Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 28 lutego 2015

...raz częściej, raz rzadziej. Tu na przykład cały tydzień nie pisałem (w dni robocze), dopiero w weekend, za to na blogu sportowym napisałem już dwa razy z okazji mistrzostw świata. Najwyższa pora zrobić więc kolejne małe podsumowanie.

A pisałem w tym roku o piłce:
- Chwała Mołdawianom,

o biegach narciarskich:
- Patrzmy na mężczyzn,
- Tępe norweskie łyżwy,

oraz o skokach narciarskich, oczywiście:
- 250,
- Siedem dobrych skoków wystarczy.

(1490)

21:58, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »

W sądownictwie póki co nie obowiązuje rejonizacja - każdy pełnomocnik może występować przed dowolnym sądem, jedyną przeszkodą może być odległość (czasem o wiele bardziej opłaca się poszukać zastępcy "na miejscu", niż tłuc się na drugi koniec kraju, a czasem tylko na drugi koniec województwa). Oczywiście tym bardziej nie ma przeszkód, aby sprawy do odległego sądu wysyłać (mając nadzieję, że uda się sprawę załatwić bez jeżdżenia). 

Patrzę sobie na mapę (może nieco wirtualnie nawet)... Z oczywistych względów częściej bywam w sądach bliższych mojego miejsca zamieszkania i wykonywania zawodu. Chorzów, Katowice, Mikołów, Mysłowice, Ruda Śląska, Tychy - chyba tylko Siemianowice Śląskie jakoś mi się nie przytrafiły. Dalej w Śląsk idąc mamy też Bytom, Gliwice, Tarnowskie Góry i Zabrze, a jak się odchylić bardziej na południe to i Rybnik (acz bez innych miast ROW-u). W podróży na południe mamy z kolei Pszczynę, Bielsko-Białą i Cieszyn (jakoś nie mam szczęścia do litery Ż, bo ani w Żywcu, ani w Żorach w sądzie jeszcze nie byłem). Patrząc na nieśląskie części województwa - nawiedzałem już Będzin, Częstochowę, Dąbrowę Górniczą, Jaworzno, Sosnowiec i Zawiercie...

Oczywiście, zdarza mi się wyjeżdżać i poza województwo. Stawałem przed sądami w Chrzanowie, Wadowicach i Krakowie, zaliczyłem Nowy Sącz, Nowy Targ i Tarnów (ubolewam trochę, że Zakopane nigdy się nie złożyło, choć mogło). Odwiedzałem Pińczów, zarówno kiedy był tam sąd samodzielny, jak i wydział sądu w Busku... W ramach podróży jeszcze dalszych był i Wrocław, i Warszawa, i Pruszków, i Piotrków Trybunalski, i Radomsko, i Toruń, i wreszcie - Słupsk (grzebię jeszcze w pamięci, ale chyba jednak więcej miejscowości nie było). Piszę o miejscowościach, niezależnie od tego jakie sądy w nich odwiedzałem.

Trochę się człowiek najeździł. Uważni zapewne rozpoznają, że o niektórych z tych wyjazdów powstawały notki przez te wszystkie lata...

Tagi: sąd
17:09, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (3) »

Czytam sobie opowiadanie. Bohater przemierza lasy nad Wielkimi Jeziorami, najwyraźniej dobrze sobie znane z czasów młodości, szukając odpowiedniego miejsca do łowienia ryb. Wybiera sobie miejsce między drzewami i zaczyna rozbijać sobie obóz.

W tym miejscu zaczyna mnie lekko trafiać szlag. Bohater najpierw robi sobie miejsce, odrąbując "dwa sterczące korzenie" i wyrywając "wszystkie kępy paproci". Potem odrąbuje z pnia szczapę, żeby zrobić z niej kołki do namiotu. Kolejne szczapy odrąbuje, żeby rozpalić ogień. A w międzyczasie wbija w drzewo gwoździe, żeby móc powiesić na nich rzeczy...

Kiedyś na obozie harcerskim wymyśliliśmy młodziakom zadanie polegające na rzucaniu w drzewo szyszkami i finką; w przypadku rzutów szyszkami punktowaliśmy trafienia, w przypadku finki - oczywiście sprawność umysłu i odmowę rzutu. No, ale macho Ernest H. na pewno się takimi drobiazgami nie przejmował.

Tagi: książka
14:31, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (8) »
niedziela, 22 lutego 2015

Sezon ogórkowy w Formule 1 był tym razem jeszcze bardziej niesamowity niż poprzednio (choć wydawało się niewyobrażalne), przetasowania kierowców były prawie nieprzewidywalne, zarówno w czołowych zespołach, jak i w tych bardziej z tyłu (i tak na dobrą sprawę to wcale się nie skończył, bo ekipa Manor, czyli dawna Marussia, zaciekle walczy o wystartowanie w nowym sezonie, więc jeszcze dwóch kierowców być może do stawki doszlusuje). Dość powiedzieć, że pracodawców zmieniło dwóch mistrzów świata, mających łącznie na koncie sześć indywidualnych tytułów.

Co dalej? Po dwóch latach szalonych zawirowań (dość powiedzieć, że na dwudziestu zgłoszonych w tej chwili kierowców, zaledwie pięciu siedziało w tych samych fotelach dwa lata temu), wydawałoby się, że powinno się uspokoić. I być może będzie spokojnie... choć jest wciąż powód żeby się ekscytować. Powodem tym jest długość kontraktów niektórych kierowców, przede wszystkim urzędującego mistrza. Na dziś Lewis Hamilton ma - oficjalnie - kontrakt obowiązujący do końca roku 2015, od jakiegoś czasu trwają rozmowy o podpisaniu z Mercedesem nowego kontraktu. Plotki głosiły, że na fotel w Mercedesie ostrzył sobie zęby Fernando Alonso (licząc na to, że tam samochód wreszcie da mu szansę sięgnięcia po kolejny tytuł), ale z kontraktu z McLaren-Honda zapewne nie będzie się mu już łatwo wykręcić. Z końcem sezonu 2015 upłynie również podstawowy okres kontraktu Raikkonena w Ferrari, a czerwony bolid wydaje się, że solidnie przyspieszył względem poprzedniego sezonu...

Hamilton ma dziś dwa tytuły mistrzowskie, tyle co Alonso, mniej niż Vettel. W odróżnieniu jednak od nich zdobył je w dwu różnych zespołach - pierwszy w McLarenie, drugi w Mercedesie (i wydaje się głównym kandydatem do tytułu w tym roku, ale to dzielenie skóry na niedźwiedziu, który jeszcze smacznie zażywa zimowego snu). Mógłby dokonać wyczynu nieosiągalnego dla innych, gdyby... zmienił zespół i sięgnął po tytuł w trzech różnych stajniach, bijąc na głowę Sennę, Laudę czy Schumachera; jedynie bowiem w początkach Formuły 1 legendarny Juan Manuel Fangio zdobył swoje pięć tytułów w aż czterech różnych samochodach (Alfa Romeo, Ferrari, Maserati, Mercedes), po nim nikt nie osiągnął tego w więcej niż dwóch. Gdyby więc od roku 2016 Hamilton zaczął jeździć w Ferrari, to... na dodatek mógłby jeszcze w bezpośrednim pojedynku, w takich samych samochodach, udowodnić swoją wyższość nad Vettelem, symbolicznie pieczętując swój prymat w epoce "po Schumacherze". 

Nie mam pojęcia, czy Hamilton taki scenariusz w ogóle rozważa, być może to tylko moje wymysły, a on sam negocjuje jedynie dokładną wysokość zapewne ostatniego już kontraktu z Mercedesem - ale podjęcie takiego wyzwania wydaje mi się czymś wspaniałym (zwłaszcza że Ferrari zapłaciłoby mu pewnie nie mniej niż Mercedes). W każdym razie od jego decyzji o kontrakcie na rok 2016 i następne zależą dalsze istotne ruchy transferowe.

23:01, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lutego 2015

"pan Soukup wytłumaczył wszystkim jak to jest z tym alkoholem: żeby się opłacało go używać do oświetlania, to musi być tani - a wtedy wszyscy natychmiast zaczęliby go pić; dlatego trzeba zrobić z niego denaturat, a to kosztuje, i dlatego alkohol do picia musi być wielokrotnie droższy"*

To nie jest tak, że jestem przeciwny energii ze źródeł odnawialnych (choć do każdego źródła można mieć mniejsze lub większe uwagi, ale po pierwsze do czego nie można, a po drugie do energetyki konwencjonalnej znajdzie się ich więcej). Mam problem z tą całą poprawką prosumpcyjną, która - z tego co czytałem czy to w artykułach, czy to w drukach sejmowych i senackich - sprowadza się do tego po ile drobny producent energii (taki co to PROdukuje i część konSUMUJE, czyli "prosumuje") będzie przymusowo sprzedawał wyprodukowany przez siebie prąd (bo poza tym to wszystkie przepisy ułatwiające tym drobnym producentom życie i tak zostały uchwalone). Celem jest, jak rozumiem, żeby w określonej perspektywie czasowej zakup instalacji (nietaniej) zwrócił się producentowi (a przynajmniej tym pierwszym szczęśliwcom, którzy zmieszczą się w limicie wydatkowym). 

Mam problem, bo jak na to nie patrzę, to mi wychodzi, że jest to fundowanie przez ogół tym, którzy i tak mają nieźle. Żeby zainstalować sobie wiatrak czy panele słoneczne (nie mówiąc o domowej biogazowni), trzeba mieć na początek nieruchomość, co już dość skutecznie eliminuje uboższych. Do tego trzeba mieć środki na zainwestowanie w instalację, póki co niemałe (i jakoś średnio wierzę w argument, że nagle masowa produkcja spowoduje potanienie - gdyby tak było, to można byłoby sprowadzać instalacje tanio z krajów, w których już są rozpowszechnione; jeśli zaś lokalni producenci wliczają sobie dopłatę za ryzyko, to znaczy, że dziś te urządzenia są solidnie przepłacone). Tylko tacy będą więc mogli (oprócz zaoszczędzenia na własnych rachunkach za prąd) dostawać za prąd cenę kilkakrotnie przewyższającą jego wartość rynkową (w stosunku do ceny hurtowej jakieś 4-5 razy). Jeżeli więc dziś cena prądu "ze źródeł konwencjonalnych" to 150 zł za MWh (15 gr za kWh), to kupno od prosumentów mocy dającej 10% zapotrzebowania po 750 za MWh oznacza, że średnia cena prądu (hurtowa) będzie wynosiła 210 zł za MWh (21 gr za kWh). A teraz dopiero doliczamy do tego koszty własne i zysk dystrybutora oraz podatek (nie wspominając nawet o opłatach przesyłowych)... w skali roku oznacza to co najmniej kilkadziesiąt złotych na gospodarstwo domowe tylko z tej racji, że trzeba zapewnić rentowność inwestycji tym lepiej sytuowanym.

Oczywiście, mam świadomość, że docelowo prąd i tak będzie musiał drożeć (bo nie liczymy kosztów ekologicznych i innych energetyki), a upowszechnianie OZE jest trendem rozsądnym. Wciąż jednak nie mam przekonania, że wybrany sposób wspierania tych mikroinstalacji jest właściwym (mam wrażenie, że sensowniejsze byłoby zagwarantowanie przystępnych cen instalacji, nawet z dopłatami budżetowymi czy z funduszy ochrony środowiska), skoro ci, którzy prądu muszą używać, zapłacą tym, których stać na inwestycje. Zwłaszcza, że ci, którzy uzbierają później, nie będą już mogli liczyć na takie same bonusy.

*cytat z grubsza dokładny, bo całkowicie z pamięci, ducha raczej oddaje niż dokładną literę, pochodzi z "Panoptikum grzesznych ludzi" Jiriego Marka, tak mi się nieodparcie nasunęło 

17:12, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »
środa, 18 lutego 2015

Zacznę od jasnej deklaracji: nie wiem co się działo w redakcji pewnej telewizji ogólnopolskiej i nie zamierzam szczegółowo tego dociekać, w szczególności nie będę nikogo oskarżać, osądzać ani rozgrzeszać. Fakty jakie były takie były (no pun intended), chcę się skupić wyłącznie na pojęciu i jego recepcji.

Cóż bowiem przeciętny człowiek sobie wyobraża, kiedy słyszy o molestowaniu seksualnym? Samo najgorsze. W praktyce któreś z przestępstw opisanych w kodeksie karnym, jeśli nawet nie gwałt (który jednak "wymaga" zastosowania przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu), to jednak nadużycie stosunku zależności w celach seksualnych jak najbardziej (także na zasadzie "wymuszania kariery przez łóżko"). Są to jednak wyłącznie rozumienia potoczne, kodeks karny (ani szerzej: prawo karne) nie operuje pojęciem molestowania seksualnego, w przepisach na pewno nie, a i w nauce też nieszczególnie (skoro nie stanowi odrębnej formy czynu zabronionego).

Pojęcie molestowania seksualnego jest za to zdefiniowane w kodeksie pracy (gdyż to miejsce pracy jest najczęściej miejscem, w którym do takiego molestowania między dorosłymi będzie dochodzić). I tutaj osoby nie interesujące się tematem mogą się poczuć zaskoczone, gdyż definicja ta jest znacznie szersza niż te odruchowe skojarzenia. Art. 18[3a] paragraf 6 kodeksu pracy brzmi bowiem następująco:
"Dyskryminowaniem ze względu na płeć jest także każde niepożądane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci pracownika, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności pracownika, w szczególności stworzenie wobec niego zastraszającej, wrogiej, poniżającej, upokarzającej lub uwłaczającej atmosfery; na zachowanie to mogą się składać fizyczne, werbalne lub pozawerbalne elementy (molestowanie seksualne)."  

Chcę podkreślić zwłaszcza dwa elementy: po pierwsze, zachowanie stanowiące molestowanie seksualne zgodnie z definicją nie musi mieć charakteru seksualnego! Wystarczy bowiem, że odnosi się do płci osoby molestowanej, więc nawet "baba do garów" może stanowić molestowanie (nie ma przy tym znaczenia jaka to płeć, ani jakiej płci jest molestujący). Po drugie, kluczowe jest naruszenie godności pracownika (w ujęciu raczej zobiektywizowanym niż subiektywnym), choćby nie było to celem molestującego. Należy też pamiętać, że molestowanie seksualne zachodzi niezależnie od tego, jaka jest relacja między uczestnikami (paradoksalnie nawet podwładny może molestować przełożonego), ani też nie musi mieć charakteru powtarzającego się (odmiennie niż mobbing). Nie trzeba jednak popadać w przeświadczenie, że można molestować bezwiednie - z zawartego w definicji słowa "niepożądane" (które można i należy rozumieć też jako "nieakceptowane") wynika, że molestowany powinien wyrazić swój sprzeciw, brak zgody na dane zachowanie. Dlatego też jeśli w jednym zespole opowiadanie świńskich historyjek ("zachowanie werbalne o charakterze seksualnym") będzie przejawem dobrej atmosfery (bo wszyscy wołają "jeszcze, jeszcze!"), o tyle w innym to samo zachowanie może stanowić molestowanie (jeśli jedna osoba powie "nie życzę sobie"). 

Tak jak napisałem na wstępie: nie wiem co rzeczywiście miało miejsce, która wersja jest bliższa prawdy. Cokolwiek się zdarzyło, mogło stanowić molestowanie w rozumieniu przepisów prawa, lub go nie stanowić, a wnioskowanie w oparciu o niepełną wiedzę jest rzeczą, której lepiej się zawsze wystrzegać.

09:36, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 lutego 2015

Wchodzę sobie rano na Bloksa. Loguję się, patrzę co nowego, wzrok prześlizguje mi się obojętnie po banerze reklamowym. Obojętnie, bo zobojętniałem co do zasady na internetowe reklamy, są prawie przezroczyste (bez adblocka), ale tym razem zwraca moją uwagę. Baner proponuje mi bowiem możliwość nabycia za wyjątkowo korzystną cenę prezentów walentynkowych. Zerkam w kalendarz, Dzień Świstaka się nie dzieje, przez rok mam te prezenty trzymać?

Z Bloksa przeskakuję sobie jeszcze na chwilę na forum. Tam dla odmiany zadziwia mnie reklama "magicznych ferii w kinie". Junior właśnie zbiera się do szkoły po feriach... no dobra, rozumiem, w pięciu województwach ferie się dopiero zaczynają, czyli tylko skrypt jest bezmyślny i nie próbuje dostosować reklamy do mojej mniemanej lokalizacji (wprawdzie próbuje mnie lokalizować w Warszawie, ale tam ferie skończyły się dwa tygodnie temu).

Ciekawe co jeszcze mi dziś nieaktualnego zareklamują.

07:51, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 lutego 2015

Na przełomie roku na Facebooku szalały rozmaite zabawy na temat tego, co się będzie działo w nadchodzącym (czyli obecnym) roku 2015. Między innymi pojawiały się wyzwania czytelnicze w stylu "w roku 2015 przeczytaj po jednej książce spełniającej określony warunek", w tym zakresie wystarczająco podsumowały to Kawa z Cynamonem (nie jestem pewien która jest Kawą a która Cynamonem, ale nie jest to najistotniejsze).

Niesiony chwilą, zdecydowałem się - podjąłem wyzwanie "w roku 2015 przeczytam 52 książki" (czyli jedną tygodniowo i zostanie jeden dzień wolny), nawet postanowiłem oficjalnie dołączyć do tzw. wydarzenia. Sam sobie określiłem przy tym zasady, żadnych fikuśnych że na każdą literę alfabetu, za to:
- liczą się książki skończone w roku 2015, choćbym zaczął je czytać wcześniej (nie napiszę że w 2014, nawet jeśli nie dogrzebię się żadnej leżącej dłużej)
- liczą się zarówno książki tradycyjne, w formie papierowej, jak i e-booki i podobne - tak długo jak z ich treścią wyrażoną literami zapoznaję się oczami, odpadają więc audiobooki (o videobookach jeszcze nie słyszałem, a ekranizacje to jednak nie książki), których... i tak nie używam
- nie liczą się książki które przeczytałem już kiedyś wcześniej,
- ...nie pamiętam czy jest więcej, najwyżej dopiszę (w końcu to moje zasady)..

Na razie jestem ponad planem, ale rok jest długi. Planuję raporty kwartalne.

(podjąłem też wyzwanie "w roku 2015 nie przebiegnę żadnego maratonu", ale nie przewiduję określania zasad i raportowania)

 

Nie, nie naoglądałem się serialu baśniowego (choć leci). Ani nie mam problemu z ogoleniem się czy zawiązaniem krawata. Patrzę natomiast tęsknie - choć to może nienajlepsze słowo - na swoje podwórko. 

Mamy wciąż porę zimową, śnieg sypał całkiem niedawno, nikt go z podwórka nie poodgarniał (było się na feriach). Teraz w dzień słoneczko z nieba praży (prawie że, słupek termometru stoi około dziesięciu stopni powyżej zera, z plusem lub minusem w zależności od umiejscowienia), w nocy zaś chwyta mróz. No i w podwórku lód stoi, zwłaszcza tam, gdzie w dzień się robi kałuża, a słońce nie sięga.

W Norwegii wymyślili doświetlanie (i docieplanie) dolin górskich przy pomocy odpowiednio ustawionych wielkich zwierciadeł, łapiących i przekazujących promienie słońca. Umieściłbym takie lustra na dachu sąsiada, może by ten lód się szybko stopił.

Fakt, że w serialu akurat mierzą się z Królową Śniegu, jest zupełnie przypadkowy.

14:02, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lutego 2015

W zasadzie od wejścia na ekrany ostatniej części Hobbita minęło już tyle czasu, że zdążyła ona (chyba) te ekrany opuścić. Kto widział, ten do przodu, kto nie widział... niech nie czyta alibo cokolwiek. Ja w każdym razie od czasu pierwszej notki widziałem jeszcze raz. 

Za drugim razem pamiętałem wszystkie swoje krytyczne spostrzeżenia i obiecałem sobie, że będę patrzył jako dziecko, chłonąc obraz i nie nastawiając się negatywnie. I wiecie co? Odczucia miałem dokładnie takie same, byłem zauroczony i ziewałem w mniej więcej tych samych momentach. I - co dla tej notki najważniejsze - potwierdziłem swoje wrażenie, co jest największą wadą tej nowej trylogii.

Otóż zasadniczym jej problemem jest, że została rozpisana i zrealizowana w sposób maksymalnie podobny do gry komputerowej. Wiele scen, które powodują mniejsze lub większe wzruszenie ramion, sprawia wrażenie gotowych questów do przejścia. W pierwszej części była to choćby ucieczka Radagasta i jego zaprzęgu przed wargami oraz gonitwa z goblinami po kolejnych mostach i schodach. W drugiej - zarówno bitwa hobbitów ze Smaugiem, jak i gonitwy elfów (czytaj: Legolasa) z orkami, oraz cała zupełnie niepotrzebna wyprawa czarodziejów do grobu Czarnoksiężnika z Angmaru. W trzeciej do cyrkowych zadań Legolasa (nietoperz, troll, bieg po spadających kamieniach...) dochodzą też popisy Barda (zwłaszcza ten z wózkiem) i Daina, oraz oczywiście wielkie Walki z Bossami - najpierw Bolgiem, a potem Azogiem (podnieście rękę, kto w uskokach przed tą kulą na łańcuchu...). Bolało tym bardziej, że poza tymi fragmentami cała Bitwa Pięciu Armii była właściwie bijatyką bez właściwości, niezrównani wojownicy to kładli wokół siebie pokotem, to padali jak muchy pod ciosami pospolitego ruszenia.

Dlatego też, prawdę mówiąc, chociaż filmy o Hobbicie fajne są (choć ten trzeci nie tak fajny jak zwłaszcza poprzedni) to wolę się jednak zastanawiać, jakby to było, gdyby z tego samego materiału przyciąć film bliższy jednak fabułą oryginałowi - zaczynając od wyrzucenia Azoga i Legolasa oraz (niestety) Tauriel i Radagasta. 

I tak, pamiętam że była już dawno temu gra na podstawie Hobbita...

 
1 , 2