Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 18 czerwca 2017

Yossarian uważał go za swojego mistrza: nieznanego żołnierza, który widział wszystko podwójnie. Naśladował go wiernie aż do momentu, w którym nieznany żołnierz wziął i zmarł. Wtedy Yossarian profilaktycznie zaczął widzieć wszystko pojedynczo.

To wcale nie jest wielki problem żeby widzieć wszystko podwójnie. Odpowiednia (każdemu indywidualna) dawka etanolu (po metanolu widzi się mniej niż więcej) i można śmiało zacząć widzieć podwójnie: znaki poziome; i światła (w tym innych pojazdów); i znaki pionowe nawet. Cały sekret w tym, żeby widzieć je z fotela pasażera, a nie kierowcy.

Don't drink and drive. Nigdy.

09:17, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 czerwca 2017

Wspominałem kiedyś, że w moim sklepie opodal przybywa różnych oryginalnych gatunków piwa. Zadeklarowałem również, że z uwagi na uwarunkowania polityczne rosyjskiego piwa póki co kupować nie będę, ale ukraińskie - czemu nie. Pozostawała kwestia możliwości...

No i w tym tygodniu jakoś stanąłem znów przed ladą chłodniczą, i patrzę: znów nowości jakieś. Wśród nich lager "Stare Misto" z browaru w Odwiecznie Polskim, Lecz Jednak Ukraińskim Lwowie (bez rewelacji, ujdzie). Ten sam browar wyprodukował również półciemne piwo według autorskiej reguły jakiegoś Andrzeja (lub Andrija raczej, po podpisie sądząc), znacznie bardziej zacne. Nazwa "Awtorskie" nawet trafiona.

Tylko czemu szef sklepu, baranek jeden, kazał to Awtorskie jako rosyjskie opisać? 

Tagi: bzdury sklep
23:13, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 czerwca 2017

Leci ten czas, leci... Niespełna osiem lat temu (brzmi kombatancko) zamieszczałem tu na blogu zdjęcia z wycieczki po Pustyni Błędowskiej (może po jej skraju, nie będę się zarzekał). Pisałem wtedy, jak to właściwie Lasek Błędowski (Lasek, bo Lasy Błędowskie są na zachód od Pustyni) jest, zbiorem grzybów się chwaliłem, zdjęcia zamieściłem. 

Napomykałem wtedy, że planuje się Pustynię upustynnić. Osiem lat później i ze dwa projekty unijne później... upustynnienie stało się ciałem. Z wyjątkiem jednego, drzewka na Pustyni zostały wykarczowane lub wycięte (pieńki wciąż gdzieniegdzie widać), krajobraz zrobił się mocno wydmowy (wydmy niskie), piachu więcej niż roślinności. Grzyby w związku z tym nie mają gdzie rosnąć, mikoryza jest nieubłagana...

Pustynia Błędowska 2017 Klucze Czubatka

Gdybyście chcieli połazić po piachu, krajobraz z kategorii pustynnych, trzeba wybrać właściwą wieś - wciąż najlepiej z Kluczy, z Błędowa jest dalej (kiedyś się naciąłem...), ostrzegam przed próbowaniem od strony Chechła, bo tam są tereny wojskowe (można na punkt widokowe, ale w zasadzie nic ponad to), na zdjęciu po prawej.

Pustynia Błędowska 2017 Klucze Czubatka

Tagi: fotka
20:56, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 czerwca 2017

Ciekawy obrazek rodaków się rysuje. Mamy bowiem najwyraźniej pokaźny odsetek Polaków, którzy oficjalnie nie posiadają telewizora (a przynajmniej posiadając go nie płacą zań abonamentu), ale jednocześnie mają podpisane umowy na telewizję kablową lub satelitarną. Wniosek taki można wysnuć z masowo pojawiających się doniesień, że u operatorów telewizyjnych urywają się telefony z pytaniami, czy to prawda, że dane klientów zostaną przekazane Poczcie Polskiej w celu weryfikacji opłacania abonamentu RTV (zostaną, kiedy odpowiednia ustawa wejdzie w życie), i czy w związku z tym można wypowiedzieć umowę (nie można, to znaczy można tak jak z każdego innego nieistotnego powodu, licząc się z ewentualną karą jeśli umowa jest terminowa). Pojawiły się też petycje do operatorów, żeby usunąć z oferty kanały TVP, dzięki czemu (w przekonaniu autorów petycji) z użytkowników telewizji zostanie zdjęty obowiązek płacenia abonamentu (co jest przekonaniem oczywiście błędnym, gdyż abonament jest związany z posiadaniem telewizora bądź ewentualnie samego radia).

21 sierpnia 1961 roku w Londynie zapowiadał się dzień jak co dzień w National Gallery. Na jednej ze ścian wisiał świeżutko nabyty portret księcia Wellingtona pędzla Goyi. To znaczy na pewno wisiał poprzedniego wieczora, wszyscy myśleli, że został gdzieś chwilowo przeniesiony, po czym bum! zorientowali się, że doszło do kradzieży, pierwszej w historii instytucji. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że była to okrągła, pięćdziesiąta rocznica kradzieży z Luwru samej Mony Lizy, a złodziej w zasadzie nie zostawił śladów. 

Być może się zastanawiacie, co ma piernik do wiatraka. Portret Wellingtona zwrócono (dobrowolnie) cztery lata później. Wkrótce potem sam zgłosił się na policję sprawca (parę interesujących drobiazgów chwilowo pominiemy, żeby nie burzyć narracji), emerytowany kierowca ciężarówki z Newcastle nazwiskiem Bunton. Kradzież była formą protestu. Pan Bunton... odmawiał płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego na rzecz BBC, twierdząc (zgodnie z prawdą), że jego telewizor jest nastawiony wyłącznie na lokalną stację komercyjną i nie umożliwia odbioru telewizji publicznej. Został ukarany dwufuntową grzywną, której również konsekwentnie nie płacił - wolał odsiedzieć w areszcie niż zapłacić, wierząc że "powietrze jest wolne". Portret zwrócił, bo nie udało mu się wymusić na galerii i jej sponsorach (wtedy się mówiło: dobroczyńcach) stworzenia funduszu charytatywnego o tej samej wartości, co cena zapłacona za obraz...

Nie wiem jak daleko sięga desperacja rodaków. Mimo wszystko wolałbym, żeby zamiast próbować kraść Damę z gronostajem (znaną w narodzie jako "Vinci"), uzmysłowili sobie, że abonament tak naprawdę kosztuje kilkadziesiąt groszy dziennie. Nawet jeżeli (niebezpodstawnie) mają złe zdanie o mediach publicznych...

22:07, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (12) »
środa, 07 czerwca 2017

Nudno jest ciągle robić coś tak samo, prawda? Dlatego dla urozmaicenia zamiast co miesiąc wrzucać listę kawałków ogrywanych o poranku, postanowiłem połączyć dwa w jedno i opublikować listę od razu za dwa miesiące. Miało to też pewien związek z faktem, że na początku maja byłem na wyjeździe, bez komputra - ale jak widać, w czerwcu wcale się tak bardzo nie spieszyłem, spokojnie bym w maju z takim opóźnieniem opędził.

Niemniej przejdźmy powoli do muzyki. Lista... nie jest aż tak długa, jak mogłoby to wynikać z faktu połączenia plonów z dwóch miesięcy.

The Adolescents - She Walks Alone
Lech Janerka - Paragwaj
Kazik - Zgredzi
Grace Mitchell - Maneater
Omega - Gyongyhaju lany
Edyta Bartosiewicz - Jenny
Lionel Richie - Hello
F.R. David - Words Don't Come Easy
The Souljazz Orchestra - Mista President
Gorillaz - Andromeda
Sheryl Crow - Tomorrow Never Dies
Blondie - Call me
Maanam - Cykady na Cykladach
Siq - Oddech szczura
Grzegorz Tomczak - Fragment pewnego artykułu o Marku Hłasce
Phil Collins - Sussudio
Captain Beefhart - The Floppy Boot Stomp
U2 - Raised By The Wolves
Shakira - Whenever, wherever
Ewa Demarczyk - Karuzela z Madonnami
Karl Jenkins - Song of The Trinity
Wiktorija Jermoljewa - Black Hole Sun (Soundgarden cover)
Dubska - Avokado
Jamiroquai ft James Brown ft Gorillaz - Tallulah Feels Good (Tamar Mashup)
Stanisława Celińska - Uśmiechnij się
Stevie Wonder - Pastime Paradise
Przemysław Gintrowski - Przebudzenie

Czegóż tu nie ma... są klasycy i klasyki, covery i utwory coverowane, kawałki najpopularniejsze i najbardziej niszowe, od punk rocka po disco, od orkiestry i big bandu po solówki. Takie listy najbardziej lubię.

Dość gadania? No dość. Pora coś zagrać. Tym razem coś, co było dla mnie jednym z największych zaskoczeń - Captain Beefhart i The Floppy Boot Stomp, sądzę, że zupełnie się tego nie spodziewacie.

wtorek, 06 czerwca 2017

Powinienem w zasadzie pracować. Powinienem w zasadzie pracować, ale znajduję się w stanie rozchwiano-euforycznym (ocierającym się o histeryczny), więc trochę trudno jest przymusić umysł do skupienia się na jakichś nudnych problemach zawodowych (a poza tym burza niedawno czasowo zerwała mi prąd, więc to Znak). Dlatego zrobię przerwę i odreaguję.

Przyczyną tego stanu ducha (co ma pewien wpływ na ciało) jest oczywiście test Kubicy w starym poczciwym Lotusie E20 (przemalowanym dla niepoznaki na Renault AD 2017, ale to oczywiście cudny czarno-złoty bolid Raikkonena). 115 okrążeń toru Ricardo Tormo w Walencji, tego samego na którym ostatni raz jeździł jako pełnoprawny kierowca F1 w testach przedsezonowych... Stan taki nie dotyczy tylko mnie, euforia wśród kibiców jest wielka, nie tylko polscy kibice niedwuznacznie machają chusteczkami Jolyonowi Palmerowi, zachęcając go do jak najszybszego zwolnienia miejsca w kokpicie RS17... I niektórzy czasem w tym miejscu zadają pytania o formalności.

Pytania, powiedzmy, absolutnie niegłupie. Każdy kierowca startujący w F1 musi się bowiem legitymować szczególnym rodzajem uprawnień, takim swoistym "prawem jazdy na samochód F1", nazywanym oficjalnie superlicencją. Taka superlicencja wydawana jest na okres do końca roku kalendarzowego i następnie wymaga odnowienia. W tym celu zawodnik musi spełniać liczne warunki określone w przepisach FIA (załącznik L do Kodeksu Sportowego FIA, gdyby ktoś był ciekaw), różniące się nieco w zależności od sytuacji kierowcy, a w przypadku Kubicy to: 

- musi być posiadaczem wydawanej przez krajowy związek motorowy międzynarodowej licencji A (na najmocniejsze samochody, w których na kilogram masy samochodu przypada co najmniej 1 koń mechaniczny),
- musi zaliczyć test ze znajomości przepisów Kodeksu Sportowego oraz Regulaminu Sportowego (gdyby nie miał tak długiej przerwy, wystarczyłoby ich omówienie z zespołem),
- musi przejechać samochodem Formuły 1 co najmniej 300 kilometrów (dystans wyścigu) w ciągu najwyżej 2 dni, utrzymując prędkości wyścigowe, przy czym taki test musi się odbyć nie wcześniej niż 180 dni przed złożeniem wniosku o wydanie superlicencji; niestety dzisiejszy test się nie kwalifikuje, ponieważ samochód z roku 2012 jest aktualnie uznawany za historyczny, a na potrzeby superlicencji trzeba wyjeździć kilometry w samochodzie uznawanym za "obecny" lub "poprzedni, co w roku 2017 oznacza samochód w specyfikacji z lat 2013-2018,
- ponieważ był w przeszłości posiadaczem superlicencji, lecz nie w ostatnich 3 sezonach - musi zostać oceniony przez FIA jako prezentujący niedawno w sposób stały znakomite zdolności w samochodach jednomiejscowych ("must be judged by the FIA to have recently and consistently demonstrated outstanding ability in single-seater formula cars"), wydaje się to być oczywistą oczywistością, ale formalnie wymóg jest; nie musi natomiast pracowicie gromadzić punktów w innych seriach, bo kto raz superlicencję dostanie, ten może się powołać na różne ścieżki,
- uiścić opłatę (od takich rzeczy nigdy nie ma ucieczki)
- złożyć w FIA kompletny wniosek - nie później niż 14 dni przed dniem sprawdzania przed pierwszym wyścigiem, w którym kierowca ma wziąć udział w danym sezonie (zwykle takie sprawdzenie odbywa się w czwartek - przed piątkowym treningiem - tylko w Monaco następuje w środę, bo tam pierwsze treningi są w czwartek); teoretycznie w razie konieczności zmiany kierowcy spowodowanej siłą wyższą wniosek taki można złożyć na 48 godzin przed rozpoczęciem sprawdzania, ale z oczywistych względów nie sposób się na coś takiego nastawiać.

Nie ma natomiast szczególnych wymagań medycznych do ubiegania się o superlicencję - w tym zakresie wystarczające są badania przeprowadzone na potrzeby licencji niższego szczebla (międzynarodowej), tej samej która uprawniała do startu we wszystkich innych wyścigach czy rajdach. Czym innym są przy tym wymogi do licencji, a czym innym dopuszczenie do samych zawodów, więc tu się tym zajmować nie będziemy. 

Da radę? Powinien. Skorzysta? A skąd ja mogę wiedzieć...

Tagi: Kubica prawo
23:18, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 czerwca 2017

Jest sobie niejaki pan Piekara, z zawodu pisarz specjalizujący się w fantastyce. Nie śledzę jego życiorysu ni twórczości zbyt uważnie (nie moja nisza, powiedzmy), niemniej czasem odpryski jego wytwórczości do mnie trafiają. Tak było i dziś rano.

Otóż wczoraj wieczorem w ramach jakiegoś uniesienia patriotycznego pan Piekara postanowił zaszczycić swoją obecnością Wikipedię, a konkretnie jej hasło o rządzie Tadeusza Mazowieckiego (być może miało to związek z faktem, że wczoraj przypadała rocznica pamiętnych wyborów czerwcowych, po których...). Zaszczycił, i zrozumiał z tego hasła tylko tyle:

Piekara wikipedia rząd Tadeusz Mazowiecki 1989

Oczywiście, każdy kto przeczytał tę stronę w Wikipedii ze zwykłą choćby starannością, zauważy, że ma ona osobne sekcje: Skład w momencie powołania, Skład w momencie ustąpienia oraz Wcześniejsi członkowie (obejmującą tych ministrów, którzy stracili swoje stanowiska wcześniej niż rząd jako całość, zresztą ciut poniżej jest to wyjaśnione w sekcji "Zmiany w składzie"). Fragment, który pobudził Piekarę, pochodzi z sekcji "Wcześniejsi członkowie", a słowo "bezpartyjny" - z zawartej w tej sekcji rubryki "Partia polityczna (w momencie ustąpienia)". W sekcji dotyczącej powołania rządu i Siwicki, i Kiszczak są oczywiście opisani jako przedstawiciele PZPR...

Dowiódł także pan Piekara nieznajomości historii najnowszej. Siwicki i Kiszczak zostali odwołani z funkcji lipcu 1990, a PZPR przestała istnieć w styczniu 1990 roku. Ale być może dla pana Piekary Jacek Saryusz-Wolski czy Stanisław Piotrowicz nadal należą do PZPR.

A najsmutniejsze, że wielu ludzi na Twitterze bezrefleksyjnie uwierzyło w te brednie Piekary. Głównie dlatego o tym piszę - ostrzegawczo.

PS Ponieważ niektórzy nadal nie rozumieją jak się Piekara wygłupił - poniżej jak wyglądała strona Wikipedii w momencie, kiedy Piekara zaczął ją czytać:

Piekara nie umie czytać wikipedii Kiszczak Siwicki

Piekara nie umie czytać wikipedii Kiszczak Siwicki

niedziela, 28 maja 2017

Chłopcy z Placu Broni nie mają lekko. Plac dawno zabudowany, pewnie już nie boli, zwłaszcza że szkołę też przeniesiono z ulicy Pawła na ulicę Prater. Starsi stoją oparci o szkolną bramę, zakładają ręce. Młodsi w kącie grają w kulki, starając się nie widzieć pomarańczowej plastikowej rynny.

Szkoła mieści się w zaniedbanym budynku, w którym brakuje wielu cegieł w murze. Ulica nie wygląda lepiej, w jej dalszej części pojawiają się blokowiska. Droga do namiastki Placu (plac Molnara) długa, zresztą to zwykły skwerek z kilkoma ławeczkami, bardziej się nadaje na mały piknik niż na chłopięce zabawy. Za to dosłownie na tyłach szkoły powstało wielkie centrum handlowe, wydłużające się na kolejne kwartały, ciężko w tych warunkach nie popaść w konsumeryzm (strach pomyśleć, że mógłby im zagrażać galerianizm).

Zastanawiam się, jaki jest stosunek obecnych uczniów do chłopców. Nabożny szacunek? Drwina? Znudzenie oklepanymi bohaterami? Byłem późnym popołudniem i w święto, więc niczego nie mogłem zaobserwować. Brąz ich postaci śniedzieje nieznacznie, więc są dotykani.

chłopcy z placu broni Budapeszt pomnik Węgry

chłopcy z placu broni Budapeszt pomnik Węgry

czwartek, 25 maja 2017

Młodzież zapewne już nie pamięta kultowej (w odległej przeszłości) serii komedii o żandarmie z Saint-Tropez (z de Funesem w roli głównej, oczywiście). Dziś trąci ona już poniekąd myszką, jest puszczana jako zapchajdziura trochę. Wypada w tym miejscu od razu wyjaśnić, że we Francji żandarm to małomiasteczkowy lub wiejski policjant, podlegający zarówno władzom policyjnym, jak i wojskowym - a nie wojskowy glina jak u nas (oraz w US Army). 

Ja jednak dziś zupełnie nie o żandarmie francuskim, tylko o rodzimym. O istnieniu polskich żandarmów w zasadzie na co dzień się nie pamięta, wielu Polaków prawdopodobnie przeszło życie nie widząc żandarma na oczy (bo co oni mają do roboty poza jednostkami wojskowymi...), nie powiem że większość, bo jednak sporo facetów zaliczyło służbę wojskową (i sporo ludzi oglądało Krolla); ostatnio istnienie żandarmów mogło się przesmyknąć do powszechnej świadomości po wypadku Macierewicza pod Toruniem. Nadal jednak to coś w rodzaju kosmity.

Czemu o tym piszę? Bo... zaszła zmiana. W przepisach prawa zmiana. Parlament w ramach swojej ciężkiej pracy ("niczyja wolność ani własność nie jest bezpieczna kiedy obraduje parlament") postanowił przyznać tym - sympatycznym zapewne - kosmitom dodatkowe uprawnienia. Uprawnienia te obejmują między innymi dostęp do informacji na różne sposoby chronionych, w tym... Do dokumentacji związanej z numerem NIP. Do informacji o zgłoszeniu do ZUS i o składkach ZUS. Do informacji gdzie macie konto, lokatę, kredyt, kartę, skrytkę bankową - i na jaki okres. Co ważniejsze, do uzyskania tych informacji żandarm nie musi się szczególnie tłumaczyć, wystarczy że pokaże mniej lub bardziej ogólne upoważnienie od swojego komendanta (do dalej idących informacji będzie już potrzebował zgody sądu wojskowego, mimo wszystko), nieważne czy macie coś wspólnego z wojskiem. 

Gdybyście chcieli się zaniepokoić, to żandarmi mogą pytać o wasze konta od 27 kwietnia. Może was pocieszy, że takie same uprawnienia zyskali prokuratorzy i policjanci. A może nie.

20:22, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (4) »
środa, 24 maja 2017

Lubię karmić swojego żółwia. Lubię patrzeć jak je. Lubię widzieć, że je. Kiedyś wystarczyło mu żarcie wrzucać w określonych porach, później stało się to bardziej skomplikowane. Przestał akceptować to czy tamto, potem ograniczył się do jedzenia tylko tego co świeżo wrzucone, jak nasiąknie wodą, to już właściwie niejadalne. (Nie pomógł też fakt, że wyrósł na tyle, że przestał się bezpiecznie mieścić w starym akwarium, do którego był wkładany na czas karmienia, i zaczął jadać w swoim dużym akwarium, gdzie lepiej, żeby resztki nie zostawały). Zaczął okresowo lubić to bardziej, a to wcale, potem na odwrót...

Z czasem postarzał się (według niepewnej rachuby, jaką prowadzimy, jest już pełnoletni). Owszem, kiedy ma wrażenie, że kawałek ryby zaraz mu z nieba spadnie, to wyciąga się jak młodziak z otwartą szeroko paszczą i chciałby tę rybę złapać w powietrzu, a najlepiej od razu w ręce. Wykonuje ku tej rybie skoki niczym Dennis Rodman za piłką... i właśnie. Czasem by może i trafił, ale często wykonuje wspaniały ruch przez powietrze, by złapać tylko powietrze. Zwaliłbym to na problemy z percepcją w ośrodku innym niż wodny czy wręcz z refrakcją na granicy wody i powietrza, ale obserwacja pozwala dostrzec podobne sytuacje także w samej wodzie - raczej to ruch "na wyczucie", powodowany niecierpliwością (i, podejrzewam, słabnącym nieco widzeniem czołowym). A ileż razy ta ryba spadnie mu koło pyska na dno i tam leży i czeka, stwarzając wyzwanie dla karmiącego "jak temu zwierzęciu podpowiedzieć, że wystarczy w dół popatrzeć"). Całkiem ślepy nie jest, kiedy w końcu dostrzeże, rzuca się całkiem efektownie (stanowczo zapomnijcie opowieści o powolnych żółwiach, one się po prostu nie spieszą bez potrzeby). Karmienie z ręki nie jest atrakcyjne, bo uścisk żółwiej paszczy - nawet bezzębnej - jest do nie do zapomnienia i stanowczo zniechęca do powtórek, a szybkość tej paszczy czyniłaby niemal gwarantowanym co najmniej jedno chapsnięcie w tygodniu. Zdarzało mi się już używać patyczka do szaszłyka, żeby zwierzęciu bezpiecznie pod sam nos podtykać...

Marudzę? Może, ale z sympatii. W każdym razie, z okazji Międzynarodowego Dnia Żółwia idę coś temu wybrednemu niczym francuski piesek stworzeniu podrzucić...

00:07, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 175