Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
piątek, 30 stycznia 2009

W historii można się zapisać na rózne sposoby - czymś wielkim lub czymś małym, czymś radosnym lub czymś tragicznym. Podobnie w sporcie pamiętamy i wielkie zwycięstwa i spektakularne klęski, zdarzenia komiczne oraz dramatyczne.

W telewizorze lecą mi ostatnio głównie (courtesy of VHS:)) powtórki z odbytych niedawno w Helsinkach Mistrzostw Europy w łyżwiarstwie figurowym. Dzisiaj oglądałem tam półokiem między innymi program dowolny młodej izraelskiej pary sportowej Jekatieriny i Fiedora Sokołowych (wiem, typowe nazwiska izraelskie). We wcześniejszym programie krotkim zapamiętałem ich głównie przez to, że oboje zdaje się są nastolatkami,* co nie przeszkadza im być małżeństwem:) Umiejętności mają na razie nieduże, jechali na miejsce 15+, generalnie do zapomnienia (nawet potknięcia nie były spektakularne). Przyszedł jednak skok skakany równolegle. Jekatierina nie utrzymała rotacji, przekręciło ją, usiadła. Wstała, ale nie ruszyła dalej. Okazało się, że już właściwie siedząc, pechowo zawadziła kolanem o własną łyżwę. Po chwili zobaczyliśmy krew na nodze, krew na lodzie, nosze wyciągnięte z zaplecza..

ekaterina sokolova leaving ice

Zważywszy na ich potencjalne miejsce, to może mały dramat (choć czy dla sportowca istnieje takie coś jak mały dramat, kiedy przymusowo kończy swój występ?). Upadki zdarzały się i wielkim (ja mam w pamięci upadek Mandy Woetzel, po którym nie mogła złapać tchu i musiała się wycofać, a walczyli wtedy z Ingo Steuerem o podium, wg googla w Lillehammer to było). W każdym razie, zostaną zapamiętani znacznie lepiej, niż większość ich rywali.

PS. Tytuł notki to trawestacja zwrotu "Melpomene na bieżni" użytego w "500 zagadek olimpijskich".

*Sprawdziłem. Tylko ona jest. Małżeństwem są nadal oboje:) 

21:05, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »

Zdarzyło mi się parę sezonów temu wybrać z rodziną nad polskie morze, do Niechorza konkretnie. Jechaliśmy "tam" A4 do Legnicy i dalej na Szczecin DK3, i jedną z rzeczy, które nam utkwiły wtedy w pamięci, było stanie w korkach najpierw koło Legnicy, a potem w Lubinie. Mając więc zawsze w myślach zasadę "lepiej zwiedzać, niż stać" postanowiliśmy przy powrocie ominąć zakorkowane miejsca i w Nowym Miasteczku (niegdyś Neustadtel, dziś trudno było w nim zauważyć cokolwiek "nowego", no ale tak to jest jak się ma 700 lat historii:)) zamieniliśmy drogę krajową numer 3 (w całkiem niezłym stanie w tamtej okolicy) na drogę wojewódzką nr 328 i ruszyliśmy nią w nieznane, aby przez Przemków, Chocianów, Chojnów dotrzeć do autostrady.

Na początku było - powiedzmy - nieźle, czyli droga jak to droga. Zaskoczenie przyszło później - chyba już za Przemkowem - kiedy nagle zobaczyłem przed sobą nawierzchnię.. brukowaną. Taaak. Miodzio się jechało. To znaczy lokalni byli przyzwyczajeni i śmigali dużo szybciej, ale ja jednak nie mogłem się przemóc. Chociaż jadąc wolniej, telepało się dłużej.

Pomyślałem sobie: ale ewenement, żeby droga tej klasy miała taką (pamiętającą co najmniej Adolfa) nawierzchnię (rzecz jasna droga wojewódzka to też właściwie żaden hiper-super-cud-miód, ale jednak). A ostatnio wyszło na to, że cudze ganicie, a swego nie znacie:) - gdybym więcej się szwendał po śląskich miastach, to nie miałbym powodu się czuć taki zaskoczony i tak postponować dolnośląskie drogi. W końcu w mieście Zabrzu, w samym centrum jest odcinek drogi wojewódzkiej 921, który tak samo wlecze po kocich łbach (de Gaulle'a aż do Wolności), i to gorszych. Jak widać, podróże po najbliższej okolicy też kształcą:)

 

czwartek, 29 stycznia 2009

Pisząc na innym blogu notkę o likwidacji ośrodka dla czeczeńskich uchodźców w Katowicach, przyglądałem się nieustająco zdjęciu zrobionemu przez Grzegorza Celejewskiego z redakcji katowickiej:

czeczeńskie dziecko opuszczające likwidowany ośrodek w Katowicach

Dzieciak ze zdjęcia niesamowicie przypomina mi dziecko jednego z moich sąsiadów, rówieśnika mojego syna. Wszystkie dzieci są podobne. Jak to było? "Bo wszystkie dzieci nasze są.."

Ponadto w zdjęciu uderza taka jakaś drapieżność fotoreporterów. Pewnie inaczej się są w stanie wyglądać, kiedy starają się wykonać swoją pracę, ale to dręczy mnie.

01:29, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 stycznia 2009
 
Odbył się kolejny konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem. Nie będę tu teraz analizował, na ile ósme miejsce Adama Małysza stanowi zwiastun rozwiązania Wielkiego Narodowego Problemu (choć mam pewne przemyślenia), natomiast skupię się na czymś innym. Podobno w konkursie tym pobito rekord ilości Polaków kwalifikujących się do drugiej serii i zdobywających punkty Pucharu Świata (siedmioro). Jest to jakiś powód do radości pewnie, ważniejsze jest dla mnie jednak, że z tej siódemki żaden nie poprawił swojego wyniku w drugim skoku, pomimo wydłużenia rozbiegu o dwie belki - najbliżej był Marcin Bachleda, który dokładnie powtórzył swój (nienajlepszy) wynik, czyli i tak faktycznie skoczył słabiej. Zastanawiam się, na ile rzecz cała świadczy o jakiejś skazie na psychice polskich skoczków. I tą drogą dochodzimy do bohatera tytułowego:) Nie sposób było sobie bowiem przy tych wynikach nie przypomnieć o konkursie PŚ rozgrywanym na Wielkiej Krokwi 17 stycznia 1999 roku. Robert Mateja oddawał w tym konkursie skok jako ostatni. Tak, to nie pomyłka - był liderem po pierwszej serii (choć uczciwie przyznajmy, że było to w głownej mierze zasługą dość anormalnych warunków w tej serii, będących - o czym zwykle wolimy nie pamiętać - częstym towarzyszem zawodów w Zakopanem). I oddał najsłabszy skok w drugiej serii, spadając na bodaj szesnaste miejsce. Przypuszczam, że ten konkurs był dla Roberta Matei jednym z najbardziej wstydliwych momentów w karierze (drugim będzie zapewne drużynowy konkurs na MŚ w Sapporo w 2007, gdzie choćby tylko przyzwoite skoki Matei dałyby Polakom medal).
 
W tzw. powszechnej opinii Robert Mateja jest synonimem nieudacznika polskich skoków i dyżurnym obiektem kpin zczubaków i innych "znawców" skoków. Nie sposób zaprzeczyć, że Mateja wiele zrobił, by na taką opinię zapracować. Ale mam wrażenie, że wszyscy patrzą na niego przede wszystkim w porównaniu z Wielkim Adamem Małyszem, nie wnikając w szczegóły kariery Matei. A przecież był czas, kiedy to Mateja był czołowym polskim skoczkiem, i to bez mówienia z przekąsem. Przyjrzyjmy się więc osiągnięciom Roberta Matei w jego lepszym okresie, czyli w latach 1996-2001:
-na MŚ 1997 w Trondheim zajmuje 5. miejsce na średniej skoczni (co było najlepszym polskim wynikiem na MŚ od ćwierćwiecza) i 16. na dużej, w obu konkursach wyraźnie wygrywając z Małyszem; na MŚ w Ramsau dwukrotnie w trzeciej dziesiątce, za każdym razem wyżej od Małysza,
- na IO'1998 w Hakubie zajmuje miejsca 20. i 21., średnio o 31 miejsc wyżej od Małysza,
- 10 razy zajmuje miejsca w czołowej 10-tce konkursów PŚ (najwyżej na 5.) i zajmuje w klasyfikacji generalnej miejsca od 30 do 50 (w dwóch sezonach wyraźnie wygrywając z Małyszem),
- w 2001 roku w Harrachovie jako pierwszy Polak (wyprzedzając Małysza!) pokonuje barierę 200 metrów,
- na drużynowych zawodach PŚ w Ramsau jest członkiem zespołu zajmującego historyczne trzecie miejsce (przynajmniej ja nie znam drugiego takiego przypadku w polskich skokach), obok Małysza, rzecz jasna:).
Później już - mam wrażenie - Mateja nie wytrzymał psychicznie bycia w cieniu Giganta z Wisły i do tych wyników się właściwie nie zbliżył (chociaż w sezonie 2004/2005 zajął nawet 17 miejsce w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni, oddając sześć dobrych skoków i jeden słabszy:)) . A szkoda.
 
Dzisiaj - myślę - jest już dobry czas, żeby mu podziękować za te momenty kariery, kiedy mogliśmy być z niego dumni. Podśmiechiwanki niech zostaną dla "ekspertów", którzy skokami zaczęli się interesować po eksplozji Adama w 2001 roku. Dziękuję, Robercie. Mam nadzieję, że swoje doświadczenia przekażesz dzisiaj młodziakom - przynajmniej przez to, żeby wiedzieli, jak uniknąć Twoich błędów.
20:57, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (2) »

Ojciec należy do tej grupy, która w procesie edukacji zapoznała się z Elementarzem Falskiego i wysoce go sobie ceni (o konkurencyjnej książce dla klasy pierwszej pamięta tylko, że była, i że mu się nie podobała). Żaden inny elementarz nie ma zresztą chyba szansy na zdobycie pozycji legendy, z której cytaty staną się elementem kultury narodowej (bo takich Wielkich Słów można spokojnie użyć w odniesieniu do "Ala ma kota" - chociaż mylnie się uważa, że to zdanie początkowe).

Podobno dziś Elementarza już się nie używa, więc Junior być może się już z nim nie zetknie. Niekoniecznie zresztą będzie potrzebował. W najlepsze ćwiczy umiejętność składania słów z gotowych literek na tablicy magnetycznej i pomocniczo z paru innych zestawów alfabetu. I nie jest dla Rodziców wielkim zaskoczeniem, na jakich słowach ćwiczy. Pierwszym, które przy pomocy Matki poskładał, nie było żadne "mama" ni "tata" (tu Ojciec trochę wzdycha), lecz "HONDA". W ramach ćwiczeń potrafi już prawie całkiem samodzielnie napisać* volkswagen, i to osobno dużymi, a osobno małymi literami. Ma natomiast istotny problem z mercedesem - w zestawie nie ma dostatecznie dużo liter "e":)

Ot, takie signum temporis. Ważne, że się uczy, mniej ważne na czym - Ojcu zawsze opowiadano legendę, że Ojciec się uczył czytać na szyldach sklepowych. Junior nauczy się na markach (i modelach) samochodów. A potem będzie pewnie pisał blog samochodowy:)

Dla porządku: tytułowego zdania Junior jeszcze nie napisał, (pewnie popatrzyłby dziwnie, jaka Ala?) chociaż "Forda" na 99% już tak:)

*w zasadzie poskładać, napisać ręcznie to jeszcze odległa przyszłość 

00:46, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 stycznia 2009

Tyszanie na sam tytuł zapewne już szykują na mnie różne niesympatyczne narzędzia:) ale nim cisną pierwszym kamieniem, niech najpierw przeczytają.

Miałem dzisiaj do załatwienia jedną sprawę w Tychach. Ponieważ jestem jakoś uczulony na skrzyżowanie przy browarze (chociaż jest ono pewnie kłopotliwe tylko w godzinach tradycyjnie uznawanych za trudne do jazdy po mieście), ominąłem je z daleka i jechałem Budowlanych. I tak sobie niespiesznie jadąc zerkałem to tu, to tam, aż coś nagle przyciągnęło moją uwagę.Stał nieopodal drogi taki nieduży budynek o mocno spadzistym dachu (a la styl góralski). Napis na nim nie był w pierwszej chwili łatwy do odczytania, bo rzucało się w oczy słowo 'URODY", ale gorzej było dopatrzyć się co. Aż odcyfrowałem - to była "Ambasada URODY" (edit: dodałem linka).

Ambasada co do zasady to placówka czegoś obcego. Zatem właściciel obiektu sam zadeklarował, że w Tychach uroda jest czymś obcym:)

Pozdrowienia dla Tychów!

wtorek, 13 stycznia 2009

Miałem niedawno odebrać rodziców z lotniska w Balicach. Był to czas szybkich, zaskakujących i mocno niesympatycznych zmian pogodowych, więc starałem się sprawdzać prognozy dla miasta Krakowa, żeby wiedzieć, co mnie czeka po drodze (niby niedaleko, ale zawsze), oraz  dla samego Krakow Airport.  Korzystałem z serwisu Accuweather, którego zdolności prognostyczne cenię ostatnio wyżej, niż rodzimych meteorologów. Tak się jednak jakoś złożyło, że na laptopie nie zapisałem dokładnych ustawień, i musiałem na nowo przeprowadzić proces wyszukiwania. Czytam sobie świeżo znalezione rezultaty, i mam wrażenie, że coś mi nie pasuje. Hmmm. I nagle olśnienie: tak naprawdę to nie chciałem znaleźć pogody dla Krakow w stanie Wisconsin.

Podróże, jak wiadomo, kształcą. Gdyby nie podróż rodziców, w życiu bym się pewnie nie dowiedział o istnieniu małej mieściny o nazwie Krakow na rubieżach hrabstwa Shawano (dla zainteresowanych: w dolnym rogu strony hrabstwa jest link do dość pokaźnej mapy całego hrabstwa - Krakow jest na wschodnim krańcu). Właściwie to może być ciekawe miejsce - sporo polskich nazw w okolicy, zachowały się jeszcze lasy i do jeziora Michigan ledwie 20 mil. Gdzieś w te okolice przyjeżdzał Patrick Wallingford z "Czwartej Ręki" Irvinga szukać swojego nowego miejsca w życiu. 

poniedziałek, 12 stycznia 2009
Jako że mieszkam teraz na wsi:) to i pewnie możliwości mam ograniczone. Liczyłem więc, że na Orkiestrę wrzucę coś po mszy. Przed kościołem widziałem ludzi z przylepionymi serduszkami, więc byłem dobrej myśli. Kiedy jednak z kościoła wyszedłem (nie zaprzeczam, dziecko trzeba jeszcze było do żłóbka zaprowadzić), po zbierających zostały tylko ślady w postaci czewonych naklejek tu i ówdzie. Na wszelki wypadek podeszliśmy jeszcze pod sklep (wiejskie ośrodki życia:)), ale i tam żadnego wolontariusza nie znaleźliśmy. I tak naszykowane ileś tam zet zostało w kieszeni. Nie wiem, czy młodzież popędziła gdzieś dalej, ale byłem rozczarowany. Nie tylko dlatego, że dłużej po zimnie łaziłem.
01:42, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 stycznia 2009

Jechałem ostatnio po Śląsku drogą wojewódzką* pomiędzy polami. Droga niedawno odnowiona, gładka, czarna, dobrze odśnieżona, co wobec szpaleru drzew (gdzieniegdzie znaki "drzewa w skrajni") po obu stronach nie jest bez znaczenia - kiedy była zaśnieżona, jazda była bajkowa wizualnie i piekielna dla kierowcy:) I nagle pośrodku pola pojawia się kilkudziesięciometrowy odcinek, na którym przez całą szerokość drogi leży naście centrymetrów śniegu, częściowo rozjeżdżonego. Zupełnie jakby odśnieżarki z jednej strony nie dogadały się z odśnieżarkami z drugiej strony, gdzie mają skończyć.

Przypuszczam, że zjawisko to powstało w inny sposób:) Już wcześniej były miejsca, w których widać było, jak śnieg z pól jest nawiewany na asfalt ("białe pola"). We wcześniejszych latach w tamtych okolicach widziałem rozpięte wzdłuż drogi  pomarańczowe siatki, zatrzymujące nawiewanie śniegu. W tym roku chyba drogowcy postanowili na nich trochę oszczędzać, i na efekt nie trzeba było długo czekać. A kiedyś się zastanawiałem, po co się takie siatki ustawia.

Kiedyś widziałem, jak na pustyni wiatr potrafi zrobić na asfalcie podobnej wielkości zaspę z piasku. Teraz wiem, że ze śniegu też da radę.

*dla zainteresowanych kolegów-kierowców: 927 pomiędzy Bujakowem a Mokrem.

środa, 07 stycznia 2009

Jest taki stary dowcip z czasów komuny:
Na granicy radziecko-chińskiej wojska chińskie zdradziecko zaatakowały pokojowo pracujący traktor radziecki. Traktor odpowiedział ogniem rakietowym i odleciał w kierunku Irkucka.

Łatwo go zaadaptować do dowolnych realiów (niedawno czytałem wersję z Gruzją). Przypomniał mi się dzisiaj, kiedy przeczytałem o zbombardowanej przez Izrael szkole w Dżebaliji, w której pośród gruzów znaleziono moździerze Hamasu i ciała ich obsługi. I kilkudziesięciu zabitych cywilów - w tym rzeczywistość różni się od dowcipu.

06:52, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2