Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
czwartek, 30 grudnia 2010

Sa takie kawałki, które lubimy właściwie nie wiadomo za co. W tym konkretnym przypadku bierze mnie energia, którą całość kipi, i to powiedziałbym taka niezła energia, jakąś rolę odgrywa zapewnie jakość zabawy na syntezatorach (w jakiejś chwili zastanawiałem się czy nie maczał w tym palców Chris Lowe) i młodzieżowe wspomnienia dyskotekowe (odrzucam kategorycznie wszelkie sugestie wizualne, bo teledysk po raz pierwszy widziałem.. wczoraj, jak i tropy filmowe, bo za tym konkretnym filmem, z którym kawałek jest związany, szczególnie nie przepadam).

Znakomicie się ten kawałek nadaje na zimowe imprezy typu sylwestrowego (czy ja już nie wspomniałem dyskotekowości), więc jak znalazł. A jeszcze na dodatek ktoś mi go puścił w radio, w mroźny dzień było jak znalazł.

Taaaak. Głupio, czy nie, jak już zacząłem o nim pisać, to konsekwentnie do końca:) A zatem, lejdis and ge..coś tam: Geri Halliwell, It's raining men (tu sto nieskoordynowanych ruchów). I na rozgrzewkę go!

środa, 29 grudnia 2010

Natrafiłem na nich wiele lat temu, trochę przypadkiem, bo najpierw weszliśmy na stronę typu "światowy Pajacyk", czyli bliźniaczy The Hunger Site. Uznałem, że dwa grzyby w barszcz to za dużo (w Pajacyka klikałem wtedy regularnie), i zacząłem regularnie odwiedzać stronę lasów deszczowych, nawet chyba kiedyś miałem ją ustawioną jako startową. Zasada ta sama jak w przypadku Pajacyka - za każde kliknięcie (nie więcej niż raz dziennie z jednego komputera, a może IP) sponsorzy płacą parę groszy, a metodą ziarnko do ziarnka zbiera się niemała suma, przeznaczana na zapewnienie ochrony kolejnego kawałka tropikalnych lasów deszczowych (dokładne dane się zmieniają, z szybkich przeliczeń wynika, że jedno kliknięcie w ostatnich dniach dawało środki na ochronę 1 metra kwadratowego lasu).

Dzisiaj jakoś tak przyjrzałem się uważnie wynikom i zacząłem sobie przeliczać. W ciągu już 10 lat istnienia serwisu (od maja 2000, aczkolwiek chyba z przerwą), udało się zapewnić ochronę lasów o powierzchni 269 kilometrów kwadratowych, czyli mniej więcej porównywalnej z łączną powierzchnią miast Katowice, Chorzów i Ruda Śląska. Rezerwat dżungli tej wielkości to chyba już coś.

Ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, więc zapraszam do klikania. Z boku dorzuciłem bezpośredniego linka z wypasioną ikonką (ile mnie to cichych przekleństw kosztowało, lepiej żebyście nie wiedzieli).

21:33, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »

Już chyba kiedyś pisałem, że na wielkich imprezach typu mistrzostwa świata lubię wypatrywać zawodników z krajów mniej lub bardziej egzotycznych, w tym sensie że na innego rodzaju zawodach zazwyczaj się nie pojawiają, z racji czy to mniejszego zainteresowania, czy zbyt niskiego poziomu (na wielkich imprezach silniejsze państwa mają zwykle ograniczone liczebnie kadry, przez co konkurencja jest mniejsza). W przypadku skoków narciarskich egzotami takimi są ostatnio Chińczycy czy Kanadyjczycy, a od wielu lat także Bułgarzy.

Bułgarzy ze sportami narciarskimi jakoś odruchowo sie nie kojarzą, pewnie dlatego, że Bułgaria nad ciepłym morzem leży - a przecież gór u nich dostatek, i rozmaitych narciarzy też sobie wychowali. Z najbardziej zamierzchłych czasów majaczą mi jakieś postaci bułgarskich skoczków, ale prawdę mówiąc, ostatnie dekady mają mniej więcej takie, jak Słowacy (albo jak my przed Mateją), dlatego też udział bułgarskiego skoczka w zawodach głównych jest w XXI wieku czymś wciąż zaskakującym.

Ostatnio delegatem Bułgarów na zawody skoczków jest niejaki Władimir Zografski, urodzony niecałe dwa lata wcześniej, niż Małysz rozpoczął karierę międzynarodową. I w Engelbergu, w swoich bodajże szóstym występie w Pucharze Świata, udało mu się dostać do drugiej serii. Przypadkowość w skokach jest niemała (wystarczy korzystny rozkład podmuchów wiatru, nawet w nowym systemie), ale dwa dni później Zografski powtórzył swój wynik. Dziś w Oberstdorfie też zakwalifikował się do drugiej serii - choć teoretycznie w systemie KO jest to prostsze (bo wystarczy skoczyć ciut lepiej od jednego rywala, nie patrząc na innych), ale całkiem przyzwoitym skokiem, w drugiej serii spisał się nie gorzej. W sumie oddał dwa dobre skoki, równiejsze od Orła z Wisły, i zajął 16. miejsce, o 9 lokat wyżej od Rakiety z Zębu. Taki optymistyczny bułgarski powiew świeżości na skoczni.

PS. Tytuł notki pożyczyłem od śp. Janusza Atlasa, który swego czasu napisał w Piłce Noźnej (w czasach kiedy pracowali tam fachowcy) "jest jeden cudny piłkarz choć Bułgar". Za odgadnięcie nazwiska tegoż nagród się nie przewiduje:)

Tagi: narty skoki
20:41, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 grudnia 2010

Jest niedaleko ode mnie na osiedlu taki jeden dom. Dom ten jest otoczony solidnym metalowym płotem, przyozdobionym kutymi motywami roślinnymi:

motyw roślinny na płocie...

Ilekroć przechodzę mimo, chętnie sobie zerkam. Płot taki może się oczywiście podobać lub nie, de gustibus.., ale ja zawsze zerkam na to, co wymyślono przy okazji - jak jeszcze wykorzystano ten motyw roślinny:

..ale za to jak ładnie maskuje skrzynkę gazową

Skrzynki gazowe nigdy pięknie nie wyglądają, a tak jednak przynajmniej trochę ją zamaskowano.

Tagi: fotka lato
21:08, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 grudnia 2010

To było pod koniec ubiegłego tysiąclecia, pamięć uporczywie sugeruje datę 1998, chociaż tzw. twarde źródła mówią o 1999. Do Gazety Wyborczej dołączono wtedy zasponsorowaną przez operatora telekomunmikacyjnego płytę "Moje kolędy" sygnowaną przez Zbigniewa Preisnera, wtedy jeszcze niesionego falą popularności Wielkiego Współpracownika Kieślowskiego. Podszedłem do niej sceptycznie, zarówno z uwagi na gratisowy charakter, jak i na modność nazwiska Preisnera (choć skądinąd uwielbiałem jego muzykę do "Podwójnego życia Weroniki"), aczkolwiek ciepła wypowiedź pewnego niezwykle krytycznego znajomego dała mi trochę do namysłu. Zacząłem więc słuchać raz, drugi, piąty..

Od tej pory nie wyobrażam sobie Świąt bez tej płyty, ba, zdarzało się, że musiałem się zmuszać do włożenia do odtwarzacza jakichś kolęd klasycznych. Trupa Piwnicy Pod Baranami (Preisner pełni tu rolę szyldu) wytworzyła dzieło po prostu cudowne dla ucha i ducha, ciepłe, cieplutkie, urokliwiutkie; nawet jeżeli tekst w paru miejscach tworzy straszliwy kontrapunkt - żeby nie powiedzieć dysonans (słuchając Anny Szałapak w "Betlejem Polskim" żałuję wręcz, że rozumiem po polsku). Można się z nimi zamknąć w pomieszczeniu i zapomnieć o świecie, trafiają w moją polską czy nawet szerzej słowiańską, a może zwyczajnie ludzką duszę niczym Azazello w siódemkę pik.

Szybkie poszukiwanie sugeruje, że zbiór ten bywał w ostatnich latach wypuszczany na rynek w limitowanych seriach, może dla kolekcjonerów, może na prezent, a może dla tych, którzy zagubili jeden z setek tysięcy gratisowych egzemplarzy. Mój grzecznie leży na swoim miejscu, skopiowany na płycie i do plików, i pobrzmiewa na świąteczne życzenie.  Kto jeszcze nie zna, niech poszuka - a na zachętę Beata Rybotycka i "Kolęda dla nieobecnych". Ja też oddalam się słuchać tej najcenniejszej gratisowej płyty w historii.

(Preisner pełni tu rolę szyldu)
sobota, 25 grudnia 2010

Jednym z elementów wspomnienia Świąt mojego dzieciństwa jest puszczana zawsze przy Wigilii płyta z kolędami w wykonaniu jakiegoś "Śląska" czy "Mazowsza". Była to oczywiście czarna płyta (jeśli będzie czytać tę notkę jakiś młodziak - takie coś jak na tym filmie od 1:33), która zgodnie z najlepszymi tradycjami tego rodzaju płyt w pewnej chwili (na szczęście bliżej końca) zaczynała przeskakiwać i brzmiało "niech się Najświętsza Panienka nie gniewa nie gniewa nie gniewa nie gniewa...", dopóki ktoś się nie dźwignąl szturchnąć igłę w adapterze (co to była za kolęda swoją drogą?).

Minęły dekady, a nawet wiek i tysiąclecie, kolęd z czarnych płyt już nikt nie puszcza, kiedy są CD, DVD, MP3 etc. Włożyłem wczoraj do odtwarzacza jakiegoś poczciwego legalnego CD-ka. "Mazowsze" pośpiewało, aż tu nagle zaczyna się zapętlać. Myślę, albo odtwarzacz przybrudzony, albo płyta się psuje, więc wkładam inną, po chwili podobnie. Dzisiaj wyciągnąłem płytę czyszczącą, przepuściłem grzecznie, wracam do kolęd - zapętla znowu, czyli jednak płyta. A że prościej skopiować co swoje niż biegać po serwerach, to popołudniu buch do komputera, zobaczyć co się uda uratować zgraniem do MP3. Zgrało, powiedziało że bez błędów.

Odpaliłem kolędy w laptopie. Pograło ślicznie, aż do tego samego miejsca co zwykle. Pierwszy raz w życiu usłyszałem zaciętą, zapętloną empetrójkę. Nawet playera zawiesiło.

Stare płyty trzymają sie mocno:)

piątek, 24 grudnia 2010

Każdy ma swoje, ukryte lub jawne, młodzieńcze fascynacje. Ci, którzy wiek nastoletni mają już dawno za sobą, wspominają te fascynacje z nostalgią, nawet jeśli dzisiaj graniczy to dla nich samych z obciachem.

Zagrali dzisiaj w Trójce piosenkę świąteczną, która w swoim czasie (a long time ago, in a galaxy far far away) była również przedmiotem mojej fascynacji, wyznam: zarówno muzycznie, jak i wizualnie z uwagi na jedną z bohaterek teledysku. Piosenki zasadniczo mogę słuchać dziś tylko w trybie karaoke, zadałem sobie natomiast Stachurowskie pytanie: kim właściwie była ta piękna pani z tego teledysku? Nie żeby było to pytanie bardzo oryginalne - na Yahoo Answers zadano je tysiąclecie temu - ale w każdym razie znalezienie odpowiedzi sprawiło mi małą przyjemność. Mniejszą sprawiły mi jej zdjęcia:

Kathy Hill 2010 AD

Cóż... ćwierć wieku robi swoje. Dla równowagi, jej - hmmmm - partner z teledysku w wersji już nie tak ślicznej młodzieńczej:


george michael AD 2010

Tacy wszyscy byliśmy piekni i młodzi, na szczęście zostało i.

PS. Jak ktoś się zastanawia, czemu mi wtedy wpadła w pamięć, niech trzynaście razy przeczyta słowa "byłem nastolatkiem" i zajmie świątecznym karaoke:

Last Christmas, I gave you my heart
But the very next day, You gave it away
This year, to save me from tears
I'll give it to someone special
da capo al fine

Ja spadam kolędować. Wesołego przy Świętach!

czwartek, 23 grudnia 2010

Przed Bożym Narodzeniem dużo czasu spędza się w rozmaitych sklepach. Ja też spędziłem ostatnio jakieś dwie godziny w największym centrum handlowym w okolicy (jak je budowano, to je wyliczano jako drugie największe w Polsce), i rozglądając się na wszystkie strony w poszukiwaniu inspiracji, odnosiłem wrażenie, że spotyka się tam ciut innych ludzi, niż gdzie indziej; pomiędzy takimi co zawsze, dostrzegałem dużo chętnych do lanserki (jeżeli w centrum handlowym słowo lans jest w ogóle na miejscu). Ale ja do centrów handlowych chodzę zwykle w dość ściśle określonym celu, więc się nie znam.
A swoją drogą, żeby - nawet w superpromocji - łosoś był tańszy od karpia...

W mediach huczą, że Święta tego roku mają być bardziej szare niż białe, bo odwilż. Faktycznie, panta rhei:) natomiast domyślam się, co czują na Pomorzu słuchając takich zapowiedzi. U nich odwilż objawia się okresowym utrzymywaniem się jednocyfrowego mrozu, więc o szarości to by chyba w tej chwili pomarzyli. Przyznam, że ostatnimi czasy to jakoś u nas pogoda odbiegała od tej wersji ogłaszanej centralnie na podstawie danych dla Warszawy i okolic, gdzieś może nawet cień schadenfreude mignie.

A na drogach jakoś mam wrażenie pusto się zrobiło, i nie bardzo wiem, czym to sobie tłumaczyć.

Wszystkim, którzy będą czytać tę notkę, zarówno bywalcom, jak i tym, którzy wpadną przez przypadek, już teraz (bo nie wiem, czy jeszcze coś w najbliższych dniach napiszę) najserdeczniej życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

00:43, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 grudnia 2010

Jak dla mnie wiadomością dnia jest, że związkowcy z Sierpnia'80 organizują protest przeciwko robieniu zakupów w Wigilię i Sylwestra. Protest odbywa się pod hasłem "ludzie chcą spędzić Święta z rodzinami".

Zasadniczo zgadzam się, jeżeli idzie o Wigilię. Staram się nie robić wtedy zakupów (co najwyżej chleb o poranku), tak samo jak zresztą staram się nie robić zakupów w niedzielę. Wigilia Bożego Narodzenia to jednak chyba najważniejszy dzień w roku w polskiej tradycji, nawet dla tych, którzy nie podchodzą do Świąt w sposób religijny, i im szybciej wszyscy będą mogli się znaleźć w domu, tym lepiej (aczkolwiek w zamierzchłych czasach komuny jakoś tak bywało, że Wigilia bywała zwykłym dniem roboczym i mimo to ludzie jakoś te Wigilie w domu organizowali).

Straszliwym samobójem jest natomiast połączenie sprawy Wigilii w jeden pakiet ze sprawą Sylwestra. W świętowaniu ostatniego dnia starego roku nie ma przecież nic rodzinnego, jest to okazja, żeby wspólnie pochlać, postrzelać sztucznymi ogniami o północy, względnie spędzić czas na mniej lub bardziej uroczystej zabawie w mniej lub bardziej przypadkowym towarzystwie. To już bardziej imieniny ciotki są świętem rodzinnym, bo przynajmniej można przyjąć, że ludzie się wtedy faktycznie z rodzinami spotykają. I naprawdę nie widzę powodu, żeby w Sylwestra szczególnie przyspieszać czas zamknięcia sklepów, na kogo wypadło, na tego bęc.

A swoją drogą ciekawe, jak daleko jesteśmy od momentu, kiedy markety układając grafiki na Wigilię, wyznaczą tam przede wszystkim tych, dla których ze względów religijnych i tradycyjnych jest to taki sam dzień jak każdy inny.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Jechałem dzisiaj do roboty, tą samą drogą co zawsze, ciesząc oczy (inne zmysły i umysł), że oto droga czarna i mokra, rzecz niewidziana od paru tygodni. W tym stanie lekkiej euforii oderwałem aż wzrok od jezdni (nic w zasięgu wzroku akurat nie jechało) i wesoło omiotłem wzrokiem świat dokoła. I wtedy zauważyłem, że w lesie za drzewami widać wyraźny kształt nasypu kolejowego.

Jeżdżę tą drogą od kilku lat niemal codzienie. W lecie leśna zieleń jest na tyle gęsta, że ten nasyp zasłania. Zimą człowiek skupia uwagę przede wszystkim na drodze, a jeżeli akurat nie ma warunków zimowych, to zwykle jest jakoś na tyle ponuro, że się w głąb lasu patrzeć nie chce (a jeśli już, to na ten po drugiej stronie, zaś przy powrocie jest zwykle ciemno i takoż nie widać).

Sekunda namysłu pozwala stwierdzić, że tor tam oczywiście być musi, bo biegnie równolegle do drogi od najbliższej stacji, do przejazdu kolejowego na drodze biegnącej od "mojego" skrzyżowania. A jednak ten oczywisty fakt tak długo uciekał mojej uwadze, może dlatego, że do niczego nie był potrzebny - a dzisiaj po prostu między zimowymi pniami po prostu go było widać.

 
1 , 2