polszczyzna używa tego samego słowa na określenie kilku różnych pojęć - „praca” oznacza wszak równie dobrze zadanie do wykonania („mam dużo pracy”), jak i czynności składające się na wykonywanie tych zadań („pracuję”, „przeszkadzasz mi w pracy”) czy też wreszcie sam kontrakt przewidujący wykonywanie zadań na czyjąś rzecz w zamian za wynagrodzenie („mam pracę!”), że już pominiemy zupełnie terminologię czysto fizyczną. 

Postanowiłem się przyjrzeć temu pojęciu - a właściwie parze pojęć pracodawca-pracownik - od strony terminologii prawniczej. Nie ma ona swojego dokładnego odpowiednika w innych konstrukcjach, jeżeli patrzeć na samo brzmienie końcówek, to najbliższą parą są zastawca i zastawnik. Zastawca to jednak ten, który świadczenie charakterystyczne daje (oddaje swoją rzecz w zastaw), czasem nawet może otrzymać za to wynagrodzenie (ale niekoniecznie od zastawnika akurat), a zastawnik je przyjmuje (bierze rzecz w zastaw). Podobnie jest w przypadku zapomnianego już „wymownika” - otrzymywał on „wymowę”, czyli prawo mieszkania i utrzymania (czy występowało też słowo „wymowca”, dalibóg, nie wiem). Samo podobieństwo końcówki „-awca” to jednak trochę mało, gdyż nie pochodzi ona bezpośrednio od słowa „dawać” (choć oczywiście sugeruje wykonywanie czynności, jak w słowie „sprzedawca”).

Zwolennicy nazywania wykonującego pracę „pracodawcą”, odwołują się raczej do analogii z „usługodawcą” czy „świadczeniodawcą”, którym towarzyszą w odpowiednich parach „usługobiorcy” i „świadczeniobiorcy”. Są to jednak słowa obce są jednak tradycyjnemu słownictwu prawnemu (a nawet i prawniczemu), należą raczej do języka mediów i polityki (w terminologii prawnej najmocniejsze byłoby podobieństwo do „wykonawcy”). W języku prawniczym (i potocznym) występuje za to bliższe kodeksowemu pojęciu pracodawcy słowo „zleceniodawca” z dopełniającym parę „zleceniobiorcą” (w języku prawnym już nie, gdyż kodeks operuje co najmniej pięćdziesięcioletnimi pojęciami „dający zlecenie” i „przyjmujący zlecenie”), w którym ważniejszy jest element zadania, niż wykonania...

Nie umiem się oprzeć złośliwej sugestii, że jest to problem stworzony przez nowomowę, gdyż jeszcze nie tak dawno w prawie pojęcie „pracodawca” nie występowało, a tę bardziej złowrogą stronę stosunku pracy (dającą zadania i pieniądze w zamian za wkład osobisty) nazywano (co najmniej od 1974 roku) „zakładem pracy”. Mam podejrzenia, że chodziło o ułatwienie sobie tłumaczenia naszych pojęć ludziom z zagranicy, o stworzenie w polszczyźnie kalki angielskiej pary employer-employee, cieszę się, że uchowano nas od dalszym rozwojem nowomowy i przemianowania pracownika na „pracobiorcę”. Sięgnięcie do do historycznych zasobów języka też jednak przynosi niezbyt miłą niespodziankę, bo pracodawca okazuje się nowoczesnym odpowiednikiem niemile brzmiącego dziś „chlebodawcy”. Ludzie pracują jednak -jakby na to nie patrzeć – częściej na chleb, niż dla satysfakcji wykonywania pracy, przynajmniej dla kogoś za pieniądze.

sobota, 28 września 2013, bartoszcze
Tagi: prawo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/10/03 15:49:24
Wiesz co? Ja tam się osobiście po lewicy nie sytuuję, niemniej wyraz "pracodawca" wyraźnie mi śmierdzi. Z tego głównie powodu, iż w naszym pięknym języku użycie czasownika "dawać" implikuje, że coś zostało przekazane za darmo. W prezencie.

Z jednej strony prowadzi to do idiotycznie-neolibskich przekonań, że to niby "pracodawca" coś komuś "daje". Z łaski. Guzik tam. Znaczy może i są gdzieś "pracodawcy", co dają, ale jako żywo o żadnym nie słyszałem, a już tym bardziej nigdy takiego nie spotkałem. Każdy z moich "p" (a było już ładnych kilku) oceniał na wstępie moje wykształcenie, kwalifikacje, umiejętności, etc., etc., po czym decydował, że to właśnie ja (a nie któryś z moich kontrkandydatów) najlepiej wykonywać będę zlecone przez niego prace. Nikt nie robił tego ze względu na moje zniewalające spojrzenie, każdy oczekiwał po współpracy (!) ze mną określonych korzyści. Problem zaczynał się zwykle wtedy, gdy ktoś poszerzał oczekiwania o coś innego. Np. jakąś wdzięczność, czy cuś w tym guście.

Z drugiej strony, ja też przecież nie szedłem do żadnej roboty z mej własnej, wielkopańskiej łachy. I oczekiwałem (i nadal oczekuję) nie jakichś tam uczuciowych fantazmatów, tylko konkretnej, policzalnej wypłaty.

Dać to ja mogę roślinkę ozdobną małżonce na urodziny, względnie wysiłek wymiany przebitego koła staruszkowi, który biedzi się z pneumatycznym lewarkiem. Tak samo ktoś może mi dać butlę ulubionego wina, albo wysiłek pozmywania garów. W pracy, jak na moje, nie ma żadnego dawania, żadnych prezentów. To układ oparty na obopólnej korzyści. I zdaje mi się, że dobrze by było, gdyby i jedni, i drudzy "dawcy" o tym pamiętali.
-
2013/10/03 20:16:18
:)
Z jakich różnych punktów widzenia można podobnie spojrzeć na to samo..
-
2013/10/13 11:12:49
Szczerze mówiąc to przez głowę by mi nie przeszło żeby mianem pracodawcy określić tego, który świadczy usługę. Dla mnie pracodawcą zawsze był wspomniany 'zakład pracy'.