Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 31 stycznia 2015

już czwarta zima
jak psa ni ma
a śnieg rzucam nadal
od płotu z dala 

Tagi: osobiste zima
13:31, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 stycznia 2015

Klikając luźno newsy na portalu, natrafiłem na nagłówek głoszący "Kiedy tak naprawdę umarł Janusz Korczak? Walczymy o prawdę". Kliknąłem, a co. Rzecz była o procesie, który wytoczyła Fundacja niejakiego Lipszyca (Jarosława), walczącego o "uwalnianie" dzieł kultury, tak aby można było z nich korzystać nie lękając się o naruszenie czyichś praw autorskich. W konkretnej sprawie chodziło o to, że jakkolwiek Stary Doktor pojechał z dziećmi do Treblinki w sierpniu 1942 roku (i wiadomo, że został tam na zawsze), to formalnie data jego śmierci ustalona jest na 9 maja 1946 roku (a co za tym idzie, 70-letni termin na wygaśnięcie praw autorskich jeszcze nie upłynął).

Rzecz się wydaje na pozór absurdalna, ale jest wyłącznie pokłosiem trzymania się ustalonych reguł porządkujących. W przypadku Korczaka nie wiemy dokładnie, w którym dniu zginął, przez co nie możemy ustalić dziennej daty jego śmierci. Zarówno przepisy obowiązujące dziś, jak i wszelkie obowiązujące po wojnie nakazują przyjąć w takiej sytuacji fikcję prawną, w myśl której śmierć nastąpiła po upływie określonego terminu. I tak obecny kodeks cywilny wskazuje, że:

Jako chwilę domniemanej śmierci zaginionego oznacza się chwilę, która według okoliczności jest najbardziej prawdopodobna,a w braku wszelkich danych – pierwszy dzień terminu, z którego upływem uznanie za zmarłego stało się możliwe. (art. 31 par. 2)

Zgodnie zaś z art. XXXII przepisów wprowadzających kodeks cywilny bieg terminów do uznania za zmarłego osób zaginionych w II Wojnie Światowej rozpoczyna się 9 maja 1945 roku (sam zaś termin trwa 1 rok). Tym samym, jeśli nie można ustalić najbardziej prawdopodobnej daty śmierci (a jest niepewność co do dokładnej daty dziennej), musimy przyjąć ją jako rok po 9 maja 1945...

Osoby bez wykształcenia prawniczego mogą sobie w tym miejscu zadać pytanie, czy dziś coś podobnego byłoby możliwe. Wyobraźmy więc sobie, że Korczak wojnę przeżył i znalazł się na pokładzie któregoś z samolotów, które na przestrzeni ostatniego roku były przedmiotem powszechnego zainteresowania. Boeing MH370 zaginął nad Azją Południowo-Wschodnią w marcu, po dziś dzień nie wiadomo gdzie dokładnie spoczął i co się stało z jego pasażerami (oczywiście wszyscy w zasadzie zakładają, że ci pasażerowie nie żyją, ale...). Formalnie nawet nie można stwierdzić, że katastrofa miała miejsce (choć dziś akurat rząd Malezji oficjalnie ogłosił, że uznaje zaginięcie samolotu za wypadek), więc zapewne konieczne byłoby zastosowanie przepisu art. 30 par. 2 k.c., w myśl którego:
Jeżeli nie można stwierdzić katastrofy statku lub okrętu, bieg terminu sześciomiesięcznego rozpoczyna się z upływem roku od dnia, w którym statek lub okręt miał przybyć do portu przeznaczenia (..) 
nawet jeżeli w zasadzie można mieć pewność, że samolot nie mógł pozostać w powietrzu dłużej niż przez kilka godzin tego feralnego marca 2014 roku. W konsekwencji za datę śmierci należałoby uznać... 8 marca 2015 roku. Gdyby zaś Korczak leciał w grudniu Airbusem QZ8501, to zapewne dziś można byłoby przyjąć datę śmierci na domniemaną datę katastrofy, akurat w tym przypadku da się ją określić - ale póki by nie znaleziono ciała, to nie można byłoby ustalić, że śmierć miała miejsce, co najmniej przez pół roku od daty katastrofy...

I nie ma co psioczyć na głupie polskie przepisy, w porządkach prawnych innych krajów są podobne.

20:40, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Sezon 2014 w Formule 1 minął jak sen złoty, patrzymy już na 2015, przerwa zimowa dobiega końca. Wkrótce pierwsze przedsezonowe testy, rozpoczynają się pierwsze prezentacje tego co nas czeka w nowym sezonie, mniej lub bardziej odpowiadające rzeczywistości, jeszcze więcej jest plotek, spekulacji, przecieków i zapowiedzi.

Dziś właśnie ogłoszono nazwę nowego bolidu Ferrari, którego prezentacja ma być dokonana w piątek 30 stycznia. Zeszłoroczny, średnio udany model nosił nazwę F14T, co złośliwcy natychmiast odczytali jako "Fiat" - i faktycznie, bliżej temu pojazdowi było do popularnego fiata niż do pełnokrwistej maszyny wyścigowej (wyglądem zresztą, niestety, też). W tym roku...

W tym roku wydaje się, że w szerokim świecie nie będą mieli tak łatwo z drwinami z nazwy SF15-T. W szerokim świecie - nie, ale mnie, nie ukrywam, litery i cyfry ułożyły się na podobieństwo rodzimego słowa, za którym podążyło najzupełniej klasyczne, lecz niekoniecznie pochlebne dla samochodu wyścigowego skojarzenie:
Nagle - gwizd!
Nagle - SF15-T!
Para - buch!
Koła - w ruch!
Najpierw powoli jak żółw ociężale
Ruszyła maszyna...

I nawet jeśli się potem będzie:
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
Gładko tak, lekko tak toczy się w dal,
Jak gdyby to była piłeczka, nie stal,
Nie ciężka maszyna, zziajana, zdyszana,
Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.
to w wyścigu może się jednak okazać zbyt wolno. 

Tagi: bzdury Tuwim
13:16, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 stycznia 2015

Podczas wizyty u Babci i Dziadka z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka, Junior oddaje się rozwiązywaniu krzyżówki (nie bez pomocy wszystkich dokoła) znalezionej w gazecie z programem (szukał jej w tym celu). Jedne hasła idą mu lepiej, inne gorzej, natrafia na hasło "część długu" -  zanim ktokolwiek zdąży zapytać choćby ile to ma mieć liter, wypala radośnie "rata!".

Ojciec zaczyna się w duchu zastanawiać, skąd dokładnie u Juniora taka wiedza. Nie wyklucza że gdzieś przeczytał (choćby w innej krzyżówce...), przypomina sobie także, że już w pierwszej klasie podstawa programowa obejmowała pojęcie długu, może przy okazji pojawiła się terminologia szczegółówa, a może temat był rozwijany, w każdym razie o żadnej lekcji z panią z banku jeszcze nie słyszał...

Domysły zdają się jednak psu na budę, gdyż po chwiliJunior postanawia wyjaśnić źródło swojej wiedzy i tłumaczy:
- Bo ksiądz raz za razem powtarza w ogłoszeniach, że wciąż jest do spłacenia dług za remont dachu kościoła i że w tym tygodniu przypada do zapłaty kolejna rata... 

sobota, 17 stycznia 2015

Za Chiny Ludowe nie przypomnę sobie teraz, jak na tę grę trafiłem. Jednego dnia pojawiła się, a potem już grała w nią cała firma.* Graliśmy, aż dograliśmy do końca.. a potem dowiedzieliśmy się o istnieniu dalszej części, która w odróżnieniu od darmowej pierwszej, była dostępna płatnie w Stanach (już nie pamiętam, czy żeby ściągnąć, czy żeby odblokować). I... zrobiliśmy ściepę na tych kilka dolarów, plus koszty przelewu, żeby rozkoszować się kolejnymi zadaniami (w roku 2002!).

Gra jest w założeniu do bólu prosta: mamy na planszy promień światła (lub kilka promieni) i cele w określonych kolorach. Wszystko co trzeba zrobić, to trafić właściwym promieniem we właściwy cel (ale nie w inny). 

 chromatron przykład example

Żeby to osiągnąć, używa się na początek nieskomplikowanych lusterek, które można ustawiać pod różnymi kątami.

chromatron example solution rozwiązanie przykładu

Na kolejnych poziomach otrzymujemy nowe zabawki: splittery rozszczepiające promień, szczeliny przepuszczające światło tylko w określonym kierunku, pryzmaty, filtry przepuszczające określony kolor...
chromatron pryzmat prism

...teleporty, pola wymagające ominięcia, oparte na efekcie Dopplera przyrządy zmieniające kolor promienia oraz creme de la creme - przyrząd rozszczepiający promień w sposób powodujące kwantowe splątanie obu powstałych promieni, wiecie jakie fascynujące efekty daje zabawa zmieniającymi się symetrycznie promieniami, na dodatek w interakcji z jeszcze innymi zabawkami?

chromatron quantum tangler splątacz kwantowy

Jednym słowem: fizyka, logika, geometria - plus złośliwy projektant zadań. I można spędzać godziny na zastanawianiu się, jak poukładać te klocki, a potem podziwiać promienie i świecące gwiazdki.

chromatron solved level rozwiązane zadanie

A w następnych częściach zabawek było jeszcze więcej, kto chce niech czyta, ściąga i gra.

*pomijając prawa licentia poetica, nie był to znowu jakieś wielki zespół

Tagi: gierki
11:17, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 stycznia 2015

Dziś ogłoszono z dawna wyczekiwane nominacje oscarowe, nastąpił spodziewany szał radości, bo oto teoretycznie będziemy (jako naród) mieć pięć szans na nagrodę Akademii. Dwie nominacje są dla filmów dokumentalnych (o których - mówię szczerze - nawet nie słyszałem i nie mam o nich zielonego pojęcia), dwie (tylko? aż?) dla "Idy" Pawła Pawlikowskiego (kandydowała w większej ilości kategorii, rozpalone głowy najchętniej przyznałyby jej Oscary we wszystkich kategoriach, łącznie z najlepszymi efektami specjalnymi), jedna za kostiumy w filmie "Czarownica".

Samego filmu, przyznaję, wciąż nie widziałem, więc żadnego zdania nie mam, życzę mu dobrze w obu kategoriach (niewątpliwie jest w tym kropla dumy narodowej), choć z tego co słyszę to rywalizacja będzie jak równy z równym (dlatego boję się każdego rozstrzygnięcia - w jednym przypadku duma narodowa zaleje wszystko aż po pas, w drugim może się wylać szowinizm pod adresem złych ruskich). Piszę zaś głównie z powodu niesmaku, w jaki wprawił mnie dziś dziennikarz radiowy, z Trójki bodaj (ale brzęczały mi dziś w uszach różne rozgłośnie i nie dam głowy czy na pewno). Otóż niesiony radością, był łaskaw stwierdzić że Pawlikowski będzie mieć dwie szanse na odebranie nagrody.

I powróciło to uczucie o którym pisałem dwa miesiące temu, uczucie nieadekwatności. Otóż Pawlikowski jako reżyser miał niewielki wpływ na to jak operator zrealizował zdjęcia, i - jeśli nie zajdą nieoczekiwane okoliczności - nie będzie odbierał za nie nagrody. Nominowanymi za zdjęcia są bowiem Łukasz Żal i Ryszard Lenczewski, i to na nich, a nie na reżyserze czy kimkolwiek innym, skupiona będzie uwaga (jak wcześniej na Januszu Kamińskim). Na szczęście sam Pawlikowski ma zdrowe podejście do tej kwestii, gdyż w świeżym wywiadzie stwierdził:
"Mówimy: film Pawlikowskiego, ale to przecież zasługa całej ekipy, od producentów po osoby wózkarzy."

środa, 14 stycznia 2015

Zdarzają się tu i ówdzie reklamy, w których jesteśmy kuszeni do nabycia jakiegoś dobra (towaru, usługi), który ma nas per saldo kosztować zaledwie jakąś złotówkę czy dwie. Widząc tak niską cenę, adresat reklamy ma się zachwycić na tyle, by nie myśleć o tym, czy w ujęciu np. miesięcznym oferowana cena faktycznie różni się od oferowanych przez konkurencję. 

Przypomniało mi się dziś rano o konieczności uregulowania pewnej cyklicznej należności. Najpierw sprawdziłem, że mam ją uregulowaną za ubiegły rok, dzięki czemu mogłem liczyć na pewną zniżkę. Zajrzałem na stronę z wysokością opłaty, policzyłem ile mam do zapłacenia, sprawdziłem że wciąż jestem w terminie. Wysłałem przelew. Popatrzyłem jeszcze raz na kwotę, włączyłem kalkulator.

Abonament radiowo-telewizyjny zapłacony z góry za 12 miesięcy (termin do 25 stycznia) wynosi w tym roku 232,20 zł. Daje to niespełna 20 zł miesięcznie, a jeśli podzielić przez liczbę dni w roku - zaledwie 63,62 gr na dzień. Każdy może sobie sam odpowiedzieć na pytanie na co wydaje takie pieniądze...

Zamiast się ośmieszać opowieściami o haraczu, pospieszcie się lepiej z płatnością, zostało 11 dni. I nie trzeba koniecznie iść na pocztę.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Nie pamiętam co robiłem, kiedy dowiedziałem się o ataku na redakcję Charlie Hebdo (pewnie dłubałem w internecie, być może pracowałem jeśli pora była ku temu właściwa). Pamiętam jednak, że później zmarszczyłem brwi, kiedy usłyszałem, że ktoś z francuskich władz ogłosił, że ten zamach wskazuje na potrzebę zwiększenia obecności służb w sieci pod kątem tropienia potencjalnych zamachowców i kanałów ich komunikacji. Zmarszczyłem je jeszcze bardziej, kiedy pojawiła się informacja, że miejsce i czas kolegium redakcyjnego było poufne (bo już może nie ściśle tajne). Jakoś mi się to wszystko nie podobało. A potem...

A potem przeczytałem, że francuskie służby generalnie dały ciała, bo żona terrorysty z paryskiego supermarketu dała nogę do Syrii na długo przed atakami (podczas gdy służby podejrzewały, że czynnie w nich uczestniczy), a pościg za bandytami był godny Louisa de Funes. No, chyba żeby to była ustawka...

A potem przeczytałem, że Rosjanie twierdzą, że za zamachowcami stali Amerykanie (którzy chcieli storpedować zbliżenie Paryża z Moskwą).

A potem przeczytałem, że istnieje też wersja w myśl której za zamachowcami stoi Putin (który chce się zemścić na Francji za odmowę dostarczenia mistrali, odwrócić uwagę od Ukrainy i umożliwić dojście do władzy "swoim kukiełkom z Ukrainy"). 

I sam już nie wiem, czy jest sens ufać własnym - mocno podejrzliwym - odczuciom. I sam już nie wiem, czy zwykła nieudolność jest lepsza - jako wytłumaczenie - od tych teorii spiskowych. 

19:54, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 stycznia 2015

Proboszcz uprzejmie poinformował, że kolekta z dzisiejszego dnia przeznaczona jest na potrzeby archidiecezji.* Uruchomiło to w mojej głowie (słuchanie ogłoszeń parafialnych dość nudne jest, zwłaszcza przy podawaniu intencji mszalnych oraz planu kolędy) rozmaite rozważania wokół kwestii związanych z powtarzającym się w ustach niewyrafinowanych antyklerykałów postulatem "opodatkowania tacy", w szczególności (to już wersja zaawansowana) "nabijania" zawartości tacy na kasę fiskalną. 

Otóż jak się tak zastanowić... Sądzę, że wszyscy zgłaszający się z takimi postulatami zgodzą się z założeniem równego traktowania przez prawo. Czym zaś jest "taca"? Otóż z prawnego punktu widzenia nie jest niczym innym, jak darowizną (bo nie jest opłatą za uczestniczenie w mszy) na potrzeby parafii. Już samo to oznacza, że nie ma jak fiskalizować tych przychodów przy wykorzystaniu kasy, gdyż nie jest to sprzedaż w rozumieniu przepisów podatkowych (kwestia, czy któryś z wiernych nie dokonuje w ten sposób darowizny w ramach działalności, zostawimy, gdyż po pierwsze nie wpływa to na sytuację tacy jako takiej, a po drugie jest na tyle niewyobrażalne, że tym bardziej wypada pominąć). 

No, ale przecież darowizny też są opodatkowane (podatkiem od spadków i darowizn). Owszem, są - tyle że podobnie jak w przypadku podatku dochodowego istnieje w przepisach kwota wolna od opodatkowania, która wynosi obecnie (od 2007 roku, nie sprawdzałem czy nie została zwaloryzowana) nie mniej niż 4902 zł otrzymane od jednej osoby w ciągu pięciu lat - co daje ponad 18 zł tygodniowo od osoby. Mimo wszystko wątpię, czy wiele jest osób, które tyle dają tydzień w tydzień...

Tak więc wyszło mi, że gdyby wziąć i opodatkować tacę na zasadach powszechnych (nawet przy założeniu że uda się zidentyfikować wrzucających), to zyski dla budżetu wyniosłyby zapewne w okolicach zera. Osobną kwestią jest, że jeśli - jak w podanym przykładzie - zbiórka nie jest na potrzeby parafii (bywa na diecezję, na misje, na KUL, na Watykan...) to powinna być liczona oddzielnie - i tym bardziej wypadnie spod opodatkowania. 

No, ale antyklerykałowie wiedzą lepiej. 

*tym razem powstrzymał się od dodania, że ofiary wrzucone do koszyczków stojących przed ołtarzem, do których wiele osób tradycyjnie idzie zanim kościelny ruszy z tacą, pójdą na potrzeby parafii

17:23, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 stycznia 2015

Mieszkałem cztery lata wśród muzułmanów. Staraliśmy się współegzystować nieszkodliwie (my byliśmy tam gośćmi), grywaliśmy w piłkę, z niektórymi się mniej lub bardziej zaprzyjaźnialiśmy - aczkolwiek częściej zachowywaliśmy rezerwę, dystans, utrzymując się w poczuciu wyższości cywilizacyjnej (podobnej do tej, jaką mieszkańcy obszarów zurbanizowanych mają względem mieszkańców obszarów wiejskich, zwłaszcza tych z Polski B).

To poczucie wyższości, połączone z różnicami kulturowymi, sytuacją polityczną i specyfiką miejscowych zwyczajów (nawet jak na świat arabski, przybysze z innych stron tego świata również podkreślali te różnice) powodowało, że popularność zyskiwał głupawy dowcip, że po wyjeździe stamtąd będziemy się zaciągać do armii izraelskiej (żeby "brać rewanż", a były to czas pierwszej intifady). Do dziś mam sympatię dla IDF i izraelskiej obrony przed agresją (aczkolwiek wszelkie żydowskie osiedla na terenach okupowanych... bez ochrony bym zostawił, wystarczy). 

Patrzę w tej chwili, jak po paryskiej masakrze wylewa się rzeka nienawiści pod adresem islamu. Ma rację Guetta pisząc, że ta rzeka jest zwycięstwem terrorystów. Idąc za przykazaniem Słonimskiego, mówię więc:

libyan woman voting Je Suis Charlie(to anonimowa Libijka oddająca głos w wolnych wyborach półtora roku temu)

09:57, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2