Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009

Tytuł może nieco przewrotny, bo zawsze mnie wkurzało, jak podsumowania roku robi się dobrzez przed zakończeniem roku (ot, w plebiscycie France Football właśnie ogłoszono jakąś finałową 10-tkę, chociaż ligi i puchary tłuką sie w najlepsze). Patrząc jednak chłodno, to po polskich sportowcach trudno już w tej chwili spodziewać się jakichś szczególnych wyczynów, które mogłyby wpłynąć na ocenę całego roku, więc spróbuję popełnić wstępnie i z grubsza szkic czołowej 10-tki roku. Żeby nadmiernie nie teoretyzować, wyodrębniam tylko pierwsze dwa miejsca, a dla reszty zaszczytem jest miejsce w 10-tce, bez przyznawania lokat.

O tym, kto jest numerem jeden, nie bez powodu niektórzy mówili już w lutym-marcu:) Dwukrotna mistrzyni świata, zdobywczyni Pucharu Świata. Żeby rozwiać wątpliwości, Justyna Kowalczyk już w drugich zawodach nowego sezonu odniosła kolejne zwycięstwo (ku swojemu podwójnemu zdziwieniu, bo po pierwsze formę buduje na Vancouver, a po drugie w sprincie). I nieważne, że nie utrzymała żółtej koszulki liderki Pucharu Świata.

Numer dwa rezerwuję dla rekordzistki świata. Nigdy się nie dowiemy, czy gdyby nie eksplozja radości po ustanowieniu rekordu, zakończona kontuzją, Anita Włodarczyk jeszcze by tego rekordu nie wyśrubowała. Jej wyniki w tym roku były dalekie od przypadkowości, więc wyróżnienie nie tylko za wyczyn na mistrzostwach, ale i za całokształt.

Pozostałej ósemce zawsze czegoś brakuje - albo tego Wielkiego Momentu, albo błysku przez większość sezonu. Kolejność podawania nazwisk dość przypadkowa.

Agnieszka Radwańska utrzymała czołowe 10. miejsce na świecie, ale nie wygrała w tym roku żadnego turnieju, stając się "zawodniczką ćwierćfinałową". Liczymy na więcej, a wtedy i splendory będą wyższe.

Więcej osiągnął - relatywnie - Łukasz Kubot, który wprawdzie dopiero co awansował do czołowej setki, ale też w deblu wygrał trzy turnieje, oraz doszedł do finału singlowego w Belgradzie. Występ w Masters to raczej dodatkowa nagroda, niż wyczyn.

Maja Włoszczowska wskutek fatalnego upadku nie odpowiedziała na pytanie, czy rzeczywiście jest najlepsza na świecie, a mistrzostwo Europy, choć cieszy, to jednak nie to samo.

Anna Rogowska zanotowała niewątpliwie wspaniały sukces, ale przyszedł on jednak trochę znienacka, w trakcie sezonu aż tak nie błyszczała. I naprawdę większy byłby to sukces, gdyby skakała w tej samej lidze co Isinbajewa, a nie tylko cieszyła się z jej wpadki.

Tomasz Majewski i Piotr Małachowski - bili rekordy Polski, fantastycznie stawali na mistrzostwach świata; gdyby im ciut szczęście dopisało, byliby w pierwszej grupie:)

Piotr Gruszka - jedyny przedstawiciel sportów zespołowych. Ale też tytuł MVP pozwala na
przymknięcie oka, że poprowadził drużynę do truiumfu tylko w mistrzostwach Europy, zwłaszcza że na gwałt był przekwalifikowywany na atakującego.

Listę zamknie Marcin Dołęga - mam jednak szacunek dla świeżo upieczonego mistrza świata w podnoszeniu ciężarów, i to w prawie najcięższej kategorii (do 105 kg).

Jako rezerwowy:) zostanie dopisany Tomasz Sikora. W ostatnim sezonie wiecznie o włos, o strzał od prawdziwych triumfów. Bez medalu na MŚ, nie utrzymał prowadzenia w PŚ. On może jeszcze w grudniu mógłby walczyć o poprawienie całorocznego obrazu (wygrywając w paru zawodach PŚ, może zepchnąłby do rezerwy Maję Włoszczowską - a ona jednak ładniejsza:)), ale wolę mu życzyć, żeby w przyszłorocznych plebiscytach walczył o pierwsze miejsce, jako mistrz olimpijski.

Oczywiście, mogłem o kimś zapomnieć:) na pewno subiektywnie paru dość medialnych kandydatów pominąłem. Ale w końcu, to głownie zabawa jest:)

00:15, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (24) »
czwartek, 26 listopada 2009

Junior miał to do siebie, że mówić zaczął dość późno, a kiedy już zaczął - przymierzał się do nowych słów bardzo oględnie, jakby sprawiał wrażenie, że nowego słowa nie będzie wymawiał, póki się go dobrze nie nauczy:) (przez co miał relatywnie niewiele takich bardzo charakterystycznych dla okresu nauki mówienia "własnych" słówek, Rodzice przez parę miesięcy skrzętnie notowali każdy nowy wypowiadany wyraz). Zadziałało to z drugiej strony tak, że po jakichś dwóch-trzech miesiącach, mówił właściwie już dobrze, wymawiając wszystkie litery (oczywiście, miewa problemy z trudnymi słowami, takimi jak rolls-royce;)).

rolls-royce phantom

Opanowawszy mowę w stopniu odpowiednim, Junior powraca teraz symbolicznie do czasów wcześniejszego dzieciństwa i bawi się (także pewnie z czystej przekory) w przekręcanie słów. A że niedawno Rodzice zwrócili mu uwagę na potzrebę rozróżniania w wymowie spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych (przedstawicieli komitetów praw dziecka Ojciec profilaktycznie informuje, że te brzydkie słowa zostały Juniorowi podane tylko w formie wytłumaczenia zasady), to spodobało mu się zamienianie w niektórych wyrazach głosek bezdźwięcznych na dźwięczne. I Ojciec sam już nie wie, czy lepiej słyszeć listopat, czy lizdobad:)

20:46, bartoszcze , Junior
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 listopada 2009

No i mamy kolejną aferę w Ekstraklasie. Nie, ważnego nikogo nie aresztowali, żaden mecz nie został megaprzekręcony (choć tu mogą się pojawić głosy sprzeciwu), nikt się nie pobił z policją. Tym razem na derbach Krakowa z gardeł wiślackich popłynęła (między innymi) pieśń:

Było ich sześciu, potem dwunastu
i założyli klub pederastów.
Klub się rozwijał, klub się rozrastał,
a każdy Żydek to pederasta

No i już są rozważania, czy śpiewających (w szerokim rozumieniu) uda się zidentyfikować i przykładnie ukarać. Pytanie brzmi, za co bardziej? Pieśń obraża zapewne przedstawicieli LGBT, używając słowa "pederasta", traktowanego nieco jak obelga (swoją drogą, czy niektórym obrońcom jakchś tam wartości, pederasta nie myli się z pedofilem? takie czasem można odnieść wrażenie, zresztą po różnych stronach) chociaż słowniki takiego nacechowania akurat nie wskazują. Pieśń obrażać także może i przedstawicieli pewnego narodu z grupy semickiej, swego czasu licznie reprezentowanego w Polsce, chociaż akurat kontekst, w jakim była wywrzaskiwana, odnosi się raczej do potocznego określenia kibiców jednego z krakowskich klubów (prośba o korektę, jeślim tu krakowskim realiom uchybił).

Niech sobie rozważają. Ja spoglądam sobie na słowa pieśni, i myślę: ech, żywa tradycja. Ćwierć wieku minęło, odkąd w podstawówce się ją podśpiewywało (i to nie zawsze w kontekście kibicowskim, jeśli siwa głowa* wspomnień nie fałszuje), w rozmaicie modyfikowanych wersjach. Toż to relikt prawdziwy, może nie kibicowska latimeria, ale tygrys szablastozębny a i owszem. Ciekawe ile jeszcze pokoleń przetrwa:)

*licentia poetica:)

20:15, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (2) »

Czytam dzisiaj w Wyborczej, że są tacy Polacy, którzy zarabiają i po 350 tysięcy złotych miesięcznie (czytałem nan papierze, elektroniczna wersja tekstu - prawie identyczna - tutaj). Szczęśliwcami okazują się być sportowcy z wysokiej półki, a jako przykład "tytułowy" podano Roberta Kubicę, zarabiającego 4,5 mln USD rocznie, czyli 350 tys. zł miesięcznie (uwaga: ta fraza juz tylko w wersji papierowej, właśnie).
No i tak liczę od rana i liczę, i zawsze wychodzi mi tak samo: 350 tysięcy PLN miesięcznie x 12 miesięcy = 350 tysięcy x 10 + 350 tysięcy x 2 = 3,5 miliona + 700 tysięcy = 4 miliony 200 tysięcy. W PLN cały czas. (Pewnie brutto, ale zawsze mówię, że od odpowiednio wysokiej kwoty przeżyłbym i dość wysoki podatek; zresztą Kubica i tak płaci podatki w Monaco). Czyli dolar wychodzi 1 USD=0,93 PLN.
Chyba powinienem sprzedać butelki (puszki, makulaturę) i skoczyć do tego kantoru, czy też banku, wymienić po tym kursie. Chyba że to dolary z Monopoly.

18:21, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009

Właśnie zauważyłem, że  Blox na stronie "Twoje blogi" informuje mnie, że na jednym blogu mam akurat zgromadzonych 400 komentarzy, a na drugim 50. Jakbym chciał, żeby mi wyszły takie fajne okrągłe liczby, to w życiu by mi się nie udało. Nie, nie ma w tym żadnych ukrytych sensów ani znaczeń:))

16:31, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »

Przypomniał mi się ostatnio stary dowcip z czasów komunistycznych.
Urządzono wyścig pomiędzy przywódcami Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych (niech będzie Breżniew i Reagan, why not). Wygrał Reagan. Następnego dnia w gazetach (dziś byłoby: na portalach) piszą:
USA: USA wygrały, Sowieci pokonani!
ZSRR: Prezydent amerykański zajął przedostatnie miejsce, towarzysz Breżniew finiszował na zaszczytnej drugiej pozycji.

Przypomniał mi się ten dowcip, kiedy zobaczyłem na głownej stronie portalu informację, że Robert Kubica został przez kogoś sklasyfikowany w "Top 5" kierowców F1 mijającego sezonu. To ci dopiero news. W końcu mógł być tylko w Top 20.

00:44, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 listopada 2009

Jest taka piosenka, sądzę, że można ją nazwać Piosenką z Ambicjami. Jest długa (ponad 9 minut), żeby mieć czas realizować Ambicje, jest multi-instrumentalna, z wykorzystaniem fortepianu i elementów orkiestrowych. Zaczyna się - jak to najczęściej bywa - delikatnie, rozwijając się sukcesywnym dokładaniem kolejnych instrumentów, w tym chrapliwego wokalisty i mniej chrapliwych chórków. Około drugiej minuty uaktywnia się główny wykonawca, zrazu delikatnie, być mocniej uderzyć w tony pod koniec minuty czwartej, a następnie w trakcie minuty piątej zabrać się solidnie do roboty. Całość na tym etapie stwarza wrażenie fajnej rockowej ballady. Około minuty siódmej wydaje się (naiwnym umysłom), że balladka z lekkim zębem i Ambicjami dobiegła końca (broni naiwnych chwila wyciszenia, która w tym miejscu następuje).

A tymczasem wszystko, co było do tej pory, to ledwie przygrywka. Rozgrzewka. Budowanie klimatu. Intro. Ścielenie czerwonego chodnika. Wyciszenie jest krótkie, po czym następuje krótkie przygotowanie artyleryjskie i następuje Dzieło. Eksplozja dźwięku. Muzyczny orgazm. Blisko dwuminutowy genialny utwór, dla którego cała reszta to tylko intro (och, jakże często radiowi prymitywiści odcinają intro od Dzieła i puszczają jako samodzielny kawałek).

Przed Państwem: Slash (feat. Axl Rose), November Rain. Tak przypominam przed Topem Wszechczasów (o którym może przy innej okazji).

20:37, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (11) »
czwartek, 19 listopada 2009

Wszyscy wkoło piszą tylko o ręce Henry'ego, więc ja udam się nonkonformistycznie w inną stronę:) (przede wszystkim dlatego, że nie oglądałem meczu, poza tym dość się napisałem ostatnio przy ręce Pique, więc równowaga być musi). 
Jechałem dzisiaj do domu z Ornontowic, tradycyjnie w kierunku Mikołowa. Na wyjeździe ze wsi (wciąż jeszcze, choć wójt podobno usilnie pracuje nad awansem na burmistrza) jest długi podjazd, na którym dojeżdżam do tyłu błyszczącego audika, nówki albo prawie:), jadącego niespiesznie pod górę jakieś 70 km/h. Że pod górę, to myślę sobie: e, nie będę się teraz gonił, jakoś pod tę górę podjadę wolniej (tam prosto jak strzelił, ruch żaden, spokojnie można jeszcze ze 20 więcej docisnąć). Później audik mi odjeżdża trochę za skrzyżowaniem, w obszarze mocno zabudowanym, ale kiedy kończy się Bujaków i zaczyna kolejna solidna, pusta prosta na płaskim (DW 927), dochodzę do wniosku, że mogę spokojnie pojechać szybciej, niż furgonetka przede mną. Wykonuję więc spokojnie manewr wyprzedzania i nie bez zaskoczenia widzę, że przed furgonetką wlecze się (tym razem circa 80 km/h) ten sam audik, którego z rozpędu też wyprzedzam. Paręset metrów dalej zaczyna się solidny podjazd, na którym moje poniżejlitrowe jeździdło oczywiście nieco zwalnia, i nagle - patrzcie Państwo! Audik dostał nagle mocnego kopa, i pod tą górkę (droga bez wydzielonych pasów ruchu) ciśnie spokojnie ze 110 (ambicja go uniosła, jak w skeczu Dudka).
Uwierzcie, ryczałem ze śmiechu wznosząc pod adresem audika triumfalne "Yes, miszczu!". Po prostu takie przejawy chorej ambicyjki ("jak to jeździdło śmie mnie wyprzedzać?!?!") bawią mnie do łez.

wtorek, 17 listopada 2009

Pakiet ochronny mojego laptopa ostrzegł mnie, że „wykryto lukę w zabezpieczeniach, najlepiej zaktualizuj”. Wydałem więc polecenie aktualizacji i zająłem się dalej innymi rzeczami. Coś mi przymuliło komputer, z trudem wyrzuciło na ekran okienko MSIE8, z groźnie wyglądającym paskiem:

Ta witryna sieci Web chce uruchomić następujący dodatek: X Update z X Corporation. Jeśli ufasz tej witrynie oraz dodatkowi, kliknij..

Dziwne? No niby nie. Dopóki sobie nie uświadomimy, że to Microsoft Internet Explorer na komputerze z Microsoft Windows XP, uznał za potencjalnie niebezpieczną witrynę www.update.microsoft.com i zamieszczony na niej dodatek Microsoft Update z Microsoft Corporation:-D Jak sądzicie, należało zaufać?;)

00:41, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 listopada 2009

Dzisiaj media całego świata obiega wiadomość o wielkiej górze lodowej spostrzeżonej płynącą w kierunku Australii. Zgodnie z prawami tabloidów, gdzieniegdzie można już przeczytać, że jest już "u wybrzeży" Australii, w sumie prawie blisko prawdy, bo zostało tylko 5 mil do brzegów wyspy Macquarie i niecałe 1000 mil do Australii (jak nic Australijczycy będą najbliższe Boże Narodzenie spędzać na icebergu, zamiast na tradycyjnej plaży).

Iceberg jest opisywany jako gigantyczny, jako że wszystkie wymiary można śmiało podawać w setkach stóp. Dokładne dane różnią się, wg różnych źródeł od 1600 do 2300 stóp długości; jeszcze większe są rozbieżności co do wysokości - prawdopodobnie ok. 160 stóp ponad wodą, z częścią zanurzoną ma sięgać nawet koło tysiąca stóp (co się akurat nie wydaje szczególnie wiarygodne, bo wg badań sprzed pół wieku - a tylko do opisu takich mogę sięgnąć na półkę - mało jest prawdopodobne, żeby część zanurzona przekraczała trzykrotność części nadwodnej, czyli w sumie raczej nie więcej niż jakieś 600 stóp). Jakby się miało obejść, to faktycznie niezły spacerek.

Ale szybki gugiel błyskawicznie podpowiedział, w jakich rozmiarach ten iceberg prawdopodobnie się urodził ("ocielił", mawiają Anglosasi). Przywoływane w tekstach prasowych góry lodowe, które oderwały się od Antarktydy w okresie 2000-2002 (na razie nie starałem się za wszelką cenę zidentyfikować, z której może pochodzić bohaterka dnia), miały rozmiary liczone w setkach kilometrów długości i dziesiątkach szerokości. Jak to ujęła australijska instytucja antarktyczna, największa znana góra lodowa została porównana po prostu do Jamajki. Jak sobie porównamy całą Jamajkę, z powierzchnią kilku boisk tamże, to zaczynam mieć wrażenie, że zabrakłoby skali dla prawdziwych olbrzymów. Na tej "gigantycznej" górze lodowej spod Macquarie, Usain Bolt szybko musiałby zacząć biegać w kółko, nie tylko z zimna:)

13:22, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3