Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
środa, 30 listopada 2011

To było ćwierć wieku temu: na meksykańskim mundialu Polska ciężko poległa z Linekerem, a mimo to udało się jej wyjść z grupy. Stało się tak za sprawą dziwacznego ówczesnego regulaminu, premiującego część drużyn zajmujących trzecie miejsca w czterodrużynowej grupie, oraz zwycięstwa Maroka nad Portugalią, co dało nam to właśnie trzecie miejsce (w porządku, remis z Marokiem i wygrana z Portugalią też trochę pomogły). Gazety pisały wtedy "Dziękujemy Maroko" (to znaczy wierzę że pisały, bo byłem wtedy z dala od nich, ale tak mi relacjonowano).

Dziś przed nami trzy ostatnie mecze w siatkarskim Pucharze Świata, na którym pozycja medalowa daje kwalifikację olimpijską. Kibice są pogrążeni w wyliczeniach, ile punktów z posiadanej przewagi możemy sobie pozwolić stracić w tych trzech meczach z najgroźniejszymi rywalami, żeby utrzymać się w czołowej trójce. Ba, niektórzy już nawet sformułowali teorie spiskowe o cichych układach między uczestnikami. A ja mam wrażenie, że w tych kalkulacjach zapominamy trochę o innych uczestnikach. Ci sami rywale, z którymi zostało nam grać, muszą jeszcze zagrać z japońskimi gospodarzami oraz z cichą rewelacją turnieju Iranem. I zwłaszcza w meczach z tym ostatnim mogą stracić punkty.

Czy za kilka dni napiszemy w nagłówkach "Dziękujemy Iranie"? Osobiście wolałbym, żeby to nie było potrzebne. Taki sukces lepiej smakuje. Poza tym, kiedy już podziękowaliśmy Maroku, to ciężko polegliśmy z Brazylią, i wolałbym tej analogii nie rozwijać. 

Przy śniadaniu Junior mówi do Ojca:
- Ojciec, nalej mi proszę wódki.

Na szczęście chodziło tylko o wódkę poziomkową mineralną z półtoralitrowej plasticzkowej buteleczki. Ot, zdrabnianie zawsze może powrócić - ale pierwsza chwila jest jednak szokująca.

Tagi: dialogi
14:35, bartoszcze , Junior
Link Komentarze (3) »
niedziela, 27 listopada 2011

To nie jest tak, że go nie lubię. To nie jest tak, że nie podoba mi się jego styl jazdy. Nie mam pretensji o jakieś awantury w nocnych klubach, nie przeszkadza mi, że jest Niemcem - po prostu jutro mu życzę źle. 

I nawet to nie są życzenia wielkiego złego, po prostu niech nie zajmie punktowanego miejsca (czyli niech spadnie w wyścigu o trzy pozycje) - poza honorem, i tak już nic nie straci. 

Nie jest jedynym, któremu dzisiaj źle życzę (też to takie tylko malutkie zła, zełka właściwie, laleczek voodoo nie szykowałem). Chciałbym, żeby w klasyfikacjach tegorocznego sezonu nie zaszły już zasadnicze zmiany - bo może mi to popsuć pomysł na nową notkę:-)

Pod wieczór wszystko będzie jasne.

00:55, bartoszcze , F1
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 listopada 2011

Kiedy ponad pół roku temu Adam Małysz zakończył swoją karierę skoczka, miałem w planach napisanie serii długich notek podsumowujących jego karierę. Koncepcję i wiele zdań miałem już w głowie, ale problem polegał (jakże częsta przypadłość w moim przypadku) na zapisaniu ich, co się już jednak nie dokonało. Teraz energii do pisania mam jeszcze mniej, więc tym bardziej się nie spodziewam, może kiedyś skondensuję najważniejsze do jednej.

Czas w każdym razie płynął i płynął, na tyle że nadeszła ta chwila, której wielu się na pewno (przynajmniej skrycie) obawiała: rozpoczął się nowy sezon, a Małysza na starcie nie ma i nie będzie. Okaże się teraz, ilu ludzi skoki oglądało "po januszowemu", a ilu ogląda ich dla samego magicznego momentu lotu, z odruchem przechylenia głowy dla obserwowania (na pewno statystyki trochę będzie ratować fakt, że Kamil Stoch i młodziaki dają nadzieję większą niż w czasach między Fijasem a Małyszem). Na "magiczny" Puchar Świata w Zakopanem podobno bilety na razie nie idą.

Póki co pogoda też nerwowo zareagowała na brak Małysza i dzisiaj wszystko ze skoczni wywiała. 

piątek, 25 listopada 2011

Wieczór. Angina (schodząca). Jesień (i te rzeczy, mówi Poeta). Żołądek wypchany plackami ziemniaczanymi. W tych warunkach siedzę przy kubku herbaty, odnajdując wewnętrzną równowagę, i zastanawiam się, czemu mi to właściwie w uszach gra? Gra. Gra. Gra. A niech gra.

Stary, poczciwy kawałek. Właściwie to powołując go, dopuszczam się małego oszustwa (a ściślej bigamii), ale cóż zrobić - Bossowi trudno się oprzeć. Little girl, I wanna marry you.. (tu z czasów, kiedy Boss był piękny, młody i z silniejszym głosem).

Eee. Czemu ja się mam Bossowi opierać lub dać mu się uwodzić? Patrz: początek notki..

środa, 23 listopada 2011

Junior przyniósł do domu jakiś paskudny szczep paciorkowców, a w związku z tym siedzi w domu i jest oficjalnie uważany za chorego (różnic w zachowaniu szczególnie nie odnotowano, może pierwszego czy drugiego dnia był na tyle zmęczony, że pospał w dzień). Wieczorem zaś zaczął przypominać sobie historię swojego życia:
- Matko, a kiedy ja miałem anginę?
- Parę lat temu.
- W 2008 roku?
- Raczej w 2009.
- O, to wtedy kiedy był nowy Opel Astra!

 Tradycja regularnego zapoznawania się z pismami motoryzacyjnymi nie minęła. 

Tagi: dialogi
15:49, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2011

Junior miewa w swojej książce do zerówki zadania odwołujące się do pojęcia "dary jesieni". Jesień wciąż jeszcze wokół nas, aż nietypowa, ostatnio wzięliśmy się za sprzątanie w ogródku przed zimą: tu liście, tam rzeczy do schowania z lata, itp. No i tak sobie robimy, robimy, Junior pomaga, a w przerwach od pomagania przegląda krzaki poziomek. A na tych krzakach.. mnóstwo poziomek, choć raczej w kolorze kwiatów i liści, niż Poziomek (ale to kwestia braku słońca). I jak tak grzebie w tych krzakach, to nagle woła:
- O, hiacynt zakwitł!

Przerwaliśmy, podeszliśmy, zobaczyliśmy. Dziecię miało rację połowicznie: zakwitły dwa hiacynty. Nie zraziły się nocnymi czy świtowymi mrozami do -5.

Aż zaczęliśmy się rozglądać po wszystkich roślinach. Na bzie znaleźliśmy pączki, na wierzbie - bazie, forsycja wyglądała jakby miała ochotę rozkwitnąć (przy okazji jeszcze jakieś maliny wypatrzyliśmy). Jak na listopad, to przyroda nadspodziewanie hojnie darzy. 

21:19, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 listopada 2011

Każdy może zrobić coś głupiego na drodze, żeby zostać prawdziwym miszczem kierownicy, trzeba jednak już specyficznych cech osobowościowych, takich jak poronionej wyobraźni (co nie jest równoznaczne z jej całkowitym brakiem).

Spotkałem takiego dzisiaj wieczorem na mieście. Jechałem spokojnie (inaczej się nie dało) zatłoczoną ulicą i zobaczyłem kilkanaście metrów z przodu, jak zaparkowany po prawej stronie (skosem) samochód włącza kierunkowskaz i światła wstecznego. Ktoś przede mną przyhamował, uprzejmie wpuścił przed siebie. Czekałem grzecznie, aż ten przede mną ruszy, kiedy nagle zobaczyłem na lewym (przeciwległym) pasie samochód jadący na wstecznym. Ten sam, który przed chwilą uprzejmie wpuszczono do ruchu. Póki stałem, to aż się obejrzałem, żeby zobaczyć co dalej zamierza.

Uwierzycie, że za chwilę wcisnął się na prawy pas i zaparkował jakieś 20 metrów od miejsca, z którego przed chwilą ruszał?

piątek, 04 listopada 2011

Tak mnie jakoś naszło wieczorową porą, że zajrzeć do statystyk Google Analytics. Ustawiłem okres analityczny na równy rok wstecz i zacząłem patrzeć, kto i po co do mnie zagląda. Miło się uśmiechnąłem do gościa z Caracas, który jak już wpadł, to postanowił poczytać przez chwilę, podobnie jak do gościa z japońskiej Mitaki (i wszystkich innych, których musiałby żmudnie wyszukiwać od Wiednia przez Końskie, Pruszków, Grenoble i Cork aż po Miami i Fort McMurray). 

Z niemal niecierpliwością zajrzałem do statystyk słów kluczowych, które przywiodły do mnie gości (cóż, nie używam bogatej terminologii seksualnej, więc podnieceni pryszczaci raczej do mnie nie trafiają). Przyznam, że aż mi szczęka opadła jak zobaczyłem wyniki, i postanowiłem zrobić z tego Listę Przebojów Bloga.

Na miejscu trzecim teoretycznie wyskakiwała Marta Konarzewska, nie celebrytka lecz nieco znana z mediów, której faktycznie poświęciłem notkę i nawet użyłem personaliów w tytule. Jednakże, jak podliczyłem różne formy słowa kluczowego, to z podium zepchnęło ją ogłoszenie o sprzedawaniu Lexusa (na dodatek będące chyba najczęściej oglądaną notką na blogu, sądząc ze statystyki Top Content - być może jeszcze więcej chętnych przychodziło szukając zdjęcia, a nie treści). 

Na miejscu drugim - starzy i poczciwi Żwirek i Muchomorek. Napisałem starzy, ale jak widać się nie starzeją. Niestety, nie umiem tego samego powiedzieć o zwycięzcy, którym został - uwaga, uwaga, fanfary! - George Michael. Od mojego zdziwienia większa jest chyba tylko dzika radocha na myśl o zdjęciu, które wita poszukujących tego przystojniaka

Aha, nagroda specjalna za trzymanie formy dla liczby 27. Wciąż tajemnicza, wciąż pożądana, wciąż bez sensu.

Potrzebowaliśmy nowego zegara ściennego do sypialni, bo stary po latach miłej współpracy rozleniwił się za bardzo i wolał spać niż iść naprzód. Zależało nam na tym, żeby było na nim widać godzinę po ciemku (zwłaszcza w zimową noc), a jednocześnie żeby w ciemności nie rozpraszał i nie utrudniał zasypiania. W końcu żona przywiozła taki, który wydawał się te kryteria spełniać, jest niebrzydki i nie kosztował tyle co wizyta Paris Hilton w Katowicach. 

Ma on jedną bardzo specyficzną cechę, do której wciąż się nie umiem przyzwyczaić: jego wskazówka sekundowa nie przeskakuje po sekundzie, tylko porusza się ruchem ciągłym. I za każdym razem, kiedy na niego spojrzę, mam wrażenie, że czas na nim mija szybciej, niż na zegarze z klasycznym sekundnikiem.

Ach, ta względność czasu. A przynajmniej poczucia czasu.

19:52, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2