Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
czwartek, 31 stycznia 2019

Ale był dziś dzień w krajowej polityce! Człowiek nie wiedział co robić z rękami - załamywać nad marnością, zasłaniać twarz w klasycznym facepalmie czy bić po udach ze śmiechu, tyle się działo. 

Staram się nie komentować samej polityki i tego też dziś się będę trzymał, odniosę się tylko do konkretnego aspektu jednego ze zdarzeń. W zamieszczonym na jednym z portali tekście o Jurnym Stefanie, pośród różnych mniej lub bardziej pikantnych opowieści o tym jak to biznesmeni mieli podsyłać posłowi kobiety jako swoisty rodzaj łapówki (komu się nie przypomina w tym momencie "Piłkarski poker" ten najwyraźniej nie oglądał), pojawia się informacja, że zanim biznesmeni zaczęli w tym zakresie korzystać z usług prostytutek, to mieli zlecać tę pracę swoim... pracownicom.

I teraz to we mnie siedzi: jakim trzeba być sukinsynem, żeby zatrudnionej u siebie kobiecie powiedzieć "pani Zosiu, jest sprawa, pójdzie pani do mieszkania pana X i sprawi, żeby czuł się zadowolony i dowartościowany jako mężczyzna, od tego zależy nasz duży kontrakt (i być może pani posada)". Bardziej to pasuje do relacji właściciel-niewolnica czy bardziej swojsko feudał-poddana, względnie bandyta-kobieta mafii - niż do relacji zakład pracy-pracownik, nawet w zamian za premię. Niezależnie od tego jak się ta sytuacja kwalifikuje według prawa karnego.

wtorek, 29 stycznia 2019

To bodaj najbardziej intrygująca dyskusja ostatnich dni w Polsce. Mnie intryguje dlaczego została rozpoczęta, innych intryguje dlaczego ktoś śmie kwestionować wyjściową tezę. A rzecz dotyczy kotów i tego, że polują. Opublikowano bowiem - i szeroko przedrukowano w mediach - artykuł stwierdzający, że koty zabijają setki milionów zwierząt rocznie.

Sam fakt, że koty zabijają inne zwierzęta, dla nikogo nie powinien być zaskoczeniem. Już Filemon z Bonifacym mieli łapać myszy, podobnie Tom gonił Jerry'ego, a Sylvester polował na kanarka Tweety. Wszystkie koty, od lwa po dachowca, są bowiem drapieżnikami. Czy zaskoczeniem są podawane w artykule wartości?

Na potrzeby artykułu naukowcy zbadali ponad 300 gospodarstw wiejskich w środkowej Polsce, rozmawiali z właścicielami ponad 30 kotów, 10 kotów szczegółowo śledzili, przeprowadzili też - w podobnej skali - szereg innych badań, o których szczegółach nie chcę pisać, bo może ktoś będzie czytał przy śniadaniu. Na tej podstawie ustalili, że statystyczny polujący wiejski kot zjada lub przynosi do domu około 200 ssaków i 50 ptaków rocznie. Policzyli też średnią ilość kotów na gospodarstwo i procent kotów, które nie dostają codziennie pełnej miski (zatem polują też, żeby jeść), po przeliczeniu na liczbę gospodarstw wiejskich w kraju wychodzi ze 2 miliony polujących kotów. Zapamiętajmy tę liczbę i przyjmijmy ją jako miarodajną.

Wyobraźmy sobie że każdy polujący kot w pierwszej kolejności skupia się na swojej najbardziej stereotypowej ofierze, czyli na myszach. Jeżeli codziennie upoluje jedną mysz czy nornicę (nie mam pojęcia, czy kotu to wystarczy żeby przetrwać dzień), to w skali roku mamy 365 x 2 miliony = 730 milionów gryzoni. Wychodzi na to, że szacowane w artykule od 505 do 667 milionów to za mało, żeby starczyło dla wszystkich kotów... (o zagrożeniu dla gryzoni jakoś nie słychać). Być może zatem koty uzupełniają dietę ptakami (szacunkowo sto kilkadziesiąt milionów rocznie)?

Spójrzmy teraz na krajową populację jednego z najpopularniejszych ptaków, a zarazem potencjalnej kociej ofiary, czyli wróbla domowego. Według przywołanego w artykule raportu o trendach liczebności ptaków w Polsce, liczbę wróbli szacuje się na około 12 milionów* (od początku wieku statystycznie co roku liczba ta zmniejsza się o 100 tysięcy, choć to tylko ujęcie trendu - w rzeczywistości zmienność jest dużo większa). Przyjmując średni czas życia wróbla jako 10 lat, powinniśmy się spodziewać że rocznie umiera ponad milion dorosłych ptaków (powiedzmy milion dwieście, a skoro populacja zmniejsza się o 100 tysięcy rocznie - to corocznie dorasta jakiś milion sto nowych). Wiedząc zaś, że pani wróblowa składa 2-3 razy do roku od 4 do 6 jaj, otrzymujemy od 45 do 124 milionów potencjalnych młodych, z których przeżyje nieco ponad milion..

Powiedzmy to otwarcie: corocznie w skali kraju umiera kilkadziesiąt milionów wróbli i wróbląt. I jest to zjawisko najzupełniej normalne, bo taka jest skala selekcji w przyrodzie. Koty zapewne się do tej selekcji przyczyniają, autorzy artykułu tej kwestii zupełnie nie badali - ograniczyli się do zacytowania pojedynczych liczb z innych artykułów ("liczba ptaków w Polsce maleje"; "populacja wróbla w Polsce spadła"; "w Anglii 30% koty odpowiadają za 30% zabitych wróbli", ten ostatni argument możemy sobie zestawić z liczbami podanymi powyżej). Dalej można analizować sytuację w kontekście innych gatunków, zauważając że np. liczba podanych w artykule jako kocie ofiary mazurków (1,5 miliona par, 10-20 milionów jaj rocznie) rośnie zarówno od 2011 roku, jak i w trendzie od 2000 roku (średnio o 90 tysięcy rocznie). Samo zestawienie liczby oszacowanych "ptasich" ofiar z liczbą ptaków w Polsce (ok. 94 miliony par lęgowych) jawi się w tym kontekście nadużyciem.

Docieramy zatem do pytania: co było celem postawienia szokujących ilościowo wniosków? Bo "wpływ na bioróżnorodność" w żaden sposób nie został pokazany, nawet w formie analizy gatunkowej tych dziesiątek (!) ptaków, których zabicie/zjedzenie faktycznie wykryto podczas badań. Chodziło tylko o zasygnalizowanie, że wychodzące koty MOGĄ wpływać na ptasie populacje? O akcję na rzecz karmienia domowych kotów? Ostatnie zdanie artykułu sugeruje, że ma on uzasadniać jakąś inicjatywę legislacyjną, ale jaką i po co - tego już nie wyjaśniono. A ja nie lubię "kreciej roboty".

*to drobne uproszczenie, bo w istocie mówi się o od 5,7 do 6,9 miliona par

sobota, 26 stycznia 2019

Przestałem śledzić co się dzieje w tenisie (w męskim nic się nie zmienia, w kobiecym.. w zasadzie też), i wcale nie z powodu zakończenia kariery przez Radwańską, tylko tak po prostu. Kiedy jednak gra Australian Open, to... mecze trwają od wieczora do rana, i włączając rano telewizor można po prostu trafić na transmisję. I tak właśnie było w ostatnią niedzielę - włączyłem przy kawie, z głupia frant zajrzałem na transmisję z Melbourne...

Na korcie był Federer, a to samo w sobie przyciąga (śpieszmy się oglądać Rogera, nie wiadomo kiedy odejdzie). Grał z jakimś dryblasem o grecko brzmiącym nazwisku, nawet nie miałem pojęcia czy to Europejczyk (pamiętamy choćby Baghdatisa), czy jakiś potomek imigrantów (jak Philippousis czy Kyrgios). Odnotowałem natychmiast, że po dwóch setach jest 1-1, z wyrównaną walką aż po tie-breaki, ale pamiętałem że młodzi mają zawsze sporo pary i w pierwszych setach wiele potrafią wybiegać. Popatrzyłem więc jak grają, i po kilku piłkach zacząłem szybko guglać za rywalem Rogera.

Dryblas - autentyczny 20-letni Grek - grał bowiem to, co uwielbiam: swobodny, jednoręczny bekhend. Nie żeby mu raz wyszło, grał go regularnie i solidnie. Na tyle solidnie, że dał radę przełamać Rogera i wygrać oba sety... Ciekawe, jaką zrobi karierę Stefanos Tsitsipas, sam bekhend to jeszcze nie wszystko, Staszek Wawrinka niezłym przykładem. Na razie w półfinale Nadal odprawił go w trzech krótkich setach, przez co rekord Wielkiej Trójki zostanie wyśrubowany do 52 zwycięstw w ostatnich 63 turniejach wielkoszlemowych.

Tymczasem w finale pań Osaka i Kvitova grają tie-breaka w pierwszym secie...

 

10:39, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 stycznia 2019

Żartować generalnie można sobie z wszystkiego, chyba że dotrze się do granicy tabu - wtedy ktoś zacznie się zastanawiać jak silne jest tabu, pewnie będzie skandal, zwykle granica się wtedy lekko przesuwa, albo tylko w umysłach ludzkich zaszczepia się myśl o możliwości przesunięcia granicy. 

Z drugiej strony żarty potrafią się na swój sposób dezaktualizować - jedne dlatego że nikt nie pamięta tła i trudno zrozumieć dlaczego coś miało śmieszyć (a żart wymagający tłumaczenia...), inne dlatego, że o ile kiedyś żartowanie z czegoś było uważane za normalne, o tyle zmiana zwyczajów czy też standardów spowodowała, że żartowanie stało się niewłaściwe (można powiedzieć że granica tabu przesunęła się w drugą stronę).

Oglądam od paru tygodni co wieczór (po odcinku, żeby nie przedawkować) swój od lat serial komediowy, kręcony w latach 80-tych jeszcze. Od czasu do czasu przelatuje mi przez głowę myśl: ciekawe jak oceniłby go całkiem współczesny widz, zwłaszcza przyzwyczajony do współczesnych standardów. Czy kupiłby konwencję slapstickowej farsy, w której możliwe jest prawie wszystko i z wszystkiego w zasadzie można się śmiać? Czy też z niezadowoleniem kręciłby nosem wytykając prymitywne wykorzystywanie stereotypów, nieustające żarty o podtekście seksualnym, z kobiet, z mężczyzn, z homoseksualistów, z queer i trans (przebieranki)...

Rozmyślam tak sobie, a potem - nie ukrywam - niemal literalnie płaczę ze śmiechu (nie, nie będzie zdjęć). Z tego wszystkiego co opisałem. Jeremy Lloyd i David Croft napisali i zrealizowali to bowiem tak wspaniale, że po prostu nie umiem się z tego nie śmiać - i zamierzam oglądać Allo, allo do samego końca (czyli dopóki mi płyty nie padną).

wtorek, 08 stycznia 2019

Nie bez zaskoczenia odnotowałem wczoraj pojawienie się w dyskusji (ponowne) tzw. zamku w Stobnicy, czyli 15-piętrowego budynku stylizowanego na średniowieczny zamek, wznoszonego na sztucznym stawie na skraju Puszczy Noteckiej.

Wokół tej budowy narosło wiele mitów, których wyjaśnianie nie jest celem tej notki - dla zainteresowanych powiem tylko, że miejsce budowy znajduje się na skraju Puszczy i obszaru ochrony ptaków w ramach sieci Natura 2000, kilometr dalej psa z kulawą nogą już by nie obchodziło, w jaki sposób taka sama inwestycja wpłynie na krajobraz ani na warunki bytowania ptaków chronionych (a z racji położenia w granicach Natura 2000 wymagane było przeprowadzenie specjalistycznych analiz). 

Zastanawiam się natomiast, co jest tak emocjonującego w formie tego budynku. Byłbym w stanie zrozumieć zaniepokojenie, gdyby miał mieć formę piramidy, pagody, Centrum Pompidou czy choćby banalnego wieżowca, nijak niepasującego do krajobrazu wiejsko-leśnego. Zamki (czy pałace) stały się jednak na swój sposób częścią krajobrazu od czasów średniowiecznych. Że nie będzie autentyczny? To przecież nie pretenduje do rangi zabytku (dzieła sztuki współczesnej, już być może).

A może problemem jest rozmiar? W najwyższym punkcie zamek ma nie osiągać 50 metrów, wiele bloków mieszkalnych jest wyższych, nie mówiąc o różnych biurowcach i hotelach. Że w miastach? A kto powiedział, że w miastach wolno, a poza miastami nie? Owszem, są plany zagospodarowania przestrzennego, akurat plan zagospodarowania tej konkretnej gminy pozwala na postawienie w tym miejscu budynku o wysokości 50 metrów. 

Do sedna przejdę. Temat wyskoczył mi, bo ktoś puścił w obieg tweeta redaktor Aleksandry J. (skazanej między innymi za aferę Rywina), który brzmiał: "Wielka przegrana państwa i mediów". W jaki sposób budowa tego zamku jest przegraną państwa, jeżeli przy realizacji inwestycji przestrzegano wszystkich przepisów (czy gdzieś nie ma jakiegoś mniejszego lub większego uchybienia, nie wiem, ale inwestor wiele lat wszystko przygotowywał, z tego co czytałem)? Czy państwo zakazuje budowy zamków ogólnie (nie o ile mi wiadomo)? Czy państwo powinno arbitralnie decydować co wolno, a co nie, inaczej niż stanowiąc prawo i je stosując w sposób przyjęty w demokratycznym państwie prawnym (mówimy państwo, myślimy władza)?

I teraz zostaje nam druga część rzeczonego tweeta: co do budowy zamków mają media? Oczywiście, media pełnią funkcję kontrolną, ale czy to znaczy, że rolą mediów jest ocena, co wolno robić? Zwłaszcza przenosząc to z poziomu oceny na poziom decydowania? Bo z tego tweeta bije przekonanie, że skoro media zajęły się tematem i uznały budowę za skandaliczną, to znaczy, że należało ją przerwać z uwagi na stanowisko "mediów", jako samozwańczego przedstawiciela opinii publicznej. 

Powstaje zatem pytanie: czy wolno w Polsce budować zamki, jeśli nie to dlaczego, względnie kto o tym decyduje? Słowo "zamki" można zastąpić oczywiście jakimkolwiek innym, "budować" zresztą też.

wtorek, 01 stycznia 2019

Nie słucham dziś Trójkowego Topu. Nie słucham, bo równie dobrze można spędzić 12h z Youtube, puszczając sobie co lepsze kawałki, choćby i z plejlisty Topu, a ze "sportowego" punktu widzenia szanse na jakieś zaskoczenia są niewielkie; bardziej jest to potencjalnie zabawa dla miłośników hazardu, w obstawianie które dokładnie miejsce zajmie jakaś piosenka, z Top10 jak i zwłaszcza spoza. W sumie gdyby nie znajomi na Twitterze, to może bym nawet całkiem zapomniał...

Ale skoro już mi przypomniano, to zabrałem się za pracowite odsłuchiwanie dwóch piosenek, z których jedna w Topie będzie wysoko, a druga może wcale (nawet nie głosowałem, więc nie wiem czy była na liście kandydatów), przy czym pierwsza jest czasem nazywana niemal kopią drugiej. Wsłuchuję się więc i porównuję...

Od razu powiem: nie badam każdej nutki, nie będę też udawał muzykologa. Podobieństwo fragmentów jest bardzo wyraźne, ale czasem od podobieństw ważniejsze są różnice. Obie piosenki zasadniczo są oparte na klasycznym schemacie zwrotka/zwrotka/interludium/zwrotka, w obu mamy wiodącego gitarzystę/wokalistę z towarzyszeniem klawiszy/syntezatorów. O ile jednak gitara Snowy White'a brzmi bez zarzutu, to towarzyszące jej klawisze są bardzo... zwyczajne, równie dobrze mogłyby się znaleźć na przeciętnym albumie popowym. Co gorsza, interludium z solówką gitarową powoduje rozjechanie się klimatu w drugiej części utworu, nie pomaga też finałowe pójście w full rock solówkę. Knopfler zaś nie dość że ma do dyspozycji o klasę lepsze brzmienie klawiszy, to perfekcyjnie kontroluje harmonię pomiędzy instrumentami, przez co możemy się w utworze zanurzyć. Do tego dochodzi jeszcze różnica tekstów - u Snowy White'a to banalne westchnienie liryczne, u Knopflera bardziej wyrafinowany song antywojenny...

Każdemu zostawiam do decyzji, co woli: Bird of Paradise Snowy White'a czy Brothers in Arms Dire Straits.