Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 03 grudnia 2016

Ach, to był szał. Po raz pierwszy przyniosłem jak zwykle od Markera, który polecał bardzo, opisując z grubsza. Zainstalowałem, odpaliłem, skrzywiłem się nad jakąś domorosłą przeróbką tekstów do intro, zacząłem grać. Kiedy skumałem o co chodzi, było po mnie. 

Sid Meier's Civilization. Dziś z rozrzewnieniem patrzę na tę pikselową, symboliczną grafikę AD 1991, bo i nie o efekty graficzne chodziło. W Jedynce na pewno udało mi się dojść do końca, wysłać statek kosmiczny na Alfa Centauri, i zdominować świat. Pamiętam, że dla czystej przyjemności robiłem spolszczenie, wymyślając polskie nazwy dla budynków i jednostek - i jak w partyzancki sposób wprowadzałem je do gry; informatycy zapewne będą się w tym miejscu po trzykroć żegnać i spluwać przez lewe ramię - edytowałem plik .exe przy użyciu podglądu DOS-owego, jak plik tekstowy, wyszukując w nim oryginalnych nazw angielskich i zamieniając je na polskie (dlatego duże znaczenie miało wymyślenie nazwy o takiej samej ilości znaków). Działało, choć z czasem zaczęło wariować (i stworzyło mi na dysku rekurencyjną kopię całego dysku).

A potem przyszła Dwójka. Spolszczona, rewolucyjna graficznie w porównaniu, z dużo większą liczbą wszystkiego: ludów, jednostek, budynków, odkryć... Do dziś pamiętam jaką świetną zabawą było desantowanie spadochroniarzy. W odróżnieniu od Jedynki nie kojarzę jednak, żebym dotarł aż do końca, bo ugrzązłem gdzieś w nowożytnych wojnach pancernych (oraz, mam wrażenie, w codziennym życiu), jakiś czas zmarnowałem też w edytorze na próbie opracowania mapy na bazie terytorium Polski. Przyjemność związana z zakładaniem i rozwijaniem miast oraz ich otoczenia była zawsze przednia...

Później kiedyś pojawiła się Trójka, dla odmiany znów tylko w wersji oryginalnej. Przyniosła wiele rewolucyjnych konceptów. Spróbowałem na chwilę, odłożyłem. Wróciłem po wielu latach, ale nigdy nie miałem dość cierpliwości, żeby dojść do końca, bo zawsze kończyły się możliwości spokojnego rozwoju - zawsze ktoś mi się pchał z łapami, pięściami i bronią. Ja zaś preferowałem "mieszczańską" wersję zabawy, z tworzeniem potęgi gospodarczej i terytorialnej, nie zaś militarnej. Wszystkie działania były podporządkowane tej strategii, cokolwiek budowałem, to po to, by się rozwijać. Produkcja, edukacja, kultura - to były priorytety, przy każdym wynalazku i każdym cudzie starannie analizowałem, co z niego będę miał dla rozwoju i zarządzania. 

Czwórki nawet nie widziałem, podobnie jak wielu dodatków i rozszerzeń. Podobnie wydawało się z Piątką... aż któregoś dnia dowiedziałem się że będzie Szóstka. Zacząłem zgłębiać historię poszczególnych wersji, nawet przyglądałem się temu jak Szóstka wygląda, zobaczyłem cenę... pomyślałem, że o nie, po co tyle kasy wydawać, i jeszcze ten głupi Steam. A potem któregoś dnia chodziłem zeźlony po markecie i za parędziesiąt zet Piątka sama wskoczyła do koszyka. I tak zacząłem się bawić...

Wśród wielu nowości w Piątce są niezależne państwa-miasta, jest aspekt religijny oraz możliwość gry Kazimierzem Wielkim. Kiedy doszedłem do etapu, kiedy mój Kazimierz mógł założyć religię, katolicyzm był już zajęty przez Celtów (co ja poradzę, Hiszpanie musieli wziąć buddyzm) i musiałem wybierać w tym co zostało. Rozważyłem głęboko dostępne możliwości pod względem historycznym i wybrałem. Religia się ładnie rozwinęła i teraz sam nie wiem co mnie bardziej bawi:
a/ Warszawa jako święte miasto judaizmu
b/ Watykan nawrócony na judaizm
c/ Jerozolima prosząca o przysłanie judaistycznych misjonarzy?

W Szóstkę pewnie prędko nie zagram. Przynajmniej sądząc po tym jak chodzi Piątka - dopóki nie wymienię komputera. 

16:38, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 grudnia 2016

Ponieważ na razie chce mi się zapisywać na bieżąco (lub prawie) co tam sobie czasem puszczę pod hasłem "porannik" (wciąż ani to codziennie, ani bladym świtem), to właściwie nadal nie widzę powodu, żeby tych zapisków nie przenieść do Zapisków:)

W listopadzie wyglądało to więc tak:

Dusty Springfield - Spooky
Stevie Wonder - Overjoyed
Buggles - Video Killed The Radio Star
Toy Dolls - Jingle Bells
The Knacks - My Sharona 
Łona - Fruźki wolą optymistów
The Cranberries - Dreams
Kult - Arahja
Shakin' Stevens - Cry just a little bit
Phil Collins - Both Sides of the Story
Leonard Cohen - Who By Fire
Bruce Springsteen - When You're Alone
Stevie Wonder - Isn't She Lonely
W.A. Mozart - Le Nozze di Figaro - Ouverture
Bossa'n'Stones - Miss You
Adele - Skyfall
Łucja Prus - Twój portret 
Buckshot Lefonque - Blackwidow blues
The Cartoons - Doo Dah
Rolling Stones - Ruby Tuesday
Manu Chao - Me Gustas Tu (Kyrill&Redford Edit)
Kazik Na Żywo - Dziewczyny
Piersi - Silesian Song

Patrząc na to z perspektywy widzę okazjonalną korelację z wydarzeniami ze świata. Cohen był oczywiście pro memoriam, część od Kultu do Collinsa były porannymi komentarzami do wyborów w USA, polska muzyka pod koniec to pokłosie Podróży Po Polsce. Stevie Wonder powtarza się, ponieważ listopad ogłosiłem Miesiącem Wondera. A na do widzenia zagramy odkrycie miesiąca, czyli taką wersję Kofty jakiej nie znałem - Łucja Prus niczym Bogusław Mec a rebours.

czwartek, 01 grudnia 2016

Śnieg padający w mroźny dzień jest lekki i puszysty, niczym zwiewna narzutka. Kiedy bierzesz go na szuflę, to prawie go nie czujesz. Musisz jednak uważać przy zrzucaniu z łopaty, żeby poleciał dokładnie w tę stronę co trzeba, i starać się żeby się za bardzo nie osypywał (a potem i tak masz nadzieję że silny podmuch nie rozniesie go z powrotem po całym podwórku).

Śnieg padający "w okolicach zera" jest ciężki, niczym porządna kołdra, do której musisz się solidnie przyłożyć, żeby nią machnąć. Kiedy nabierasz go na łopatę, musisz uważać, żeby nie przesadzić z ilością, bo może nawet i dźwigniesz (ale spróbuj tym rzucić!) - ale łatwo się znaleźć w sytuacji nierównego rozłożenia na łopacie i zwyczajnie przeważy. Za to na boki nie ucieka i znakomicie się z niego uklepuje góry i wały, czasem wystarczy podjechać łopatą i na sztorc postawić. 

Dziś był ciężki i gruby, do dziesięciu centymetrów. Odgarnąłem tylko z chodnika i samochodów, a i tak wystarczyło na szańce dla lokalnej komórki obrony terytorialnej. Niech się chowają siłki i crossfity :)

Tagi: śnieg zima
09:20, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 listopada 2016

Za 48 godzin będziemy wiedzieć na pewno, który z kierowców Mercedesa sięgnie po tegoroczny tytuł. Oceniając na zimno - jeżeli nic nieoczekiwanego się nie będzie działo, to świętować będzie Rosberg, któremu wystarczy dojechać w pierwszej trójce (i na razie nie widać, żeby ktoś miał go z trójki wyrzucić), zresztą przez trzy ostatnie wyścigi jedzie dokładnie tak, jak jest to potrzebne, niczym kolarski "czajnik", który ogranicza się do pilnowania rywali (i wygrywa, jeśli mu się to uda). Ponieważ rywalizacja o tytuł z tego powodu straciła na emocjach, podobnoż brytyjscy żurnaliści już szykują opowieści o tym kto na tytuł bardziej zasłużył...

Zróbmy więc szybki przegląd sezonu (ograniczony do czołowej dwójki).
W Australii Hamilton przegrał start z PP i cały wyścig (drugie miejsce uratowali mu stratedzy Ferrari).
W Bahrajnie znów przegrał start z PP, a kolizja w pierwszym zakręcie ograniczyła jego możliwości do P3.
W Chinach Rosberg wygrał z PP (choć kicha Ricciardo mogła trochę pomóc), a Hamilton po starcie z końca stawki zaliczył dodatkowo kolizję i skończył na siódmym.
W Rosji Hamilton znów miał awarię w kwalifikacjach, tym razem gonił z dziesiątego na drugie.
W Hiszpanii wyeliminowali się nawzajem na pierwszym okrążeniu po kolejnym przegranym starcie Lewisa z PP.
W Monaco Rosberg nie radził sobie w deszczu, a Hamiltonowi pomógł błąd mechaników Red Bulla.
W Kanadzie Lewis wygrał z PP (nieudana zagrywka Ferrari mogła pomóc), wypychając Rosberga w pierwszym zakręcie (przez co ten skończył na P5).
W Baku Lewis zahaczył w Q3 o barierę i z P10 nadgonił tylko na P5.
W Austrii manewr obronny Rosberga skończył się kolizją i tylko P4 dla Niemca (który zaliczył też karę za wymianę skrzyni).
W Anglii Rosberg padł ofiarą krótkożyjących ograniczeń komunikacji radiowej - kara za podpowiedź co do sposobu radzenia sobie z usterką skrzyni biegów oznaczała spadek z drugiego na trzecie.
Na Węgrzech Hamilton ograł kolegę w pierwszych zakrętach.
W Niemczech Rosberg zawalił start z PP, a kara za atak na Verstappena pozbawiła go podium.
W Belgii Hamilton strategicznie przyjął kary za dodatkowe silniki, a potem i tak z końca stawki dojechał na trzecie (safety car był pomocny).
We Włoszech Hamilton zawalił start z PP, nawet jeśli skończył ostatecznie na P2.
W Singapurze Hamilton startował dopiero z P3 i to miejsce ostatecznie uratował.
W Malezji... ach, te emocje. Hamilton prowadził, kiedy zapalił mu się silnik... Rosberg potrącony w pierwszym zakręcie, odrabiał straty aż po P3. 
W Japonii Hamilton z drugiego miejsca na starcie po pierwszym zakręcie spadł na ósme i uratował tylko trzecią lokatę.
W USA Rosberg przegrał start z P2, ale VSC spowodowany przez Verstappena pozwolił na przeskoczenie Ricciardo i powrót na swoją pozycję.
W Meksyku rozmaite zamieszania nijak nie przeszkodziły status quo (nawet jeśli ścięcie pierwszego zakrętu przez Hamiltona wciąż budzi kontrowersje).
W brazylijskim deszczu Rosberg utrzymał P2 po części dzięki nieudanym manewrom strategicznym Red Bulla...

Podkreślmy bardzo mocno jedną rzecz: w zasadzie w żadnym wyścigu bolidy Mercedesa nie miały sobie równych, więc obaj raczej mieli coś do przegrania niż do wygrania. Obaj miewali momenty pechowe (Hamilton chyba więcej), obaj miewali nieudane starty, obaj zyskiwali na błędach i problemach innych zespołów. Problemy techniczne to rzecz losowa, dwa lata temu Hamiltonowi pomógł kuriozalny problem zabrudzenia przewodów w Singapurze... Może się okazać, że o tytule zdecyduje betonowa bariera na wyjściu z wolnego zakrętu przy starówce w Baku.

Kto będzie miał w niedzielę wieczorem więcej punktów, w pełni zasłuży na mistrzostwo. Żadne wrażenia estetyczne nie mają tu znaczenia. Być może Lewis jest "szybszym kierowcą", ale nie to decyduje; poza tym, jak głosi Kohelet, "to nie chyżym bieg się udaje, i nie waleczni w walce zwyciężają (i dzięki temu można się zakładać", dodaje Murphy). Czy Hunt zasłużył na swój słynny tytuł, skoro Lauda wypadł na dwa wyścigi?

Tagi: statystyki
19:10, bartoszcze , F1
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 21 listopada 2016

To już tygodnie tylko, nawet można w dniach odliczać, i Rogue One wejdzie na ekrany kin. Oczywiście, że pójdę, choć na razie nie zarzekam się, że nastąpi to na najwcześniejszy możliwy seans (a jeśli nawet, to głównie po to żeby skończyć z potrzebą odcinania się od najnowszych newsów i reakcji). 

Jestem już bowiem w tej fazie, że przestałem oglądać nowe trailery, czytać plotki (no..) i przecieki, żeby nie psuć sobie przyjemności poznawania w kinie tego, co przygotowali dla nas twórcy. Widziałem już wystarczająco dużo, znam głównych bohaterów, ich (częściowe) życiorysy i charakterystyki. Znam nawet finał! (tak, nie mogłem sobie tego suchara darować) Wiem, że mignie Darth Vader, może nawet okaże komuś swoje rozczarowanie. Ale odpowiedzi na szczegółowe pytania "jak" nie znam, i nie chcę poznać wcześniej niż w kinie, już nie. A z tego co widziałem, to zanosi się na ucztę nie tylko dla uczuć fana, ale i dla oczu. 

W międzyczasie wyjaśniło się już też to i owo odnośnie tytułu. Kilka miesięcy temu pisałem, że wyczuwam w tej nazwie wieloznaczność, ukryty żart związany z główną bohaterką. Wiadomo dziś, że oczywiście Rogue One to nazwa kodowa statku (tu malutki spoiler: o wyjątkowo przypadkowym rodowodzie), czy będzie jakaś bezpośrednia zależność między tą nazwą a przyszłą eskadrą - tego się pewnie akurat nie dowiemy. Sam reżyser filmu powiedział jednak, że nazwa jest wieloznaczna i między innymi odnosi się do charakteru głównej bohaterki ("She also has a rogue streak"), do jej buntowniczej natury (dałbym sobie... włosy uciąć, że gdzieś się przewinęło urocze słowo "Solo-esque"). A więc "Ta zbuntowana", jak w brazylijskiej telenoweli? Eeee... Zostańmy przy Łotrze (nadal wolę Łobuza, ale ŁOTR daje okazję do żarcików z aluzjami do Władcy Pierścieni).

Aha: reżyser nie jest scenarzystą filmu, więc niekoniecznie on decydował o tytule ;) ale kojarzy podobnie.

22:35, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 listopada 2016

Cenioną wartością w internecie jest interakcja z odwiedzającymi, wyrażana choćby w najprostszej formie. Kanonicznym przykładem stał się oczywiście fejsowy lajk, dostępny zarówno wewnątrz serwisu jak i poza nim (choć w tej drugiej formie jakby trochę zamierał, tu na Bloksie co prawda widać niebieski przycisk FB, ale można nim tylko udostępnić notkę na swojej tablicy, a nie krótko i zwięźle wyrazić aprobatę, co natychmiast odbiło się na statystykach interakcji), wewnątrz serwisu już rozbudowany w taki sposób że można wyrazić cały szereg emocji od hiperpozytywnych do negatywnych. Analogiczne - choć pewnie mniej rozpowszechnione - opcje interakcji znajdujemy w przypadku innych znanych serwisów, i tych żywych, i tych podupadających...

W niektórych serwisach, zwłaszcza newsowych, często spotykany jest model, w którym poszczególne wypowiedzi mogą zostać ocenione pozytywnie (plus czy co tam lokalnie wymyślą) lub negatywnie (minus lub jak wyżej). Obserwując jak się takie oceny rozkładają, można popełnić niewątpliwie niejedną pracę z zakresu socjologii czy psychologii społecznej. Sam nie bez fascynacji obserwuję nieraz na gazetowych portalach jak rozkładają się oceny przy takich czy innych wypowiedziach (w tym moich), na ile w tych ocenach widać populizm a na ile zdrowy rozsądek. Czasem wręcz obstawiam pisząc jakiś komentarz, w którą stronę pójdą oceny ;)

Takie oceny są w stanie wzbudzać wiele emocji. Czasem trwa o nie wręcz polityczna wojna - jedni z drugimi klikają na siłę, żeby "swoich" poprawić, a "wrażych" w dół zepchnąć, widziałem już wzajemne nawoływania... Czasem strony (przynajmniej niektóre) uciekają się do zorganizowanego manipulowania wynikami, "wysyłając" do akcji boty, a 'poszkodowani" ślą lamenty i protesty do niekoniecznie radnej administracji. Zupełnie jakby od tego coś istotnego zależało...

Nie proszę o lajki ni szery, jak kto chce niech komentuje, jeśli odczuwa taką potrzebę (dla pseudokomentatorów których jedynym celem jest zostawienie linka do promowanej strony, nadal nie ma tolerancji).

sobota, 19 listopada 2016

Recenzowanie książek Lee Childa wiąże się z jednym zasadniczym problemem: trudno je od siebie odróżnić. Wszystkie oparte są na tym samym schemacie - wolny duch w sposób zupełnie (dla siebie) nieoczekiwany zostaje wplątany w jakąś aferę. Afera zwykle wiąże się z ludźmi o Dużych Możliwościach - czasem indywidualnych, czasem finansowych, czasem organizacyjnych, cokolwiek - przez co wszyscy w okolicy się ich Boją Straszliwie (lub są w spisku z nimi). Ponieważ jednak wolny duch (eks-żandarm wojskowy Jack Reacher) jest geniuszem śledczym, fizycznym (zawsze uwielbiam gdy analizuje w ułamku sekundy, ile czasu zajmie kuli droga z miejsca X do miejsca Y i jakiego dozna odchylenia z dokładnością do stopnia) i militarnym, ze szczególnym uwzględnieniem samoobrony - likwiduje aferę w sposób jak najbardziej dosłowny (nie jestem pewien, czy którykolwiek aferzysta pozostał przy życiu dla organów wymiaru sprawiedliwości). W efekcie w pięć minut po zakończeniu czytania aferzyści zaczynają nam się sklejać ze sobą, nie mówiąc o aferach i innych bohaterach pomocniczych. Najzabawniejsze w tych wszystkich książkach jest... że w ekranizacji którejś z nich Reachera zagrał Tom Cruise z jego konusowatym metr siedemdziesiąt, podczas gdy Reacher - co jest powtarzane w każdorazowo przytaczanym życiorysie - ma 1,95 cm i inne gabaryty zbliżone.

Ale może przejdźmy do konkretu. Skończyłem więc niedawno czytać jednego takiego Lee Reachera - tytułu, niestety, nie pomnę, musiałbym zerknąć do notatek - oczywiście idealnie pasującego do schematu; w tym miejscu chciałbym ostrzec przyszłych czytelników, że nastąpią ISTOTNE SPOILERY, więc jeśli robi im różnicę, czy się dowiedzą przed przeczytaniem całości, to dalej czytają na własną odpowiedzialność. W tej konkretnej książce mieliśmy więc niezmiernie sprawnych zabójców, którzy nie wahali się zastraszać, okaleczać, porywać i mordować tylko po to, żeby realizować swój plan zemsty. Zemsty, dodajmy, nie za jakąś zawinioną lub niezawinioną śmierć; zemsty za upokorzenie doznane przed laty, i nie ze strony osoby będącej celem wendetty, tylko jej ojca - przy czym wina celu polegała na tym, że była tego upokorzenia milczącym świadkiem, a "żaden mężczyzna nie może sobie pozwolić..."

W tym przypadku nasz eks-żandarm w oparciu o interpunkcję oraz sposób noszenia płaszcza dochodzi do - oczywiście słusznego i jako właściwie jedyny - wniosku, że sprawcami są wiejscy policjanci. A ja po zakończeniu lektury popadłem w dość dziwne uczucie. Wiedziałem oczywiście, że to tylko postacie z książki, ale założyłem ich rzeczywiste istnienie. Rozważałem w duchu, co ci sprawcy - o takim poziomie bezwzględności i pogardy dla innych - robili na co dzień, w swoich rodzinach, w swoich środowiskach, w swojej pracy. Absolutnie niewiarygodne było dla mnie, aby te same cechy ujawniały się tylko w tym jednym przypadku. Takich złoczyńców można się bać najbardziej.

Ale czytało się szybko i dobrze, jak zwykle  Jacka Childa.

10:00, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 listopada 2016

Wyścig, wyścig... i po sezonie. Prawie. Formalnie zostały nam dwa wyścigi do końca, w niedzielę w Brazylii, a potem za dwa tygodnie finał w Abu Zabi.

W pewien sposób wszystko już jasne: wygra Mercedes (tytuł drużynowy już ma matematycznie zagwarantowany), zostaje pytanie: który z kierowców. Rosberg ma przewagę wielką i żadną zarazem - 19 punktów z jednej strony gwarantuje mu tytuł, jeśli w dwóch ostatnich wyścigach dojedzie co najmniej raz na drugim i co najmniej raz na trzecim miejscu (przy założeniu, że Hamilton wygra oba te wyścigi); z drugiej zaś strony jeden defekt, jeden wypadek (choćby niezawiniony) i okrągłe zero punktowe może odwrócić sytuację. Nie ukrywam, że z punktu widzenia rywalizacji najlepiej by było, gdyby w niedzielę po wyścigu różnica między tą dwójką wynosiła jakiś punkt czy dwa (łatwo powiedzieć, trudniej wykonać...), żeby w wyścigu finałowym każdy centymetr toru się liczył.

A jak będzie? Tor Interlagos lubi rozdawać tytuły mistrzowskie: ze startujących w ten weekend pięciu mistrzów świata każdy zapewnił sobie przynajmniej raz tytuł właśnie tutaj. Rosberg wygrał tu dwa ostatnie wyścigi, Hamilton zaś - nigdy... (przy czym, oczywiście, wszystkie scenariusze inne niż dublet tej dwójki będą wymagały interwencji Fortuny). Jednocześnie nie umiem się oprzeć myśli, że w ostatnich sezonach (od 2008 dokładnie) w latach parzystych mieliśmy rywalizację trwającą do samego końca (a nawet ostatniego zakrętu), a w latach nieparzystych - kończącą się wcześniej (przez co ostatnie wyścigi były już mocno o pietruszkę).

Fortuna w każdym razie straszy deszczem, a to zwiastuje emocje.

21:49, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2016

...na cztery samogłoski, czternaście spółgłosek i cztery znaki interpunkcyjne, pisany o poranku w samochodzie

Mgła.
Mróz.
Szron.
Trump.

Taki mamy klimat. Spokojnie, to tylko listopad.

wtorek, 08 listopada 2016

Ach, te dawne miasteczka i klimat XIX wieku (wczesnego dwudziestego też)... Bywało więc sobie miasteczko, a nieopodal biegła linia kolejowa, nie za blisko, bo kto by tam tory do miasta wpychał. Kto był chętny na pociąg, jechał sobie na stacyjkę bryczką... jak nie miał bryczki albo jeśli po niego nikt na stację nie wyjechał, to zostawało mu z buta odległość do miasteczka pokonać.

Mierzę się z koniecznością wyjazdu służbowego na Szkieletczyznę, dwie godziny podróży z hakiem (wielkość haka zależy od przyjętego środka transportu). Kręcąc nosem poszukuję alternatywy dla jazdy samochodem (ani droga interesująca, ani pora dnia, ani roku, a poza tym lubię odpoczywać w drodze raczej niż się męczyć). Bezpośrednie połączenie kolejowe wprawdzie jest, ale oznacza bardzo wczesne wyjście, i dużo czasu na miejscu... Przelatuje przez głowę myśl: hmm, a może się da zrobić przesiadkę przez słynną Stację Włoszczowa Północ? Zaczynam grzebać w wyszukiwarce połączeń, trochę oczom nie dowierzam, sięgam po Google Maps...

Stacja Włoszczowa Północ jest - powiedzmy - o jakieś półtora kilometra na zachód od włoszczowskiego rynku (który oficjalnie nie nazywa się rynkiem, ale patrząc na mapę, taką powinien mieć genezę), przy Centralnej Magistrali Kolejowej biegnącej z południa na północ. W sumie nie wydaje się bardzo daleko, powiedzmy że w granicach spaceru. Nie przyszło mi jednak do głowy, że "właściwa" stacja Włoszczowa znajduje się od tegoż rynku o jakieś cztery kilometry w przeciwną stronę, na południowo-wschodnich obrzeżach miasta (przy linii kolejowej z zachodu na wschód)... Połączenie kolejowe między jedną a drugą Włoszczową odbywa się poprzez stacyjkę we wsi położonej  o 10 km na południowy zachód.

Wygląda na to, że nie będę się przesiadał we Włoszczowej, bo nikt po mnie bryczką nie wyjedzie.

Tagi: bzdury
21:15, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 169