Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 15 stycznia 2017

Trwa kolejny Finał WOŚP (Boże, wciąż pamiętam to uczucie podczas pierwszego, jak Owsiak wrzeszczał z radością "MAMY MILIARD" i chodziło o dzisiejsze 100 tysięcy, potem dobiło do miliona dolarów, a potem i tak nikt nie wierzył na ilu się skończył ten sen złoty). Pewnie padną kolejne rekordy, mobilizacja w narodzie (a przynajmniej w pewnej części) jest duża.

Nie mam pojęcia ile się zbierze, ale nie mam złudzeń, że łączna kwota zapewne będzie znacznie niższa niż łączna kwota kontraktów NFZ ze szpitalami w samym tylko mieście Katowice. Orkiestra robi fantastyczną robotę zbierając pieniądze i organizując dostawy sprzętu, ale żeby ten sprzęt mógł być właściwie wykorzystany, to potrzebne są wielokrotnie większe pieniądze publiczne, dziś pochodzące z naszych składek na ubezpieczenie zdrowotne (czyli na NFZ).

Płaćmy więc gorliwie składki na NFZ do końca świata (jakkolwiek będą się za parę lat nazywać). Siema!

23:23, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 stycznia 2017

Krąży po Polsce widmo, widmo w kretyńskiego mema ubrane...

Mema zasadniczo należałoby wkleić, ale że jest głupi to mi się nie chce, a że w zasadzie należałoby go przyedytować, to nie chce mi się tym bardziej - dlatego zrobimy to metodą XX-wieczną i przepiszemy, zwłaszcza że ten mem składa się głównie z tekstu. Tekst dotyczy straszliwych obciążeń fiskalnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i brzmi tak:

Zarobiłem 2000 PLN 
Oddaję Państwu:
- 1121 PLN na ZUS
- 360 PLN na US (18%) 
Zostaje 519 PLN z czego 23% oddam w zakupach.
Na czysto mam 400 PLN.

Kiedy już kończymy płakać ze śmiechu, przeprowadzimy analizę krytyczną
1/ "zarobiłem 2000 PLN" - z kontekstu wynika, że chodzi o dochód; nie jest jedynie jasne, czy uciśniony byznesmen-bohater zarobił wszystkiego 2000 PLN przychodu i nie miał żadnych kosztów, czy też po odliczeniu kosztów zostało mu 2000 PLN; pierwszy wariant sugeruje de facto samozatrudnionego, najpewniej z jednym zleceniodawcą, czyli żadnego przedsiębiorcę, zapewne niepłacącego VAT; wariant drugi... zapewne też występuje w obrocie, na tym etapie to mało istotne
2/ "oddaję 1121 PLN na ZUS" - czyli dane za rok 2016 (dokładniej: 1121,52 zł); dla porządku wyjaśnijmy, że każdy przedsiębiorca wie, że kwotę tę należy rozbić co najmniej na NFZ (ubezpieczenie zdrowotne) w kwocie 288,95 zł i resztę, czyli ubezpieczenia społeczne (772,96 zł) i Fundusz Pracy (59,61 zł); wynika z tej informacji także, że nasz bohater prowadzi działalność od ponad 2 lat, bo nie korzysta z obniżonych składek dla początkujących
3/ "oddaję 360 PLN na US" - czyli podatku dochodowego; wynika z tego, że nasz przedsiębiorca nie korzysta ze stawki liniowej, ponieważ ta wynosi 19%, tylko ze stawki powszechnej 18% w pierwszym progu (co przy jego dochodach wcale nie jest głupie).

I teraz przerwiemy na chwilę interpretowanie, a pokażemy totalną głupotę autora mema. Otóż jeżeli nasz byznesmen ma dochód 2000 PLN, to jeżeli tylko kiedykolwiek widział na oczy dokument PIT (wcale się nie zdziwimy, jeśli nie), to zauważył tam pozycję "składki na ubezpieczenie społeczne do odliczenia" (te na FP też). Zatem podatek dochodowy płaci od kwoty 2000-(772,96+59,61)=2000-832,57=1167,43 zł. Przy wyliczaniu samego podatku powinien uwzględnić kwotę wolną od podatku, wynoszącą 3091 zł rocznie - co w praktyce oznacza zwolnienie z PIT w pierwszych miesiącach roku, ale policzmy to dla uproszczenia jako 257,58 zł miesięcznie (jako 1/12 kwoty rocznej). Mamy więc podatek miesięczny w wysokości 0,18 x (1167,43-257,58) = 0,18 x 909,85 zł = 163,77 zł (drobna różnica względem 360, nieprawdaż). Ale tutaj pojawia się jeszcze jeden drobiazg - a mianowicie brakująca część "ZUS", czyli składka zdrowotna, którą odlicza się od podatku. Fakt: nie całą (najtrudniejsze jest zawsze pamiętanie ile się dokładnie odlicza), ale w roku 2016 z płaconych "na NFZ" 288,95 zł odliczało się od podatku 248,82 zł (reszta to taki dodatkowy podatek...). Zatem mamy 163,77-248,82 zł=-85,05 zł, czyli tyleż do zwrotu na koniec roku (w sumie tysiączek z małym haczykiem). Jak zatem widać, nasz biedaczyna ma na życie efektywnie o 360 zł więcej w każdym miesiącu...

Powróćmy do naszych baranów:
4/ "519 zł z czego 23% oddam w zakupach" - nasz byznesmen musi mieć ciekawe nawyki żywieniowe, gdyż je wyłącznie żywność przetworzoną w taki sposób, że jest ona opodatkowana 23% stawką VAT, co wyklucza pieczywo, nabiał, warzywa (specjalnie zerknąłem właśnie na swój rachunek z marketu).. 
5/ "na czysto mam 400 PLN" - to doprawdy Schroedingerowskie pojmowanie "mam", skoro te 400 zł które "ma", musiał wydać w sklepie, żeby móc oddać państwu ten VAT... 

Podsumowując: mem został popełniony przez kretyna, który w życiu nie stał obok prowadzenia działalności (każdy obdarzony minimum mózgu stara się zapłacić podatków najwyżej tyle ile trzeba). Ponadto należy stwierdzić brutalnie, że ktoś, kto osiąga z działalności dwa tysiące dochodu (nie mówiąc o wariancie osiągania dwóch tysięcy przychodu przy zerowych kosztach), nie jest przedsiębiorcą, tylko wyrobnikiem i bankrutem, i powinien zdecydowanie przemyśleć wybór drogi życiowej.

Bierzcie i pamiętajcie, jak ponownie zobaczycie.

sobota, 07 stycznia 2017

Nie, nie będzie nic związanego z Owsiakiem. Będzie o czymś dziwnym o czym przeczytałem na fejsie gdzieś w grudniu. Nawet nie pamiętam dokładnie u kogo, bo - jak to na fejsie - ktoś znajomy skomentował u kogoś innego i algorytmy fejsowe postanowiły akurat to mi pokazać (nawet nie pamiętam, czy z uwagi na ustawienia prywatności byłem w stanie wziąć udział w dyskusji, czy po prostu się na to nie zdecydowałem). A ponieważ chodzi o fejsa, to nawet nie próbuję tego odszukiwać, więc cała notka bazuje na tym co pamiętam.

A pamiętam... że pewna pani napisała sobie mocno emocjonalną wypowiedź na temat komunikatu meteorologicznego (w medium którego nie zapamiętałem), który brzmiał z grubsza "nie ma dobrych wiadomości dla amatorów białego szaleństwa". Pani się na to strasznie ulało, że co to w ogóle za porządki, żeby mówić o jakimś białym szaleństwie, kiedy biedni ludzie na wsi marzną, że to skandal że ktoś się w zimie spodziewa śniegu i mrozu.

No. Właśnie. Więc tak sobie w zimowy weekend zacząłem składać pewne rzeczy do kupy. O białym szaleństwie mówi się zwykle w odniesieniu do narciarstwa rekreacyjnego w wydaniu alpejskim - czyli wymagającego sporej ilości śniegu (oraz, nie zapominajmy, stoku do zjeżdżania w dół). Śnieg zaś... to przede wszystkim woda, bez której na wsi zdecydowanie ciężko (Steinbeck opisał to wystarczająco dobrze), a spadająca na ziemię w formie śniegu zostaje na znacznie dłużej i znacznie lepiej wsiąka w glebę, niż w formie intensywnego deszczu; w warunkach grożącej nam suszy hydrologicznej o śnieg należy się modlić (do kogo, to już sprawa indywidualna). Śnieg to także ochronna pierzynka dla gleby i roślin (a i zwierzęca drobnica nie pogardzi) - znacznie lepiej przetrwają mrozy pod śniegiem, niż kiedy mróz skuwa ziemię bezpośrednio (a ostatnio łatwiej o to było, niż o zimy śnieżne). Śnieg też jest wbrew pozorom egalitarny - zabawy na śniegu są dla wszystkich, i tych z jedną deską, i tych z dwiema (i do poruszania się z góry na dół, i po płaskim),i tych z sankami, i tych co po prostu bałwany lepią i śnieżkami rzucają; gdyby śniegu nie było, nie wychodziliby z domów na deszcz, czy nawet na bezśnieżne plus trzy, bo i po co.

W białym szaleństwie niewątpliwie może pomagać mróz, a właściwie mrozik (bo przy takim minus naście jak dziś to i narciarzom mniej się chce). Wątpię jednak, by parę stopni różnicy między minus dwa a plus dwa robiło zasadniczą różnicę, jeśli chodzi o ogrzewanie domostw. Rozprzestrzenianie się zaś wirusów i innych chorobotwórczych paskudztw jest zaś znacznie łatwiejsze przy temperaturach dodatnich niż ujemnych (a na wsi dostęp do opieki zdrowotnej jest jednak trudniejszy). 

W pełni rozumiem niechęć do postrzegania rzeczywistości z punktu widzenia określonej klasy (zamożni narciarze uber alles), ale w tym przypadku jedynego czego można się czepiać, to prezenterskiej sztampy - bo zwyczajna zima nie jest żadnym złem klasowym (o niekorzystnych klasowo skutkach zmian klimatycznych wspomniano zresztą w tamtej dyskusji). A sam temat przypomniał mi się, kiedy pod wieczór wracałem do domu i miałem wyjechać na wiadukt na drodze ekspresowej. Na skarpie pod wiaduktem zauważyłem dzieci radośnie zjeżdżające na sankach (aż z odrobiną przestrachu zacząłem się zastanawiać, czy nie grozi im wyjechanie z tej skarpy na ulicę, ale odległość była spora). 

Tagi: Facebook zima
23:47, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 02 stycznia 2017

Być może niektórzy zwrócili uwagę, że nie pisałem nic o Trójkowym Topie Wszech Czasów. Powody ku temu istotne były: sytuacja w stacji jest na tyle nieciekawa, że z jednej strony maleje zapał do słuchania z powodu niepewności co do kierunku dalszych zmian, a z drugiej - z powodu nieustającej akcji protestacyjnych bardziej zaangażowanych słuchaczy, objawiających się jak nie dopisywaniem gdzie się da frazy #kogoniesłychać, to głosowaniem na Chłopców z Placu Broni (w Polskim Topie ten trolling dał zdaje się nawet niezłe efekty). Jeżeli do tego dodamy, że znów głosów każdy miał sto...

No i tak się to wszystko potoczyło, że w efekcie nie zagłosowałem (a w Nowy Rok nie słuchałem). Zamiast informacji na ten temat wrzucę więc aktualne (nie mam pewności czy będą następne), grudniowe wydanie Listy Porannikowej.

DMX - Ain't No Sunshine
Leo Moracchioli - Last Christmas
Urban Country - Gonna Need a Grave
Dżem - Wehikuł czasu (akustycznie)
Derek&Dominos - Layla
Jain - Makeba
Krystyna Prońko - Psalm stojących w kolejce
Ron Goodwin - Where Eagles Dare Theme
The Adolescents - Alone Against The World
Maanam - Raz Dwa Raz Dwa
Little Eva - Locomotion
Przemysław Gintrowski - Odpowiedź
Bez Jacka - Saskia
Kabaret Dudek - Ucz się Jasiu
Jacek Kaczmarski - Nie lubię
Shakespeare's Sisters - Hello
Big Cyc - Orgazm
Billie Holliday - All or nothing at all
George Michael - One More Try
Status Quo - In The Army Now
Blues Brothers - Everybody Needs Somebody
Bob Dylan - Like a Rolling Stone

George Michael, Status Quo i Blues Brothers pro memoriam (ostatni dla Carrie Fisher oczywiście), Big Cyc z okazji Dnia Orgazmu... a na dobranoc zagramy - żeby nie było - z Trójkowego Topu. Zwycięzca notowania z 1 stycznia 2017, czyli - fanfary! - Bohemian Rhapsody

sobota, 31 grudnia 2016

Mignęła mi niedawno informacja, na twitterze może, że niektórzy dziennikarze Telewizji Polskiej podobno nie zgadzają się wewnętrznie z tym, co mówią na antenie (jest faktem, że ostatnio ogłoszono parę dobrowolnych odejść z TVP). Kto chce, niech ciska gromy na ich dwulicowość czy hipokryzję, mnie natomiast nasunęła się myśl następująca.

Każdy, kto zagłębia się w jakieś środowisko, zaczyna - mniej lub bardziej świadomie - dostosowywać się do używanego tam narzecza. O żargonie wojskowym czy korpospiku powiedziano już tyle - zwłaszcza na wesoło - że nic nowego sam nie wymyślę, a jednak nieustająco kolejne pokolenia w wojsku czy korporacjach nasiąkają tamtejszym słownictwem i/lub składnią. Na swoim poletku widzę to samo, jak odruchowo prawnicy używają pojęć wziętych zaczerpniętych prosto z tomisk - a potem kolega Jaras pracowicie próbuje odczarować język i napisać proste pouczenie zrozumiałe dla prostego człowieka (które zarazem spełniałoby wymogi postawione przez Mądrego Ustawodawcę). A potem wszyscy wracamy do domów i mówimy normalnie (mam nadzieję)...

Osobną kwestią jest dostosowanie języka do wymogów politycznych. W każdym ustroju totalitarnym język w mediach był zestandaryzowany, używany bez względu na to co faktycznie myśleli jego użytkownicy. Przypominają się seanse nienawiści Orwella, podczas których Julia tak gorliwie okazywała nienawiść...

Wszystkim czytelnikom życzę, żeby w roku 2017 mogli używać języka zgodnie z tym, co myślą. I wszystkiego dobrego też.

17:45, bartoszcze , Język
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 grudnia 2016

Od rozpoczęcia sezonu wigilii właściwie na okrągło składa się życzenia i zastanawia "komu jeszcze i jak złożyć, bo chyba nie składałem". Jak zauważyliście, życzyłem czytelnikom Zapisków..., oprócz tego złożyłem specyficzne życzenia na fejsie (staram się by to były niezależne ekosystemy), iluś osobom życzyłem face-to-face, iluś telefonicznie, zastanawiam się nad wysłaniem paru esemesów zwrotnych... i co roku zadaję sobie pytanie czy nie wysłać paru kartek świątecznych (wychodzi jak zwykle).

Niektórzy nie przejmują się do końca tym do kogo i jak wysyłają i ile razy. Na przykładzie jednych takich życzeń udało mi się określić parę zasad takiego świątecznego savoir-vivre:
- po pierwsze nie wysyłaj życzeń hurtem w jednej wiadomości (e-mailowej), bez względu na to czy pokażesz wszystkich adresatów (gorzej ze względu na ujawnianie adresów), czy jeżeli wszystkich adresatów ukryjesz (gorzej bo wygląda jak do nikogo),
- po drugie nie wysyłaj życzeń do wszystkich których znajdziesz w książce adresowej - niby w Święta można być życzliwym dla wszystkich, ale życzenia od kogoś kogo zupełnie nie znasz (poza incydentalnym kontaktem mailowym) nie wyglądają szczególnie wiarygodnie
- po trzecie wysyłając maila z życzeniami postaraj się usunąć zeń standardową stopkę "Niniejszy e-mail zawiera poufne i/lub prawnie chronione informacje XX. Jeśli nie jesteście Państwo właściwym adresatem (lub otrzymaliście niniejszy e-mail przez pomyłkę), prosimy o niezwłoczne poinformowanie o tym nadawcy i usunięcie niniejszego e-maila ze swojego systemu wraz ze wszystkimi załącznikami. Nieuprawnione kopiowanie, jak również bezprawne ujawnianie i rozpowszechnianie treści niniejszego e-maila jest zabronione i może skutkować odpowiedzialnością."

Chyba wolę nie wysłać komuś życzeń, niż wysłać byle jak...

Wesołego przy Święcie!

sobota, 24 grudnia 2016

Szczególnie wymyślny nie będę, po prostu dam głos długo przed północą :)

Wesołych Świąt, pełnych tego co komu najbardziej.

12:40, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 grudnia 2016

To, co ostatnio wyrabiają przedstawiciele suwerena, nie nadaje się na komentarz bez sięgania po tag #wulgaryzmy. Pozwolę sobie więc na luksus niekomentowania skutków prawnych tego, co się na Sali Kolumnowej, gdyż:
- po pierwsze primo korzystam ze swojej wolności blogowania tylko o tym, o czym chcę blogować, a nie o tym o czym wszyscy tokują i chcieliby aby inni tokowali,
- po drugie primo nie było mnie tam, a to wystarczający powód by mieć wysoce niekompletne informacje, niekompletne w stopniu uniemożliwiającym racjonalną ocenę (trash in, trash out)
- po trzecie primo... z przyczyn technicznych musiałem przerwać i zapomniałem.

Uderza mnie natomiast, jak silnie widać mechanizm stawania się ekspertem ludowym (głównie dzięki internetowi - to znaczy, głównie dzięki internetowi widać, mechanizm przypuszczalnie działał tak zawsze, ale internet zmniejsza odległości między mówiącymi i słuchającymi). Wystarczy więc jakiś strzęp informacji, by ktoś z ogromnym przekonaniem mówił jak jest, bez sprawdzania i wykluczając możliwość, że rozumie się źle. 

Mamy więc na początek słynną kwestię listy obecności, którą niektórzy posłowie (partii rządzącej głównie chyba) podpisywali już po zakończeniu obrad (ze szczególnym uwzględnieniem głosowań). Słyszałem wiele głosów, że minister sprawiedliwości powinien się podać do dymisji, spalić ze wstydu i samozaaresztować, skoro podpisem sfałszował listę obecności; nie mam pewności, czy brak podpisu na liście ma w tym argumencie dowodzić, że nie miał prawa brać udziału w obradach, czy też że go na nich zupełnie nie było. Obie wersje są oczywiście równie absurdalne - nie zaglądając do regulaminu Sejmu mogę śmiało stwierdzić, że obecność na głosowaniu to kwestia czysto fizyczna (z elementem wolicjonalnym, bo jednak trzeba podnieść tę rękę i ewentualnie nacisnąć przycisk), a podpis na liście obecności to przede wszystkim wymóg porządkowy, który ewentualnie może mieć wpływ na prawo do diety poselskiej. (Jeśli kogoś bardzo to interesuje, to artykuł 7 ustęp 5 regulaminu Sejmu w wersji obowiązującej od jakichś sześciu lat brzmi: "Obecność posła na posiedzeniu Sejmu jest potwierdzana na liście obecności wykładanej każdego dnia posiedzenia do czasu zakończenia obrad oraz poprzez potwierdzony wydrukami udział w głosowaniach", a we wcześniejszych głosowaniach choćby pan minister był obecny).

Kiedy temat listy obecności nieco przebrzmiał, modny stał się temat sekretarzy, których marszałek wyznaczył imiennie dziesięcioro, a jedynie ośmioro było fizycznie obecnych na sali. Wyjaśnijmy na początek, że Sejm sekretarzy powołał na pierwszym posiedzeniu w liczbie dwudziestu, i marszałek wybrał z tej dwudziestki zarówno liczących podniesione ręce, jak i dwuosobową komisję skrutacyjną. Zmarnowałem kwadrans swojego życia i obejrzałem (z palcem na stenogramie) początek transmisji obrad z Sali Kolumnowej. Obraz nie obejmował całej sali, widać było góra pięćdziesiąt głów z ponad dwustu obecnych, ale cały stół prezydialny (chyba że z boku było coś jeszcze). Kiedy przyszło do głosowania, widać było co najmniej jednego facecika łażącego i liczącego ręce, jak również spory ruch wokół prezydium - można zgadywać, że liczący w głębi sali przychodzili z kartkami i podawali wyniki swoich obliczeń. Później komisja skrutacyjna pracowicie używała długopisów i chyba kalkulatorów, aż wreszcie marszałek ogłosił... Refleksja jest taka, że przy wszystkich niejasnościach związanych z przebiegiem głosowania - ktoś faktycznie te głosy podliczał (choć kto, jak i gdzie wyznaczał sektory poszczególnym sekretarzom, tego już powiedzieć nie jestem w stanie).

Czy było kworum? Odpowiem szczerze, że nie wiem, bo mnie tam nie było (patrz wyżej). Skoro jednak ktoś te głosy liczył i wyszło mu to co wyszło, to wydaje się to prawdopodobne (przez wiele dekad takie zliczanie głosów przy wykorzystaniu sekretarzy było wszak podstawowym sposobem głosowania). Ale tych, którzy uwierzyli w mity, że wszystko nieważne, bo brakowało czyjegoś podpisu na liście obecności, a protokół z głosowania nie jest na sygnowanym druku sejmowym (cokolwiek by to miało oznaczać) - przekonywać nie zamierzam.

Na szczęście zaraz Święta.

18:28, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 grudnia 2016

No niewesoło jest. 

Smog gryzie w oczy i płuca, i nie zanosi się żeby miało być lepiej. 
Władza zachowuje się jakby chciała udowodnić wszystkim, że ona może, a ludzie jej mogą skoczyć (tam, gdzie mogą ją w dupę pocałować, oczywiście).
Ludzie są wściekli, na tyle że nie wiadomo, czy za chwilę nie będą chcieli być gorsi od tej władzy (choć z cywilizowanego punktu widzenia mogą jej skoczyć).

A to wszystko tylko w naszym grajdołku, na którym się od piątkowego popołudnia skupiliśmy w sposób niemal wyłączny. Świat jakby przestał dla nas istnieć i jego problemy. Z Twittera dowiaduję się (o, wreszcie mam odpowiedź na pytanie po co jest Twitter), że za Oceanami tymczasem wściekłość nie mniejsza i przynajmniej część Amerykanów chce zrobić Trumpowi to samo, co część Polaków chce zrobić Kaczyńskiemu (z pewną chyba wzajemnością). Jakby mało było tego, co się dzieje w Anglii, Włoszech, Grecji, Wenezueli, na Filipinach...

Nie wspominając o Syrii, Iraku i Jemenie.

10:03, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2016

Takie przygody są najfajniejsze: przychodzą zupełnie nie wiadomo skąd i przynoszą zupełnie nieoczekiwane emocje. W tym konkretnym przypadku jutub mi przy czymś podpowiedział, kliknąłem na wyczucie (różne się rzeczy na czuja klika i - trwam w zauroczeniu.

Właściwie trudno może byłoby powiedzieć dlaczego. Jak porozkładać na czynniki pierwsze, to muzycznie sympatyczne i kreatywne, ale bez wielkiego szału. Względy seksistowskie też można pominąć, bo wokalistka (to indywidualny projekt właściwie) liczko ma wprawdzie przyjemnie gładkie, ale bez przesady, cycem też nie szczuje cy cuś. Sekret tkwi chyba w teledysku, w którym mamy trochę zabawnego efekciarstwa - które akurat przypadło mi do gustu -  i bardzo fajnie poprowadzonej, konsekwentnej zabawy czernią i bielą oraz ich symetrią. Jest faktem, że kiedy do tego wracam, to po to, żeby przede wszystkim oglądać, a nie słuchać. Chyba jeszcze bardziej bym lubił, gdyby było śpiewane po francusku lub wyłącznie w językach Afryki, a nie w większości angielszczyzną z francuskim akcentem.

Próbuję powyżej wstawić film z jutuba, żeby każdy mógł sobie sam obejrzeć od razu, ale że dawno tego nie robiłem, to i nie pamiętam magicznych recept (które od tamtej pory mogły się pozmieniać), więc na wszelki wypadek także link: Jain - Makeba.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 171