Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rozpoczynamy wczesnowieczorne obchody Nowego Roku dla młodzieży (młodzież w składzie domowym wyłącznie). Junior grzebie na podłodze w serpentynach i balonikach, a Matka poszerza mu horyzonty, cierpliwie opowiadając o tym i owym. Jako że z głośników płyną walce wiedeńskie, jednym z tematów opowieści jest walc ("nie walec!" kontruje z boku Ojciec pomysły Juniora), koncert noworoczny filharmoników wiedeńskich oraz Straussowie. Junior się wsłuchuje w te opowieści, po czym upewnia się:
- To te walce pisali ojciec syna i jego syn? 

No to pogralim.

Tak się zasadzałem na ojczulka escefaua (superchytry plan na niego wymyśliłem, a co), a tu taki jeden niepozorny nam wyskoczył jak zza krzaka. Pokombinował, pokombinował, chłopów jak jawory na boisko wystawił. (Czy mieli jaja jak jaworowe orzeszki, suponować nie będę, lepiej będzie rzec, że ich skrzydełka poniosły tej jesieni, wszak jawor to klonu gatunek; wystarczyło, że Jaworowy trener jaja miał jak ze stali, wystawił rozmaitych ze szkółki swej leśnej, Wszołków i Traorów jednych, dołożył do tego starych serbskich krzyżowców; może-ć to nos w sumie był, nie jaja, no nie znam chłopa osobiście, by o jego anatomii rozprawiać, umiał ci on jednak i do lewicy przerzucać).

jawor klon owoce orzeszki skrzydełka Wikipedia

A i gierki psychologiczne u niego, jak u jakiegoś Czesława Murinio. Ponaśmiewał się z niedysponowanych, ponaśmiewał, to aż z młodziaka Koseckiego zrezygnowałem (co dychawiczny był akurat nieco), na zatracenie go puściłem. Wiedział ci on, że w młodziaku jego zguba, bo punktów by mi stado przyniósł, a ja mu się podpuścić dałem. 

Ot, zimę muszę przeczekać, siekierę ostrząc, wiosną - jak mi Bóg miły - zetnę, choćby się łbami tatarskimi obstawił. Ale czujny być muszę, bo ta sprytna bestia mi gotowa siekierę schować albo wyszczerbić. Yavoro go zwą, czuj duch!

niedziela, 23 grudnia 2012

Czas przedświąteczny zimny jest jedynie na zewnątrz, wewnątrz domów zaś praca wre na wszystkich frontach. Najprzyjemniejsza (może poza dekorowaniem) jest robota w kuchni, której szczególnie wtedy nie brakuje, bo człowiek w imię tradycji zmusza się/pozwala sobie na rozmaite ekscesy, o innej porze roku niespotykane, szykowane całymi dniami (jeśli nie tygodniami).

Wpadło mi do głowy, żeby z kuchennych przygotowań zrobić blogową relację na żywo. Ostatecznie mi to z głowy wypadło, kiedy sobie pomyślałem o kłopotach przy pracach, od których ręce stają się mocno zabrudzone (a czeka mnie m.in. oprawianie ryb, laptop aż jęknął na myśl o kontakcie ze mną w takiej sytuacji). Niemniej próbka relacji wyglądałaby następująco:
14.45 łupię orzechy
14.50 mieszam kapustę
14.55 wciąż łupię orzechy
15.00 znów mieszam kapustę 
15.05 łupię inne orzechy...
(na faktach, jak mawia znajomy opowiadając dowolny dowcip). Równie atrakcyjnie wyglądałaby trzygodzinna relacja z kulania malutkich okrągłych ciasteczek (element konieczny świątecznego rytuału), ale to jest zwykle odprawiane wieczorami i z pewnym wyprzedzeniem). 

Tym, którzy chcieliby pomyśleć, że przesadziłem z tytułem, wyjaśniam, że przy bawieniu się z bakaliami i makiem (nie zapominając o kapuście), dwukrotnie zdążyłem wysłuchać w całości "Czterech pór roku" Vivaldiego (a jak doliczyć, że mi gupi jutub zerwał odtwarzanie nagrania berlińskich filharmoników pod batutą Karajana, to będzie prawie dziesięć pór roku).

Wesołych Świąt po raz drugi i w pełni sprawnych organów układu pokarmowego!
 

sobota, 22 grudnia 2012

Święta za pasem, a po Świętach zaraz Turniej Czterech Skoczni. Naskrobałem o tym na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl, o tu:
To jest turniej dla długowiecznych,
a poza tym jakby ktoś nie czytał, to pisałem ostatnio zarówno o sportach zimowych:
Aerodynamiczne właściwości warkoczy
jak i niezimowych:
Chitalu, Messi, Wilimowski
Gortat Lewandowski


 

21:18, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »

Ojciec pyta Juniora:
- Co tam rysujesz?
- Mumermana - pada odpowiedź.

Ojciec czuje się zaintrygowany, zaczyna dopytywać i doglądać. Junior siedzi nad zeszycikiem z zestawem naklejek ze Spidermana, który dostał jako szkolny prezent podchoinkowy. Niektóre z nich ponaklejał tu i tam, potem je naklejone obrysował.

- To gdzie jest ten cały Mumerman? - pyta Ojciec.
- Tu, obok Spidermana - odpowiada Junior. 
I pokazuje mniej więcej na taki obrazek:

Spiderman Mumerman wiki 

Znaczy, tego czarnego ochrzcił. 

czwartek, 20 grudnia 2012

Święta za pasem, trochę czasu spędziłem ostatnio w placówkach handlowych. Pomysłowość handlowców, przyznam szczerze, zaczyna przerastać moją wyobraźnię, to co opisywałem ostatnio, to doprawdy nic w porównaniu z tym, co szykują na świąteczne żniwa. 

Oczywiście gdzie tylko może dominuje licencja i franczyza, wszystko może być ozdobione czy wystylizowane na wszystko, dowiedziałem się o istnieniu lalek-potworków, kreskówek z lalkami-potworkami i zestawów do przebierania się za lalki-potworki. Wzdycham z ulgą, że moje dziecko na razie nie jest targetem tego rodzaju gadżetów. 

Znacznie bardziej mnie przybiło, co się wyrabia ze starwarsowym dziedzictwem, i to jeszcze zanim Disney wygodnie się na nim rozsiadł. Pal sześć karty i klocki, nie bez rozbawienia obejrzałem szachy z bohaterami wczesnej i późnej młodości (myśliwce jako pionki, Luke z Yodą na plecach jako skoczek, Leia jako królowa, a może jako król?). Szczęka mi opadła jednak na widok połączenia dwóch licencji - czyli zestawu Star Wars Angry Birds: zbuduj sobie zamek i go rozwal z wyrzutni latającym Hanem... 

No i oczywiście jest moda na kolekcje, w sensie zamiast jednej książki danego autora kup od razu cztery, na przykład. Nie wiem tylko co zrobić, jak już jedną czy dwie książki z zestawu mam (ja albo dowolny ostateczny odbiorca), zwłaszcza że wydać muszę już sumkę pokaźniejszą (niby okazja, 25 za sztukę, ale w sumie stówa). Cały czas fascynuje mnie, dlaczego obok siebie leżały dwa zestawy House'a: jeden obejmował sześć sezonów i kosztował siedem stów, drugi obejmował osiem sezonów i kosztował sześć stów. Oczywiście może ten krótszy był bardziej wypasiony, ale ja sensu wciąż nie widzę, wybaczcie. Wszystko przebijał jednak podręczny zestaw Mozarta, podręczny bo wszystko w jednym miejscu: komplet (podobno) dzieł, 170 płyt. W sumie w okazyjnej cenie, bo tańszy od tego House'a. 

Wesołych Świąt po raz pierwszy i nie zwariujcie!

poniedziałek, 17 grudnia 2012

No i proszę, człowiek niby uważa na to co robi, a tu nagle trach! i jestem wplątany w jakiś łańcuszek. Wprawdzie na co dzień mam do takich rzeczy stosunek tak mocno olewniczy... nie, złe słowo w dzisiejszych czasach, powiedzmy więc zbutatraktujący, ale jakoś tak nie wypada sąsiadce, więc dla towarzystwa Cygan....

1. Żyjesz raczej rano, czy wieczorem?
Kiedyś na pewno wieczorem, dziś.. nie wiem. Nie wiem, czy to życie mnie zmieniło, czy starość, ale coraz częściej czuję, że łatwiej mi wstać o jakiejś 5.30 i zrobić, niż kończyć coś o 01.00. Zwłaszcza latem.

2. Gdy potrzebujesz  "dopalacza" czy "poprawiacza nastroju" sięgasz po...?
Jestem uzależniony od herbaty. Mam w domu specjalny kubek o pojemności mniej więcej pinty imperialnej, jest lekki i śliczny (w koniki, nie chce mi się robić zdjęcia), ma tylko jedną wadę: nie chce się sam zmultiplikować, przez co nie mogę go zabrać do biura (i cierpię jak Maria Peszek).

3. Podróż w nieznane, czy planowana z przewodnikiem - książkami - atlasami w ręku?
No kiddin. Dziś w nieznane?
(a poza tym z dzieckiem przedszkolnym czy wczesnoszkolnym się jeździ w planowane)

4. Potrawa (albo napój) który przyrządzasz najlepiej.
Herbata oczywiście:) Ciężkie pytanie, bo coraz rzadziej bywam w kuchni, musiałbym Juniora spytać, bo on najczęściej zjada to co przyrządzam, ale że potrafi kręcić nosem nawet na naleśniki francuskie z czekoladą, to nie jest wiarygodny. Więc.. niech będzie gazpacho (rzadko się robi, bo są pewne warunki wymagane)

5. Niezapowiedziani goście mile widziani, czy raczej "mój dom to moja twierdza"?
Zasadniczo nie miewam, więc problem lekko akademicki. Czy to nie oznacza wariantu drugiego?

6.  Miłe wspomnienie z dzieciństwa
Tak wiele różnych i przeróżnych było...

7. Jedno miejsce, w którym czujesz się jak w domu
Ten blog? :) Nie spędzam tyle czasu w jakimś miejscu poza domem, żeby je tak wyróżniać. W fajnym miejscu szybko mogę się poczuć jak w domu (o, tu, tu czy tu na przykład). No, prawie. 

8. Ty i muzyka. Jaką muzykę byś poleciła innym, czego koniecznie powinni posłuchać? I czy śpiewasz?
Najtrudniejsze dotąd pytanie:) Słucham nie nałogowo, lecz dla przyjemności, czasem obojętnie, czasem dobierając. Eklektycznie do bólu, czego kolejnym dowodem jest zawartość tagów muzyka i przyczepiło się niech leci - a jeden znajomy rzekł mi raz po cichu, że boi się zawartości mojej tablicy na Facebooku, bo tam to dopiero można dziwa znaleźć. 
Co bym polecił? Każdemu jego nutki, ale jak mus to powiem, że bez Dżemu*, R.E.M.u i Stinga to nie ma kompletności.
Śpiewać mi żona zakazała, tylko papieru na to nie mam. Ale gitary kiedyś nadużywałem, ciekawe czy dziś palce by udźwignęły. Przy czym skorzystam z okazji żeby zacytować Mistrza Poniedzielskiego - "korzystając z okazji że na sali nie ma gitarzystów zagram, a korzystając z okazji że na sali nie ma wokalistów zaśpiewam".
*z Ryśkiem oczywiście 

9. Zwierzęta. Miałaś albo masz?
Żółwia wciąż mam. O zwierzętach przeszłych mówić nie chcę zbyt wiele. 

10. Twoja półka z przyprawami.
Jak już pisałem, w kuchni spędzam coraz mniej czasu, ale słoiczków z przyprawami wciąż w niej dostatek. I tak, wciąż pamiętam która do czego może posłużyć, ostatnio wciąż nadużywam kolendry mielonej.

11. Piszesz blog, bo....
...bo mi się nie znudził jeszcze, a piąty rok za pasem.

Tagi: bzdury
19:51, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (11) »
sobota, 15 grudnia 2012

Czasami aż boję się włączyć ten utwór. Boję się, że chwyci i nie będzie chciał puścić, jak jakie licho (nie, nie powiem złe). 

Zagryzłem wargi i zmierzyłem się z nim systematycznie, żeby odnaleźć to trudno uchwytne Coś, co tak jak złapie to trzyma niczym zęby pasożyta. Nie jest to tekst, choć miejscami duszaszczypatielny (jeszcze na chwilę do niego wrócę). Nie chodzi też o charakterystyczne dla wykonawcy rozbudowanie, w innych utworach robią to jeszcze piękniej i sprytniej, ale to działa zupełnie inaczej. Nie chodzi tu chyba nawet o długą solówkę gitarową, bo wwierca się przez uszy do mózgu od samego początku, długo zanim pomyślimy o jej istnieniu.

Nie wiem, jak oni to zrobili, czy to kwestia doboru instrumentów, czy może magicznych sztuczek realizatora dźwięku, ale doprawdy nie pamiętam, żebym słyszał taką barwę i głębię klawiszy i gitar (wersje na żywo są oczywiście urocze, ale już to brzmienie nie jest aż tak magiczne). Za każdym razem, kiedy ich wysłucham, rodzi się w trzewiach pragnienie więcej i więcej, There is hunger still unsatisfied. Nie róbcie sobie wielkich nadziei, że tego unikniecie, Gilmour i spółka was dopadną.

W mojej okolicy pojawił się Yeti. Świadczą o tym ślady bosych stóp na śniegu, jakie zobaczyłem dziś na dachu swojego garażu.

Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że te ślady mają jakiś związek z faktem, że kiedy dziś myłem okno w łazience, to szmata wypadła mi z ręki i spadła na zewnątrz. Okno w łazience jest nad wanną, więc żeby się nie pomoczyć, zdjąłem do mycia skarpetki. A że z tego okna na dach garażu jest tylko około metra...

Uwierzcie mi, nie chcecie zostać Yeti. Najchętniej wyraziłbym to dużo dobitniej, ale ponieważ znam kogoś, kto osiągnął w tym absolutne mistrzostwo, więc już zmilczę. 

Tagi: zima
19:29, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (8) »
piątek, 14 grudnia 2012

Rodzice udali się wspólnie na koncert charytatywny do szkoły Juniora. Koncert obejmował przeróżne rzeczy: występy wszystkich klas po kolei, gościnny występ przedszkolaków (chłopcy przebrani za łosie, pardon - renifery, imitujący machaniem Jingle Bells, a wokół nich tańczące Śnieżynki), nienastoletnie cheerleaderki, nauczycielkę-szansonistkę z zespołem, oraz gwiazdę jakiegoś telewizyjnego muzycznego show (personaliów Ojciec niestety dla notki, a na szczęście dla siebie, nie spamiętał). Gwiazda dała na siebie czekać, bo zabłądziła gdzieś w korytarzach szkoły, nie było to trudne, jakiejś trzyletniej dziewczynce też się udało, na scenie była nawet szybciej. 

Podczas koncertu Matka robiła furorę wśród młodzieży szkolnopodstawowej, bo pracowicie przerabiała porozkładane na krzesłach ulotki na stateczki i czapeczki; nie chciała robić samolotów, żeby nie rozpoczęły po sali lotów, ale młodzież poczuła się wystarczająco zainspirowana, żeby składać je we własnym zakresie. Ojciec tymczasem skupiał się na obserwowaniu widza z sąsiedniego krzesła, który aż stawał na krześle z wrażenia i nie przeszkadzały reflektory od czasu do czasu błyskające w oczy; kiedy stał na krześle, był od siedzącego Ojca wyższy o całe pół głowy, podtrzymywała go na tym krześle rodzicielka, dla trzylatka taki koncert to wciąż atrakcyjna rzecz. 

Junior wystąpił jako jeden z wielu w grupie, starannie zapamiętany przez Rodziców i pewnie nikogo więcej. Ojciec cały czas ma też w pamięci dziewczynkę z trzeciej klasy (integracyjnej), siedzącą na scenie na wózku inwalidzkim, która w wykonywaniu żywej i skocznej piosenki była w stanie uczestniczyć jedynie uśmiechami i lekkimi drgnięciami dłoni. 

22:21, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2