Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 21 października 2018

"Pierwszy Śląski Urząd Skarbowy w Sosnowcu
nakazuje spółce Przedsiębiorstwo Handlowe Zalewajka spółka z o.o. w Sosnowcu, NIP XXXXXXXXXX, aby zapłaciła Janowi Łożyrokowi w Rudzie Śląskiej, NIP YYYYYYYYYY,
kwotę 1.230,00 zł (w tym podatek VAT 230,00 zł)
tytułem faktury VAT nr 666/09/18
w terminie 14 dni, lub w tym terminie złożyła zarzuty zgodnie z pouczeniem."

Widzieliście kiedyś coś takiego? Na pewno nie, bo odkąd istnieją numery NIP, to takiej możliwości prawo nie przewiduje. Rozważam jednak od jakiegoś czasu, dlaczego właściwie takie coś nie mogłoby zostać wprowadzone - w ramach akcji odciążania sądów. Powiedzmy sobie otwarcie: spośród milionów spraw rejestrowanych w sądach (prawie 15 mln w roku 2017), największą grupę stanowią proste żądania urzędowego stwierdzenia obowiązku zapłaty (jeśli nie gubię się w statystykach Instytutu Wymiaru Sprawiediwości, to dobrze ponad 4 miliony). Gdyby sądy nie musiały się tym zajmować...

Kiedy taki pomysł rzucałem na Twitterze, spotkałem się z dwiema głównymi grupami zarzutów: że dlaczego urząd skarbowy miałby zajmować się rozstrzyganiem sporów (argument przewidywalny) i że to zbędne dokładanie obowiązków pracownikom administracji (ten mnie zaskoczył). Co do tego drugiego powiem wstępnie że oczywiście nie chodzi o to, żeby pracownicy urzędu skarbowego wczytywali się w pozwy i tonęli w stertach faktur obok swoich dotychczasowych obowiązków, gdyby to miało wejść w życie to po przygotowaniu odpowiedniej infrastruktury (personelu też, choć nie widzę potrzeby żeby miał szczególne przygotowanie fachowe). Co do pierwszego powiem, że w założeniu nie jest to przeznaczone do rozpoznawania spraw spornych (luźno oszacuję, że 90% nakazów zapłaty kończy sprawę w sądzie). Spróbujmy więc sobie wyobrazić jak to miałoby działać, w oparciu o to co w urzędach skarbowych już się znajduje. 

Co miesiąc do urzędów skarbowych wpływa ponad 1,5 miliona zestawień faktur wystawionych i otrzymanych przez podatników VAT, czyli Jednolitych Plików Kontrolnych (JPK). Każdy JPK zawiera nazwy podatników, ich adresy, numery NIP, daty wystawienia, numery i kwoty faktur. Zasadniczo w normalnych warunkach jeżeli ktoś dokonał transakcji potwierdzonej fakturą, to powinna się ona znaleźć w dwóch JPK - wystawcy i odbiorcy faktury. 

Wyobraźmy sobie teraz, że spółka Zalewajka (z pierwszego akapitu) nie zapłaciła firmie pana Łożyroka za fakturę. Co robi pan Łożyrok? Loguje się do aplikacji czy też wypełnia formularz potwierdzony podpisem elektronicznym, wprowadzając dane: własna nazwa i NIP, data wystawienia, numer faktury i wartość faktury, nazwa i NIP kontrahenta. Urząd sprawdza te dane pod kątem zgodności z JPK pana Łożyroka (najlepiej w sposób zautomatyzowany), dokonując w ten sposób wstępnej weryfikacji. Jeśli ta wypadnie pomyślnie (pomyłki chodzą po ludziach), sprawdza te same dane w JPK spółki Zalewajka (najlepiej w sposób zautomatyzowany). Jeżeli okaże się że obaj przedsiębiorcy zgodnie zgłosili tę samą fakturę w JPK, uznaje za wystarczająco prawdopodobne, że spółka Zalewajka powinna panu Łożyrokowi zapłacić i generuje nakaz zapłaty. Jeżeli spółka Zalewajka będzie miała zastrzeżenia - niech to trafi do sądu (tu widzę np. formularz zaskarżenia wskazujący czy zastrzeżenia wynikają z zapłaty, czy ze sporu między stronami).

Oczywiście, dla zwiększenia pewności że urząd skarbowy - wykonując uprawnienia władcze państwa - nie zostanie "wykorzystany", można rozważyć wzmocnienie odpowiedzialności wierzyciela przez złożenie oświadczenia, że należność nie była kwestionowana (być może, że dłużnik został wezwany do zapłaty), a prawdziwość danych jest podawana pod odpowiedzialnością karną. Sądzę jednak, że kontrola na poziomie JPK sama w sobie jest wystarczająco mocna, problem pojawi się raczej przy rozszerzeniu systemu na sprawy nie tylko pomiędzy podatnikami VAT (takich w skali roku jest kilkaset tysięcy).

Przypuszczam, że największym problemem mentalnym będzie jednak "ale jak to nie sąd będzie się wypowiadał o obowiązkach cywilnych?". W tym miejscu pozwolę sobie sięgnąć do unijnego rozporządzenia nr 805/2004 w sprawie utworzenia Europejskiego Tytułu Egzekucyjnego dla roszczeń bezspornych, ułatwiającego egzekwowanie roszczeń w sprawach transgranicznych. Artykuł 4 punkt 7 tego rozporządzenia przewiduje, że w Szwecji, w uproszczonym postępowaniu dotyczącym nakazów zapłaty, wyrażenie "sąd" (wydający orzeczenie podlegające wykonaniu) obejmuje również szwedzkie służby egzekucyjne (powinienem zacytować też szwedzkie nazwy, ale nie chcę zniekształcić pisowni). 

Chcemy odjąć obowiązków sądom? To nie trzymajmy się kurczowo myśli, że sąd musi. Zwłaszcza tam gdzie nie musi. 

piątek, 19 października 2018

Takie pytanie w przededniu wyborów prawie, tuż przed ciszą wyborczą, może dziwić. Nie, nie zniechęcam nikogo do pójścia, ani do tego nie zachęcam, po prostu będzie taka okołowyborcza refleksja, nieoczekiwana trochę nawet dla mnie samego. A wszystko zaczęło się od jednego wpisu na Twitterze...

Jest sobie taka gmina wiejska, mniejsza o nazwę ("jeśli nie Kuba, moje nazwisko pana nic nie powie"), być może jest ich więcej. Gmina obejmuje w sumie 12 wsi i wioseczek, nieco ponad sześć tysięcy mieszkańców, z tego pięć tysięcy uprawnionych do głosowania, do wyborów pójdzie pewnie ponad połowa (cztery lata temu frekwencja wyniosła 59%). Co w niej specjalnego? Otóż na 15 radnych (tyle zgodnie z ustawą wynosi minimalny skład rady) aż 12 zostanie wybranych... bez wybierania, bo w okręgu wyborczym zgłosił się tylko jeden kandydat.

Ktoś może pomyśleć, że to zaprzeczenie demokracji (tak w sumie brzmiał ten pierwotny tweet). Ja przyjrzałem się szczegółom i doszedłem do wniosku, że skoro jeden kandydat przypada (statystycznie) na 338 wyborców, z których 200 pójdzie na wybory... to czy naprawdę potrzebują do tego ceremoniału z komisją, kartami, urną (i zasłonką)? Co stoi na przeszkodzie, żeby wieś uzgodniła to sobie w zimowe wieczory czy niedzielne popołudnia, kto ma ją reprezentować w radzie gminy? W czym taki wybór będzie gorszy od oficjalnego i sformalizowanego?

Na wszelki wypadek rozważyłem jeszcze jedno pytanie: czy to nie jest aby jakaś osiadła w gminie klika? Cała dwunastka radnych, którzy zostaną wybrani "bez wyborów", pochodzi z listy lokalnego gminnego komitetu. Zerknąłem do wyników poprzednich wyborów - cztery lata temu tylko dwoje z kandydatów zostało wybranych już przed otwarciem lokali wyborczych. Z pozostałej dziesiątki jeden z kandydatów poprzednie wybory przegrał, drugi wygrał - ale przeciwko kandydatowi tego komitetu (czyli jakby z opozycji przeszedł do większości). Ale najciekawszy przypadek to radny in spe, który... w poprzednich wyborach nie brał udziału. Oznacza to więc, że 424 wyborców we wsi już przed wyborami uznało, że wie kto ma być ich nowym reprezentantem w radzie gminy. Czy na pewno potrzebowali do tego ogólnopolskiej procedury?

W demokracji chodzi o wolę większości i o gwarancję równych praw. Nie mam przekonania, że w ten sposób doszło do naruszeni tych zasad.

czwartek, 11 października 2018

W Formule 1 startowało w tym roku 20 kierowców, w tym 20 mężczyzn, w tym 1 niebiały (rasy czarnej).
W Formule 2 (serii bezpośrednio niższej) startowało w tym roku 24 kierowców, w tym 24 mężczyzn, w tym 5, powiedzmy, azjatyckiego pochodzenia (od Izraela po Japonię).
W serii GP3 (seria o jeszcze jeden szczebel niższa) startowało w tym roku 26 kierowców, w tym 25 mężczyzn, nie wydaje się, aby ktokolwiek był z odmiany niebiałej.
W najważniejszej, europejskiej serii wyścigów kategorii F3 (ma zostać połączona z GP3 od przyszłego sezonu) startowało w tym roku 28 kierowców, w tym 27 mężczyzn, w tym 5-6 azjatyckiego pochodzenia.
W amerykańskiej serii IndyCar startowało w tym roku 42 kierowców (przynajmniej w kwalifikacjach do jednego wyścigu), w tym 40 mężczyzn, w tym 1 Azjata.
Może gdzieś kogoś przegapiłem, bo nie przeglądałem masowo zdjęć.

Ogłoszono w tym tygodniu, że będzie specjalna seria wyścigowa dla kobiet (samochodami kategorii F3), mająca na celu łatwiejsze wyłowienie tych utalentowanych (bez gwarancji że znajdą później miejsce w wyższych seriach). Pod tekstami o tej serii znajdujemy liczne płacze białych heteroseksualnych mężczyzn, że są dyskryminowani kosztem kobiet (na potrzeby tej notki nie szukałem nieheteroseksualnych kierowców). Prawdopodobnie ci sami (a na pewno tacy sami) płaczą że we współczesnych Gwiezdnych Wojnach jest idiotyczna polityka promowania kobiet i mniejszości.

Wyjątkowo słabi są ci biali heteroseksualni mężczyźni.

PS Do wielu z tych kierowców wymienionych na wstępie zasadniczo lepiej pasowałoby określenie "chłopcy" niż "mężczyźni"

niedziela, 07 października 2018

Jednym z bardziej rozpalających dyskusję w ostatnim czasie tematów była kwestia pieniędzy za "Wiedźmina". Gdyby ktoś przegapił, to przypomnę - prawnicy reprezentujący Andrzeja Sapkowskiego (tego pana, który wymyślił postać świat wiedźmina Geralta) wysłali wezwanie do firmy CD Projekt RED (która wykorzystała świat wymyślony przez Sapkowskiego do stworzenia serii gier "Wiedźmin"), żeby uprzejmie podzieliła się zyskami, bo to co Sapkowskiemu zapłaciła zgodnie z umową (umowami?) to zdecydowanie za mało. W wezwaniu zasugerowano, że odpowiednią kwotą byłoby jakieś sześć procent zysków, a że zyski przekroczyły już miliard...

Nie, nie będę analizować samej konstrukcji prawnej tego żądania, powiem tylko że ma ono swoją podkładkę w przepisach prawa autorskiego, koledzy prawnicy komentowali, że to próba "testowania" przepisu. Nie będę analizować choćby dlatego, że za mało wiem o umowach zawartych między autorem a firmą (jedni mówią że była jedna, inni - że więcej), jeśli chodzi o różne haczyki które wchodzą w grę, to opisał je na przykład Olgierd Rudak i nie chce mi się powtarzać.

Skupię się na zagadnieniu zupełnie innym. Prawnicy patrzą w swój profesjonalny sposób, wiele widziałem natomiast komentarzy, że zasadniczo twórcy się powinno należeć, bo to słuszne, i że kapitalistów należy... I tak sobie zacząłem myśleć. Wielkie zyski CDProjektu pojawiły się w istocie po trzeciej grze z serii (nie szukałem dokładnych wyników, bo pierwsze dwie wszyscy pomijają), czyli - logicznie rzecz biorąc - nie postacie Sapkowskiego przyciągały miliony. Na stworzenie gry "Wiedźmin 3: Dziki Gon" firma wydała ponad 300 mln złotych, pracowały nad nią setki ludzi; chwalono wielkość zaprojektowanego w grze świata, jego różnorodność, staranność jego wykonania, rozmaite aspekty związane ze sposobem gry... (sam uczciwie powiem, że nie grałem, więc nie mam zdania)

I tak doszedłem do pytania: dlaczego właściwie na podwyższenie wynagrodzenia miałby zasługiwać autor opowiadań, twórca postaci i ich świata (zarabiający notabene na wydaniach tychże opowiadań, przynajmniej w teorii), bardziej niż projektanci i programiści, którzy ten świat przełożyli na obrazy poruszające się na ekranie monitora i reagujące na polecenia z myszek, klawiatur czy padów? A idąc szerzej - jeżeli uważamy, że dochód/zysk firmy z tytułu produkcji gry jest na tyle wysoki (kilkakrotność tego co wydali na produkcję), że powinna się nim podzielić z kimkolwiek (poza akcjonariuszami oczywiście), to dlaczego ma czynić jednostkę milionerem, a nie przeznaczyć miliony dla dobra wspólnego (choćby w formie podwyższonego opodatkowania)?

W tym wpisie nie ma odpowiedzi, są tylko pytania. 

środa, 26 września 2018

Napięcie rośnie, zaraz będzie sięgać zenitu jak przed jakimś losowaniem Mundialu. W piątek wchodzi do kin najnowszy film Smarzowskiego, wszyscy wiecie że nazywa się "Kler" i o czym opowiada (acz bez szczegółów), kolejek przed kinami nie będzie głównie z tego powodu że kto żyw, kupił bilety przez internet. Obserwuję to z pewną taką uwagą, zastanawiając się czy komuś faktycznie zrobi różnicę jak obejrzy dzień, trzy dni, a nawet tydzień po premierze, ale może wypada się licytować ze znajomymi kto już był a kto nie (jakoś nie podejrzewam zaliczania seansów wielokrotnych, ale ludzie zawsze mnie potrafią zaskoczyć).

Sam - powiem szczerze - za bardzo się nie wybieram. Pomijając kwestię tłoku itepe, od jakiegoś czasu staram się wybierać do kina na takie filmy, dla których wielkość ekranu ma znaczenie - dla filmów, powiedzmy, obyczajowych, nie zrobi różnicy czy obejrzę go na ekranie 30-metrowym czy 30-calowym. O filmie zaś wiem już tyle, że mi wystarczy w zupełności, gdzieś kiedyś przy okazji obejrzę w całości lub w kawałkach.

W gruncie rzeczy żadnego filmu Smarzowskiego nie widziałem dotąd w kinie. Co więcej: żadnego z filmów Smarzowskiego w istocie do tej pory nie widziałem, jednego zresztą nawet nie zamierzam, przy innych zwykle jakoś brakowało mi energii czy motywacji żeby wykorzystać okazję do obejrzenia; zwłaszcza "Róży" żałuję, ale jeszcze się pewnie zdarzy okazja. 

Aż w pewnej chwili myśl błysnęła: a kiedy ja właściwie ostatnio byłem na polskim filmie w kinie? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest łatwa, bo musiałem sobie samemu wyjaśnić, czy dany film oglądałem w kinie, czy na mniejszym ekranie. Szybki scroll pamięci zatrzymał się w sposób nie budzący wątpliwości na - śmiejcie się lub nie - "Akademii Pana Kleksa". Grzebanie bardziej dogłębne podsunęło myśl że niemal na pewno w kinie byłem na "Deja vu" Machulskiego, na "Operacji Samum" Pasikowskiego oraz na "Jańciu Wodniku" Kolskiego, później robi się czarna dziura (podświadomość podpowiada jeszcze któryś z filmów Kędzierzawskiej); nie wiem na ile cztery ostatnie Kieślowskie łapią się na "polskie filmy"... W każdym razie czy w tym stuleciu byłem w kinie na polskim filmie to nie dam głowy.

I nie potrzebuję tego zmieniać z okazji "Kleru", w recenzowanie polskich filmów bez ich oglądania już się bawiłem.

niedziela, 23 września 2018

W tę pierwszą jesienną niedzielę siedzę sobie na kanapie, bo chmurno i wietrznie, że aż się wszystkiego odechciewa, i tak sobie łapię wiadomości i komentarze nadchodzące ze wszystkich stron, na przeróżne tematy. A jako że wybory coraz bliżej, kampania w toku, to i przekazów związanych z wyborami nie brakuje.

Docierają między innymi informacje, że ten czy ów komitet gdzieś tam nie dał rady pozbierać wymaganej liczby podpisów i w wyborach do takiej czy innej rady nie wystartuje (lub nie we wszystkich okręgach). Jakoś tak się składa, że dotyczy to komitetów bardziej owych niż tych, co w kręgu moich znajomych budzi raczej satysfakcję, czy to na zasadzie nutki optymizmu, czy bardziej schadefreude. Mnie natomiast zastanowiło co innego...

W wyborach startują kandydaci z różnych komitetów, często identyfikujących się z Niebieskimi czy innymi Zielonymi. O wyniku wyborów decydują jednak - swoimi głosami - wyborcy. Jeżeli wyborcy Niebieskich nie znajdą na listach swoich kandydatów, to co zrobią - zrezygnują z głosowania, oddając walkowerem pole innym, czy poszukają sobie innej kandydatów z innej listy, doprowadzając do wyników niespodziewanych, lecz niekoniecznie lepszych?

To, co wydaje się być chwilowym sukcesem, nie musi wcale być sukcesem w dalszej perspektywie.

18:58, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
środa, 12 września 2018

Taka wieść krąży dziś po Europie, widmo takie. W istocie to tylko kolejna odsłona historii, o której pisałem w lipcu, czyli dalsze prace nad europejską dyrektywą o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

W lipcu eurodeputowani zdecydowali, że projektu nie przyjmą w wersji przepracowanej i zaproponowanej przez komisje, tylko że będą mogli wprowadzić kolejne poprawki na sali obrad (detale procedur prawodawczych zostawmy na inną okazję). Dziś zaczęli nad tymi poprawkami głosować, i ostatecznie przegłosowali...

No właśnie. Pierwsza nieprawdziwa informacja na ten temat jest taka, że cokolwiek uchwalili. Uchwalili bowiem jedynie poprawki do projektu przedstawionego przez Komisję Europejską, które teraz zostaną przedstawione Radzie Unii Europejskiej. Jeżeli Rada zaakceptuje w całości przedstawiony tekst, to faktycznie będzie można mówić o uchwaleniu dyrektywy. Jeśli nie... to jeszcze wiele etapów może ten projekt przejść, i będzie wiele okazji, żeby uznać, że upadł w całości.

A co przegłosowali? Szerzy się pogląd, że same szkodliwości. Cała dyrektywa jest dość hermetyczna w swojej treści, więc skupmy się na tym co budzi emocji (Partii Piratów zwłaszcza). Dla uproszczenia pominiemy teraz omówienie rzekomego "podatku od linków" (jest to tak naprawdę wynagrodzenie za korzystanie z cudzych materiałów dziennikarskich), bo porządne wyjaśnienie artykułu 11 wymagałoby więcej miejsca, niż mamy tu pod ręką, powiem krótko, że żadnemu internaucie wstawiającemu linka nie zaszkodzi. Za to artykuł 13...

Ustęp 1 tego artykułu przewiduje, że "platformy internetowe" (nazwa robocza, wrócimy do niej później) udostępniają publicznie utwory i dlatego mają zawierać uczciwe umowy licencyjne z posiadaczami praw do tych utworów. Umowy takie zgodnie z ustępem 2 mają załatwiać kwestię odpowiedzialności użytkowników platformy za umieszczone przez nich na platformie utwory - jeżeli tylko użytkownik przestrzega regulaminu platformy i nie działa w celach komercyjnych. Zatem jak najbardziej można będzie sobie wrzucić piosenkę, sprawdzając co najwyżej regulamin YT...

Ale idźmy dalej, bo najważniejsze przed nami. Mamy bowiem teraz ustęp o roboczym numerze 2a (to cały czas projekt w potencjalnej obróbce, przypominamy) regulujący sytuację, w której posiadacz praw nie chce udzielić licencji (wolno mu, np. telewizja może chcieć, żeby serial był dostępny tylko w jej serwisie). Tu już wyczuwam jak się wszyscy napinają, żeby krzyknąć coś o filtrowaniu itp - a tymczasem przepis nakazuje tylko platformom i posiadaczom praw współpracować w dobrej wierze przy zapewnieniu, że bez odpowiedniej licencji utwory nie będą się znajdować na platformie. Żadnych automatycznych mechanizmów (co więcej - że wybiegniemy naprzód - w ustępie 3 wyraźnie się przewiduje, że standardy powinny unikać automatycznego blokowania czegokolwiek). Współpraca - co podkreśla następne zdanie - ma nie powodować ograniczania dostępu do innych utworów, także jeżeli ktoś legalnie skorzysta z chronionego utworu na podstawie wyjątków prawnych. Gdzie ta cenzura...?

Ale to jeszcze nie wszystko. Na platformy został nałożony - w ustępie 2b - obowiązek stworzenia mechanizmu kontrolno-odwoławczego. Jeżeli użytkownik uzna że platforma (w ramach współpracy z posiadaczem praw) popełniła błąd i usunęła coś, czego nie powinna usunąć, to platforma powinna szybko i sprawnie przeanalizować skargę takiego użytkownika, a posiadacz praw - rozsądnie uzasadnić dlaczego zażądał usunięcia materiału, żeby osoba rozpatrująca skargę (jest podkreślone, że musi w tym uczestniczyć człowiek) nie opierała się tylko na stwierdzeniu "bo tak". Po rozpatrzeniu skargi należy jeszcze użytkownikowi zapewnić (znaczy, państwa unijne będą musiały zapewnić) dostęp do niezależnego sposobu rozstrzygania sporów, w tym do sądu. Cen...

Wróćmy teraz do kwestii zasygnalizowanej na początku (lub prawie), czyli pojęcia "platformy" (dosłownie "dostawcy usług sieciowego dzielenia się treściami"), bez którego nie da się dobrze odczytać artykułu 13. Samej definicji szukamy w artykule 2 punkt 4b projektu dyrektywy (w ostatecznej wersji prawnicy unijni uporządkują tę numerację). Zgodnie z tym przepisem jednym z głównych celów platformy ma być przechowywanie i udostępnianie wszystkim znaczącej (ang. significant) ilości utworów zgromadzonych przez użytkowników, które platforma ma promować dla swojego zysku. Jednocześnie zdefiniowano, że platformą nie jest mikrofirma ani mała firma, serwisy niekomercyjne takie jak encyklopedie internetowe, jak również komercyjne bazy edukacyjne i naukowe (i jeszcze parę kategorii). Można odnieść wrażenie, że trzeba się będzie postarać, żeby spełnić definicję "platformy", tak europosłowie postarali się przymknąć efekty uboczne działania dyrektywy...

Spokojnie. Takich podmiotów nie braknie. I to one głównie stoją za protestami przeciwko "ACTA2", międląc coraz bardziej (z każdą wersją) nieadekwatne teksty o cenzurze. W sumie tak samo jak duże internetowe podmioty stały za ACTA i rozpętaną wokół niego histerią.

22:46, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 września 2018

...a byłoby dobrze, żebyście wiedzieli.

1. Rejestr pedofilów nie istnieje.

Tak naprawdę istnieje Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Mogą tam trafić sprawcy przestępstw zdefiniowanych w kodeksie karnym w rozdziale "Przestępstwa przeciwko wolności seksualnej i obyczajności". A i to nie wszystkich, choć chyba wszystkich tych, które popełniono ze szkodą dla "dziecka", czyli osoby niepełnoletniej (choć już niekoniecznie za posiadanie czy oglądanie pornografii dziecięcej). 

2. Dlaczego kogoś nie ma w rejestrze przestępców seksualnych?

Przede wszystkim rejestr składa się z dwóch części, nazwijmy je roboczo jawną i ukrytą. To, co można znaleźć na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, stanowi tylko część jawną, do której w założeniu trafiają "najgorsi" przestępcy. Dla potrzeb tego wpisu określmy ich jako "pedofilów", czyli sprawców zgwałcenia (ach, ten język prawniczy - ale czasem trzeba) na osobach poniżej 15 roku, "brutalnych gwałcicieli", czyli takich, którzy działali ze szczególnym okrucieństwem, oraz "recydywistów", którzy raz siedzieli w więzieniu za przestępstwo seksualne i popełnili kolejne, a co najmniej raz dotyczyło to osoby niepełnoletniej (czyli może to być nawet handlarz pornografią z nastolatkami). Cała reszta natomiast trafia do części ukrytej, dostępnej m.in. dla sądów, ale także np. dla dyrektorów szkół czy szpitali dla dzieci, żeby wiedzieli czy nie zatrudnią osoby skazanej za przestępstwa seksualne.

3. Dlaczego jakiegoś pedofila czy gwałciciela nie ma w tym rejestrze?

Dochodzimy do punktu dającego podstawę do teorii spiskowych (one zresztą sprowokowały mnie do tej notki). Autorzy ustawy tworzącej rejestr przyjęli bowiem bardzo... statystyczną metodę rozstrzygania, czy ktoś powinien się w tym rejestrze (jawnym) znaleźć - poprzez odwołanie się do bardzo ściśle określonych przepisów kodeksu karnego. W przypadku "pedofilów" (rozumianych jak w pkt 2) jest to przepis artykułu 197, paragraf 3, punkt drugi. Nie każdy jednak wie, że paragraf trzeci został podzielony na punkty dopiero z dniem 8 czerwca 2010 roku, i dopiero od tego momentu istnieje szczególna kategoria "zgwałcenia pedofilskiego". Jeżeli więc przed tym dniem ktoś dopuszczał się nawet seryjnych gwałtów na dzieciach, w rejestrze (jawnym) się nie znajdzie. Co do "brutalnych gwałtów" (ze szczególnym okrucieństwem) - tu z kolei decyduje przepis paragrafu 4, który w artykule 197 wprowadzono 26 września 2005 roku, choć taka odmiana zgwałcenia jest znana kodeksowi od momentu jego uchwalenia (ale wcześniej była w innym paragrafie). Co ciekawe, można trafić do rejestru za gwałt ze szczególnym okrucieństwem popełniony w okresie obowiązywania poprzedniego kodeksu, czyli przed 1 września 1998 roku... 

4. To kto właściwie jest w tym rejestrze?

Dochodzimy do miejsca, w którym w pewien sposób robi się smutno (choć dziwnie może wyglądać smutek nad skazanymi za przestępstwa seksualne). W rejestrze są bowiem po prostu osoby, które w wyroku skazującym mają wymienione określone przepisy kodeksu (wyrok karny wymienia wszystkie przepisy, które stanowiły podstawę skazania). W poprzednim punkcie wyjaśniliśmy, że utrafienie w odpowiednią kombinację numerków może kogoś z rejestru wykluczyć. Inna "pechowa" kombinacja może kogoś do rejestru wtrącić. Kiedy przeglądałem różne wpisy w rejestrze, wielokrotnie widziałem osoby, które w chwili przestępstwa były w wieku najwyżej licealnym (jeden chłopak nie miał chyba nawet 16 lat), ofiara mogła chodzić do tej samej szkoły, ale nie miała 15 lat - i tak oto sprawca stawał się sprawcą szczególnej kategorii, "pedofilem".

5. Czy to znaczy, że ktoś w rejestrze pedofilów i gwałcicieli w ogóle nie jest pedofilem lub gwałcicielem?

Było już wyjaśnione, że dla rejestru liczą się numerki przepisów. W rejestrze można znaleźć między innymi kobiety oraz osoby z niewielkimi wyrokami (także w zawieszeniu) - ale mające w podstawie prawnej skazania bardzo określone przepisy. Może się to zdarzyć, jeżeli ktoś np. w jakiś sposób pomagał tylko innym w gwałcie.

6. Czy mimo wszystko można kogoś do rejestru nie wpisać?

Teoretycznie tak. Decyduje o tym sąd, który sądził daną sprawę. W przypadkach przestępców wpisywanych do rejestru jawnego można tak zdecydować tylko w wyjątkowym przypadku dla dobra małoletniego pokrzywdzonego.

7. A czy kogoś można z rejestru wykreślić?

Z rejestru jawnego w zasadzie tylko po śmierci.

8. A tak właściwie to po co jest ten jawny rejestr?

A tak właściwie to nie wiem.

23:34, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 września 2018

Wszyscy w Maranello zaprzeczą, że te słowa padły. Zwłaszcza po tym, co się stało później.

"Drogi Maurizio! Przyjacielu Kimi! Kochana Scuderio!

Stoimy u progu wielkiego święta: czerwone samochody Ferrari, duma całej Italii, ruszą pierwsze do wyścigu na naszym ukochanym włoskim torze, i - da Bóg - dojadą do mety na tych pozycjach, radując serca wszystkich tłumnie zgromadzonych tifosi. Jeśli tak się stanie, nie będzie miało znaczenia w jakiej kolejności dojechały.

Nasz główny rywal jest tuż za plecami. Jeżeli go tam utrzymamy, odrobimy część strat. Jeśli dojedziemy w takiej kolejności jak w kwalifikacjach, odrobimy tych strat trochę mniej niż byśmy mogli. Przypomnę, że gdybyśmy we wszystkich pozostałych ośmiu wyścigach dojechali w takiej właśnie kolejności - czyli Kimi pierwszy, ja drugi, a Lewis trzeci - to na koniec sezonu ja będę mieć siedem punktów przewagi nad Hamiltonem, a Kimi będzie za nim o pięć punktów.

Apeluję w tym momencie - nie chcąc psuć atmosfery święta, ale i starając się dać naszym fanom święto jeszcze większe - żebyśmy zaczęli patrzeć na nasze wyścigi w szerszej perspektywie, widząc nasz główny cel. Pięknie byłoby, gdyby Kimi wygrał swój pierwszy wyścig od 5,5 roku, ale to ja wygrałem dwa z czterech ostatnich Grand Prix; wiem, wiem, dwa z tych czterech prawie sam przegrałem, ważne żebym wygrał jak najwięcej z tych ośmiu, co przed nami, żeby temu podporządkować nasze wszystkie wysiłki.

Oczywiście: nie musimy. Mogę sam powalczyć, na ile mi ręce i nogi pozwolą, może dam radę, może nie. W sumie... ja na kolejny tytuł czekam od 2013 roku, Wy - Ferrari i Kimi zresztą też - od 2007. Zróbmy to razem, nie osobno.

Grazie, ragazzi."

Spisane z pamięci kogoś, kto pragnie pozostać anonimowy.

Tagi: F1
23:56, bartoszcze , F1
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 sierpnia 2018

Takie czasy, ciągle i wciąż ludzie coś o sobie deklarują. Czasem nawet oczekują od innych, żeby się zadeklarowali (co na mnie akurat nie działa). Od dłuższego już czasu przemyśliwałem zaś nad takim niby-wyznaniem...

Punktem wyjścia powinno być pytanie: a co właściwie lewicowiec znaczy? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Mówi się o co najmniej dwóch wymiarach lewicowości, "obyczajowym" i społeczno-gospodarczym; mój znakomity, stuprocentowo lewicowy, znajomy rozpisał to kiedyś nawet na trzy wymiary (dodając stosunek do naukowości), troszkę nie chce mi się szukać właściwej notki, jak kto chętny, to proszę samemu. Ile by tych wymiarów nie było, w pewnej chwili pojawia się kwestia, że osoba zaliczana do lewicy powinna w każdym wymiarze zmieścić się w mniej więcej odpowiednim zakresie - tak aby aktywista na rzecz aborcji nie był jednocześnie zwolennikiem podatku pogłównego, a zwolennik rad pracowniczych i nacjonalizacji przemysłu nie popierał kryminalizacji homoseksualizmu. 

Ze trzy lata temu (nie pamiętam, czy już z haczykiem, czy jeszcze nie) dostałem propozycję przystąpienia do nowotworzonej partii lewicowej (tak, wiecie jakiej). Mój namysł był bardzo krótki - abstrahując od wielu różnych pomniejszych przyczyn, o których nie napiszę, wiedziałem już wtedy, że nie jestem dostatecznie lewicowy pod każdym względem (kto czytywał Zapiski... wcześniej, raczej nie będzie tym zdziwiony). Z wielu dyskusji fejsowych wiedziałem już wtedy, jakie jest nastawienie wśród aktywistów, jak będzie szła interpretacja deklaracji programowej (tak, o niej już pisałem) - i  widziałem, że zwyczajnie bym nie pasował, więc po co wchodzić w coś, z czego potem bym się wypisywał lub, co gorsza, był wyrzucany za odchylenie konserwatywne...

Nie aspiruję do dumnych określeń, w końcu to tylko metki. Źle mi ze swoją wrażliwością nie jest, a jak mi ktoś chce nawrzucać, to dużo już w życiu usłyszałem:)

12:45, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 186