Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
czwartek, 27 lutego 2014

Miasto Żory. Droga krajowa nr 81. Stoję grzecznie na światłach, na prawym pasie, rozmawiając spokojnie przez telefon (istotne). 

Nagle ktoś pojawia się koło samochodu i otwiera drzwi pytając, czy jadę do Katowic. Zaskoczony kiwam głową (myślami będąc gdzieś w środku rozmowy telefonicznej). Kobieta, wiek na oko około czterdziestki (pamiętając o mojej dokładności w określaniu wieku na poziomie +/- 30 lat, choć sądzę, że tym razem margines błędu mieścił się w 10 latach) otwiera drzwi szeroko, chcąc wsiąść, ja instynktownie zgarniam z prawego fotela czapkę, szalik i rzucone niedbale kwity ze stacji benzynowej, starając się jednocześnie rozumnie i grzecznie zakończyć rozmowę telefoniczną. Sadowi się z uśmiechem na fotelu (wciąż czerwone światło) i pyta:
- Jak blisko centrum może mnie pan wysadzić?

Przeprowadzam w myślach szybką analizę. Jadę do domu, do centrum nawet się nie zbliżę (i nie widzę powodu nadkładać drogi), więc po chwili odpowiadam, że mogę ją podwieźć do Mikołowa. Zrywa się jak oparzona:
- Ale przecież mówił pan, że jedzie do Katowic!
- Tak, ale na sam skraj Katowic, w ogóle do centrum się nie zbliżam.

Niedoszła pasażerka pospiesznie gramoli się z auta (zapala się zielone światło, za chwilę pewnie zaczną za mną trąbić). Do domu wracam sam, zastanawiając się, czy to mi się na pewno zdarzyło. Wiem, że będę jechał w to samo miejsce 1 kwietnia... może wtedy na wszelki wypadek nie będę wracał przez Żory...

 

środa, 26 lutego 2014

Zamówiłem coś przez internet, zdarza się w dzisiejszych czasach. Zgodnie ze zwyczajami najczęściej przyjętymi w takich przypadkach, byłem następnie sukcesywnie informowany przy użyciu systemów teleinformatycznych, co aktualnie się dzieje z moim zamówieniem: że potwierdzają, że kompletują, że wyślą, że przekazali kurierowi... Przyszła też wiadomość od kuriera, że mogę śledzić przy użyciu nowoczesnych technologii, gdzie w dowolnym momencie powinna się znajdować moja przesyłka (z ograniczeniem do punktów węzłowych, nie przesadzajmy że podawali informację z GPS, w końcu to zwykła drobna przesyłeczka dwucyfrowa). W pewnej chwili informacja przyjęła kształt: przesyłka jest w lokalnym oddziale, będzie przekazywana panu kurierowi. 

Przyjrzałem się tej ostatniej informacji. Adres lokalnego oddziału wskazywał, że będę w jego okolicy (o jakieś 200 metrów) w bardzo niedługim czasie, dosłownie za godzinę (i zarazem nie miałem pewności, kiedy będę w domu, żeby pana kuriera tam spotkać). Postanowiłem się więc zachować w sposób, który może się wydawać nietypowy, i odebrać przesyłkę w oddziale. Sięgnąłem po produkt współczesnej technologii, zadzwoniłem na wskazany przez System telefon oddziału. Wysłuchałem uprzejmego komunikatu, że pracują w godzinach od..do.., to jest zaczynają pracę za pięć minut. Po dziesięciu minutach zadzwoniłem znowu, wysłuchałem ponownie komunikatu, i uzyskałem połączenie... z kolejnym produktem wysokiej technologii, czyli faksem. Najwyraźniej technologia przerosła interfejs białkowy.

Olałem odebranie przesyłki. Pan kurier jakoś natrafił na kogoś w domu, nawet nie próbował skontaktować się ze mną swoim produktem nowoczesnej technologii.

20:10, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 lutego 2014

Ledwo co się zaczęło, a już się skończyło. Coś tam w duchu olimpijskim notowałem na bieżąco, teraz już nie będę, więc pora podsumować co tam o Igrzyskach w Soczi nablogowałem:
- Pisane przez łzy,
- O ważkim problemie liczenia tysięcznych,
- To nie tak miało być, ale...,
- Pięćdziesiąt procent Apoloniusza Tajnera

Pora przerzucić się na sporty niezimowe? A bo ja wiem...

18:13, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 lutego 2014

Zimowe igrzyska olimpijskie się kończą, znak że zaraz zima się skończy (nie zauważamy tego końca bo zimy u nas w zasadzie nie ma), a to oznacza, że skończy się zaraz także zimowa przerwa między sezonami F1. Nie jest tak, żeby nic się nie działo - na opowieści o transferach oraz komplikacjach technicznych i finansowych całą zimę można by zmarnować, natomiast od miesiąca trwają najpierw prezentacje tegorocznych samochodów, a potem ich testy. A przy okazji... gorące dyskusji o urodzie. Tegoroczne przepisy wymuszają bowiem pewien specyficzny kształt niektórych elementów, w szczególności tzw. nosa, czyli - jak się łatwo domyślić - elementu znajdującego się z samego przodu (wyjaśnijmy od razu, że przepisy określają jedynie pewne minimalne rozmiary w niektórych miejscach, ale chęć uczynienia samochodu jak najbardziej - nazwijmy to - opływowym powoduje, że projektanci nie chcą odpowiednich elementów czynić większymi, niż to absolutnie konieczne). Postanowiłem więc uporządkować swoje doznania estetyczne - zaczynając od.. końca. 

Taak. Decyzja, kogo umieścić na końcu też nie była łatwa. Miałem dwóch mocnych kandydatów, ostatecznie zdecydowało, że nowy bolid Force India ma bardziej toporną sylwetkę i nos koszmarny pod każdym względem. Jedynym czynnikiem przemawiającym na jego korzyść (w porównaniu) było zręczne użycie czarnej farby, dzięki której ten nosny koszmar nie rzuca się w oczy tak od razu.
Force India 2014 VJM07 Sergio Perez
Force India 2014 VJM07 Nico Hulkenberg Bahrain
(wszystkie zdjęcia za: http://www.f1fanatic.co.uk/) 

Kontrkandydat do ostatniego miejsca nos ma niemal równie brzydaśny i na dodatek nie zrobił nic, żeby jego brzydotę schować (niewielki to plus, że jej nie podkreśla). Ponieważ jednak linię ma ładniejszą, a "niemal" też robi różnicę, ostatecznie Toro Rosso wygrało rywalizację o przedostatnie miejsce. O czubek nosa, można powiedzieć.
Toro Rosso 2014 STR9 Daniil Kvyat Bahrain 
Toro Rosso 2014 STR9 Jean-Eric Vergne Bahrain 

Kolejny kandydat obrał zupełnie inną koncepcję i zupełnie inną stylistykę. Niestety, jedyne co o niej można dobrego powiedzieć, to kolor, ale nawet seksowna zwykle czerwień (choć w tym wypadku zaskakująco ograniczona, jak na stajnię Ferrari, której czerwień jest firmowym kolorem) niewiele pomaga, kiedy ktoś na nos nadepnie (zamiast "Lady in Red" mam ochotę nucić "gdzie jest dziewczyna, co trąbę ma")
Kimi Raikkonen Ferrari 2014 F14T Bahrain

Do ostatniego z dziś prezentowanych kandydatów mam wiele sympatii. Caterham zastosował wyjątkowo nietypowe rozwiązanie, bardzo wesoło wyglądające, tak mi się swojsko kojarzy. Dyszel wozu drabiniastego.. chyba się zgodzicie, że to nie jest szczególnie piękne? (jeżeli kojarzycie co to dyszel i wóz drabiniasty)
Caterham 2014 CT05 Robin Frijns Bahrain

Oczywiście, uroda to rzecz nieco subiektywna i nie każdemu musi się to samo podobać lub nie podobać.. ale jeszcze dwa odcinki przed nami, pierwszy tutaj.

Tagi: bzdury fotka
20:24, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »

Sobotni poranek przy spokojnej kawie. Sięgam po gazetę przyniesioną z samego rana. Przeglądam, czytam m.in. tekścik Mariusza Zawadzkiego o aferze Watergate, de facto będący reklamą firmowanego przez Agorę pierwszego polskiego wydania "Wszystkich ludzi prezydenta". Czytam i unoszę brwi.

W pewnej chwili Zawadzki pisze bowiem, że książka kończy się na kilka tygodni przed ustąpieniem Nixona. Poleca więc Zawadzki, by czytelnik po skończeniu lektury dopełnił dzieła - włączył komputer i samodzielnie znalazł sobie pożegnalne przemówienie Nixona. Na Youtube. 

Jak widać z drugiego zdania tej notki, jestem człowiekiem głęboko osadzonym w XX wieku (a może nawet lepiej napisać: w II tysiącleciu). Nie wymagam od nikogo, by szedł do biblioteki szukać książki czy wycinków z ostatnim przemówieniem Nixona, ale tekst tego przemówienia bez trudu znajdujemy w internecie w formie tekstowej. Swoją drogą, czy coś stało na przeszkodzie, by do książki dołączyć suplement z tekstem tego przemówienia?

niedziela, 16 lutego 2014

Przeżylismy (ja i Zapiski na pewno, co do PT Czytelników również mam taką nadzieję) w piątek święto miłości. Niewątpliwie należało coś napisać, ale że byłem nie całkiem domagający, to terminy się z lekka obsunęły, cóż to dla miłości.

O miłości pisać należy słowami wzniosłymi - ale że Bóg poskąpił mi tej anielskiej miary, to liryczne pisanie pozostawiam poetom, samemu ograniczając się do pisania słów prześmiewczych. Dlatego też na święto miłości pozwolę sobie zacytować Poetę.

Występują: 
BARON
BARONOWA
i WIERNY, ALE CYNICZNY SŁUŻĄCY

Miejsce: sala indyjska.
Czas: Północ.

BARON:
Ręce masz jak lód, Idalio.

BARONOWA:
Boś to ty trupa uczynił ze mnie, Ignacy. Przez osiem lat konsumowałeś napoje wyskokowe z szantrapami, puszczając w niepamięć mnie, twoją ongiś psychologicznie wyśnioną bogdankę. Spójrz na ten kominek.

BARON:
(patrzy)

BARONOWA:
Tak samo jak on wygasła z dniem dzisiejszym ona...

BARON:
Kto?

BARONOWA:
Nie kto, tylko co. Moja miłość. Kominek zgasł.

BARON:
Idalio, przebacz!
(pada na kolana)

BARONOWA:
(wstrząsana wichurą nierzadko sprzecznych namiętności, przez zęby)
O, nie! Niech ci Bóg przebaczy, biedny Ignacy. Ja ci już przebaczyć nie mogę.
(siada przez pomyłkę na dzwonku elektrycznym)

WIERNY SŁUŻĄCY:
Pani dzwoniła?

BARONOWA:
Nie. Ale możesz wejść, Pafnucy. Bądźże i ty świadkiem mojej tragedii. Widzisz, wszystko się we mnie wypaliło. Kominek zgasł.

WIERNY SŁUŻĄCY:
(podchodzi do kominka)
Cholernie mokre drzewo, pani baronowo.

K U R T Y N A 

/Konstanty Ildefons, "Kominek zgasł", wytłuszczenie i korekta: Zapiski/

Ach, miłość... poezja...

Ilekroć czytam (a w ostatnich tygodniach jest o tym sporo) o problemach związanych z nowym operatorem pocztowym zajmującym się doręczaniem korespondencji dla sądów i prokuratur, to przychodzi mi do głowy stary poczciwy szmonces, w którym pewien udręczony Icek przychodzi do rabbiego i mówi "Rebe, ja już tak nie mogę, mam małe mieszkanie, w nim gderliwa żona, hałaśliwe dzieci, i teściowa, co robić?" Rabin mu w odpowiedzi kazał kupić kozę. Po jakimś czasie Icek przychodzi znów do rabbiego i jeszcze bardziej udręczony mówi "Rebe, ja już nie wytrzymam, mam małe mieszkanie, w nim gderliwa żona, hałaśliwe dzieci, teściowa i jeszcze ta śmierdząca koza, co robić??" Rabin kazał mu wtedy sprzedać kozę. Po jakimś czasie przychodzi znów Icek do rabbiego i mówi "Rebe, sprzedałem tę kozę, jaki ja jestem szczęśliwy!!"

Do niedawna Poczta Polska robiła za dyżurnego chłopca do bicia - a to że droga, a to że powolna, a to że nienowoczesna, a to że przesyłki gubi, a to że listonoszom nie chce się przesyłek pod drzwi nosić i od razu awiza zostawiają, a to że nie sprawdzają prawidłowości i aktualności adresów (moja ulubiona sytuacja to ta, kiedy listonosz "awizował" przesyłkę w całkowicie wyburzonym budynku, nikogo chyba nie dziwi, że adresat nie odebrał tak awizowanej przesyłki, która została odesłana do sądu jako "niepodjęta w terminie"). Odkąd mamy jednak - od Nowego Roku - nowego operatora, natychmiast stał się on obiektem nowych sensacji. Wielu bulwersuje już sam fakt, że oto poczta nie jest pocztą (choć po dziś dzień jej placówki są zwane urzędami pocztowymi), innych bawi (lub oburza)... nietypowość placówek, w których niejeden raz przyjdzie odbierać pocztę. Mnie bawią wynurzenia kolegów po fachu, że oto muszą stać w długich kolejkach np. w biurach podróży, które znajdują się przy ulicach naszpikowanych kancelariami, albo pań mecenas w garsonkach i na obcasach, które z obrzydzeniem poszukują punktu odbioru gdzieś w magazynach. Mniej zabawne jest oczywiście, kiedy punktów odbioru długo szuka się we wskazanej lokalizacji (nie zawsze znajdując), kiedy są one umiejscowione dużo dalej niż by mogły i powinny (wbrew wymogom specyfikacji przetargowej nie w każdej gminie znajduje się punkt odbioru), kiedy listonosz puka o dziwnych porach (odnotowałem już 19.30, w biurze) kiedy korespondencja zamiast codziennie jest odbierana i doręczana raz-dwa razy na tydzień - jeden z adwokatów mało się nie załamał, kiedy zamiast około dziesięciu przesyłek dziennie jak zwykle, dostał po dwóch tygodniach suszy jednorazowo ich 125 (słownie sto dwadzieścia pięć), co oznaczało niesamowitą kumulację terminów do załatwienia...

Nowy operator zapewne z czasem się wyrobi (każde wielkie wdrożenie przechodzi okres wieku niemowlęcego, ostatnim przykładem był w USA portal ubezpieczenia medycznego), chyba że do tej pory zostanie karnie wyrzucony za niewywiązywanie się z umowy. Nieraz się zastanawiam patrząc na to wszystko, czy ta przegrana w przetargu nie była majstersztykiem marketingowym Poczty Polskiej - ośmieszyć konkurenta i poprawić swój wizerunek, podrzucając nam kozę? Może nie, ale już tęsknimy za chwilą, w której kozy się pozbędziemy.

wtorek, 11 lutego 2014

Tak po czasie sobie uświadomiłem, że jedynie słuszną ilustracją muzyczną poprzedniej notki będzie ten właśnie utwór. Sting napisał go zainspirowany rozmową z Quentinem Crispem, który przeprowadził się z Wielkiej Brytanii do Nowego Jorku i - jak sam mówił - czekał na uzyskanie obywatelstwa, żeby móc popełnić w Stanach przestępstwo i nie być deportowanym. Zapytany, jakie przestępstwo właściwie chce popełnić, odpowiedział "Coś czarującego, bez brutalności, za to z odrobiną stylu. Przestępstwa ostatnio tak rzadko  czarujące".

Więc teraz pora na coś czarującego, choć nie przestępstwo. Branford Marsalis, Manu Katche, Sting i spółka. Anglik w Nowym Jorku

poniedziałek, 10 lutego 2014

...to po wyjściu na wolność podjechałbym do salonu z samochodami luksusowymi, grożąc nożem zmusił personel do wydania mi samochodu, może być z jakąś blondynką jako kierowcą - a potem pojechałbym (zostałbym zawieziony) do Gesslera na długi i wystawny obiad (za który, oczywiście, zapłaciłby Gessler).

Rozbój przy użyciu niebezpiecznego narzędzia, plus ewentualne pozbawienie wolności - wystarczy na długi wyrok (choć nie w warunkach recydywy). Sam obiad u Gesslera chyba byłby wykroczeniem, poza tym fakt, że to u Gesslera, byłby okolicznością co najmniej łagodzącą (orżnąć złodzieja). I nikt przy tym de facto by nie ucierpiał (no, ktoś musiałby zapłacić za paliwo do jaguara, porsche czy co najmniej bmw).

Oczywiście, nie jestem Trynkiewiczem, a on nie myśli tak jak ja. Ale jeśli miałby nie wytrzymać presji jakiej zostanie poddany na wolności, to lepiej żeby wrócił do więzienia w taki sposób, niż krzywdząc kogoś naprawdę.

Może to nie temat do luźnego pisania, ale prawdę mówiąc, już wczoraj (w niedzielę) miałem dość tematu, a dzisiejsze (poniedziałkowe) newsy w zasadzie dotarły do granic mojej wytrzymałości. 

 

sobota, 08 lutego 2014

Takie teraz czasy, że podręczników dodaje się płyty komputerowe. Nie jest to oczywiście jakiś straszliwie odjechany pomysł, zwłaszcza jeśli chodzi o płyty używane na zajęciach komputerowych (tak się nazywają na etapie klas 1-3), niemniej jest to dodatkowy drobiazg o którym trzeba pamiętać. 

Tak się złożyło, że po feriach Junior nie może odnaleźć swojej osobistej płyty na zajęcia komputerowe. Dość szeroko zakrojone poszukiwania na razie nie przyniosły rezultatu, więc Rodzice (choć nie bardzo są w stanie zrozumieć jak Junior mógł się tej płyty pozbyć) liczą się z tym, że się jej nie uda odnaleźć, a przynajmniej nie przed najbliższymi zajęciami komputerowymi. Stawiają więc przed Juniorem Wielkie Pytanie:
- A jak się ta płyta nie znajdzie to co zamierzasz zrobić?

Na co Junior po krótkim namyśle odpowiada:
- Trzeba napisać do wydawnictwa, może przyślą... 

 
1 , 2