Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Blog > Komentarze do wpisu

Kilka szybkich myśli o alimentach w kontekście pana Kijowskiego

Na początek żeby nie było wątpliwości: 1) na utrzymanie własnych dzieci należy płacić, 2) nie zamierzam wygłaszać żadnych sądów ogólnych czy to o zobowiązanych, czy to o uprawnionych, czy to o otoczkach spraw alimentacyjnych - gdyż każda sprawa jest indywidualna, a generalizacja to zło.

Jest sobie pan Kijowski, znany z działalności publicznej w ostatnim miesiącu. Kiedyś spłodził z byłą już żoną trójkę dzieci (później dodał jeszcze jedno z inną matką), dwoje z nich jest już pełnoletnie (acz chyba nauki pobierające), trzecie prawie. Kiedyś pan Kijowski zarabiał dobrze i 12 lat temu sąd nakazał mu płacić 3 tys. zł alimentów miesięcznie (po 1 tys. na dziecko, jak rozumiem). Później - kiedy najpierw stracił pracę, a później zarabiał już nie tak dobrze - obniżono mu te alimenty do kwoty 2,1 tys. zł  (700 zł na dziecko), co i tak stanowiło piekielnie dużo w porównaniu do tego co zarabiał (jeśli nie więcej niż pobory "na rękę", to więcej niż 60% tych poborów, które zgodnie z prawem może zabrać komornik). Biorąc pod uwagę, że rocznie ma obowiązek płacić 25 tys. zł, niewątpliwie zadłużenie mogło się nagromadzić (zwłaszcza że z posiadanych środków finansuje także komornika, ze 2 tys. zł rocznie, a może i więcej).

Tak sobie pomyślałem: gdyby pan Kijowski nie rozstał się z matką trójki swoich dzieci, to miałby do dyspozycji mniej więcej te same pieniądze (najpierw duże, potem żadne, potem takie sobie - fakt, komornik by nie zarabiał). Potrzeby dzieci (pana Kijowskiego zresztą też) nie uległyby od tego zmianie, ergo: relacja potrzeb do dostępnych środków nie uległaby zmianie. Czym się różni sytuacja dzieci pana Kijowskiego kiedy mieszka z nimi ale zarabia mało w porównaniu do bieżących potrzeb, od sytuacji dzieci pana Kijowskiego kiedy nie mieszka z nimi ale zarabia mało w porównaniu do zasadzonych alimentów na pokrycie bieżących potrzeb (oprócz tego że stają się dziećmi alimenciarza)?

Nad tym jak wyglądają relacje pana Kijowskiego ze swoimi dziećmi, zupełnie nie zamierzam się rozwodzić.

PS Już po opublikowaniu przyszła mi do głowy myśl dodatkowa. Pan Kijowski przez co najmniej 5 lat płacił lub miał płacić po 3 tys. miesięcznie, czyli 36 tys. rocznie, a przez jakieś 7 lat po 2,1 tys. miesięcznie czyli w zaokrągleniu 25 tys. rocznie. Daje to co najmniej 355 tys. do zapłaty, z czego zostało mu podobno jakieś 83 tys. - prawie jedna czwarta. To tak a propos rzucania liczbami.

środa, 23 grudnia 2015, bartoszcze

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2015/12/27 16:36:43
nie znam sytuacji pana kijowskiego i jego dzieci, ale wiem, że z zasady taniej jest gospodarować razem, więc dzieci z którymi mieszka ojciec statystycznie mają lepszą sytuację funansową
-
2015/12/27 16:54:19
Ja już nawet i tę oczywistość pomijam, że finansowanie dwóch gospodarstw domowych (choćby jedno ograniczało się do samotnego rodzica) zwykle jest droższe niż finansowanie jednego wspólnego (a zobowiązany też musi jakoś przeżyć, żeby móc zarobkować).

Chodziło raczej o to, że gdyby pan Kijowski mieszkając z rodziną nie zarabiał akurat tyle, co potrzeba (czyli zamiast potrzebnych 2100 przynosił do domu 1300 czy 1500), to sytuacja jego dzieci byłaby w zasadzie taka sama, jak w wariancie "przysyła 1300 czy 1500 alimentów zamiast 2100".