Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Blog > Komentarze do wpisu

Miliony ofiar

To bodaj najbardziej intrygująca dyskusja ostatnich dni w Polsce. Mnie intryguje dlaczego została rozpoczęta, innych intryguje dlaczego ktoś śmie kwestionować wyjściową tezę. A rzecz dotyczy kotów i tego, że polują. Opublikowano bowiem - i szeroko przedrukowano w mediach - artykuł stwierdzający, że koty zabijają setki milionów zwierząt rocznie.

Sam fakt, że koty zabijają inne zwierzęta, dla nikogo nie powinien być zaskoczeniem. Już Filemon z Bonifacym mieli łapać myszy, podobnie Tom gonił Jerry'ego, a Sylvester polował na kanarka Tweety. Wszystkie koty, od lwa po dachowca, są bowiem drapieżnikami. Czy zaskoczeniem są podawane w artykule wartości?

Na potrzeby artykułu naukowcy zbadali ponad 300 gospodarstw wiejskich w środkowej Polsce, rozmawiali z właścicielami ponad 30 kotów, 10 kotów szczegółowo śledzili, przeprowadzili też - w podobnej skali - szereg innych badań, o których szczegółach nie chcę pisać, bo może ktoś będzie czytał przy śniadaniu. Na tej podstawie ustalili, że statystyczny polujący wiejski kot zjada lub przynosi do domu około 200 ssaków i 50 ptaków rocznie. Policzyli też średnią ilość kotów na gospodarstwo i procent kotów, które nie dostają codziennie pełnej miski (zatem polują też, żeby jeść), po przeliczeniu na liczbę gospodarstw wiejskich w kraju wychodzi ze 2 miliony polujących kotów. Zapamiętajmy tę liczbę i przyjmijmy ją jako miarodajną.

Wyobraźmy sobie że każdy polujący kot w pierwszej kolejności skupia się na swojej najbardziej stereotypowej ofierze, czyli na myszach. Jeżeli codziennie upoluje jedną mysz czy nornicę (nie mam pojęcia, czy kotu to wystarczy żeby przetrwać dzień), to w skali roku mamy 365 x 2 miliony = 730 milionów gryzoni. Wychodzi na to, że szacowane w artykule od 505 do 667 milionów to za mało, żeby starczyło dla wszystkich kotów... (o zagrożeniu dla gryzoni jakoś nie słychać). Być może zatem koty uzupełniają dietę ptakami (szacunkowo sto kilkadziesiąt milionów rocznie)?

Spójrzmy teraz na krajową populację jednego z najpopularniejszych ptaków, a zarazem potencjalnej kociej ofiary, czyli wróbla domowego. Według przywołanego w artykule raportu o trendach liczebności ptaków w Polsce, liczbę wróbli szacuje się na około 12 milionów* (od początku wieku statystycznie co roku liczba ta zmniejsza się o 100 tysięcy, choć to tylko ujęcie trendu - w rzeczywistości zmienność jest dużo większa). Przyjmując średni czas życia wróbla jako 10 lat, powinniśmy się spodziewać że rocznie umiera ponad milion dorosłych ptaków (powiedzmy milion dwieście, a skoro populacja zmniejsza się o 100 tysięcy rocznie - to corocznie dorasta jakiś milion sto nowych). Wiedząc zaś, że pani wróblowa składa 2-3 razy do roku od 4 do 6 jaj, otrzymujemy od 45 do 124 milionów potencjalnych młodych, z których przeżyje nieco ponad milion..

Powiedzmy to otwarcie: corocznie w skali kraju umiera kilkadziesiąt milionów wróbli i wróbląt. I jest to zjawisko najzupełniej normalne, bo taka jest skala selekcji w przyrodzie. Koty zapewne się do tej selekcji przyczyniają, autorzy artykułu tej kwestii zupełnie nie badali - ograniczyli się do zacytowania pojedynczych liczb z innych artykułów ("liczba ptaków w Polsce maleje"; "populacja wróbla w Polsce spadła"; "w Anglii 30% koty odpowiadają za 30% zabitych wróbli", ten ostatni argument możemy sobie zestawić z liczbami podanymi powyżej). Dalej można analizować sytuację w kontekście innych gatunków, zauważając że np. liczba podanych w artykule jako kocie ofiary mazurków (1,5 miliona par, 10-20 milionów jaj rocznie) rośnie zarówno od 2011 roku, jak i w trendzie od 2000 roku (średnio o 90 tysięcy rocznie). Samo zestawienie liczby oszacowanych "ptasich" ofiar z liczbą ptaków w Polsce (ok. 94 miliony par lęgowych) jawi się w tym kontekście nadużyciem.

Docieramy zatem do pytania: co było celem postawienia szokujących ilościowo wniosków? Bo "wpływ na bioróżnorodność" w żaden sposób nie został pokazany, nawet w formie analizy gatunkowej tych dziesiątek (!) ptaków, których zabicie/zjedzenie faktycznie wykryto podczas badań. Chodziło tylko o zasygnalizowanie, że wychodzące koty MOGĄ wpływać na ptasie populacje? O akcję na rzecz karmienia domowych kotów? Ostatnie zdanie artykułu sugeruje, że ma on uzasadniać jakąś inicjatywę legislacyjną, ale jaką i po co - tego już nie wyjaśniono. A ja nie lubię "kreciej roboty".

*to drobne uproszczenie, bo w istocie mówi się o od 5,7 do 6,9 miliona par

wtorek, 29 stycznia 2019, bartoszcze

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2019/01/29 12:04:52
tutaj próbowali w ten sam deseń jajtrzyc, ale szybko im ten proceder ukrócono
-
2019/01/31 20:59:15
Kpiłem z tych badań już pod tekstem w Wyborczej, więc sobie odpuszczę.
-
2019/01/31 21:25:34
Same badania są w porządku, do momentu kiedy zaczynają przenosić wyniki z lokalnego obszaru badawczego (6 wsi na Mazowszu) na poziom ogólnokrajowy (ryzykowne, czysta statystyka) i otrzymanymi wynikami wymachują w oderwaniu od kontekstu. Prowadzę na twitterze dyskusję z jednym z autorów, i nic nie kuma (albo udaje, nie wiem co gorsze).
-
2019/01/31 23:34:26
Być może badania ok. Chociaż 300 gospodarstw w jednym regionie Polski, 30 rozmów, kilka kotów zbadanych i ekstrapolacja wyników na cały kraj bez uwzględnienia różnic i skutków przemian środowiskowych, skutków zabiegów agrotechnicznych i takiego banału jak odkomarzanie w okresach lęgowych? - Trochę tak jakby przez jeden/dwa przypadki utonięcia diagnozować przyczyny wszystkich.
Ale najbardziej mnie dziwi sens badania drapieżnej natury kotów, o czym jak piszesz wie każde dziecko. Chyba, ze chodzi o zwiększenie sprzedaży dzwonków dla kotów.
P.S. 1
Swego czasu w Kanadzie przeprowadzono badania okresowych zmian populacji sów na tych samych terenach. Okazało się, że jest ona, również liczebność jaj w gniazdach bezpośrednio związana z liczebnością myszy. Kiedy populacja myszy rosła, rosła populacja sów a w gnieździe pojawiało się więcej jaj. Kiedy spadała (w wyniku epidemii wśród gryzoni) na danym terenie natychmiast malała liczba jaj w gniazdach i populacja sów. To badanie miało sens. Coś wyjaśniało w mechanizmie natury.
P.S. 2
To były chyba jakieś leniwe i zupełnie niezabawowe koty. Mój nie dość, ze często przynosił więcej niż sztukę, to jeszcze do zabawy potrafił sobie przenieść do domu żywe stworzonko. Z gołębiem to było czyste szaleństwo... - gołąb podlatując obijał się o ściany i sufit, a kot w szaleńczej ekwilibrystyce podskakiwał nie wiele niżej. Udało się gołębia złapać i wypuścić. Gorzej było z kotną szczurzycą, która schowała się pod podłogą.


-
2019/02/01 07:09:28
@alp
No właśnie, wciąż nie wiem o co chodzi, poza ogólną potrzebą akcji "żeby kot nie był drapieżnikiem". Zupełnie jakby komuś się wydawało, że jak jeden drapieżnik zniknie z ekosystemu, to po pierwsze nikt nie zajmie jego miejsca, a po drugie będzie to dla ekosystemu korzystne. Przypomina mi się historia o wilkach reintrodukowanych w Yellowstone (tylko mi się notki nie chce szukać).