Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Blog > Komentarze do wpisu

Postępowanie przedprocesowe

Och, ileż jest dyskusji na temat tego, co zrobić w sądach, żeby sprawy trwały krócej. Jedni dyskutują teoretycznie, inni ślepo wierzą w technologię, jeszcze inni próbują za wszelką cenę zmniejszyć ilość spraw którymi się sąd musi zajmować... Jednocześnie w toku mniej lub bardziej luźnych dyskusji, prawnicy-praktycy komentują rzeczywiste (niekoniecznie widoczne dla postronnych) absurdy w procedurze, zwłaszcza takie, które pomagają sprawę wydłużyć (każdy praktyk je zna, bo albo się na nie wścieka, albo... z nich korzysta)

I z takich to poważnych wypowiedzi, luźnych dyskusji i własnych refleksji zrodził mi się ten (kolejny) racjonalizatorski pomysł. Zacznę może od pewnej dla niego inspiracji. Parę lat temu (jeszcze ten blog to pamięta...) był w kodeksie rozdzialik zatytułowany "postępowanie w sprawach gospodarczych". W tym postępowaniu odrębnym charakterystyczny był wymóg formalny, aby przed wytoczeniem pozwu skierować do strony przeciwnej jakieś wezwanie czy reklamację, oraz korespondencję świadczącą o próbie polubownego załatwienia sprawy (przepis art. 479[12] par. 2 kpc). Ten wymóg w jego drugiej części jest aktualnie obecny w dość karykaturalnej formie obowiązku oświadczenia, czy strony podejmowały próbę mediacji i dlaczego nie. W pierwszej zaś części...

Właśnie. Dzisiejszy proces zaczyna się od mozolnego udowadniania strona nie jest wielbłądem, po czym strony odkrywają kolejne zasoby argumentów i wnoszą o uznanie, że powołanie kolejnych dowodów i twierdzeń jest usprawiedliwione rozwojem sprawy, zaś akta spraw puchną... Do tego dokłada się ogólna niepewność, co właściwie za chwilę zostanie zakwestionowane i dlaczego. 

Stąd mój pomysł: przywróćmy obligatoryjną korespondencję przedprocesową (można na początek pilotażowo wyłącznie w jakiejś kategorii spraw, potem się zobaczy). Najpierw więc powód (in spe) winien skierować wezwanie, w którym określi, jakiego rodzaju żądanie będzie kierować do sądu. Pozwany zaś (również in spe) powinien po otrzymaniu wezwania odpowiedzieć, czy i w jakim zakresie to żądanie kwestionuje. Jeżeli nie zakwestionuje (także milcząco), to powód będzie zwolniony z wykazywania faktów uzasadniających roszczenie i może śmiało iść po nakaz (wiadomo, że większość spraw jest o zapłatę) - a dla pozwanego oprotestowanie takiego nakazu byłoby uzależnione od uzasadnienia, dlaczego nie protestował na wezwanie. Jeżeli zaś pozwany w odpowiedzi na wezwanie zakwestionuje roszczenie, to powinna nastąpić dalsza wymiana przedprocesowej korespondencji - w której strony precyzują, jakie fakty, oceny i interpretacje prawa są między nimi sporne.

Sąd zaś otrzymując pozew - wraz z korespondencją przedprocesową - powinien od razu widzieć, co jest przedmiotem sporu, a co nie. Do tego sędzia powinien w razie wątpliwości wziąć strony za przysłowiowe fraki i ustalić na pierwszym posiedzeniu, czy i o co zamierzają się kłócić. W efekcie zbędne będzie zasypywanie sądu zbędnymi wnioskami dowodowymi, a sędziom o ileż prościej będzie pisać uzasadnienia...

Oczywiście, w wielu sprawach ten model się nie nada, czy to z racji na charakter roszczenia, czy z uwagi na terminy do wytoczenia powództwa (które nie pozwolą na długotrwałą korespondencję). Ale wiele mniejszych i zwłaszcza większych sporów można byłoby skrócić w zarodku.

poniedziałek, 15 maja 2017, bartoszcze
Tagi: sąd

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/05/17 11:56:08
Od dłuższego czasu zaglądam z przyjemnością na Twojego bloga. Wielokrotnie też miałem ochotę wtrącić swoje "trzy grosze". Chyba osobiste doświadczenia (przed laty krótkie protokolanta sądowego, a później strony procesów gospodarczych) spowodowały, że dzisiaj zdecydowałem się wypowiedzieć...
Do Twoich propozycji dorzuciłbym dwie bardzo istotne kwestie.
Pierwsza to niestety sprawa niezwykle trudna. Tak naprawdę nie ma mądrego, który nawet w swojej specjalności byłby w stanie stworzyć katalog przepisów (różnej rangi) aktualnie obowiązujących. Po 89 roku podjęto próbę uporządkowania przepisów (wyeliminowania martwych i sprzecznych), ale to się nie udało. Co więcej kolejne Sejmy wręcz ścigały się w uchwalaniu nowych, często zupełnie niepotrzebnych ustaw bo sprawy były już ustawowo uregulowane, a zmieniać/usprawniać trzeba było praktykę (ich stosowanie).
Tego problemu nie da się rozwiązać bez wprowadzenia obligatoryjnej analizy stanu prawnego (i to do samego spodu łącznie z przepisami wykonawczymi najniższej rangi) przed dopuszczeniem do debaty w komisjach) każdej inicjatywy ustawodawczej. To oczywiście proces na lata, ale w jego efekcie przejrzystość prawa będzie rosła.
Na szybko efekty można uzyskać poprzez zmiany organizacyjne. Do Twoich propozycji dorzuciłbym organizację procesu. Dzisiaj wygląda on często tak, jak postępujący rozkład małżeństwa... - przerwy miedzy kolejnymi rozprawami powodują, ze do każdej wszyscy muszą się od nowa przygotowywać, każda kolejna kłótnia/rozprawa pogłębia konflikt, a po wielu miesiącach, a nawet latach - nikt (łącznie z sędzią) już nie pamięta o co tak naprawdę chodzi.
Myślę, że po wymianie pism procesowych między stronami, pierwsza rozprawa powinna się rozpocząć od zamknięcia listy dowodów z dokumentów i listy świadków, a ich zgłaszanie w trakcie toczącego się procesu powinno być niedopuszczalne, a w wyjątkowych przypadkach obłożone szczególnymi rygorami.
Po drugie sędzia ustalając termin pierwszej rozprawy, powinien od razu jeżeli widzi taką potrzebę np. z uwagi na liczbę świadków od razu w pierwszym wezwaniu/zawiadomieniu określić kolejne terminy i to maksymalnie w odstępach kilkudniowych, a najlepiej w kolejnych dniach.
I po trzecie niezbędne jest wprowadzenie zasady odpowiedzialności stron za obecność na rozprawie świadków pod rygorem utraty dowodu z ich przesłuchania.
Być może na początku będzie z tym trochę zamieszania, może nawet i niezbyt trafionych rozstrzygnięć. Ale po procesie liczba zadowolonych i niezadowolonych z wyroku jest zawsze taka sama, a dwuinstancyjność umożliwia naprawienie błędów.
Myślę, że z takich zmian wszyscy byliby zadowoleni. Również prawnicy, którzy do procesu przygotowywali się raz i ich uwaga nie byłaby rozproszona pomiędzy kilkoma sprawami na wokandzie w tym samym dniu.
-
2017/05/17 15:32:27
Na szybko.
Z organizacją procesu to jest tak, że z jednej strony problemem są możliwości logistyczne - jak sąd nie ma sal i terminów, to ich nie urodzi. Natomiast idea wyjaśnienia przed procesem zakresu sporu zmierza do uniknięcia udowadniania (i kwestionowania) rzeczy niepotrzebnych.
Teoretycznie już są możliwe posiedzenia organizacyjne, ale nieraz byłyby to po prostu puste terminy - patrz punkt wyżej. Jeżeli natomiast mamy wąsko zakreślony spór, to teoretycznie większa szansa, że się to mądrze zaplanuje.
Co do trzeciego postulatu... cóż, to echo rozwiązań amerykańskich. Osobiście jestem przeciwny, bo można posiadać informacje rozstrzygające w sprawie, a strony nie lubić, czy po prostu nie mieć ochoty chodzić do sądów - i strona jest na przegranej pozycji. Świadkowie to naprawdę nie jest największy z problemów, moim zdaniem.

Celowe przedłużanie jest większym.
-
2017/05/17 21:24:20
Zgoda, ale świadkowie (ich nieobecność), mnożenie wniosków dowodowych to jeden ze sposobów na przedłużanie rozprawy. A problem nawet wielotygodniowych przerw i kilka, kilkanaście spraw na wokandzie wpływa nie tylko na przedłużanie rozpraw, ale także na poziom merytoryczny rozprawy. Zdarzało mi się widzieć sędziów, którzy nie bardzo na szybko potrafili w swoich aktach znaleźć dokument do którego odwoływały się strony.
Problem sal, to problem wyłącznie porządkowy i nie przekracza możliwości organizacyjnych przeciętnego sekretariatu sądowego.
-
2017/05/18 00:05:25
Problem sal to o tyle nie problem porządkowy, że ilość sal jest stała (mniej więcej), a planowanie rozpraw odbywa się na poziomie poszczególnych sędziów. Można przenieść już wyznaczone rozprawy na inną salę, o ile taka istnieje i nie jest zajęta...
Mnożenie wniosków dowodowych ograniczyło się mocno odkąd wzmocniono koncentrację (art.207 kpc), dlatego większym problemem jest obecnie co jest kwestionowane i co musi być udowodnione.
-
2017/05/18 13:01:07
Za chwilę okaże się, że główną przyczyną przewlekłości postępowania jest brak sal...
Faktycznie planowanie rozpraw odbywa się na poziomie sędziów. Jak pamiętam z przed lat (o ile nic się zmieniło) sędziowie byli przypisani do sal w określone dni tygodnia, co w erze przed komputerowej ułatwiało planowanie.
Nie oszukujmy się. Bez względu na to czy rozprawy będą skoncentrowane w czasie, czy rozproszone to suma czasu będzie taka sama, a nawet przebieg spraw skoncentrowanych powinien być sprawniejszy i dać w efekcie nawet większy luz czasowy.
Sądzę, że obowiązująca procedura to także efekt wieloletnich przyzwyczajeń, a z tym najtrudniej walczyć.
-
2017/05/18 14:38:47
Nie główną, ale jedną z. Obok ilości spraw, ilości sędziów, ilości personelu pomocniczego, sprawności doręczycieli...
Skoncentrowanie rozpraw w czasie jest dobre jeśli się powiedzie. A życie, niestety, bywa złośliwe.