Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 31 grudnia 2013

Byłem w kinie. Przeczekując półgodzinną dawkę reklam i zapowiedzi, w pewnej chwili zwróciłem uwagę na znajomą twarz (w sumie nietrudno o znajomą twarz na ekranie kinowym, jeśli się trochę filmów oglądało), znajomą lecz jednak inną. Z ekranu patrzyła zmęczona twarz Julii Roberts, której wieku wyraźnie nikt nie próbował tym razem ukrywać, trudno ją było w tym momencie nazwać Pretty woman. Pomyślałem sobie... (ale nie dokończyłem myśli, bo zaczął się właściwy seans)

Zobaczyłem w telewizji zajawkę filmu (na dzisiejszą noc zresztą). Mel Gibson i Kurt Russell rywalizują o względy Michelle Pfeiffer... Myśl z kina wróciła, uświadomiłem sobie, że Tequila sunrise to film z lat 80-tych (dokładnie z 1988), Pretty woman była minimalnie późniejsza (1990). 

Bohaterowie młodości przybierają w latach, choć na ekranie pozostają wiecznie młodzi, o Andie McDowell już pisałem w tym duchu prawie dwa lata temu. Nam też przybywa lat, co tu kryć, za dwie godziny rocznikowo znów się postarzejemy. 

Cóż - obyśmy jeszcze wiele razy tak powtarzali i w dobrym nastroju!

Tagi: film
21:48, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 grudnia 2013

To słowo wyskoczyło na mnie przypadkiem, kiedy czytałem rano wiadomości. Kliknąłem link do tekstu o zamachu w Wołgogradzie, i tam je zobaczyłem na obrazującym artykuł zrzucie ekranu z Twittera (przyznaję, że tak naprawdę zamiast "e" było oczywiście "je"). Mój rosyjski jest podrdzewiały (i ogólnie nieszczególnie zaawansowany, zwłaszcza w słownictwie), ale po chwili to słowo stało się dla mnie całkiem zrozumiałe.

Zastanawiałem się przez moment, czy przyczyną stworzenia tego słowa był limit znaków, jakie można zmieścić w smsie czy tweecie, czy może "nowoczesna" maniera skracania wszystkiego (patrz: nara i podobne). Potem jednak przypomniałem sobie, że Rosjanie co najmniej od czasów sowieckich lubowali się w tworzeniu słów-skrótowców typu rajkom (rajonnyj komitiet, komitet rejonowy) czy narkomat (narodnyj komisariat - ministerstwo), nie mówiąc o politruku (politiczeskij rukowoditiel, kierownik polityczny), najwyraźniej stary zwyczaj nie rdzewieje.

U nas takie skrótowce też się czasem pojawiają, lecz raczej w mowie mocno potocznej, jak chociażby "zbiorkom". Poczułbym się jednak mocno nieswojo, gdyby ktoś uznał za nazbyt długi i w taki sposób próbował upraktyczniać termin "akt terrorystyczny".

sobota, 28 grudnia 2013

No więc zasadniczo niech Was tytuł nie zmyli, absolutnie nie kręcę nosem, w gruncie rzeczy wszystko o metodzie Jacksona napisałem po pierwszej części, a po drugiej mogę powiedzieć tylko, że teraz jest jeszcze bardziej. Wszystkiego można się spodziewać, że będzie, i wszystkiego można się spodziewać, że będzie zmienione, i praktycznie wszystko znakomicie pasuje. Mnie jedynie nie pasowała scena z otwarciem tajemnych drzwi, pewnie dlatego, że (jak pewnie każdy miłośnik książki) wizualizowałem ją sobie zbyt wiele razy.

A poza tym jest Beorn, choć trochę jakby go nie było (kto nie zapamiętał go z książki, nie wiedziałby dlaczego ktoś w ogóle o nim wspomina). I jest Legolas, który przebija swoje wyczyny cyrkowe z Powrotu Króla. I jest cudowny władca Miasta nad Jeziorem (bo król elfów jest fatalny), i nierozważny podczaszy, i pająki...

Jak zapewne zauważyliście, o paru spodziewanych bohaterach (ani o paru niespodziewanych!) nie napisałem ani słowa, zostawiam Was z pożądliwymi sercami na własne obejrzenie z otwartymi buziami. Bo Jackson przypomniał nam jedną wspaniałą rzecz: po co jest kino. Otóż kino jest po to, by opowiadać bajki, a jeszcze lepiej - czarować obrazem. Tolkien układał Hobbita 80 lat temu dla swoich dzieci, dziś dzieciom opowiada się inaczej, i tym małym, i tym całkiem dużym. Krzyczę więc z wszystkich sił czterdziestoletniego chłopca: chcę, chcę, dajcie mi tej bajki jeszcze!*

*i niech Wam nie przyjdzie do głowy, że na domowym ekranie, o nie nie nie nie

czwartek, 26 grudnia 2013

Na początku było Słowo, rzecze Ewangelista Jan. Niewiele dalej dodaje zaś "Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca" (J 1,18). 

Słowa "w łonie" w polszczyźnie kojarzą się dość jednoznacznie, i, powiedzmy otwarcie, nie z ojcem, lecz z matką się kojarzą. Możemy oczywiście złożyć to na karb przekładu, bo w innych wersjach, zwłaszcza "bardziej nowoczesnych", kładzie się akcent na bardziej metaforyczne ujęcie tych słów (jak np. " który stanowi jedno z Ojcem" czy w wersji angielskiej "who is close to the Father’s heart"), niż na biologicznie wątpliwą interpretację wieków ubiegłych.

Wcześniej jednak słyszeliśmy tego dnia takie słowa:
Do którego bowiem z aniołów powiedział kiedykolwiek:
«Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził?»
I znowu:
«Ja będę Mu Ojcem,
a On będzie mi synem»

To tylko słowa, można powiedzieć, słowa użyte przez konkretnego tłumacza pracującego w oparciu o jakiś konkretny tekst (niekoniecznie oryginalny), słowa, które należy zinterpretować w kontekście innych słów. Czymże jednak są nauki genderowe, jeśli nie próbą interpretacji słów i pojęć, których używamy, zmierzającą do ustalenia co w nich jest "naprawdę" męskie lub kobiece? 

W każdym razie, przez wieki gender Boga Ojca mógł sobie być sprzeczny z naturą.

środa, 25 grudnia 2013

Wspominałem już kiedyś, że uwielbiam jak w okresie świątecznym podczas mszy śpiewa się tyle kolęd, ile się tylko da wcisnąć, a nawet więcej, nawet jeżeli staje się to niepoprawne liturgicznie

Dziś podczas mszy, kiedy zgodnym chórem śpiewaliśmy Gdy się Chrystus rodzi, gdzieś podczas pierwszego Gloria in excelsis Deo mój mózg odnotował jakąś niezgodność, jakieś dźwięki zupełnie nie pasujące do całości, jakby ktoś niezadowolony gadał trajkotliwie na uboczu o czymś zupełnie innym. Wytężyłem zmysły i za chwilę zrozumiałem. Proboszcz zamiast śpiewać z nami, szybko recytował pod nosem "Gloria..", żeby wymogom liturgii stało się zadość - a potem dołączył do wspólnego śpiewania. 

Spokojnego świętowania i niech Was nie zwieje.

15:08, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 grudnia 2013

Przedświątecznej nawał roboty, sobota to był najwyższy czas żeby zabrać się za wyprodukowanie odpowiedniego zapasu moich ulubionych okrągłych ciasteczek makowych. Wymagają one ręcznego wyrobu, a że zgubiłem gdzieś jedną z tradycyjnych dwóch tur przygotowywania, to musiałem nadrobić w jeden wieczór. Ciasto było przygotowane, piekarnik został włączony, blachy naszykowane... a żeby wieczór milej płynął, to dobrą rzeczą jest włączyć jakiś umilacz dla oczu (jako że robota jest ręczna, to zajęcia uprzyjemniające wymagające wykorzystanie rąk były wysoce niepraktyczne). A skoro Święta - to oczywiście można odświeżyć stare (około)świąteczne filmy...

Każdy ma swoje filmy ulubione, o jednym z moich pisałem już na blogu parę nawet razy. Love, actually, nie wymaga szczególnej uwagi, jest lekki i słodki (tych wątków, które są smutne, możemy przecież nie lubić, wtedy kula się ciasteczka ze zdwojoną energią). Żarty i żarciki śmieszą niezmiennie, a do tego tylu fajnych aktorów do oglądania.

Alan Rickman, on mógłby grać i halabardnika. 

Keira Knightley, jak już pisałem...

Hugh Grant, błaznuje w swoim niezrównanym stylu. 

Martin Freeman, wtedy jeszcze nie hobbit, ale w jednym z najśmieszniejszych wątków filmu.

Elisha Cuthbert w wersji sprzed 10 lat (no dobra, nie ze względu na kunszt aktorski). 

I masa, masa innych (kogo kto lubi)... Andrew Lincoln nie mógłby już dziś zagrać swojej popisowej roli, bo za bardzo się kojarzy z dzielnym pogromcą zombie. (Na karb nieuwagi spowodowanej koniecznością zajmowania się ciastkami składam doszukanie się w obsadzie Naomie Harris - pewnie dlatego, że uroczym smaczkiem byłoby przedzierzgnięcie z sekretarki premiera w Moneypenny, poza tym fryzura mocno pomogła tej pomyłce).

Filmu i tak zabrakło na całość, ale drugi raz nie puszczałem, wszystko ma granice (poza tym zoczyłem w programie parę seriali). 

Jako że pisze mi się ostatnio kiepsko, to korzystając z okazji od razu życzę wszystkim Wesołych Świąt. Z miłością, oczywiście. Po raz pierwszy, jakby co.

niedziela, 15 grudnia 2013

W Sapera* można przegrać na różne sposoby.

Na samobójcę, czyli klikając w ciemno raz za razem, bez zastanowienia, licząc na to, że za każdym razem się trafi w wolne pole (tak na samym początku grywał Junior). Odpowiada to w prawdziwym życiu strategii szybkiego przebiegnięcia przez pole minowe, bo a nuż się nie trafi, albo wybuchnie o ułamek sekundy za późno...

Na nieostrożnego, czyli kiedy ręka szybka ześliźnie się z właściwej kratki, albo kiedy przypadkiem palec drgnie nie w tym momencie co trzeba, albo zsunie się na niewłaściwy przycisk myszki. W prawdziwym życiu to jak saper się zachwieje, podeprze w niewłaściwym miejscu, albo jak mu saperka z ręki lub zza pasa wypadnie. 

Na zmęczonego, czyli kiedy rozum nie dojrzy wszystkich zawiłości układu, lub komunikacja z oczami go zawiedzie, a potem mówi sobie w duchu "jak ja mogłem tego nie zauważyć". Prawdziwy zmęczony saper po całonocnej pracy.. cóż, w takich sytuacjach znakomicie sprawdza się porzekadło "saper myli się tylko raz", prawdziwy nie pozwala się poddać zmęczeniu.

Na pechowca, czyli kiedy trzeba dokonać wyboru w ciemno, albo na początku gry, albo kiedy analiza rozumowa mówi "albo lewo, albo prawo, możesz rzucić monetą". Dla prawdziwego sapera to dylemat "przeciąć zielony kabelek czy czerwony kabelek, bo do detonacji zostało dziesięć sekund,  i uciec i tak nie zdążę".

*tak, wiem, zakrawa na nałóg
*mam wciąż niedobór nastroju do pisania kreatywnego, konstruktywnego etc 

09:26, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »