Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
środa, 13 grudnia 2017

Stara piosenka głosi, że w Południowej Kalifornii nigdy nie pada (mało kto słucha dość uważnie by dostrzec, że nie pada, lecz leje). Jeśli nie pada, to jest sucho; jeśli jest sucho, to rośnie stopień zagrożenia pożarowego, a wtedy...

W tym roku w Los Angeles w październiku i listopadzie opady były o 94% procent poniżej średniej (powtarzam: 94% poniżej średniej, nie 94% średniej). W efekcie "tradycyjne" październikowe pożary (taki tam mają klimat) przeciągnęły się na cały listopad i niewykluczone, że potrwają nawet do Świąt, ogień zagraża już nawet rezydencjom bogaczy w Bel Air, strażacy bezradnie rozkładają ręce.

Spowodowane przez człowieka zmiany klimatu - bo to one stoją za tą sytuacją - w różnych miejscach mogą się różnie objawiać. W Kalifornii sucho jak wiór, z kolei na wschodnim wybrzeżu mieliśmy w tym roku potężne huragany, niosące ponadnormatywne deszcze zalewające całe połacie. A teraz na dodatek z północy dmucha zimnem, i na Florydzie mamy przymrozki, a w Teksasie opady śniegu, od San Antonio i Austin po Houston.

Chyba nie o take zmiane chodziło.

piątek, 08 grudnia 2017

Miałem zamiar napisać zupełnie poważną notkę o zupełnie poważnych sprawach, ale zrobił się piątek wieczór - a w piątek, jak wiadomo, ludzie robią się niepoważni i tylko im zabawa w głowie, więc pisanie poważnej notki przełożę na inny dzień (poza tym muszę poskładać myśli, i zebrać ździebko materiałów).

A poza tym wpadło mi w oko parę świeżych hasełek z łódzkiej wojny muralowej i stwierdziłem, że to świetny moment żeby je zachować pro memoriam, zanim znikną w czeluściach dysku albo - co gorsza - w odmętach fejsa (na dysku jest jakaś szansa znaleźć).

widzew Łks święta wojna napisy kac wawa

Łks widzew święta wojna napisy kupa rozgrzewka

Symetrycznie, po jednym w każdą stronę, możecie zająć którąś stronę, albo i nie, bo po co. Weekend idzie.

niedziela, 03 grudnia 2017

Są miejsca, które widzieliśmy setki razy, o których powiedzieliśmy że je znamy na pamięć, a potem nagle się okazuje, że czegoś o nich nie wiedzieliśmy. 

To było w tak zwany Czarny Piątek, specjalnie poszedłem sobie do nieodległej galerii handlowej (samochodem byłoby pewnie dłużej), słoneczko akurat wyszło, w sam raz na spacerek. Szedłem sobie wzdłuż ulicy, popatrzyłem na samochód skręcający na parking, i nagle aż mnie zastopowało. Aż wyciągnąłem telefon i wszedłem na parking żeby zrobić zdjęcie.

kościół Piotra i Pawła Katowice

Przejeżdżałem koło tego kościoła setki razy (wiele setek), za każdym razem kiedy jechałem do liceum czy kiedy wracałem z uczelni, przechodziłem koło niego w drodze do pracy lub po prostu - a tego dnia patrzyłem jakbym go widział po raz pierwszy. Zawsze wydawał się wciśnięty za drzewami, po drugiej stronie ulicy jak nie blok, to mur jakiegoś zakładu. Nigdy nie zdarzyło mi się spojrzeć na niego z takiej perspektywy, poprzez pustą przestrzeń, nawet kiedy byłem w okolicy, skąd takie spojrzenie byłoby możliwe, to albo nie docierałem do właściwego punktu, albo po prostu patrzyłem gdzie indziej. 

Tagi: fotka
17:54, bartoszcze , Z podróży
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 grudnia 2017

Jeśli ktoś miał wrażenie, że ostatnie Listy Poranników były tworzone w sposób dość wysilony, to ma sporo racji, głównie dlatego, że mniej ostatnio puszczam muzyki o poranku. Nadal trochę, nadal taguję, ale dochodzę do wniosku, że spisywanie tego traci sens, więc już tylko zamkniemy rok (z lekkim zapasem) i będziemy kończyć ten projekt.

The Qemists - Iron Shirt
Alvaro Soler ft. Jennifer Lopez - El Mismo Sol
Lech Janerka - Lola
Jesus Christ Superstar - What's the buzz 
The Rolling Stones - Paint It Black
Foo Fighters x Rick Astley - Never Gonna Give You Up
Souljazz Orchestra - Bull's Eye
Meena Cryle - It Make You Scream
George Michael - Jesus to a Child
Virna Lindt - Underwater Boy
Ella Fitzgerald - These Boots Are Made For Walkin
Tori Amos - Famous Blue Raincoat
The Adolescents - House of the rising sun 
Ebo Taylor - Love&Death
Joss Stone ft. Yes Sir boss - Come Together
Jain - Come
Guns'N'Roses - Paradise City
PRL - A ty maszeruj
Will Smith - Gettin' Jiggy With It
Smokie - Mr. Tambourine Man
Republika - Telefony
Teddybears - Cobrastyle
As Tears Go By - Vitamin String Quartet
Przebudzenie - Przemysław Gintrowski
Charlotte Gainsbourg - Hey Joe

Oczywiście, jeśli kiedyś w przyszłości dostanę przypływu energii i będę porannej muzyki wrzucać dużo, to może któregoś dnia jakaś lista się znowu pojawi, a może tylko będą pojedyncze piosenki z porannych odkryć i eksperymentów. Na koniec pierwszego sezonu Listy Poranników - Cobrastyle.

środa, 29 listopada 2017

Wstałem około świtu i patrzę: biało, ale nie tak lekko przyprószone jak dwa razy tej jesieni, tylko solidna parocentymetrowa warstwa. Mówią górale (że na nich zwalę), że dopiero trzeci śnieg oznacza zimę, pierwsze dwa zabielenia określiłem jako śnieżki, więc dzisiejsze liczymy nie jako trzeci śnieg ani trzeci śnieżek, tylko jako śnieg pierwszy (zwłaszcza że Barbórka ma pono być po wodzie).

Taki śnieg oznacza przede wszystkim jedno: odśnieżanie. Najpierw myślałem ograniczyć się do odkopania auta, później jednak spojrzałem z refleksją na to ile z tego auta się nazbiera (a śnieg mokry i ciężki) i wyciągnąłem łopaty. Wielkie śnieżne góry jeszcze się w ogródku nie zbierają, ale skoro właściwie liczymy że to jeszcze nie zima...

A kiedy już człowiek skończy oporządzać koło zagrody (chłopomania, eh?) to musi się mierzyć z nieoporządzonym światem. Przejechać ślepy wąski zakręt pod górę (nie wiedząc czy kto nie jedzie z przeciwka) po zaśnieżonej uliczce. Bez zaufania spoglądać na szerokość drogi, zwężonej o zwał śniegu na skraju, w sytuacji gdy samochody muszą się wyminąć. Spostponować w myślach przechodnia, który nie widząc chodnika idzie środkiem ulicy i co gorsza, postanawia na środku ulicy stanąć i zapalić (ohydny nałóg to palenie, jeśli staje się na środku ulicy). (Czekania w kolejce do wymiany opon sobie oszczędziłem zmieniając dwa tygodnie temu)

Może to jeszcze nie zima, ale doświadcza się tego co zimowe.

Tagi: zima
23:48, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 listopada 2017

Zespół Williams w obecnych tygodniach kojarzy się polskim kibicom tylko w jeden sposób: jako potencjalne miejsce pracy Roberta Kubicy w sezonie 2018 (skoro powrót z Renault z takich czy innych względów ostatecznie nie wypalił). Możliwe, że nagle temu zespołowi przybędzie nowych kibiców, widziałem, że wielu korzystało z posezonowej wyprzedaży w firmowym sklepie zespołu, w końcu barwy zespołu na rok 2018 zmienić się nie powinny (aktualnie są zdominowane przez sponsora tytularnego Martini). 

A nie zawsze takie były (za to często były dostosowane do wymagań aktualnego sponsora właśnie). Kiedy zaczynałem swoją przygodę z F1, samochody Williamsa łączyły na sobie biel Canona, głęboki niebieski browaru Labatt's i żółć papierosów Camel. Te barwy wryły mi się w pamięć w niezapomnianym spektaklu, jaki stworzyli Senna i Mansell w GP Monaco 1992, kiedy jadący po pewne zwycięstwo Anglik musiał zjechać przed końcem na zmianę opony, stracił pozycję i przez kilka trzymających w najwyższym napięciu okrążeń próbował się przepchnąć przed McLarena, bezskutecznie zresztą. 

Nigel Mansell Williams FW14B Goodwood 2017 Chandhok

To było piękne auto... Wzdycham tak, bo dzisiejsze samochody bywają brzydsze, a i samochody z okresu wcześniejszego potrafiły być może i efektownie wyglądające z przodu, ale za to fatalnie wyglądały z boku zwłaszcza ze swoimi zupełnie zaburzonymi proporcjami. FW14B wyglądało pięknie i z przodu, i z boku, a to używane przez Mansella miało na dodatek charakterystyczną czerwoną piątkę.

Nigel Mansell Williams FW14B Goodwood 2017 Chandhok

Na przełomie czerwca i lipca w angielskim Goodwood odbywała się tradycyjna pokazowa impreza motoryzacyjna, na której pojawiło się wiele starszych i nowszych samochodów przeznaczonych do ścigania się w przeróżnych cyklach i seriach. Oglądałem transmisje internetowe, bo przejażdżkę Lotusem (w barwach Renault) miał zrobić Kubica, pierwsza okazja zobaczenia go w bolidzie "na żywo" od roku pańskiego 2010... I kiedy tak zerkałem czekając, w pewnej chwili aż mi się zrobiło wilgotno w oczach - po torze jechała prześliczna Czerwona Piątka (bez Mansella za kółkiem, ale on mniej śliczny, zwłaszcza ćwierć wieku później), te zdjęcia powyżej to właśnie z tej okazji.

Nawet widok Kubicy tak na mnie nie podziałał.

*zdjęcia zostały użyte ilustracyjnie, nie wolno ich kopiować ani wykorzystywać do celów komercyjnych bez zgody właścicieli praw autorskich

Tagi: fotka
19:32, bartoszcze , F1
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 listopada 2017

Muszę się przyznać, że oryginalnego Blade runnera pamiętam głównie doznaniami: muzyką Vangelisa, obrazami nocnego miasta, monologiem Hauera, klimatem... Sama fabuła przechodzi jakoś obok mnie, nie mówiąc o znaczeniach, tropach i interpretacjach, w szczególności zupełnie mnie nie obchodzi czy Deckard...

Obecnie w kinach miłościwie panuje sequel Blade runnera, opatrzony liczbą 2049 niczym Chateaux Villeneuve. Warstwa wizualna po prostu cudowna (audio bez zachwytów), klimat wspaniały. Do tego mamy i łowców androidów, i androidy pomiędzy ludźmi (choć mógłbym się zastanawiać czy "ludzi między androidami" nie byłoby właściwsze, ale nie dam głowy), i postarzałego Deckarda, i Rachel (o niej nic Wam nie powiem, kto widział ten wie, kto nie widział - niech ma niespodziankę), mamy też akcję kręcącą się wokół odsyłania na emeryturę, z różnymi zagadkami i zwrotami akcji... I wiecie co? Tak jak w oryginalnym Blade runnerze, tak naprawdę mało mnie cała ta akcja obchodzi (nie powiem, że nie wciągała).

Mamy w tym nowym Blade runnerze wątek, który wbił mnie w fotel i wypuścić nie chce. Jest sobie bohater, nazwijmy go Joe (kto widział, ten wie, kto nie widział... zorientuje się przy oglądaniu z tego co dalej zaspoiluję). Kiedy Joe pierwszy raz pojawia się w swoim mieszkaniu, ujawnia się jakaś jego towarzyszka, taka... mało obecna; przyznaję z pewną taką nieśmiałością, że w pierwszej chwili wziąłem ją za hologram kogoś będącego w innym miejscu świata, taką nowoczesną (2049!) formę związku na odległość, po dobrych paru chwilach dopiero dotarło do mnie, że to owszem, hologram - ale w całości stworzony przez program, taka Siri przyszłości dostarczana przez wszechobecną korporację Wallace, obdarzona sugestywnym imieniem Joi. I to właśnie cały sposób poprowadzenia relacji Joego i Joi, nakreślenia niemożliwej miłości pomiędzy Joem a bytem wirtualnym, niemożliwej lecz wręcz namacalnej (włącznie z niesamowitą sceną wirtualno-niewirtualnego seksu), czyni ten film - nie boję się tego napisać - Wielkim. I nie przeszkadza mi nawet kończąca ten związek sugestia, że ze strony Joi wszystko było jedynie procedurą starannie kontrolowaną przez korporację - bo to tylko sugestia, a nie pewnik, a nadto kocha się przecież niekoniecznie mając świadomość, że druga strona tylko "gra", Joe... wierzył do końca (i jeden dzień dłużej).

Nie mogę też nie wspomnieć o innej nie-ludzkiej bohaterce (w ogóle to film pełen kobiet, nadających bieg prawie wszystkiemu), o androidce imieniem Love* (chciałem użyć słowa "terminatorce", ale to mimo wszystko nie byłoby ścisłe, no i nie ta seria). Ona z kolei - wspaniała postać! - została poprowadzona jakby była dzieckiem, które za wszelką cenę chce zostać najwspanialszą córeczką tatusia, jakby chciała zostać - tak właśnie - pokochana. 

Czy androidy mają uczucia? W tym filmie na pewno. Zobaczcie koniecznie, chyba że nie lubicie klimatycznego sci-fi o uczuciach androidów.

*formalnie Luv, przekręciłem z miłości

Tagi: film
20:24, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 listopada 2017

Pojęcie nieruchomości jest znane każdemu prawnikowi i studentowi prawa, który liznął już nieco prawa cywilnego. Dokładna definicja tego pojęcia to już zupełnie inna historia, bo i zmieniała się na przestrzeni dziejów, można dla porządku wspomnieć, że kiedyś był to sam grunt, kiedyś przestrzeń wyznaczona granicami działki i biegnąca w dół do środka ziemi, a w górę - aż do gwiazd, tworząc taką stożkopodobną bryłę. Dziś w naszym prawie to zasadniczo grunt w granicach z pewną częścią przestrzeni nad i pod powierzchnią, jak również w pewnych sytuacjach budynek, a w pewnych - lokal...

Wszystko jest bowiem sprawą konwencji, umowy. Swego czasu pasjonujący był prowadzony przed sądami administracyjnymi spór, czy podziemne wyrobisko górnicze jest... nie tyle nieruchomością, ile czymś co można opodatkować podatkiem od nieruchomości (ten podatek nie ogranicza się bowiem do nieruchomości sensu stricto, definiowanych przez prawo cywilne). Mnie w tym miejscu wspominają się czasy studenckie, kiedy wśród wesołej zabawy sformułowaliśmy najzupełniej merytoryczną zagadkę:

Jak unieruchomić dziesięć koni?

Ta notka jest zainspirowana napotkanym dziś orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który miał rozstrzygnąć, czy w rozumieniu przepisów unijnych barka może być nieruchomością, a nie środkiem transportu (chodziło o poprawność zwolnienia dzierżawy z podatku VAT). Trybunał stwierdził, że jeśli barka jest od lat na stałe przycumowana i zakotwiczona, podłączona do brzegu rurami i kablami (a nawet posiada własny adres!), pozbawiona napędu i stale wykorzystywana jako kawiarnia - to jej funkcja przesądza, że w rozumieniu unijnych dyrektyw o VAT (w których użyte pojęcia są oderwane od ich krajowych definicji) taka barka jest nieruchomością ("skoro się nie rusza jak kaczka i nie kwacze jak kaczka, to nie jest to kaczka"). Dla zainteresowanych - wyrok w ciekawej pod wieloma względami sprawie Leichenich

Powróćmy do naszej zagadki, zapewne odgadliście, że odpowiedź jest związana z pojęciem nieruchomości. W dawnym prawie nieruchomością mogły bowiem być i różne inne rzeczy, jak np. w prawie francuskim ryby w stawie (do momentu ich wyłowienia). W myśl zaś prawa mazowieckiego koń był ruchomością, ale stado powyżej 10 koni - już nieruchomością, zatem prawidłowe rozwiązanie zagadki brzmiało: kupić jedenastego konia.

19:34, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 listopada 2017

Blog bywa miejscem na wszystko: na przemyślenia poważne i na śmieszne drobnostki, na zdjęcia własne i ciekawostki wygrzebane, na każdą z tych rzeczy można byłoby mieć konto w osobnym serwisie (fejs, twitter, insta, tumblr, pinterest, cokolwiek...), tylko po co? Na Bloksie przynajmniej z trudem, ale da się coś odnaleźć...

Założyłem na początku roku na blogu specjalny tag "łódzka wojna", z myślą żeby wrzucać legendarne łódzkie napisy na murach, tworzone w ramach wojenki widzewiacko-ełkaesiackiej. Na razie - z 1001 powodów - nie wyszedłem poza punkt startu (choć gdzieś nawet mam zapisane jakieś linki to zbiorków fotek...), ale dziś w którymś serwisie aż zakwiczałem z uciechy, i uznałem że to jest Ten Moment, kiedy projekt zrobi kroczek.

Widzew leczy się u Zięby ŁKS

Szarlatan Zięba, znany altmedowiec i ekspert od rzekomych spisków firm farmaceutycznych, jest postacią... aktualną, zatem i napis musiał zostać stworzony niedawno. Dobrze widzieć, że duch w narodzie nie ginie.

 

poniedziałek, 13 listopada 2017

Opowiem Wam bajkę. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a może znacznie bliżej, była sobie gmina. Gmina, jak to gmina, miała swojego wójta, którą nią kierował bardziej lub mniej mądrze i gospodarnie, a jednocześnie jako tak zwany organ wydawał decyzje i interpretacje prawa. I oto któregoś dnia...

Gmina, reprezentowana przez Wójta-gospodarza, zwróciła się do Wójta-organu o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego w zakresie podatku od nieruchomości.

Wójt uznał własne stanowisko przedstawione w powyższym wniosku za nieprawidłowe.

W wezwaniu do usunięcia naruszenia prawa skierowanym do organu - Wójta Gminy - tenże Wójt (działający jako wnioskodawca) podtrzymał stanowisko prezentowane we wniosku i zażądał zmiany stanowiska zawartego w interpretacji indywidualnej.

Wójt Gminy (jako organ) uznał, że brak jest podstaw do zmiany stanowiska zaprezentowanego w udzielonej interpretacji indywidualnej.

W skardze do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego Wójt wniósł o uchylenie w całości zaskarżonej interpretacji indywidualnej z powodu jej niezgodności z prawem, podtrzymując swoje stanowisko zawarte we wniosku.

W odpowiedzi na skargę tenże Wójt, jako organ interpretacyjny, wniósł o jej oddalenie.

(tu przerwał, lecz róg trzymał) Jesteście bardziej rozbawieni czy zdezorientowani? Ja jestem przede wszystkim rozbawiony tą sekwencją działań opisaną w orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego* (sześć powyższych akapitów to cytaty, z minimalnymi korektami), którą przypadkowym zbiegiem okoliczności dziś sobie odświeżyłem (bo sprawa jest sprzed paru lat). Zdezorientowanym podpowiadam, że był to całkiem zmyślny plan wójta (i jego prawników), ponieważ w wydanej interpretacji musieli się powołać na wiążące zalecenia pokontrolne, które uważali za niekorzystne - i w taki sposób postanowili je podważyć. No, ale dokończmy póki co bajkę...

Wojewódzki Sąd Administracyjny przyjął, że Wójt, reprezentując Gminę, nie był uprawniony do wniesienia skargi do sądu administracyjnego na interpretację indywidualną wydaną przez tegoż Wójta, działającego w charakterze organu podatkowego - i skargę Gminy odrzucił (z przyczyn formalnych - jako niedopuszczalną).

Gmina złożyła skargę do Naczelnego Sądu Administracyjnego - wniosła o uchylenie zaskarżonego postanowienia w całości i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu.

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił postanowienie o odrzuceniu skargi i nakazał Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu merytoryczne jej rozpatrzenie.

Dwie dziurki w nosie i skończyło się (dla nas, bo co dalej z tą interpretacją to nie wiem i już mnie za bardzo nie interesuje, my tu o dialogu wójta z wójtem, a nie interpretacji prawa podatkowego).

*kto ciekaw: II FSK 542/14

 

18:26, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 179