Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
czwartek, 21 września 2017

Wychodziłem wieczorem do sklepu, deszcz lał jak głupi, więc sięgnąłem do szafy po mało używaną kurtkę przeciwdeszczową. Wracając zacząłem grzebać w jej kieszeniach, wyłowiłem jakieś dwa niewielkie papierki. Ich język oraz wybita na nich data sugerowały niedwuznacznie, że pochodziły jeszcze z wiosennego wyjazdu do Budapesztu. Pozostawał tylko jeden problem...

Spędziłem dobrą chwilę zastanawiając się do czego te papierki służyły. Umieszczone na nich wielocyfrowe numery "seryjne" (kolejne zresztą) oraz kwota w forintach sugerowały, że to dowód zakupu czegoś, ale czego? Rozmiar - jakieś trzy centymetry na dwa lub w tych rejestrach, nie mierzyłem - i ascetyczna forma sugerowały, że to nic istotnego, cena - 250 forintów (jakieś 3,50 zł) - też wskazywała na drobiazg, bilet na metro kosztował bodaj 350 forintów. Przelatywałem myślami cały dzień spędzony w Budapeszcie, starając się namierzyć taki drobny wydatek. Nic pewnego nie przychodziło do głowy.  

Kiedy staromodne metody zawodzą, sięga się po nowoczesne. Włączyłem wyszukiwarkę, wpisałem wybite największymi literami słowo "nyugta", okazało się, że chodzi o kwitek, paragon. Nie przybliżało to jednak do odpowiedzi, gdzie go wydano. Zacząłem więc wpisywać w wyszukiwarkę długą trójwyrazową nazwę, wyszukiwarka przyjęła ją dość ochoczo, wyświetliła rozbudowaną stronę z licznymi zdjęciami, strona w języku węgierskim oczywiście, na szczęście miała też wersję angielską. Następnych kilkanaście minut spędziłem analizując jeszcze staranniej, w którym miejscu w Peszcie (do Budy tego dnia nie zaglądaliśmy) mogłem się zetknąć z firmą, do której należała ta strona, i wejść z tą firmą w komercyjną interakcję. Wychodziło mi, że musiało to być podczas przemierzania Wyspy Małgorzaty (od mostu Małgorzaty po most Arpada), bo tylko tam przypominałem sobie moment w którym mogliśmy skorzystać z usług budapeszteńskiego przedsiębiorstwa wodociągowo-kanalizacyjnego...

Tak, przez trzy miesiące miałem w kieszeni kwitki z szaletu.

sobota, 16 września 2017

Mówi się, że w Formule 1 każdy element się liczy, bo każdy może dać setne czy dziesiąte części sekundy różnicy, lub wpłynąć na lepsze lub gorsze działanie innych elementów dających setne czy dziesiąte. Jednym z najważniejszych elementów pozostaje jednak zawsze silnik, który musi samochody rozpędzać do ponad 300 km/h i wytrzymywać setki kilometrów jazdy na wysokich obrotach, a im lepiej wykonuje to zadanie, tym większe szanse jego użytkownik ma w rywalizacji.

W aktualnej formule silnikowej, obowiązującej od 2014 roku (przewidywany okres do 2020 włącznie), silniki odgrywają nawet większą rolę niż kiedyś (choć Mercedes nie samym silnikiem dominował przez trzy lata). Nie jest więc żadnym zdziwieniem, że każdy zespół z ambicjami stara się mieć raczej lepszy silnik jak gorszy, przy czym wobec ograniczeń ilościowych (zasadniczo żaden producent nie powinien aktualnie obsługiwać więcej niż trzech zespołów), handlowych i konkurencyjnych nie jest to łatwe do osiągnięcia (ktoś musi wszak korzystać także z tych ciut słabszych silników). Malownicze spory wokół dostaw dla silników dla Red Bulla nadają się na długą opowieść, której nowy rozdział zaraz może zostać napisany. Podczas trwającego weekendu w Singapurze ogłoszono bowiem oficjalne potwierdzenie, że McLaren rozwiązuje wieloletnią umowę o współpracy z Hondą i podpisuje trzyletnią umowę z Renault, co stało się możliwe dzięki ogłoszonemu równocześnie przejściu Toro Rosso z jednostek Renault na Hondę. Jednocześnie pojawił się sygnał, że Renault nie przedłuży współpracy z Red Bullem poza rok 2018.

I tu pojawia się konieczność zerknięcia na przepisy dotyczące sytuacji silnikowej. Mamy czterech dostępnych producentów silników. Mercedes poza własnym zespołem ma umowy na zaopatrywanie Williamsa i Force India do roku 2020. Ferrari poza własnym zespołem zaopatruje Haasa (nie wiadomo dokładnie do kiedy) i podpisało umowę z Sauberem do roku 2020. Renault poza własnym zespołem ma po 2018 zaopatrywać tylko McLarena. Honda na razie jest dostawcą tylko dla Toro Rosso (podobno wieloletnim), i możliwości ich silnika są na razie delikatnie mówiąc niesatysfakcjonujące... Co zatem może zrobić Red Bull? Ani Mercedesa, ani Ferrari za bardzo nie zmusi do współpracy (zresztą już im się to nie udało w 2015). Jeśli nie zawierzy "w ciemno" Hondzie (a takie zawierzenie może spowodować, że uciekną mu kierowcy, pożądający samochodu z silnikiem pozwalającym na walkę o mistrzostwo), to może jedynie złożyć oficjalne żądanie do FIA, żeby skorzystała z mechanizmu przymusowego przydziału silników. Istnieją bowiem specjalne reguły, zgodnie z którymi każdy producent jest zobowiązany do obsługi określonej liczby zespołów, jeśli będzie to konieczne (na dziś - przy 10 zespołach i 4 dostawcach - z wzoru wynika, że ta liczba wynosi 3). Jeżeli więc do 15 maja 2018 roku żaden z producentów nie poinformuje FIA o podpisaniu umowy z Red Bullem, to FIA będzie uprawniona do skorzystania z tego mechanizmu - tyle że w sytuacji jak opisanej wyżej, będzie to oznaczało że dostawcą dla Red Bulla zostanie Honda, jako producent z najmniejszą liczbą klientów...

Ciekawiej byłoby, gdyby Honda się znienacka wycofała i zostało tylko 3 producentów. Zgodnie z tymi samymi regułami, w pierwszej kolejności Renault zostałoby zobowiązane do przyjęcia trzeciego klienta - przy czym o tym, który to byłby z zespołów sponsorowanych przez koncern Red Bull, decydowałoby losowanie. Dla drugiego zespołu konieczne byłoby losowanie spośród wszystkich trzech producentów... Wyobrażacie sobie w sezonie 2019 zespoły Red Bull-Renault i Toro Rosso-Mercedes?

Jak będzie, tak będzie, wizja Red Bull-Honda na 2019 jest niesamowicie realistyczna, z jakimi kierowcami i możliwościami? Boję się przewidywać... Poza tym, ewentualne wielopiętrowe negocjacje handlowe mogą doprowadzić do zupełnie nieprzewidywalnych rozstrzygnięć.

Tagi: prawo
14:59, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2017

Śledzę sobie dyskusję o reformie sądów, zarówno tę ze strony fundacyjno-rządowej i prezydenckiej, jak i ze strony obywatelsko-sędziowskiej. Pojawiają się rozmaite postulaty, mniej i bardziej merytoryczne, lepiej i gorzej dopracowane...

W dość zgodny sposób przedstawiany jest postulat ogólnego odciążenia sądów. Przede wszystkim pojawia się zmniejszenia ilości spraw (pytanie kto miałby się zajmować określonymi kategoriami spraw i w jakim trybie pozostawiamy na inną okazję), sędziowie dokładają do tego zmniejszenie ilości czynności, jakimi musi zajmować się sędzia (a mógłby w zasadzie ktokolwiek). Tu najczęściej pojawia się postulat "i żeby uzasadnień nie trzeba było tyle pisać"...

I tu pojawia się problem innego rodzaju, zza stołu sędziowskiego może trudno dostrzegalny. Dla przeciętnego człowieka zaskakująca jest zwykle utrwalona od lat procedura komunikowania wyroku, sprowadzająca się do jego odczytania na sali sądowej (po odczytaniu sędziowie z napięciem czekają, czy ktoś złoży wniosek o uzasadnienie, ostatnio Sąd Najwyższy wykluczył możliwość złożenia takiego wniosku przed ogłoszeniem wyroku). Regularnie słyszę pytanie, czy sąd wyrok doręczy? (jedynie zaoczny) Dodajmy do tego, że ustalenie treści wyroku przez osobę nieobecną na ogłoszeniu wcale nie jest łatwe, w biurze obsługi interesanta najczęściej nie da się ustalić szczegółów. Dlatego co do zasady jestem zwolennikiem, aby ogłoszone orzeczenia stronom doręczać, najlepiej razem z uzasadnieniem (oczywiście, dostrzegam potencjalną pułapkę proceduralną związaną z przeciąganiem i utrudnianiem odbioru korespondencji, ale ona istnieje niezależnie), powiem więcej: nie widzę przeszkód, aby sąd odraczał publikację wyroku po to, aby ogłosić go wraz z uzasadnieniem. Wydaje mi się, że pewnego rodzaju standardem jest sporządzaniem wyroku wraz z uzasadnieniem, tak aby strona wiedziała co się stało i dlaczego... Oczywiście, sędziowie w tym miejscu zapewne zaproszą mnie, żebym sam pisał uzasadnienia dla wydawanych przez siebie wyroków (przy hipotetycznym założeniu, że kiedykolwiek zostanę sędzią), których wydają po sto i więcej rocznie, aczkolwiek przypuszczam, że gdyby z jednej strony wiedzieli, że uzasadnienia będą do popełnienia we wszystkich sprawach, a z drugiej gdyby pojawiły się nowe standardy pisania tych uzasadnień... Oczywiście nie widzę przeszkód, żeby strony składały w toku postępowania oświadczenia o rezygnacji z uzasadnienia, kiedy jest ono nieszczególnie potrzebne, ale to już drobiazg.

Czy ktoś pójdzie w tę stronę ze zmianami? Zobaczymy. W imię zbliżania się do obywatela byłoby to właściwe.

Tagi: sąd
14:24, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 września 2017

Patrzymy z zapartym tchem, jak przez Morze Karaibskie idzie huragan Irma. Już pobił ileś tam rekordów siły, już spustoszył niejedną wyspę, teraz wkracza na Florydę. Są zdjęcia i filmiki jak się woda podnosi, jak wiatr wszystkim miota, są słowa otuchy i modlitwy (co przed lub w trakcie) i próby pomocy (dla tych co już po). Jest pewna ulga, że idący za ulgą huragan Jose postanowił się wyszumieć na oceanie i nie dobijać spustoszonych przez Irmę wysp.

I kiedy tak patrzymy na tę Florydę i okolicy, to uświadamiam sobie, że dwa tygodnie temu podobnie patrzyliśmy na Teksas, kiedy wiatr, deszcze i powodzie atakowały okolice Houston. I zaczynam się zastanawiać, ilu z tych patrzących na Florydę i okolice pamięta o tych z Teksasu, o ich tysiącach zalanych domów, które teraz ktoś pewnie próbuje osuszać i remontować, żeby zdążyć przed może nierychłą, ale nieuchronną zimą (nawet poszukałem sobie dziś stron lokalnych gazet z Houston, żeby się zorientować co tam się pisze). 

I wtedy sobie przypomniałem, że kiedy wczytywaliśmy się w newsy z Teksasu o rekordowych opadach i pojawiających się ofiarach śmiertelnych, to gdzieś zupełnie na skraju strumienia wiadomości migały doniesienia o gigantycznych powodziach w Indiach i Bangladeszu. Może przechodziły niezauważone bo monsuny to nie huragany, a może dlatego, że kogo tam obchodzi Trzeci czy któryś tam Świat w porównaniu do tak cywilizowanych (choć równie obcych) Stanów Zjednoczonych. Przypomniały się Herberta o arytmetyce współczucia...

Tymczasem gdzie indziej na świecie w Kalifornii pożary lasów, potężne trzęsienie ziemi u wybrzeży Meksyku zabiło kilkadziesiąt osób (gdyby było bliżej, szkody mogłyby być znacznie wyższe), a w Jemenie nieustająca katastrofa humanitarna. A u nas billboardy.

20:05, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 września 2017

Idę na łatwiznę, prawda? Nie chciało mi się wrzucać porannych kawałków dość często, żeby notowanie miesięczne jakoś wyglądało, to zbieram w dwa, a teraz nawet w trzy miesiące (i wygląda jakby było Dużo). Zastosuję się jednak do Bablowskiego "gra mało, ale za to gra smacznie" i zaraz wyrzuty sumienia jak ręką odjął.

A letnia muzyka... Chwaliłem się już że byłem na Woodstocku? (#wężykiem). Właściwie to gdybym mógł, to od drugiego tygodnia sierpnia tylko bym w kółko puszczał to co tam słyszałem (z tych co mi się podobały). Ale że monokultura nie jest zdrowa (a kawior jedzony chochlą to po prostu rybie jaja), to ciut więcej różnorodności się pojawi.

Jethro Tull - We Used To Know
Clutch - Electric Worry
Beth Hart - Tell Her You Belong To Me
Bułat Okudżawa - Paka Ziemla jeścio wiertitsia
The Clash - London's Burning
Meredith Brooks - Bitch
The Cyrkle - Kites
Ensiferum - Iron
John Lennon - Whatever Gets You Through The Night
R.E.M. - The Outsiders
Nina Persson - Charlie

Wojciech Młynarski - Diatryba
Wojciech Młynarski - Przetrwamy
Kult - Hej Czy Nie Wiecie
Jacek Kaczmarski - Powrót sentymentalnej panny S
Pointer Sisters - I'm so excited
Duane Allman & Aretha Franklin - The Weight
Manu Chao - Me Gustas Tu

The Qemists - Run You
Dub Inc - koncert na Woodstock
Dub Inc - Revolution
Lady Pank - Pokręciło mi się w głowie
Guru feat. MC Solaar - Le Bien, Le Mal
Franz Ferdinand - Take Me Out
Queen - Killer Queen
Manfred Mann - Doo Wah Diddy
Klaus Mitffoch - O głowie
Junkie XL, Elvis Presley - A Little Less Conversation
Ska Cubano - Babalu 

Oczywiście, gdybym miał puścić teraz co mi Najbardziej W Duszy Gra, to odpaliłbym The Qemists, ale ten Run You tyle co było prezentowane. Puszczę więc jedyny kawałek, którego tytułu obecnie nie znam, bo pojawił się w cyklu porannikowym jako po prostu Woodstockowe wspomnienie, wyszperane naprędce. Z drugiej strony nieważne do końca jak to się oficjalnie nazywa, po prostu pobujajcie się z Dub Inc i poczujcie tę atmosferę.

Tagi: muzyka
18:57, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 września 2017

Chwaliłem się już w zeszłym miesiącu, że byłem na Woodstocku, ale wtedy ograniczyłem się do najbardziej ogólnych obserwacji. Już sam fakt, że byłem, można uznać za pewne zaskoczenie, wyjaśnię od razu, że to wynik pewnego niecnego spisku. Spiskowcy nie tyle postawili mnie prze faktem dokonanym, ile zadali mi pytanie znienacka, na tydzień przed - a ja nie myślałem zbyt długo, tylko sprawdziłem jak mi kalendarz wygląda, no i kilka dni później...

Nie wnikając we wszystkie szczegóły logistyki, dotarliśmy na Przystanek jakoś po czternastej w sobotę. Ponieważ nie byłem inicjatorem, zdawałem się w całości na spiskowców - a ci mieli pewne plany, czego posłuchać. Ruszyliśmy więc przez leśne dróżki kostrzyńskiego Woodstocku, by na piętnastą dostać się pod Dużą Scenę, gdzie miał wystąpić Nocny Kochanek. Ze sceny łomotało, tłum radośnie śpiewał, wokalista ma duże możliwości głosowe - ale teksty w polskim metalu nie przekonują mnie zupełnie, więc tylko lekko poskakane towarzysko było. Później, niestety, ruszyliśmy na ogólne zwiedzanie i zakupy, rychło utkwiliśmy w kolejce do Siemasklepu (jak po dobra rzadkie za komuny, doświadczenie się przydało), i tam stojąc słyszeliśmy na szczęście, jak Dużą Scenę przejęli we władanie Dub Inc. O jak ładnie nóżka chodziła w tej kolejce... gdybym wiedział, to może olałbym Nocną Zmianę Miłości i odstał zawczasu, a potem reggae'owo bujał się w tłumie... Ale co się stało, to się nie odstanie. Po dokonaniu wielkiego obchodu (który i tak obejmował najwyżej połowę wszystkiego), powróciliśmy jeszcze na sesję wieczorną. Na 22-gą zaplanowany był koncert Nothing But Thieves. Mam wrażenie, że albo nie byli w formie, albo zwyczajnie nie pasowali do tego miejsca, może po prostu odczuwali skutki podróży - dotarli bez swoich instrumentów (pozdrawiamy linie lotnicze czy kto tam był odpowiedzialny), występowali ze sprzętem pożyczonym im przez inne zespoły. Jak dla mnie brakowało w tym kopa, jakiejś spójności, aczkolwiek interesująco patrzyło się na małolaty (nie wiem czy gimnazjalne, licealne czy studenckie) wyśpiewujące kolejne kawałki, dla nich ewidentnie było to spotkanie z Idolem. My natomiast zmyliśmy się przed końcem z powodu lekkiego zmęczenia, gdyż...

Ta nazwa nic zupełnie nam nie mówiła (a mnie na pewno). Przebywaliśmy sobie w sąsiedztwie sceny, dopijając piwo (w bezpośrednie sąsiedztwo wstęp z alkoholem był zakazany, pozdrowienia dla Pokojowego Patrolu), kiedy po kolejnej zmianie na Dużej Scenie zaczęli się produkować The Qemists (nawet nie wiedziałem jak się to pisze). Łomotało zacnie, piliśmy szybciej (zresztą się ściemniało), weszliśmy w tłum, zbliżyliśmy się do sceny. Oni się rozkręcali, my się rozkręcaliśmy, skakaliśmy, pod koniec to już był cudowny trans, przy którym zupełnie nie czuliśmy zmęczenia. Trzyma mnie do dziś.

Więc dla wszystkich Woodstockowiczów i tych, którzy nie byli - The Qemists, Run You, tu w wersji teledyskowej, kto ciekaw jak wyglądało na żywo, niech sprawdza na Kręcioła TV.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Jak zapewne nie pamiętacie (albo może pamiętacie), w zeszłym roku demonstracyjnie Blog Day zignorowałem, ponieważ nie miałem nic nowego do zaproponowania. W tym roku mogłem zignorować niedemonstracyjnie, tylko z tradycyjnej sklerozy, ale skoro w czwartej kwarcie dnia natrafiłem na podpowiedź, że Blog Day nastąpił, to nawet można coś na temat skrobnąć. Zwłaszcza że...

W zaprzeszłym roku nic mi się nie zapamiętało. W przeszłym roku odwiedzałem zaś parę blogów interesujących, niektóre poznałem tyle co, inne się przypomniały - i na tyle uznałem je za ciekawe, że sobie na karteluszku (ehehe, w zabłąkanym na pulpicie pliku txt) zanotowałem żeby je ewentualnie polecić. A skoro już mamy ten dzień, więc dzielę się z Państwem od serca, nie obiecując że się spodoba z jakiegokolwiek powodu:
1. Galopujący Major 
2. Krzysztof Leski
3. Aadaś
4. Kataryna
5. i tradycyjnie cała zawartość blogrolla

W bieżącym roku przezornie nie obiecuję, że coś znajdę. Wiecie, jak jest.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Ludzie boją się rekinów. Od ataków tych bestii umiera na całym świecie średnio 5 osób rocznie
Ludzie nie boją się krów. Te sympatyczne zwierzęta w samej Wielkiej Brytanii zabijały ostatnio średnio 3 osoby rocznie

Ludzie boją się latać, bo katastrofy lotnicze są straszliwe (nawet jeśli nie są skutkiem zamachu). W zeszłym roku w katastrofach lotniczych na całym świecie zginęło 325 osób, w najgorszym roku 1972 zginęło ich 2373.
Ludzie nie boją się jeździć samochodami. Na polskich drogach w wypadkach samochodowych w zeszłym roku zginęły 2993 osoby.

Ludzie boją się islamskich zamachów. W ciągu ostatnich 38 lat zginęło w nich około 20 tysięcy osób (średnio ponad 550 rocznie). Głównie muzułmanów.
Powinienem dla równowagi wpisać dowolną inną statystykę, choćby statystykę morderstw w Polsce (502 w 2016 roku), ale z poprzednich przykładów wynika, że fakty przegrywają z emocjami.

Wpis jest zainspirowany fragmentem rozważań Galopującego Majora.

sobota, 26 sierpnia 2017

Ciepły (prawie gorący) letni dzień. Szwendamy się leniwie uliczkami małego miasteczka wśród pól i obserwujemy rzeczywistość jednakowoż odmienną od naszej (no, chyba żeby nie). Pośrodku miasteczka, przy ryneczku, stoi sobie ratusz. Widać go z pewnej odległości, wyniosły góruje nad otoczeniem niskopiennym niczym Kongresówka. Na dachu widać te urocze, rzadko spotykane zdobienia, które tak bardzo podobały mi się w Budapeszcie (nie napisałem o tym? trudno). A kiedy patrzymy na ryneczek pod ratuszem, to nie dość, że prawie cały zajęty pod parking:

Laa an der Thaye rathaus ratusz Austria

to zaraz obok z boku tegoż ratusza jest - powiedzmy - kącik sanitarny, obejmujący nie tylko zwykłego toi-toia, ale i barakowóz jak od Drzymały wypożyczony, zaadaptowany przez lokalną OSP na posiadający część zarówno męską jak i damską.

laa an der thaye wc wagen rynek

Dla większego urozmaicenia po tej bocznej stronie dorzucono część zieloną (acz niepozbawioną parkingu) i stację ładowania wszystkiego (choć raczej mniejszego niż większego) prądem elektrycznym pochodzącym ze źródeł odnawialnych, a konkretnie z baterii słonecznych umieszczonych na dachu wiaty. Gdzieś tam był też sklep typu 1001 drobiazgów (zamknięty z powodu urlopu), na którego wystawie wypatrzyłem tę oto fascynującą, przydatną rzecz:

laa an der thaye stojak na butelkę

Cóż to za piękny przedmiot, Trurlem pachnący? Nie wiem jak Wam, ale na moje niefachowe oko to stojak na butelkę wina. Klassisch! A z innej strony ryneczku (z przyległościami) było miejskie muzeum. Zerknąłem na jego tablicę ogłoszeń - promowała ekspozycję "OGÓRKI I WIĘCEJ".

Laa an der Thaye Muzeum Museum Austria

Ale w gruncie rzeczy czego się spodziewać po miasteczku, które ma w nazwie "nad rzeką", a rzeka znajduje się kilka kilometrów dalej, w sąsiedniej wsi i sąsiednim państwie (ech, ta pokręcona historia Europy Środkowej). 

Laa an der Thaye (nad Dyją) pozdrawia serdecznie. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Dzisiejszy wpis jest zupełnie nieplanowany i niespodziewany, ponieważ jest w całości ściągnięty z Twittera - ktoś się podzielił o poranku, a ja się tylko zachwyciłem, przetłumaczyłem i dokonałem wyboru. Można się zgadzać albo nie.

KAPITALIZM
Twoja mama pierze twoje ubrania. Płacisz jej dolara. Narzeka. Wzywasz policję i i oskarżasz ją o bunt.

KOMUNIZM
Twoja mama pierze. Ty pierzesz. Co noc salutujecie portretowi zmarłego ojca.

SOCJALIZM
Twoja mama pierze. Ty gotujesz. Wszyscy są teoretycznie zadowoleni.

FASZYZM
Twoja mama pierze bojąc się o życie

NAZIZM 
Twoja mama pierze. Ty gazujesz pralnię.

FEUDALIZM
Twoja mama pierze i płaci ci podatek.

LIBERALIZM
Twoja mama pierze, a ty patrzysz i czujesz się źle. Mówisz, że coś trzeba z tym zrobić. Coś zostanie lub nie zostanie zrobione.

LIBERTARIANIZM
Twoja mama pierze. Ty wierzysz, że wyprałeś.

RELIGIA
Twoja mama pierze. Ty dziękujesz bogu.

ATEIZM
Twoja mama pierze. Ty w filmiku na YouTube żądasz zweryfikowanych naukowych dowodów, że wyprała.

MIZOGINIA
Nienawidzisz mamy niezależnie od tego, czy wyprała, czy nie.

PATRIARCHAT
Twoja mama nie istnieje. Pranie zrobiło się w magiczny sposób.

FEMINIZM
Twoja mama nalega, żebyś dorósł i sam zaczął prać swoje rzeczy.

BIAŁY FEMINIZM
Twoja mama zatrudniła do prania niebiałą kobietę

ANTYFEMINIZM
Mama cię zostawiła. Po roku piszesz "wredna zdzira" na stercie brudnych ciuchów.

RASIZM
Twoja mama pierze i obwinia czarnych.

NEOKAPITALIZM
Twoja mama pierze. Płacisz jej dolara. Nakłaniasz ją, żeby wyprała rzeczy twoich kolegów. Kolega płaci ci 50 dolarów.

SEKSIZM
Oczywiście, że mama pierze, pfff.

AMERYKANIZM
Twoja mama pierze. To jest w Konstytucji, KONIEC DYSKUSJI

To nie jest wcale nowe, ale kogo to obchodzi, skoro trafiłem dzisiaj. Oryginał (czyli wszystkie definicje w oryginalnych wersjach, w komplecie i z twórczością fanowską) jest tutaj.

A teraz do pracy, bo poniedziałek.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 177