Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
piątek, 15 lutego 2019

Kiedy - dawno temu, jeszcze w ubiegłym tysiącleciu, nie umiem się niestety powstrzymać przed używaniem tego grepsu - pierwszy raz zapoznawałem się lepiej z Wrocławiem, jedna rzecz bardzo nieprzyjemnie mnie rozczarowała. Byłem przyzwyczajony, że na przejściu dla pieszych przy zielonym świetle jest na tyle dużo czasu, że przejdzie się spokojnie i bez nerwów, natomiast tam ledwo dochodziło się do środka jezdni, a już migało, że zaraz będzie czerwone. I tak, dotyczyło to przypadków, kiedy wchodziliśmy na pasy w chwili, kiedy gasło czerwone, a nie w ostatniej chwili. Zupełnie jakby ktoś chciał pieszych jak najbardziej dosłownie z pasów pogonić...

Byłem we Wrocławiu w tym tygodniu, po mieście poruszałem się pieszo (a kawałeczek do przejścia z dworca było), mimo pogody niezachęcającej do spacerów, może właśnie dlatego większą uwagę zwracałem na drobiazgi praktyczne niż uroki otoczenia. Zauważyłem, że na światłach - przynajmniej przy tych skrzyżowaniach w centrum - nie było przycisków wywołujących zielone dla pieszych, tak nielubianych przez niektórych. Czas, przez jaki paliło się zielone, pozwalał na przejście bez problemu, może i wrócić bym dał radę...

Zastanawiałem się tak pomiędzy jednym a drugim przejściem, czy to nowoczesność spowodowała zmianę podejścia na bardziej o pieszych dbające. Z drugiej strony nie wiem czy ciut poza centrum pełnym zagranicznych turystów zielone jest pieszym równie przyjazne... Może innego dnia, przy lepszej pogodzie, spróbuję to zgłębić. 

O innych aspektach zieleni może innym razem.

niedziela, 10 lutego 2019

Zapiski... między innymi dlatego są kiepsko uczesane, że dla samego twórcy bywa zaskoczeniem, o czym mu się w danym momencie zachce napisać (potem uzasadnione są żarty, że Zapiski... mają notki o wszystkim). 

Przechodząc do rzeczy - poranny Twitter przyniósł od znajomego okraszoną niewybrednym komentarzem mapkę, z której wynikało, że dostępność antykoncepcji w Polsce jest najniższa w Europie (określono ją na 31,5%, przedostatnia Rosja miała 42,8%, prymusami zostały Francja i Belgia po 90,1%). Mruknąłem sobie w duchu, że w zasadzie nie czuję się ekspertem w temacie dostępności, ale z drugiej strony zaintrygowało mnie, w jaki sposób te bezwzględnie wyglądające liczby ustalono (mając w pamięci inny ranking, w którym też źle wypadliśmy, a który moim zdaniem opierał się na bardzo formalnych założeniach o subiektywnie określonej wartości). Odnalazłem więc źródło mapki i zacząłem czytać.

"Dostęp do antykoncepcji" był oceniany w dwóch płaszczyznach - dostępności informacji online o antykoncepcji w każdym z państw oraz polityki państwa względem antykoncepcji, w sumie oceniano 15 kryteriów szczegółowych i wynik przeliczano na punkty (dokładną metodologię z wagami i punktacją każdy znajdzie na stronie, szczegółów wyliczeń nie zauważyłem). Powiedzmy od razu, że w zakresie dostępności online nie byliśmy tacy najgorsi (43,4%, najgorzej wypadła Chorwacja z 29%, Belgowie i Francuzi byli jako ten wzorzec z Sevres), natomiast zdecydowanie odstawaliśmy w zakresie polityki państwa (ledwie 25%, o 13% mniej niż Węgry, a ileż do Portugalii z jej 89,5%). Przyjrzyjmy się więc po trochu co się na te noty składa.

W zakresie polityki państwa analizowano 8 kryteriów:
- refundację antykoncepcji ze środków publicznych, gdzie oceniono nas na poziomie "słabiej niż inni" (jak Estonia, ale lepiej niż np. Norwegia czy Dania, gdzie nie ma żadnej refundacji)
- specjalną refundację antykoncepcji dla młodzieży U-19 (nie mamy, odmiennie niż Estonia)
- specjalną refundację antykoncepcji dla grup zagrożonych ekonomicznie (nie mamy, podobnie jak Estonia)
- dostępność bezpłatnego doradztwa w zakresie antykoncepcji (ocena "podobnie do innych", tak jak Estonia)
- wymóg uzyskania zgody rodziców na stosowanie antykoncepcji (potrzebna, przynajmniej - moim zdaniem - na niektóre formy, odmiennie niż w Estonii)
- dostępność antykoncepcji bez względu na status prawny, taki jak stan małżeński czy obywatelstwo (mamy, podobnie jak Estonia)
- dostępność antykoncepcji awaryjnej bez recepty (nie mamy, jako jedyni w Europie)
- dostępność antykoncepcji hormonalnej bez recepty (nie mamy, podobnie jak Estonia).

Zapewne zastanawiacie się, czemu za każdym razem pojawia się porównanie do Estonii? Jak nietrudno zauważyć, w 5 z 8 kryteriów mamy identyczną ocenę jak Estonia. Te 3 pozostałe kryteria powodują, że nasza ocena to mizerne 25%, a Estonii - całkiem przyzwoite 67,9%. 

Przejdźmy teraz do drugiej płaszczyzny, czyli de facto do oceny stron internetowych zawierających informację o antykoncepcji. Ocena wygląda następująco:
- strona jest bardzo łatwo znajdowalna (najwyższa nota)
- wzorcowo informuje o zakresie istniejących środków antykoncepcyjnych (najwyższa nota)
- jest średnio wygodna w korzystaniu 
- niestety jest prowadzona przez organizacje pozarządowe, a nie przez władze (najwyżej cenione są odrębne serwisy państwowe poświęcone wyłącznie antykoncepcji)
- nie zawiera żadnych informacji o cenach środków antykoncepcyjnych 
- nie zawiera też informacji gdzie się zaopatrzyć w środki antykoncepcyjne
- ani też nie zawiera wersji w językach regionalnych lub mniejszości (kaszubski, niemiecki, litewski etc.) 

Każdy może sobie ocenić, na ile taka metodologia pozwala na postawienie tezy o jakości dostępu do antykoncepcji. Dla mnie osobiście to jednak czysta zabawa statystyczna, a - jak wiadomo - pies i człowiek statystycznie mają średnio po trzy nogi. Realnej odpowiedzi na pytania o problem antykoncepcji w Polsce nie przynosi. 

poniedziałek, 04 lutego 2019

Jest jakiś wyjątkowo okrutny poniedziałek, nic się człowiekowi nie chce wśród śniegu, więc opowiem Wam, film który kiedyś oglądałem, tak jak go oglądałem. Jak ktoś się boi spoilerów, to niech nie czyta.

Wow. Fala wrzuciła rekina przez okno do baru, a to dopiero początek filmu.
Oczywiście jest platynowa blondynka z cyckami, w końcu jesteśmy w Kalifornii! 
Metr wody na ulicach, i w tej wodzie stada rekinów walące o samochód!
Właśnie wypluło rekina z kanalizacji.
A teraz obronili się miażdżąc rekina szafą.
Nie jestem pewien, tego chyba przebił lampą, bo prądu już nie ma.
Chwila przerwy od rekinów, czy wspominałem już o wielkim diabelskim młynie, który spadł z posad i gonił ludzi po molo, aż przepołowił blok?
Aha: w roli głównej chłopak z Beverly Hills 90210, tylko z prawie dorosłą córką #latalecą
Teraz się opuszcza na linie żeby uratować cały autobus z dziećmi #rekinykrążą
Dzieci uratowane najwyższa pora na #rekina, najpierw wskoczył na dach autobusu, a potem chwycił się liny, na której się wyciągali.
Ale to była rozgrzewka, bo nadciąga TORNADO!!1!
Teraz rekin wbił im się w dach samochodu. W samą porę, bo samochód właśnie wybuchł. Zdążyli wysiąść, gdyby ktoś pytał.
Czy wspomniałem o panu, który chodził ze stołkiem barowym dla samoobrony?
Jakby komuś brakowało, to właśnie jest ucieczka supersamochodem przed policją.
Aha, tornado już zaczyna nieść rekiny ze sobą.
Scenarzyści wprowadzili zwrot akcji i blondynka może polecieć na pełnoletniego syna głównego bohatera.
Teraz będą bombardować tornado z helikoptera. 
Na szczęście pan chroni helikopter strzelając z pistoletu do latających wokół rekinów. Z ziemi.
"Celuj w pierwsze tornado po lewej!"
Jedna bombka wielkości gaśnicy samochodowej i tornado się rozpada, rekiny spadają na ziemię.
Jeden rekin spadł panu na nogę. Chwycił się, ale się nie utrzymali, tornado wzięło ich obu.
Teraz rekin yebnął w reporterkę nadającą dramatyczny materiał o tornado. To się nazywa wejście.
Teraz rekin usmażył się na drutach wysokiego napięcia.
A teraz rekinki wpadły do basenu w domu starców. Staruszka uciekła, rekiny - nie (na wodzie ktoś niedobry rozlał benzynę i podpalił).
Katastrofa: nie trafili w trzecie tornado i rekin uchwycił się płozy helikoptera. Na szczęście blondynka miała NÓŻ!
(choć chyba ją zwiało)
((choć nie dam głowy czy nie tłucze rekinów latając wewnątrz tornada))
O, teraz będzie obrona przed spadającymi rekinami piłą łańcuchową. To znaczy, pan się wytnie z wnętrza rekina tą piłą.
Wow, i jeszcze wyciągnął z tego rekina blondynkę !1!!ONEONEEINS!!!
Słońce. Mieszkańcy domu starców się całują. Blondynka (która jest ciut czerwona na blondynkę) zostanie z synem, ojcu zostanie żona, z którą w ten sposób odświeżył związek.

Gdyby ktoś jeszcze się nie zorientował, to oczywiście pierwsze, oryginalne Sharknado (po polsku chyba Rekinado). Oglądałem dawno temu, i komentowałem na bieżąco, dziś odczułem potrzebę powrotu do tych notatek. 

Niech rekinie płetwy będą z Wami, wracam do roboty...

czwartek, 31 stycznia 2019

Ale był dziś dzień w krajowej polityce! Człowiek nie wiedział co robić z rękami - załamywać nad marnością, zasłaniać twarz w klasycznym facepalmie czy bić po udach ze śmiechu, tyle się działo. 

Staram się nie komentować samej polityki i tego też dziś się będę trzymał, odniosę się tylko do konkretnego aspektu jednego ze zdarzeń. W zamieszczonym na jednym z portali tekście o Jurnym Stefanie, pośród różnych mniej lub bardziej pikantnych opowieści o tym jak to biznesmeni mieli podsyłać posłowi kobiety jako swoisty rodzaj łapówki (komu się nie przypomina w tym momencie "Piłkarski poker" ten najwyraźniej nie oglądał), pojawia się informacja, że zanim biznesmeni zaczęli w tym zakresie korzystać z usług prostytutek, to mieli zlecać tę pracę swoim... pracownicom.

I teraz to we mnie siedzi: jakim trzeba być sukinsynem, żeby zatrudnionej u siebie kobiecie powiedzieć "pani Zosiu, jest sprawa, pójdzie pani do mieszkania pana X i sprawi, żeby czuł się zadowolony i dowartościowany jako mężczyzna, od tego zależy nasz duży kontrakt (i być może pani posada)". Bardziej to pasuje do relacji właściciel-niewolnica czy bardziej swojsko feudał-poddana, względnie bandyta-kobieta mafii - niż do relacji zakład pracy-pracownik, nawet w zamian za premię. Niezależnie od tego jak się ta sytuacja kwalifikuje według prawa karnego.

wtorek, 29 stycznia 2019

To bodaj najbardziej intrygująca dyskusja ostatnich dni w Polsce. Mnie intryguje dlaczego została rozpoczęta, innych intryguje dlaczego ktoś śmie kwestionować wyjściową tezę. A rzecz dotyczy kotów i tego, że polują. Opublikowano bowiem - i szeroko przedrukowano w mediach - artykuł stwierdzający, że koty zabijają setki milionów zwierząt rocznie.

Sam fakt, że koty zabijają inne zwierzęta, dla nikogo nie powinien być zaskoczeniem. Już Filemon z Bonifacym mieli łapać myszy, podobnie Tom gonił Jerry'ego, a Sylvester polował na kanarka Tweety. Wszystkie koty, od lwa po dachowca, są bowiem drapieżnikami. Czy zaskoczeniem są podawane w artykule wartości?

Na potrzeby artykułu naukowcy zbadali ponad 300 gospodarstw wiejskich w środkowej Polsce, rozmawiali z właścicielami ponad 30 kotów, 10 kotów szczegółowo śledzili, przeprowadzili też - w podobnej skali - szereg innych badań, o których szczegółach nie chcę pisać, bo może ktoś będzie czytał przy śniadaniu. Na tej podstawie ustalili, że statystyczny polujący wiejski kot zjada lub przynosi do domu około 200 ssaków i 50 ptaków rocznie. Policzyli też średnią ilość kotów na gospodarstwo i procent kotów, które nie dostają codziennie pełnej miski (zatem polują też, żeby jeść), po przeliczeniu na liczbę gospodarstw wiejskich w kraju wychodzi ze 2 miliony polujących kotów. Zapamiętajmy tę liczbę i przyjmijmy ją jako miarodajną.

Wyobraźmy sobie że każdy polujący kot w pierwszej kolejności skupia się na swojej najbardziej stereotypowej ofierze, czyli na myszach. Jeżeli codziennie upoluje jedną mysz czy nornicę (nie mam pojęcia, czy kotu to wystarczy żeby przetrwać dzień), to w skali roku mamy 365 x 2 miliony = 730 milionów gryzoni. Wychodzi na to, że szacowane w artykule od 505 do 667 milionów to za mało, żeby starczyło dla wszystkich kotów... (o zagrożeniu dla gryzoni jakoś nie słychać). Być może zatem koty uzupełniają dietę ptakami (szacunkowo sto kilkadziesiąt milionów rocznie)?

Spójrzmy teraz na krajową populację jednego z najpopularniejszych ptaków, a zarazem potencjalnej kociej ofiary, czyli wróbla domowego. Według przywołanego w artykule raportu o trendach liczebności ptaków w Polsce, liczbę wróbli szacuje się na około 12 milionów* (od początku wieku statystycznie co roku liczba ta zmniejsza się o 100 tysięcy, choć to tylko ujęcie trendu - w rzeczywistości zmienność jest dużo większa). Przyjmując średni czas życia wróbla jako 10 lat, powinniśmy się spodziewać że rocznie umiera ponad milion dorosłych ptaków (powiedzmy milion dwieście, a skoro populacja zmniejsza się o 100 tysięcy rocznie - to corocznie dorasta jakiś milion sto nowych). Wiedząc zaś, że pani wróblowa składa 2-3 razy do roku od 4 do 6 jaj, otrzymujemy od 45 do 124 milionów potencjalnych młodych, z których przeżyje nieco ponad milion..

Powiedzmy to otwarcie: corocznie w skali kraju umiera kilkadziesiąt milionów wróbli i wróbląt. I jest to zjawisko najzupełniej normalne, bo taka jest skala selekcji w przyrodzie. Koty zapewne się do tej selekcji przyczyniają, autorzy artykułu tej kwestii zupełnie nie badali - ograniczyli się do zacytowania pojedynczych liczb z innych artykułów ("liczba ptaków w Polsce maleje"; "populacja wróbla w Polsce spadła"; "w Anglii 30% koty odpowiadają za 30% zabitych wróbli", ten ostatni argument możemy sobie zestawić z liczbami podanymi powyżej). Dalej można analizować sytuację w kontekście innych gatunków, zauważając że np. liczba podanych w artykule jako kocie ofiary mazurków (1,5 miliona par, 10-20 milionów jaj rocznie) rośnie zarówno od 2011 roku, jak i w trendzie od 2000 roku (średnio o 90 tysięcy rocznie). Samo zestawienie liczby oszacowanych "ptasich" ofiar z liczbą ptaków w Polsce (ok. 94 miliony par lęgowych) jawi się w tym kontekście nadużyciem.

Docieramy zatem do pytania: co było celem postawienia szokujących ilościowo wniosków? Bo "wpływ na bioróżnorodność" w żaden sposób nie został pokazany, nawet w formie analizy gatunkowej tych dziesiątek (!) ptaków, których zabicie/zjedzenie faktycznie wykryto podczas badań. Chodziło tylko o zasygnalizowanie, że wychodzące koty MOGĄ wpływać na ptasie populacje? O akcję na rzecz karmienia domowych kotów? Ostatnie zdanie artykułu sugeruje, że ma on uzasadniać jakąś inicjatywę legislacyjną, ale jaką i po co - tego już nie wyjaśniono. A ja nie lubię "kreciej roboty".

*to drobne uproszczenie, bo w istocie mówi się o od 5,7 do 6,9 miliona par

sobota, 26 stycznia 2019

Przestałem śledzić co się dzieje w tenisie (w męskim nic się nie zmienia, w kobiecym.. w zasadzie też), i wcale nie z powodu zakończenia kariery przez Radwańską, tylko tak po prostu. Kiedy jednak gra Australian Open, to... mecze trwają od wieczora do rana, i włączając rano telewizor można po prostu trafić na transmisję. I tak właśnie było w ostatnią niedzielę - włączyłem przy kawie, z głupia frant zajrzałem na transmisję z Melbourne...

Na korcie był Federer, a to samo w sobie przyciąga (śpieszmy się oglądać Rogera, nie wiadomo kiedy odejdzie). Grał z jakimś dryblasem o grecko brzmiącym nazwisku, nawet nie miałem pojęcia czy to Europejczyk (pamiętamy choćby Baghdatisa), czy jakiś potomek imigrantów (jak Philippousis czy Kyrgios). Odnotowałem natychmiast, że po dwóch setach jest 1-1, z wyrównaną walką aż po tie-breaki, ale pamiętałem że młodzi mają zawsze sporo pary i w pierwszych setach wiele potrafią wybiegać. Popatrzyłem więc jak grają, i po kilku piłkach zacząłem szybko guglać za rywalem Rogera.

Dryblas - autentyczny 20-letni Grek - grał bowiem to, co uwielbiam: swobodny, jednoręczny bekhend. Nie żeby mu raz wyszło, grał go regularnie i solidnie. Na tyle solidnie, że dał radę przełamać Rogera i wygrać oba sety... Ciekawe, jaką zrobi karierę Stefanos Tsitsipas, sam bekhend to jeszcze nie wszystko, Staszek Wawrinka niezłym przykładem. Na razie w półfinale Nadal odprawił go w trzech krótkich setach, przez co rekord Wielkiej Trójki zostanie wyśrubowany do 52 zwycięstw w ostatnich 63 turniejach wielkoszlemowych.

Tymczasem w finale pań Osaka i Kvitova grają tie-breaka w pierwszym secie...

 

10:39, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 stycznia 2019

Żartować generalnie można sobie z wszystkiego, chyba że dotrze się do granicy tabu - wtedy ktoś zacznie się zastanawiać jak silne jest tabu, pewnie będzie skandal, zwykle granica się wtedy lekko przesuwa, albo tylko w umysłach ludzkich zaszczepia się myśl o możliwości przesunięcia granicy. 

Z drugiej strony żarty potrafią się na swój sposób dezaktualizować - jedne dlatego że nikt nie pamięta tła i trudno zrozumieć dlaczego coś miało śmieszyć (a żart wymagający tłumaczenia...), inne dlatego, że o ile kiedyś żartowanie z czegoś było uważane za normalne, o tyle zmiana zwyczajów czy też standardów spowodowała, że żartowanie stało się niewłaściwe (można powiedzieć że granica tabu przesunęła się w drugą stronę).

Oglądam od paru tygodni co wieczór (po odcinku, żeby nie przedawkować) swój od lat serial komediowy, kręcony w latach 80-tych jeszcze. Od czasu do czasu przelatuje mi przez głowę myśl: ciekawe jak oceniłby go całkiem współczesny widz, zwłaszcza przyzwyczajony do współczesnych standardów. Czy kupiłby konwencję slapstickowej farsy, w której możliwe jest prawie wszystko i z wszystkiego w zasadzie można się śmiać? Czy też z niezadowoleniem kręciłby nosem wytykając prymitywne wykorzystywanie stereotypów, nieustające żarty o podtekście seksualnym, z kobiet, z mężczyzn, z homoseksualistów, z queer i trans (przebieranki)...

Rozmyślam tak sobie, a potem - nie ukrywam - niemal literalnie płaczę ze śmiechu (nie, nie będzie zdjęć). Z tego wszystkiego co opisałem. Jeremy Lloyd i David Croft napisali i zrealizowali to bowiem tak wspaniale, że po prostu nie umiem się z tego nie śmiać - i zamierzam oglądać Allo, allo do samego końca (czyli dopóki mi płyty nie padną).

wtorek, 08 stycznia 2019

Nie bez zaskoczenia odnotowałem wczoraj pojawienie się w dyskusji (ponowne) tzw. zamku w Stobnicy, czyli 15-piętrowego budynku stylizowanego na średniowieczny zamek, wznoszonego na sztucznym stawie na skraju Puszczy Noteckiej.

Wokół tej budowy narosło wiele mitów, których wyjaśnianie nie jest celem tej notki - dla zainteresowanych powiem tylko, że miejsce budowy znajduje się na skraju Puszczy i obszaru ochrony ptaków w ramach sieci Natura 2000, kilometr dalej psa z kulawą nogą już by nie obchodziło, w jaki sposób taka sama inwestycja wpłynie na krajobraz ani na warunki bytowania ptaków chronionych (a z racji położenia w granicach Natura 2000 wymagane było przeprowadzenie specjalistycznych analiz). 

Zastanawiam się natomiast, co jest tak emocjonującego w formie tego budynku. Byłbym w stanie zrozumieć zaniepokojenie, gdyby miał mieć formę piramidy, pagody, Centrum Pompidou czy choćby banalnego wieżowca, nijak niepasującego do krajobrazu wiejsko-leśnego. Zamki (czy pałace) stały się jednak na swój sposób częścią krajobrazu od czasów średniowiecznych. Że nie będzie autentyczny? To przecież nie pretenduje do rangi zabytku (dzieła sztuki współczesnej, już być może).

A może problemem jest rozmiar? W najwyższym punkcie zamek ma nie osiągać 50 metrów, wiele bloków mieszkalnych jest wyższych, nie mówiąc o różnych biurowcach i hotelach. Że w miastach? A kto powiedział, że w miastach wolno, a poza miastami nie? Owszem, są plany zagospodarowania przestrzennego, akurat plan zagospodarowania tej konkretnej gminy pozwala na postawienie w tym miejscu budynku o wysokości 50 metrów. 

Do sedna przejdę. Temat wyskoczył mi, bo ktoś puścił w obieg tweeta redaktor Aleksandry J. (skazanej między innymi za aferę Rywina), który brzmiał: "Wielka przegrana państwa i mediów". W jaki sposób budowa tego zamku jest przegraną państwa, jeżeli przy realizacji inwestycji przestrzegano wszystkich przepisów (czy gdzieś nie ma jakiegoś mniejszego lub większego uchybienia, nie wiem, ale inwestor wiele lat wszystko przygotowywał, z tego co czytałem)? Czy państwo zakazuje budowy zamków ogólnie (nie o ile mi wiadomo)? Czy państwo powinno arbitralnie decydować co wolno, a co nie, inaczej niż stanowiąc prawo i je stosując w sposób przyjęty w demokratycznym państwie prawnym (mówimy państwo, myślimy władza)?

I teraz zostaje nam druga część rzeczonego tweeta: co do budowy zamków mają media? Oczywiście, media pełnią funkcję kontrolną, ale czy to znaczy, że rolą mediów jest ocena, co wolno robić? Zwłaszcza przenosząc to z poziomu oceny na poziom decydowania? Bo z tego tweeta bije przekonanie, że skoro media zajęły się tematem i uznały budowę za skandaliczną, to znaczy, że należało ją przerwać z uwagi na stanowisko "mediów", jako samozwańczego przedstawiciela opinii publicznej. 

Powstaje zatem pytanie: czy wolno w Polsce budować zamki, jeśli nie to dlaczego, względnie kto o tym decyduje? Słowo "zamki" można zastąpić oczywiście jakimkolwiek innym, "budować" zresztą też.

wtorek, 01 stycznia 2019

Nie słucham dziś Trójkowego Topu. Nie słucham, bo równie dobrze można spędzić 12h z Youtube, puszczając sobie co lepsze kawałki, choćby i z plejlisty Topu, a ze "sportowego" punktu widzenia szanse na jakieś zaskoczenia są niewielkie; bardziej jest to potencjalnie zabawa dla miłośników hazardu, w obstawianie które dokładnie miejsce zajmie jakaś piosenka, z Top10 jak i zwłaszcza spoza. W sumie gdyby nie znajomi na Twitterze, to może bym nawet całkiem zapomniał...

Ale skoro już mi przypomniano, to zabrałem się za pracowite odsłuchiwanie dwóch piosenek, z których jedna w Topie będzie wysoko, a druga może wcale (nawet nie głosowałem, więc nie wiem czy była na liście kandydatów), przy czym pierwsza jest czasem nazywana niemal kopią drugiej. Wsłuchuję się więc i porównuję...

Od razu powiem: nie badam każdej nutki, nie będę też udawał muzykologa. Podobieństwo fragmentów jest bardzo wyraźne, ale czasem od podobieństw ważniejsze są różnice. Obie piosenki zasadniczo są oparte na klasycznym schemacie zwrotka/zwrotka/interludium/zwrotka, w obu mamy wiodącego gitarzystę/wokalistę z towarzyszeniem klawiszy/syntezatorów. O ile jednak gitara Snowy White'a brzmi bez zarzutu, to towarzyszące jej klawisze są bardzo... zwyczajne, równie dobrze mogłyby się znaleźć na przeciętnym albumie popowym. Co gorsza, interludium z solówką gitarową powoduje rozjechanie się klimatu w drugiej części utworu, nie pomaga też finałowe pójście w full rock solówkę. Knopfler zaś nie dość że ma do dyspozycji o klasę lepsze brzmienie klawiszy, to perfekcyjnie kontroluje harmonię pomiędzy instrumentami, przez co możemy się w utworze zanurzyć. Do tego dochodzi jeszcze różnica tekstów - u Snowy White'a to banalne westchnienie liryczne, u Knopflera bardziej wyrafinowany song antywojenny...

Każdemu zostawiam do decyzji, co woli: Bird of Paradise Snowy White'a czy Brothers in Arms Dire Straits. 

niedziela, 30 grudnia 2018

Miałem to napisać w Święta, ale trochę mi się nie chciało :) 

Święta Bożego Narodzenia to festiwal tradycji, robienia rzeczy które robi się raz do roku (i na ten jeden raz w roku czeka), teoretycznie tak jak matki i praojce robiły. A jednocześnie mało kto zauważa, że tradycja sama w sobie też podlega nieustannym zmianom.

Weźmy na przykład sztandarowego wigilijnego karpia, tak mocno wbitego w świadomość. Kiedy jednak zajrzymy do międzywojennych opisów wigilijnego menu, wcale takiej pozycji nie znajdziemy - będzie na pewno jakaś ryba, ale jaka, to już była kwestia bardziej indywidualna (niektórzy uważają do dziś że nie ma Wigilii bez śledzia). Karp zaś ugruntował się (pun not intended), bo w sklepach PRL zwyczajnie nie było innych ryb w odpowiedniej ilości, a władze dbały, żeby przynajmniej ten jednej (łatwej w produkcji) nie brakowało. 

Osobną kwestią jest mieszanie się tradycji. Dopóki bowiem wszyscy trzymają się swoich osad, to tradycje wszyscy mają takie same, ale co jeśli skojarzy się związek wigilijnej grzybowej z wigilijnym barszczem? No nie da rady, na coś się trzeba zdecydować, albo jedno zarzuci część swojej tradycji, albo oboje przyjmą nową...

No i wreszcie ewolucja tradycji pod wpływem najrozmaitszych czynników (np. coś nie było dostępne, albo pojawił się lepszy zamiennik, albo...). Tu docieramy do mojej najbardziej ukochanej tradycji wigilijnej, ujawniającej zresztą częściowo rodzinne korzenie, czyli opisywanych choćby tutaj ciasteczek zwanych śleżykami. Sam robię mniej więcej półkruche (w tym roku ostatecznie z 3 kg mąki...), mama - bardziej kruche, nie pamiętam kto z nas robi bardziej takie jak babcia. Kiedy jednak pogrzebałem w przepisach, stwierdziłem nie bez zaskoczenia, że znacznie bardziej rozpowszechnione są wersje drożdżowe, a historycznie wywodzą się one z przaśnych łamańców. Fakt, że kiedy byłem dzieckiem, to ich nieodłączną parą na Wigilię było mleczko makowe, ale tego elementu tradycji akurat pozbyłem się bez żalu. Może dlatego, że mak (i cukier) jest już w samych ciasteczkach, a może dlatego że mak, mleko i miód z bakaliami jest w tradycyjnych (acz w tradycji przejętej, a nie domowej) makówkach...

Wesołego po Świętach i na wszelki wypadek Szczęśliwego Nowego Roku! (jakby co to po raz pierwszy)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 189