Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 30 stycznia 2011

Komentatorzy są różni: mają swoje mniej lub bardziej drażniące maniery i przyzwyczajenia, są mniej lub bardziej lotni i bystrzy, sa mniej lub bardziej inteligentni i elokwentni. Bez względu na to, co z powyższych komu odpowiada, jedna rzecz jednak powinna być dla wszystkich wspólna: powinni być kompetentni. Powinni wiedzieć o czym mówią, powinni wiedzieć co się dzieje, a jeżeli już nawet jakimś zdarzeniem losu nie wiedzą, to powinni zachować na tyle rozwagi w komentowaniu, by nie zdradzać się z nieznajomością tego, co widzom się wyświetla na ekranach, zwłaszcza kiedy się komentuje ze studia telewizyjnego.

A mnie właśnie w ten weekend dwóch komentatorów Eurosportu wyprowadziło lekko z równowagi. Pierwszy właściwie bardziej rozbawił, kiedy komentując rywalizację łyżwiarską był uprzejmy stwierdzić mniej więcej "X od wszystkich sędziów dostał noty powyżej 7,5, tak że średnią miał dokładnie 7,5", bo tym wystawił świadectwo jedynie własnym zdolnościom matematycznym i logicznym. Zdecydowanie bardziej mnie zezłościł red. Chruścicki, który komentując konkurs w Willingen wypalił w pewnej chwili w drugiej serii, widząc ile punktów jeden z zawodników (chyba Jernej Damjan) dostał "bonusu za wiatr w plecy" - że w pierwszej serii nikomu aż tak mocno nie powiało, bo najmocniejszy wiatr w plecy miał Kamil Stoch. Nie wiem, co red. Chruścicki robił w pierwszej serii, ale gdyby ją uważnie oglądał, to zauważyłby, że znacznie mocniejszy wiatr od Stocha mieli chociażby Neumayer czy Ito (złota zasada: jak nie wiem, to nie mówię). Ruszyło mnie to głównie dlatego, że red. Chruścicki jest już u mnie na cenzurowanym od kilku konkursów - do tego stopnia, że słysząc go poważnie rozważam przełączenie się na angielskiego komentatora..

 

sobota, 29 stycznia 2011

Za cztery tygodnie mistrzostwa świata w Oslo. Będzie tam rozegranych wyjątkowo dużo, bo aż pięć konkurencji w skokach.

Przez cztery tygodnie sporo się jeszcze zdarzyć może, forma może się wzbić lub lekko odpłynąć, ale na razie można wróżyć z tego, co jest. Dzisiejszy znakomity drużynowy konkurs w Willingen (pierwsze zimowe podium PŚ na dużej skoczni!) rozbudza apetyty, ale trzeba spojrzeć z chłodną głową. Wynik w konkursie drużynowym jest w głównej mierze pochodną tego, kto jak bardzo zawali. Niemcy faktycznie nie zawalili ani jednego skoku (do pokonania Austriaków trzeba dyskwalifikacji, bo upadek może nie wystarczyć) i mieli - oprócz dopingu - rewelacyjnego Freunda. Pojedynek Polska-Norwegia rozstrzygnął się jednym słabszym skokiem: w pierwszej serii Żyła w nienajlepszym skoku osiągnął o 4.8 pkt więcej od Evensena, i tyle dokładnie wyniosła różnica na koniec! Wystarczyłby więc jakiś centymetr na sekundę wiatru więcej lub mniej, żeby zadecydować o podium (dzisiaj tak właśnie o 0,1 pkt  Finowie pokonali Japończyków w walce o piąte miejsce, a przecież w SLC o tyleż przegrali złoto z Niemcami). A wiatr z tyłu (choć dziś przesadnie silny) moim zdaniem naszym Orłom raczej sprzyja, niż przeszkadza, bo odlatywanie z dobrym wiatrem im nigdy nie wychodziło.

Na MŚ możemy więc liczyć na sześć szans medalowych w skokach. Powiedzmy to jasno: sześć szans, nie sześć medali (cud pokroju dwóch medali w jednym konkursie to tylko w głęboko skrytych marzeniach wizualizuję), a i to przy sporym szczęściu. Może Holmenkollen po raz kolejny okaże się dla Małysza łaskawa. Każdy medal biorę w ciemno.

Dear Sir or Madam, will you read my book?
It took me years to write, will you take a look?

fate of paperback writer

It's a thousand pages, give or take a few,
I'll be writing more in a week or two,
I can make it longer if you like the style
I can change it 'round, and I want to be a paperback writer

Ciężki bywa los paperback writera...

Junior spaceruje z Matką. Nagle mija ich na sygnale furgonetka z napisem na karoserii "Pogotowie gazowe". Junior spokojnie przygląda się, po czym stwierdza:
- O, pogotowie gazowe. Ktoś ma chory gaz..

czwartek, 27 stycznia 2011

Wypadek Adama Małysza podczas niedzielnego konkursu skoków w Zakopanem wzbudził nieoczekiwanie wiele kontrowersji. W telegraficznym skrócie poniżej najistotniejsze z nich:

1) Pijany Kruczek kazał Małyszowi lądować w tych warunkach.
2) "Ten skok w tych warunkach w ogóle nie powinien się odbyć" - mówi specjalista z miesięcznika "Narciarska Polska".
3) Były skoczek narciarski Robert Mateja twierdzi, że Małysz popełnił szereg błędów, m.in. nie kwitował poleceń Tepesa z wieży
4) Winę Małysza potwierdza też raport Międzypaństwowego Komitetu Narciarskiego.
5) Apoloniusz Tajner twierdzi jednak, że raport jest niekompletny, bo nie uwzględnia błędów Waltera Hofera.
6) Tymczasem pełnomocnik Izabeli Małysz w wywiadzie dla radia Ślinotok FM mówi, że "nie można wykluczyć hipotezy zamachu ekip austriackiej i szwajcarskiej"
7) Widziano też pracowników sztabu szkoleniowego Federacji Rosyjskiej rozkładających kable od oświetlenia progu po incydencie.
8) Po upadku na skoczni słychać było strzały.
9) Tepes odradzał lądowanie w Zakopanem. Proponował wykonanie manewru na alternatywnej skoczni w Wiśle.
10) Niektórzy komentatorzy nie wykluczają bezpardonowego zamachu na lot Adama Małysza.
‎11) Całą winę za upadek ponosi kontroler wieży lotów, który nie poinformował Małysza o odchyleniu od toru lądowania
12) Po dramatycznych i niecenzuralnych wypowiedziach Hoffera i Tepesa można wnioskować, jak bardzo napięta atmosfera panowała na wieży.
13) Przed Małyszem wylądował szczęśliwie Żyła, jednak jak się później okazało podchodził do lądowania bez zgody wieży. Zostaną wyciągnięte wobec niego surowe konsekwencje
14) Fani Małysza zapowiedzieli postawienie krzyża w miejscu katastrofy.
15) Adam Małysz w chwili upadku miał 33 lata i wylatanych 5384 godzin.
16) Trwa ustalanie, czy Małysz miał wyskakaną wymaganą przepisami ilość godzin na symulatorze Ski Jump DeLuxe

Tagi: bzdury
16:35, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (6) »
środa, 26 stycznia 2011

Odwiedziłem dzisiaj w wolnej chwili empik, porozglądalem się tu i tam z głupia frant, i nie bez zaskoczenia zobaczyłem na półce zestawienie dobrze znajomego nazwiska z zupełnie nieznanym tytułem. Cóż, żyjemy już w świecie, w którym nowa powieść Fredericka Forsytha nie jest żadnym zdarzeniem, dla mojego świata to jednak wydarzenie. Czym prędzej zdjąłem ostrożnie z półki egzemplarz najnowszej powieści Mistrza, żeby zorientować się, czego można się będzie tym razem spodziewać. Spojrzałem na tylną okładkę do obowiązkowego opis, i - westchnąłem ciężko, widząc znajome nazwiska.

Już w "Afgańczyku" mieliśmy (nie licząc powtórki z rozmaitych pomniejszych motywów, takich jak odludzie w zachodnich Stanach czy sesja szkoleniowa w zacisznym szkockim zamku) powrót do wcześniej wymyślonych głównych bohaterów, czyli znanych z "Pięści Boga" rodzeństwa Mike'a i Terry'ego Martinów (ba, nawet sposób, w jaki Terry "wrabia" brata w straceńczą misję został faktycznie powielony). Tym razem powracają do nas (choć może nieco przewrotnie) bohaterowie "Mściciela", czyli Calvin Dexter i Paul Deveraux (i nie chcieli już do pomocy Kevina McBride'a?). Pobieżny przegląd pozwala książki przy tym stwierdzić, że w zakresie wymyślania intrygi Mistrzowi wciąż pomysłowości nie brakuje - ale nowych bohaterów po 40 latach pisania już mu się wymyślać nie chce.

Ale w sumie nie za to go uwielbiamy:)

Tagi: książka
21:11, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 stycznia 2011

Kim jest Król Adam, wiedzą wszyscy, wzmianki o Księciu Kamilu były dotąd zwykle kwitowane uprzejmymi uśmiechami ("może kiedyś..."). Dzisiaj Kamil Stoch te uśmiechy zgasił (swoją drogą ciekawe ilu tych uprzejmie uśmiechających się pamiętało o jego czwartym miejscu na ostatnich mistrzostwach świata w Libercu). Wykorzystał znajomość skoczni, nie dał się stłamsić tylnemu wiatrowi i wygrał zasłużenie. Nie dał się nawet wystraszyć wywołanemu zaklęciami redaktora Szaranowicza śnieżnemu potworowi..*

snow monster in Zakopane

...w jakiego zamienił się po upadku Adam Małysz.

Adam Małysz na zeskoku Wielkiej Krokwi

*na filmie około 0:30.

Dzisiejsze sprinty w Otepaa oglądałem na TVP, bo Eurosport w tym czasie był w Melbourne. Ponieważ jednocześnie miałem w planie słuchanie dość interesującej audycji radiowej, wyłączyłem fonię w telewizorze i miałem "co innego widzisz, co innego słyszysz". Nie udało mi się więc usłyszeć, z kogo składało się zacne grono ekspertów, któremu oddano głos, gdy tylko zaczynały się ćwierćfinały i półfinały męskie. Zerknąwszy w pewnej chwili, rozpoznałem jednak jednego z nich - i tu zaczyna się historia mojego zdziwienia.

Ekspertem tym (a może gościem tylko) był mianowicie niezły skądinąd kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc. Nie słyszałem, jak uzasadniano jego obecność, więc nie wiem, czy czuje się ekspertem od Estonii, czy też ma rozległe doświadczenie w rajdach zimowych (choć ostatnio startował w najzupełniej niezimowym Rajdzie Dakar), czy też może wreszcie biega dla relaksu na nartach. Ba, nawet jako prognostyk się nie nadawał, bo w ostatnim Dakarze zajął 5. miejsce, wyrównując swoje najlepsze osiągnięcie, a Justyna Kowalczyk poprawiła swoje najlepsze osiągnięcie w sprincie w Otepaa z miejsca 7. na 4.

A swoją drogą, taktyczne ogranie Bjoergen w półfinale było fantastyczne, choć niewiele brakowało, a byłoby czysto honorowe - gdyby nie szybkość tego biegu.

 

Segregacja odpadów to jedno z tych pól, na których mamy nieustające zapóźnienie względem tzw. cywilizowanej Europy. Ustawienie w centrum miasta obok zwykłych śmietników, kontenerów na podstawowe rodzaje odpadów było zresztą zawsze problemem nie do rozwiązania, więc ludzie też się nie przejmowali, bo po co segregować, skoro i tak nie ma gdzie posegregowanego mądrze się pozbyć (firmy śmieciarskie zresztą nie pomagają, bo powszechna jest obserwacja, że śmieci posegregowane wrzucają apiat do jednej śmieciarki - i nawet jeśli w tym trochę miejskiej legendy, to znam też wypowiedzi przedstawicieli tych firm, że śmieci segregowane są na tyle niedokładnie, że i tak trzeba zrobić to ponownie, więc co za różnica).
Sam segreguję od kilku lat - najpierw co tydzień posegregowane wywoziłem do odpowiednich kontenerów przy hipermarkecie (i niech mi ktoś powie, że hipermarkety nie mają zalet:)) Od paru lat miasto Katowice wdraża jednak program segregacji (zresztą wymuszany ustawowo) i raz w miesiącu dostarcza mi worki do segregowania śmieci i odbiera pełne. Worki są w czterech kolorach, na papier, szkło, puszki i plastik, taSegregacja odpadów to jedno z tych pól, na których mamy nieustające zapóźnienie względem tzw. cywilizowanej Europy. Ustawienie w centrum miasta obok zwykłych śmietników, kontenerów na podstawowe rodzaje odpadów było zresztą zawsze problemem nie do rozwiązania, więc ludzie też się nie przejmowali, bo po co segregować, skoro i tak nie ma gdzie posegregowanego mądrze się pozbyć (firmy śmieciarskie zresztą nie pomagają, bo powszechna jest obserwacja, że śmieci posegregowane wrzucają apiat do jednej śmieciarki - i nawet jeśli w tym trochę miejskiej legendy, to znam też wypowiedzi przedstawicieli tych firm, że śmieci segregowane są na tyle niedokładnie, że i tak trzeba zrobić to ponownie, więc co za różnica).
Sam segreguję od kilku lat - najpierw co tydzień posegregowane wywoziłem do odpowiednich kontenerów przy hipermarkecie (i niech mi ktoś powie, że hipermarkety nie mają zalet:)) Od paru lat miasto Katowice wdraża jednak program segregacji (zresztą wymuszany ustawowo) i raz w miesiącu dostarcza mi worki do segregowania śmieci i odbiera pełne. Worki są w czterech kolorach, na papier, szkło, puszki i plastik, tak że już nie jest źle.
Każde proste rozwiązanie ujawnia jednak problemy przy przypadkach bardziej skomplikowanych. Na workach są pewne adnotacje, czego w nich nie należy umieszczać (np. zatłuszczonych opakowań metalowych), ale przede wszystkim nie zawsze wiadomo, do jakiej kategorii zaliczyć poszczególnego śmiecia, zwłaszcza jak ma złożony skład. Dziś rano na przykład pozbywałem się paczki po kawie i poważnie się zastanawiałem - czy wewnętrzne opakowanie było bardziej aluminiowe, czy plastikowe, a kolorowa warstwa błyszcząca bardziej papierowa, czy plastikowa? W takich chwilach wzdycham za dyrektywą, która nakazałaby producentom opakowań umieszczanie na nich prostych oznaczeń co do sposobu utylizacji poszczególnych śmieci (mają już tyle obowiązków, że to doprawdy żaden problem) -  np. literowych, takich jak A-papier, B-plastik, C-metal, F-tetrapak etc. Nie mając odpowiedniego pojemnia, używałoby się ogólnego, ale byłby to krok do przodu.  A przynajmniej tak mi się wydaje.
Segregacja odpadów to jedno z tych pól, na których mamy nieustające zapóźnienie względem tzw. cywilizowanej Europy. Ustawienie w centrum miasta obok zwykłych śmietników, kontenerów na podstawowe rodzaje odpadów było zresztą zawsze problemem nie do rozwiązania, więc ludzie też się nie przejmowali, bo po co segregować, skoro i tak nie ma gdzie posegregowanego mądrze się pozbyć (firmy śmieciarskie zresztą nie pomagają, bo powszechna jest obserwacja, że śmieci posegregowane wrzucają apiat do jednej śmieciarki - i nawet jeśli w tym trochę miejskiej legendy, to znam też wypowiedzi przedstawicieli tych firm, że śmieci segregowane są na tyle niedokładnie, że i tak trzeba zrobić to ponownie, więc co za różnica).
Sam segreguję od kilku lat - najpierw co tydzień posegregowane wywoziłem do odpowiednich kontenerów przy hipermarkecie (i niech mi ktoś powie, że hipermarkety nie mają zalet:)) Od paru lat miasto Katowice wdraża jednak program segregacji (zresztą wymuszany ustawowo) i raz w miesiącu dostarcza mi worki do segregowania śmieci i odbiera pełne. Worki są w czterech kolorach, na papier, szkło, puszki i plastik, tak że już nie jest źle.
Każde proste rozwiązanie ujawnia jednak problemy przy przypadkach bardziej skomplikowanych. Na workach są pewne adnotacje, czego w nich nie należy umieszczać (np. zatłuszczonych opakowań metalowych), ale przede wszystkim nie zawsze wiadomo, do jakiej kategorii zaliczyć poszczególnego śmiecia, zwłaszcza jak ma złożony skład. Dziś rano na przykład pozbywałem się paczki po kawie i poważnie się zastanawiałem - czy wewnętrzne opakowanie było bardziej aluminiowe, czy plastikowe, a kolorowa warstwa błyszcząca bardziej papierowa, czy plastikowa? W takich chwilach wzdycham za dyrektywą, która nakazałaby producentom opakowań umieszczanie na nich prostych oznaczeń co do sposobu utylizacji poszczególnych śmieci (mają już tyle obowiązków, że to doprawdy żaden problem) -  np. literowych, takich jak A-papier, B-plastik, C-metal, F-tetrapak etc. Nie mając odpowiedniego pojemnika, używałoby się ogólnego, ale byłby to krok do przodu.  A przynajmniej tak mi się wydaje.

 

piątek, 21 stycznia 2011

I tylko dlatego nie zobaczyliśmy przebitki, jak wchodzi do ubikacji.

"Znaj proporcją, mocium panie" to myśl kompletnie już nieznana.

PS. Psów w telewizji nie szczędzą.

 
1 , 2 , 3