Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
środa, 30 grudnia 2009

W okresie świąteczno-noworocznym mniej się w sporcie dzieje, przez co telewizje sportowe w dużej mierze jadą na powtórkach. Polsat Sport do znudzenia przypomina między innymi finał mistrzostw Europy w siatkówce mężczyzn. Spojrzałem parę razy i ja, bo zdarzały się takie chwile, kiedy człowiek coś mechanicznie robił i oglądanie byle czego dobrze się z tym komponowało. Przeżyjmy więc jeszcze raz tę ostatnią akcję.

25:24, drugi meczbol w czwartym secie. Po flocie Plińskiego Francuzi atakują. Wyblok, obrona Zagumnego, Możdżonek wystawia do skrzydła, Gruszka wychodzi w górę, przebija się na drugą stronę, piłka trafia w Antigę i uderza w parkiet. W tym momencie każdy, kto w Polsce oglądał, albo skoczył z radości w górę, albo rozpłomieniony patrzył, jak Złocisze skaczą na siebie z radości. I dlatego nikt (chyba) nie zauważył, jak bardzo docenił tę akcję punktowy w telewizji tureckiej, wrzucając na ekran 27:24. Chyba mu się udzieliło:)

Czytanie ogłoszeń zazwyczaj bywa nudne, lecz nieraz zdarzy się coś, co ubawi. Oto co wczoraj znalazłem w GW:

Kinga Rottau
wniosła przed
Sądem Okręgowym
w Lublinie pozew
o rozwód przeciwko
Reyad Mohamed
Abdalla Mohamed
.

(Specjalnie odtworzyłem dokładnie układ ogłoszenia). Wiem, że to z jednej strony kwestia łamania tekstu, a z drugiej (zapewne) mało udolnej transkrypcji arabskiego nazwiska, ale czy naprawdę nie macie wrażenia, że pani złożyła pozew o rozwód z dwoma Mohamedami jednocześnie?:) A przecież w krajach arabskich to raczej facet ma dwie żony, a nie kobieta dwóch mężów..

A tak na marginesie, to ogłoszenie takie nie ma szczególnej doniosłości prawnej. Ot, typowe ogloszenie "nie chcę mieć z nim nic wspólnego i nie odpowiadam za niego (a zwłaszcza za długi jego)".

wtorek, 29 grudnia 2009

Napisanie notki na ten temat chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu, a rolę "cyngla" (angielski "trigger" jest dużo bardziej adekwatny, niż jego polski odpowiednik) odegrał ten tekst, w którym znajdujemy następujący cytat:
"zmiany klimatyczne są niebezpieczne dla naszej planety, naszej gospodarki, naszych dzieci i wnuków"

No i właśnie. Czy na pewno? Nie zamierzam tu rozwodzić się nad tym, czy te zmiany faktycznie zachodzą i czy zachodzić będą (przyjmuję zdanie większości naukowców, nie wchodząc w detale). Interesuje mnie tylko określenie, na co w jaki sposób wpłyną, ewentualnie czemu mogą służyć takie czy inne proponowane rozwiązania. Powyższe zdanie nawet nie jest do końca reprezentatywne dla typowej dla problemu retoryki, ponieważ najczęściej - w moim odczuciu - używany jest argument "ekologiczny", czyli "niszczymy naszą Ziemię".

Otóż jest to - cytując śp. ks. Tischnera - g..o prowda. Ziemia liczy sobie parę miliardów lat (kreacjonistów uprzejmie prosimy na swoje blogi), życie na niej  pewnie z połowę tego, przeszło przez najrozmaitsze formy i przypadki, przeżyło rozmaite ciężkie ciosy, powodujące zagładę niemal całkowitą na poziomie zarówno globalnym, jak i lokalnym (vide Krakatau). A mimo to, zawsze sobie jakoś to życie radzi. Ziemia i życie na Niej liczą sobie bowiem czas w zupełnie innej skali, dla której jesteśmy ledwie epizodem. Czym więc będą dla Ziemi przejściowe (a nawet trwałe!) zmiany klimatyczne? Kolejnym epizodem lub epizodzikiem. Bywało na Ziemi i dużo cieplej, i dużo zimniej, i generalnie dużo nieprzyjaźniej (nawet mimo naszych starań).

Tak, jest jeden drobny szczegół: we wcześniejszych epizodach brakowało Czlowieka. Zmiany klimatyczne mogą zaś spowodować, że Człowiekowi będzie się na Ziemi żyło trudniej (bo nawet najczarniejsze wersje nie przewidują, by wskutek zmian klimatycznych ludzkość miała wyginąć).

Komu więc zagraża "globalne ocieplenie"? Nie, nie naszej planecie, Ona go nawet nie zauważy. Życiu też nie, ono najwyżej nieco zmieni swoje oblicze. Gejzerem hipokryzji jest przypisywanie zmianom klimatycznym całego zła w zakresie zmniejszania się bioróżnorodności Ziemi - działalność Człowieka od setek lat tak drastycznie Ziemi szkodzi, że naprawdę trudno bardziej (mój ulubiony cytat: "I ziemia [..] jeśli porównać z tym co dawniej to co dziś, jakby same kości z ciała, które choroba zjadła [...] został tylko chudy szkielet Ziemi"; to nie jest cytat z raportu Greenepeace, to jest cytat z Platona - za A.Trepka, Król tasmańskich stepów, 1980). Jedynym zagrożonym jesteśmy my (a właściwie jakość naszego życia), ale tego nie dałoby się tak ładnie "sprzedać".

Zastanawia przy tym histeria, jaka zaczyna temu towarzyszyć. Po fiasku szczytu w Kopenhadze pisano, że "że za 11 lat emisje gazów muszą być zmniejszone o 30-40 proc. w stosunku do 1990 r. - bo inaczej Ziemi grożą katastrofy na biblijną skalę". Że co? Wszystkie prognozy naukowców polegają na tym, że "w określonych założeniach, przyjmując za prawidłowe modelowanie zdarzeń, prawdopodobieństwo wystąpienia określonych zdarzeń jest o x% wyższe niż w innym przypadku". A tu nagle taki deadline (podczas gdy równie dobrze cokolwiek może się zdarzyć jutro, jak i za 100 lat).  Nieobce jest też uczucie manipulacji - parę dni temu GW opublikowała tekst "ABCO2 globalnego ocieplenia". Na sąsiedniej stronie znajdował się wywiad z pewnym biologiem, który mówiąc o zmianach klimatycznych, wskazywał, że jest to tylko jeden z czynników oddziałujących na przyrodę. No i z jakiegoś dziwnego powodu, kurat ten wywiad nie znalazł się na portalu Gazeta.pl, ani w dziale Biologia, ani w dziale Zmiany klimatu:P (dla zainteresowanych - tutaj znalazłem kopię, pod tekstem Ulanowskiego).

Ba, nawet jak się tak dobrze zastanowić, to nawet i samemu Człowiekowi zmiany klimatyczne niestraszne. Świat taki jaki jest, zdaje się nam taki znajomy, a przecież zmienia się on w zastraszającym tempie. Nasi pradziadkowie patrzyliby na niego zupełnie inaczej, a przecież i 200-300 lat temu, przed eksplozją rewolucji przemysłowej, Człowiek żył w najlepsze tak, jak mu natura zagrała. A dzisiaj okazało się, że kiedy już prawie-prawie ujarzmiliśmy świat, to nagle jego zmienność zaczyna nam przeszkadzać, i za naście-dziesiąt-set lat życie takie, jak dzisiaj może nie być możliwe. Co nawiasem mówiąc zresztą jest zupełnie niezależne od zmian klimatycznych.

Na zakończenie refleksja, która też mnie nachodzi ostatnimi czasy - a co jeżeli globalne ocieplenie jest odpowiedzią Matki Ziemi na nasze istnienie i zachowanie? Strugaccy wymyślili kiedyś Homeostatyczny Wszechświat, który starał się utrudnić zniechęcać naukowcom do odkrywania pewnych tajemnic rzeczywistości. A jeśli Ziemia chce nas do czegoś zniechęcić..?

Ponieważ nie wiem, czy jeszcze będzie mi się chciało coś w tym roku napisać - na wszelkim wypadek już teraz życzę wszystkim: Wesołego, lecz Spokojnego Roku 2010!

piątek, 25 grudnia 2009

Junior pracowicie uczy się nazw ulic, z którymi miewa styczność. W swojej okolicy recytuje już chyba wszystkie, a i jak się wybierze do centrum miasta, to i wtedy stara się zapamiętać nazwy (nie dla samego rzucania nazwami, lecz wiążąc je z właściwymi miejscami). Później natomiast zaczyna się radosne przetwarzanie tych nazw na własny użytek. Po ostatniej wycieczce do miasta, na spotkanie ze świątecznym tramwajem, opanował parę nazw w ścisłym centrum (czym się chwalił zaraz po powrocie do domu). W wieczornej kąpieli, kiedy bawił się samochodzikiem, Ojciec nagle usłyszał, że auto jedzie ulicą Marszawską (łatwe do rozpoznania), potem ulicą Kitnicką (to już zupełnie własna kreacja), a wreszcie ulicą Szóstego Muzeum. To ostatnie było dla Ojca prawdziwym zaskoczeniem (Matka po namyśle znalazła w tym nawiązanie do ulicy Trzeciego Maja) i - nie przeczę - źródłem małego podziwu. Na koniec kąpieli Junior dodał jeszcze ulicę Dziewiętnastego Sznurka, ale tu prostą inspiracją były nazwy pochodzące od historycznych nazw ulic, które Rodzice sobie nieopatrznie wtedy na głos przypomnieli (Piętnastego Grudnia;) - kto pamięta, skąd taka nazwa?), a Junior zdradzał już wtedy objawy szybko rosnącego zmęczenia..

14:55, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 grudnia 2009

Buszując między półkami w jednym ze sklepów (szukając właściwie ostatneigo drobiazgu), wypatrzyłem coś. Coś, co skłoniło mnie do natychmiastowego sięgnięcia po telefon i zadzwonienia do przyjaciela. Na półce stała nowa wersja starej gry, znanej każdemu, kto ma dzisiaj 30+ lat. Połączona z inną kultową serią. Stara, poczciwa gra w okręty (jeden czteromasztowiec, dwa trójmasztowce, trzy dwumasztowce, cztery jednomasztowce, pole 10x10), na planszach w kształcie hełmu szturmowca, pod dumną nazwą Star Cruiser Attack. Wookie mógłby w to zagrać zamiast w gwiezdne szachy:)

star cruiser attack game

Wesołych Świąt wszystkim starwarsowym fanbojom oraz całej reszcie - po raz trzeci.

środa, 23 grudnia 2009

Wyglądam sobie przez okno i patrzę, jak sąsiad dziś wieczorem pracowicie udekorował dom kolorowymi, migającymi światełkami. Nie żeby wcześniej miał ciemno i głucho - po prostu dołożył ze dwa kolejne sznury lampek. I tak z roku na rok, prawie każdy w ogródku, na balkonie czy fasadzie coś dokłada, żeby było bardziej kolorowo, bardziej migająco, bardziej rzucająco się w oczy (można by złośliwie napisać, że ma być bardziej, niż u somsiada). Tego akurat raczej i tak nie przebiją:) Z roku na rok też coraz wcześniej ludzie zaczynają - taki "zwyczajowy" termin to podobno dwie niedziele przed Bożym Narodzeniem, ale pierwsze światełka tego roku widziałem co najmniej tydzień wcześniej.

Nachodzi mnie przy tym nieodmienna myśl, że na takie właśnie zastosowania, energia elektryczna powinna być znacznie droższa (zeszłej zimy omal-omal popełniłem o tym notkę). Może tej zimy uda mi się ten aspekt ekonomiczno-ekologiczny lepiej rozwinąc, choć wigilia Wigilii to nienajlepszy na to czas.

Ale przyznam szczerze, per saldo po zmroku wygląda to wszystko całkiem przyjaźnie. Pójdę któregoś wieczora na spacer z dzieckiem, niech popatrzy (teraz wieczory będą ciut cieplejsze, niż tydzień temu). Spojrzymy też na nasze światełka:) (trzy sznury, dwa migające na smreku, jeden kolorowy na balkonie - nowy..)

Wesołych Świąt, po raz drugi.

W sieci znaleźć można najdziwniejsze rzeczy. Ktoś znalazł, przysłał, a ja też się podzielę:)

Życzenia Prawnicze
złożone Tobie (zwanej lub zwanemu poniżej: "Przyjmującym Życzenia") przeze mnie (zwanego poniżej: "Życzącym").
Przyjmij proszę, z wyłączeniem wyraźnej lub domniemanej mocy wiążącej, najlepsze życzenia przyjaznych środowisku, świadomych społecznie, bezstresowych, nieuzależniających i neutralnych płciowo świąt przesilenia zimowego, celebrowanych w ramach tradycji wyznania religijnego albo praktyk świeckich wedle wyboru Przyjmującego Życzenia, w szczególności zgodnie z tradycją Bożego Narodzenia, Chanuki lub Kwanzy, z zachowaniem należnego szacunku dla religijnych lub świeckich przekonań lub tradycji osób trzecich, albo ich wyboru niepraktykowania żadnych religijnych ani świeckich tradycji, jak również finansowo korzystnego, osobiście pomyślnego oraz medycznie nieskomplikowanego przebiegu ogólnie przyjmowanego roku kalendarzowego 2010, z zachowaniem należnego szacunku dla kalendarzy przyjmowanych przez mniejszości narodowe, etniczne lub wyznaniowe, bez względu na rasę, wyznanie, poglądy polityczne lub filozoficzne, kolor skóry, wiek, stopień spawności fizycznej, wybór platformy komputerowej, lub preferencje seksualne Przyjmującego Życzenia.
Przyjęcie niniejszych życzeń oznacza jednoczesne przyjęcie następujących warunków i zastrzeżeń.
Niniejsze życzenia podlegają dalszemu sprecyzowaniu, wycofaniu lub odwołaniu przez Życzącego bez zachowania jakichkolwiek terminów wypowiedzenia oraz bez potrzeby uzasadnienia. Niniejsze życzenia mogą być nieodpłatnie przenoszone przez Przyjmującego Życzenia w niezmienionej treści na rzecz osób trzecich. Niniejsze życzenia nie implikują żadnej obietnicy ze strony Życzącego do rzeczywistego wprowadzenia w życie któregokolwiek z wyżej wymienionych życzeń, a w szczególności nie stanowią oferty w rozumieniu odpowiednich przepisów prawa. Jakiekolwiek fragmenty niniejszych życzeń sprzeczne z bezwzględnie obowiązującymi przepisami prawa należy uznać za niezłożone, bez wpływu na pozostałe fragmenty życzeń. Niniejsze życzenia nie mają wartości finansowej.
Życzący gwarantuje działanie niniejszych życzeń zgodne z powszechnie przyjętym działaniem życzeń w zakresie dobrych wiadomości przez okres jednego roku albo do chwili wydania kolejnych życzeń świątecznych, którekolwiek z tych zdarzeń nastąpi wcześniej. Gwarancja jest ograniczona do wymiany niniejszych życzeń lub wydania nowych życzeń, bez potrzeby uzasadnienia przez Życzącego.

Stare, ale zawsze dobre:) Wesołych Świąt po raz pierwszy!

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Czy może raczej Widelca. Widelca.pl (drzewiej aka pobandzie.pl). Mam więcej pomysłów na nowe notki, niż czasu na ich przemyślenie, ale teraz jakoś nie umiałem się opanować.

Zobaczyłem na portalu akcję charytatywną "Wylicytuj koszulkę Mai Włoszczowskiej i zostań świętym Mikołajem". I pomyślałem sobie, że licytacja zyskałaby znacznie większą popularność, gdyby zwycięzca aukcji tę koszulkę mógł zdjąć z donatorki. Nie chce mi się sprawdzać, czy Zczubacy lub ci od Widelca (przy rowerzystce niezła nazwa, nomen omen), też już coś podobnego napisali:)

Maja Włoszczowska w koszulce podarowanej na aukcję

Precz z hipokryzją - w końcu w życiu czasem chodzi o to, żeby sobie popatrzeć na coś* ładnego. I . . . . . pomarzyć:) (zwłaszcza u progu kryzysu wieku średniego, [progu] wejściowego lub wyjściowego)

PS. *"Coś" może się wydawać nieco niezręczne, ale "myśl" miała charakter szerszy - nie tylko kobietę (w tańcu), lecz i konia w pełnym biegu, fregatę pod pełnymi żaglami, etc. A poza tym, to w końcu bzdurno-seksistowska notka.

niedziela, 20 grudnia 2009

Kiedy oglądałem (na Eurosporcie) ostatni konkurs skoków w Engelbergu, w pewnej chwili uwagę kamerzysty na dłuższą chwilę przykuł pies. Jakiś sympatyczny kundel (kto wie, może i rasowy), jasny w ciapki (umaszczeniem tułowia mógł przypominać dalmatyńczyka, ale z pyska bliższy był wyżłowi), łaził po śniegu nie przejmując się wyczynami skoczków i emocjami publiczności. Poczułem się jednak mocno zbulwersowany, kiedy kamerzysta nie odpuścił mu także wtedy, kiedy pies zaczął pracowicie sikać na jakąś stertę śniegu. Nie, nie chodzi mi o to, że to było obrzydliwe (choć nic w tym przyjemnego). Po prostu jak tak można psa bez jego zgody filmować w tej w sumie dość intymnej sytuacji i transmitować na cały świat. I to jeszcze w jakości HD:)

19:24, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »

Był pamiętny rok 2001. Adam Małysz był wtedy prawdziwym Hegemonem Skoczni - patrząc w kalendarz, wszystkie jego sukcesy z najlepszego okresu miały miejsce właśnie w roku kalendarzowym 2001. Pierwsza eksplozja wielkiej formy nastąpiła wprawdzie jeszcze w ostatnich zawodach 2000 roku, ale najważniejsze skoki w wygranym TCS były już w 2001, w którym wygrał 17 zimowych konkursów pucharowych i zdobył swój pierwszy tytuł mistrza świata.

I pod koniec tego roku 2001, w szczycie małyszomanii, przyszedł nagły zwrot akcji. Kiedy wszyscy odliczali  dni do historycznego wyczynu, jakim miało być wygranie wszystkich czterech konkursów TCS (co wcale nie wydawało się niemożliwe, kiedy Małysz wygrał 6 z 9 konkursów na początku sezonu), eksplodowała wielka forma Svena Hannawalda, który sprzątnął Małyszowi sprzed nosa zaszczytny tytuł pierwszego (i nadal zresztą jedynego). Stał się przez to wśród polskich kibiców (małyszofanów byłoby może lepiej) Wrogiem Publicznym Numer Jeden, bo nie dość, że podważył pozycję Mistrza z Wisły, to jeszcze w najlepsze zabierał się do jego całkowitego zdetronizowania (atak na liczbę wygranych konkursów z rzędu, poważne zagrożenie dla prowadzenia w klasyfikacji Pucharu Świata). A na dodatek tuż-tuż były Igrzyska w Salt Lake City..

Na olimpijskiej skoczni Hannawald nadal był lepszy od Małysza. Na [średniej] go pokonał, na [dużej] też skakał dalej, lecz przeszkodził mu upadek już po dobrej chwili od wylądowania (nawet Niemcy twierdzili, że miał miejsce za linią oznaczającą koniec strefy lądowania, gdzie nie upadek nie powinien się liczyć). Ale indywidualnych tytułów Hannawald nie zdobył, bo - jak w poprawnie napisanej fabule -  nastąpił kolejny zwrot akcji i wszystkich zdeklasował młody Szwajcar Simon Ammann (Hannawaldowi został "na pocieszenie" tytuł mistrzowski w drużynie, też w dramatycznych okolicznościach, bo po ostatnich skokach Schmitta i Ahonena okazało się, że Niemcy wygrali o 0,1 pkt).

I tak sobie myślę - czy gdyby Simon Amman w Salt Lake City znienacka odebrał oczekiwane tytuły Małyszowi, a nie Hannawaldowi, to czy małyszofani potraktowaliby go tak samo, jak Niemca?

Cała historia przypomina mi się, kiedy patrzę jak w tym sezonie Ammann ze Schlierenzauererm deklasują rywali. Ale TCS zaczyna się dopiero po Świętach, a do Igrzysk w Vancouver (znowu za Oceanem!) jeszcze ponad 50 dni, więc kto wie..

19:05, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2