Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
czwartek, 31 grudnia 2015

Wybierałem się do kina. Jako że seans wypadał późną nocą, a nie wiedziałem jaka jest dostępność biletów, zachowałem się jak człowiek XXI-wieczny, wszedłem na stronę kina, przeklikałem całą procedurę zakupu biletu, łącznie z płatnością kartą kredytową (wiedzieliście, swoją drogą, że niektóre kina pobierają 1 zł tytułem "kosztu dostawy biletów"?). Dostałem maila z potwierdzeniem...

I tu oczywiście pojawia się kwestia, że mail z potwierdzeniem to jeszcze nie bilet. Oczywiście, mogłem przyjąć, że stanę do kasy i podam tylko numerek zamówienia, ale przecież nie po to kupuję przez internet (i płacę złotówkę za koszt dostarczenia maila), żeby stać w kolejce do kasy. Mogłem też - teoretycznie - wprowadzić sobie na smartfona fotokod biletu (QR, jak sądzę), ale tak się składa, że w zasadzie smartfona nie używam (to znaczy używam takiego, który ma większość funkcjonalności smartfona, ale bez wielkiego ekranu po którym się maże paluchem, tylko z normalną oldskulową klawiaturą komórki). Mogłem też zapisać w telefonie przesłanego mi PDFa z QR (czytnik PDF w telefonie mam), ale obawiałem się, czy na ekraniku dwuipółcalowym zostanie on właściwie odczytany. Zamyśliłem się...

Wyciągnąłem phablet, którego używam jako tablecik. Przerzuciłem nań PDFa po Bluetoothu, upewniłem się, że otwiera prawidłowo ("zawsze sprawdzaj"). Po czym włączyłem drukarkę i wydrukowałem bilet, tak na wszelki wypadek (po części dlatego, że nie miałem zaufania, czy w jakiś sposób nie będą weryfikować biletu po numerze telefonu, z którym phablet nie ma nic wspólnego).

W kinie pokazałem PDFa z phableta i wszedłem. Kartka złożona w czworo czekała w kieszeni i tam pozostała. A dzięki phabletowi czas przed seansem - aż do rozpoczęcia filmu - spędziłem na czytaniu, gdyż czytanie współczesnej polskiej prozy jest jednakowoż lepsze niż oglądanie trailerów współczesnych polskich komedii.

W 2016, moi drodzy, bądźcie eko i nie marnujcie papieru. I ogólnie niech się Wam darzy!

13:37, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 grudnia 2015

Kiedyś kino to była po prostu sala z zaciemnieniem, ekranem i krzesłami, większa lub mniejsza (pamiętam zarówno oglądanie filmów w malutkich salkach a'la DKF, jak i w wielkich halach widowiskowo-sportowych, nie wyłączając zakładowych domów kultury). Z czasem kina zamierały, inne inwestowały, zaczęły się pojawiać wielosalowe molochy, w których najważniejszy zdaje się być punkt sprzedaży popcornu.

Dziś w mojej szeroko rozumianej okolicy multipleksy się mocno rozpowszechniły i zakorzeniły, w samych Katowicach jest ich cztery, a piątego należy się spodziewać jak postawią nowe centrum handlowo-wszystkomające. Z pewnym takim zaskoczeniem odnotowałem jednak, że i w miastach z pozoru nie za wielkich też już gdzie nie staniesz, tam multipleks za rogiem. Bielsko-Biała, Bytom, Dąbrowa Górnicza, Gliwice, Ruda Śląska, Rybnik, Sosnowiec, Tychy, Zabrze - to miasta niemałe (czy jest jakiś przelicznik wielkości miasta na liczbę multipleksów lub sal kinowych...), ale w Jaworznie czy zwłaszcza Czechowicach-Dziedzicach to już była pewna niespodzianka jak dla mnie. W innych miastach - zwłaszcza takich, gdzie nie ma kina tuż za każdą granicą - wciąż się jeszcze trzymają stare poczciwe kina z jedną salą (choć w ośrodku kultury w Jastrzębiu-Zdroju muszą mieć dwie).

I właśnie kiedy tak sobie przeglądałem leniwie przy porannej kawie zamieszczony w papierowej gazecie repertuar kinowy, uderzyło mnie, że w większości tych małych, jedynych kin w miasteczku - w Żywcu, Żorach, Zawierciu, Raciborzu - grają wyłącznie Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy. W Jastrzębiu przeznaczają na to jedną salę, i tylko Knurów jest strefą gwiezdnie zdemilitaryzowaną. No, ale stamtąd do Gliwic rzut beretem.

Tak, to notka właściwie o niczym, nawet nie o tym czy chcę się dziś na Przebudzenie.. wybrać.

czwartek, 24 grudnia 2015

Z okazji rozpoczynających się Świąt Bożego Narodzenia, niniejszym pragnę serdecznie podziękować wszystkim, którzy mi dobrze życzą, zwłaszcza tym, którzy mi przysyłają, przysłali lub przyślą życzenia (bo może się zdarzyć że nie odpiszę albo co).

Dziękuję także tym, którzy życzą mi "z automatu", w tym:
- Polskiej Akcji Humanitarnej,
- kolejom francuskim (nie wiem, czy nie czytali moich kąśliwych uwag, czy wręcz przeciwnie)
- dealerowi samochodowemu, z którym się pokłóciliśmy jakiś czas temu,
- włoskiej kompanii promowej Tirrenia,
- księgarni internetowej publio.pl, z której biorę chyba tylko darmowe ebuki, 
- wypożyczalni samochodów, z której nie pamiętam czy ostatecznie skorzystałem,
- portalowi Interia,
- (szkoda że mój ulubiony hotel w Lignano Sabbiadoro przestał mi przysyłać życzenia, być może to znak, że już zbyt dawno u nich nie byłem...)

A poza tym oczywiście życzę wszystkim Wesołych Świąt, byście zapomnieli o wszystkim złym, co za nami, i mieli się czym cieszyć przynajmniej przez ten najbliższy czas.

środa, 23 grudnia 2015

Na początek żeby nie było wątpliwości: 1) na utrzymanie własnych dzieci należy płacić, 2) nie zamierzam wygłaszać żadnych sądów ogólnych czy to o zobowiązanych, czy to o uprawnionych, czy to o otoczkach spraw alimentacyjnych - gdyż każda sprawa jest indywidualna, a generalizacja to zło.

Jest sobie pan Kijowski, znany z działalności publicznej w ostatnim miesiącu. Kiedyś spłodził z byłą już żoną trójkę dzieci (później dodał jeszcze jedno z inną matką), dwoje z nich jest już pełnoletnie (acz chyba nauki pobierające), trzecie prawie. Kiedyś pan Kijowski zarabiał dobrze i 12 lat temu sąd nakazał mu płacić 3 tys. zł alimentów miesięcznie (po 1 tys. na dziecko, jak rozumiem). Później - kiedy najpierw stracił pracę, a później zarabiał już nie tak dobrze - obniżono mu te alimenty do kwoty 2,1 tys. zł  (700 zł na dziecko), co i tak stanowiło piekielnie dużo w porównaniu do tego co zarabiał (jeśli nie więcej niż pobory "na rękę", to więcej niż 60% tych poborów, które zgodnie z prawem może zabrać komornik). Biorąc pod uwagę, że rocznie ma obowiązek płacić 25 tys. zł, niewątpliwie zadłużenie mogło się nagromadzić (zwłaszcza że z posiadanych środków finansuje także komornika, ze 2 tys. zł rocznie, a może i więcej).

Tak sobie pomyślałem: gdyby pan Kijowski nie rozstał się z matką trójki swoich dzieci, to miałby do dyspozycji mniej więcej te same pieniądze (najpierw duże, potem żadne, potem takie sobie - fakt, komornik by nie zarabiał). Potrzeby dzieci (pana Kijowskiego zresztą też) nie uległyby od tego zmianie, ergo: relacja potrzeb do dostępnych środków nie uległaby zmianie. Czym się różni sytuacja dzieci pana Kijowskiego kiedy mieszka z nimi ale zarabia mało w porównaniu do bieżących potrzeb, od sytuacji dzieci pana Kijowskiego kiedy nie mieszka z nimi ale zarabia mało w porównaniu do zasadzonych alimentów na pokrycie bieżących potrzeb (oprócz tego że stają się dziećmi alimenciarza)?

Nad tym jak wyglądają relacje pana Kijowskiego ze swoimi dziećmi, zupełnie nie zamierzam się rozwodzić.

PS Już po opublikowaniu przyszła mi do głowy myśl dodatkowa. Pan Kijowski przez co najmniej 5 lat płacił lub miał płacić po 3 tys. miesięcznie, czyli 36 tys. rocznie, a przez jakieś 7 lat po 2,1 tys. miesięcznie czyli w zaokrągleniu 25 tys. rocznie. Daje to co najmniej 355 tys. do zapłaty, z czego zostało mu podobno jakieś 83 tys. - prawie jedna czwarta. To tak a propos rzucania liczbami.

sobota, 19 grudnia 2015

Nic już nie będzie takie jak dawniej: do kin wszedł Epizod Siódmy Gwiezdnych Wojen "Przebudzenie Mocy".

O samym filmie tym razem za bardzo nie będzie - choć mógłbym, wyszedłem w środku nocy z kina pełen miłości dla świata (nie, nie dlatego że w filmie nasi osiągnęli taki czy inny sukces...) - gdyż po pierwsze szanuję tych, którzy do kina z dowolnego powodu jeszcze nie dotarli, lepiej żeby poszli z pustymi głowami, nawet jeżeli świat zalewa newsami i reakcjami (sam z jednej strony wyłączyłem sobie jak umiałem najlepiej dostęp do wiadomości, a z drugiej... zdecydowałem się iść na nocną premierę, żeby móc te blokady sobie usunąć). Po drugie, układam sobie wciąż w głowie to co widziałem (choć już pewien klucz mam), i zastanawiam się, czy przelać to na znaki przed kolejnym obejrzeniem filmu, czy po?

Dlatego dziś o czymś innym jednakowoż. Po obejrzeniu odblokowałem starwarsowe strony i zacząłem czytać reakcje innych (zwłaszcza że szybko natrafiłem na reakcje pełne odrazy). Ci, którzy krytykowali, z jednej strony wytykali rzeczywiste lub subiektywne niedociągnięcia typu dziura w scenariuszu, słabo rozwinięta rola, słabo zagrana rola, z drugiej zaś - bardziej zajadle - czepiali się niezgodności z szeroko pojętym uniwersum Gwiezdnych Wojen, że gdzieś tam w książkach było lepiej albo bardziej by im pasowało do koncepcji z serialu i że w ogóle to nie są Gwiezdne Wojny...

Zadałem sobie pytanie: co to znaczy być fanem Gwiezdnych Wojen? Sam się za takowego uważam od lat ponad trzydziestu, aczkolwiek ograniczam się wyłącznie do tego co jest w klasycznych filmach. Owszem, przeglądałem parę razy w księgarniach jakieś książeczki, czy to napisane na podstawie filmów czy obok, ale szkoda mi było czasu na średniej jakości literaturę. Do gier tego rodzaju nigdy mnie w zasadzie nie ciągnęło. Nawet z autoryzowanego przez Lucasa serialu animowanego nie widziałem ani kawałka. Zapewne dla tych, którzy zatopili się w bezmiarze galaktyki SW, w opowieściach o czasach przed, po, między i obok filmów, jestem ledwie padawanem, który śmie marnować czas na prymitywne bajki z trylogii prequeli (miałem napisać "nowej trylogii", ale skoro jesteśmy już w fazie trzeciej trylogii, to byłoby to niejasne), pewnie ich oburzenie byłoby większe, gdyby wiedzieli, że z biegiem lat coraz wyżej epizody 1-3 coraz bardziej cenię (choć ich wady się nie zdezaktualizowały - a zwłaszcza wątek tłumaczący dlaczego Anakin Skywalker...) Niech pozostaną w pokoju i niech Moc będzie z nimi, Przebudzenie Mocy to GWIEZDNE WOJNY całą gębą.

Nic nie będzie już takie jak dawniej, bo teraźniejszość wpływa na odbiór przeszłości. Gwiezdne Wojny (as in: Nowa Nadzieja) nie były już takie same po Imperium Kontratakuje, itd.

10:09, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (26) »
czwartek, 17 grudnia 2015

Serial o Trybunale Konstytucyjny jest na swój sposób emocjonujący, aczkolwiek trudno mu przypisać jakość, niestety - niestety, gdyż mówimy o procesie legislacyjnym dotyczącym funkcjonowania jednej z najważniejszych instytucji państwa. 

W obecnie procedowanym projekcie wrzucono - wśród wielu innych zmian, które mogą mieć podteksty, acz nie muszą - zmianę polegającą na uchyleniu przepisu wskazującego Warszawę jako miejscowość, w której znajduje się siedziba Trybunału. W uzasadnieniu miga nawet sensowna (i zaskakująca jak na partię rządzącą) myśl, że rozproszenie niektórych instytucji państwowych po kraju miałoby pozytywny skutek w postaci równomiernego rozwoju (aczkolwiek zawstydzające są w tym kontekście sugestie, że dzięki temu uzyska się obniżenie kosztów funkcjonowania Trybunału), zwłaszcza że w państwach sąsiednich takie podejście jest praktykowane: w Niemczech Verfassungsgericht ma siedzibę w Karlsruhe, w Czechach tamtejszy Trybunał - w Brnie, na Słowacji - w Koszycach... Co do zasady więc pretensje, że przeniesienie siedziby Trybunału poza stolicę to jego degradacja, są przejawem histerycznego wręcz centralizmu.

Partia rządząca nie byłaby jednak sobą, gdyby nie - excuse le mot - spieprzyła. W dzisiejszej dyskusji pojawiają się hasła, że Trybunał zostanie przeniesiony do "pięknego miasta na ścianie wschodniej", padły między innymi takie nazwy jak Przemyśl, Suwałki czy Ełk. Nie, absolutnie nie mam nic przeciwko ścianie wschodniej, ani tym nieco mniejszym (lub mocno mniejszym) miastom, ale w tym podejściu kompletnie umyka, że Trybunał jest po coś i dla kogoś - a w szczególności dla obywateli. Warszawa ma tę względnie pozytywną cechę, że krajowa infrastruktura transportowa jest poniekąd nakierowana na możliwość względnie łatwego do niej dotarcia ze wszystkich stron kraju, podobne zalety można przypisać też takim ośrodkom położonym w centralnej części kraju, jak choćby Łódź, Skierniewice, czy nie bez powodu noszący swoją nazwę Piotrków Trybunalski (fakt, w dyskusji pojawił się też Radom). Sympatyczne miasta na odległych rubieżach północno-wschodnich czy południowo-wschodnich będą natomiast udręką dla stron z przeciwnego końca Polski, jak choćby Zielona Góra czy Koszalin (fakt, że ukończone niedawno czy wkrótce autostrady na linii wschód-zachód ułatwiają nieco dojazd, nie zmienia zasady). 

I tu pojawia się jeszcze jeden aspekt praktyczny. Sędziowie Trybunału również rekrutują się z całej Polski. Aktualna ustawa poniekąd nakazuje (poprzez odesłanie do ustawy o Sądzie Najwyższym), aby sędzia Trybunału zamieszkiwał w Warszawie, a jeśli ma inne stałe miejsce zamieszkania - przysługuje mu prawo bezpłatnego (czyli na koszt Trybunału) zamieszkiwania w Warszawie oraz zwrot kosztów dojazdu i dodatek za rozłąkę. Zgadnijcie... tak, dobrze się domyślacie: autorzy nowelizacji kompletnie o tym zapomnieli, czyli sędziowie nadal mają obowiązek zamieszkiwać w Warszawie, zapewne na rozprawy do Suwałk czy Przemyśla również mają dojeżdżać (ciekawe czy przysługuje im zwrot kosztów). 

Tagi: sąd
18:05, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 grudnia 2015

No co, muszę się pochwalić, zwłaszcza że to Macierzysta Platforma mi przysłała (podziękował). Jak ktoś jest oblatany, to niech powie, czy to już teraz splendory, wywiady, wizyty w zakładach pracy i w ogóle. 

Blox gratis nagroda blogerę jestem

Ale też uczciwość nakazuje przyznać, że nagroda jest za udział w konkursie na fanpejdżu Bloksa - wystarczyło napisać, co najbardziej przydałoby się blogerowi. Przyjąłem, że chodzi o to co by się przydało w blogowaniu (może to było wyraźnie napisane, nie pamiętam), coś tam napisałem niepretensjonalnego i nieroszczeniowego. Nagrody dostali wszyscy, nawet nas nie legitymowali czy posiadamy blogi i jakie.. Wobec tego mogę chyba po staremu zostać blogerem

A tak poza tym to mam dziś dzień na gratisy, bo jeszcze z dwóch zupełnie różnych źródeł (ale równie nieoczekiwanie) dostałem dziś dwa inne upominki, diametralnie różnego rodzaju, i też bez związku z blogiem. Chyba Święta idą, proszę państwa, więc tradycyjnie życzę Wesołych Świąt po raz pierwszy (nie ma że wcześnie, wczoraj Polsat Szklaną pułapkę puszczał). 

sobota, 12 grudnia 2015

Sezon nam się skończył, nowy tradycyjnie rozpocznie się w marcu (choć były zakusy, by dopiero w kwietniu). Będzie barwnie, bo z jednej strony czeka nas dużo rebrandingu w stawce (Lotus zmieni się w Renault, Force India prawdopodobnie zmieni się w Aston Martin, jeden Bóg wie co z Marussią, bo już na pewno nie będzie Manorem), znikną (zmienią miejsca) sponsorzy ze swoimi charakterystycznymi barwami - a do tego wszystkie czeka nas nowy "kolor" opon, czyli ultramiękkie Pirelli z purpurowymi oznaczeniami. Tej ostatniej zmianie towarzyszą dużo bardziej idące skutki, które aż wypada przedstawić (bo na razie nawet zawodnicy niekoniecznie je rozumieli).

Zacznijmy od małego przypomnienia zasad z minionego już sezonu (dla uproszczenia zupełnie pominiemy możliwość wystąpienia deszczu i związanych z tym komplikacji). Otóż każdy zawodnik otrzymywał od Pirelli na weekend wyścigowy trzynaście kompletów opon, w tym 7 twardszych (prime) i 6 miększych (option). Cztery komplety z tej trzynastki - trzy twardsze i 1 miększy - mogły być wykorzystane wyłącznie w treningach, i sukcesywnie były oddawane Pirelli (bez względu na to czy i jak zostały wykorzystane). Jeden miększy komplet musiał zostać nietknięty aż do Q3 - ci, którzy weszli do czołowej dziesiątki, mogli go wykorzystać właśnie wtedy (a potem oddać), pozostali mogli go użyć w wyścigu. Każdy z kierowców musiał co najmniej raz użyć w wyścigu każdego rodzaju opon. A jak to będzie wyglądać w przyszłym roku?

Nie zmienia się ilość dostępnych kompletów opon - nadal będzie ich trzynaście - ale w ich rodzajach będzie rewolucja. Przede wszystkim w każdy weekend dostępne będą trzy rodzaje opon (wskazane przez Pirelli), nazwijmy je roboczo "twardymi", "średnimi" i "miękkimi". Każdy kierowca otrzyma jeden komplet opon miękkich ("Komplet 1"), które musi zachować do Q3. Ci, co się zakwalifikują do Q3, muszą oddać Komplet 1 po kwalifikacjach, pozostali mogą go zachować na wyścig (w sumie jak do tej pory). Obok Kompletu 1 każdy zawodnik otrzymuje dwa komplety przeznaczone na wyścig ("Komplet 2" i "Komplet 3") - przy czym Pirelli decyduje, jakiej będą twardości, i teraz ważna rzecz: mogą być identyczne! a więc mogą to być jeden komplet twardych i jeden średnich, dwa komplety twardych, dwa komplety średnich, nawet nie można wykluczyć że i komplet miękkich się trafi. Pozostałych 10 kompletów na weekend każdy z zawodników wybiera samodzielnie (no, w uzgodnieniu ze swoimi inżynierami), z czego sześć musi oddać (sukcesywnie) przed kwalifikacjami. Zatem na kwalifikacje i wyścig zawodnik ma do dyspozycji Komplet 1, Komplet 2, Komplet 3 oraz cztery samodzielnie wybrane komplety. Bez zmian pozostaje zasada, że zawodnicy zakwalifikowani do Q3 rozpoczynają wyścig na oponach, na których uzyskali najszybszy czas w Q2. Podczas wyścigu kierowca musi użyć dwóch różnych rodzajów opon, w tym jednego takiego jak w Komplecie 2 lub Komplecie 3. (Chciałbym móc napisać prosto, że zawodnik musi użyć Kompletu 1 w Q3, a Kompletu 2 lub Kompletu 3 w wyścigu, ale regulamin jest napisany w taki sposób, że nie ma takiego dosłownego wymogu, nawet jeśli w praktyce tak właśnie będzie). 

Co to w praktyce oznacza? Znacznie większe możliwości "czarowania" oponami. Kierowca może wybierać między użyciem opon teoretycznie szybszych, ale szybciej się zużywających, a założeniem opon wolniejszych, za to pozwalających na przejechanie większego dystansu bez tracenia czasu na zjazd. Bardziej zróżnicowane strategie możemy obserwować w kwalifikacjach - kierowcy mogą kombinować, czy bardziej się opłaci "zjechać" miększe opony w kwalifikacjach w celu uzyskania wyższej pozycji, czy zaryzykować słabszą pozycję startową i zyskać dzięki szybkim zjazdom rywali. Na początku spodziewam się sporo chaosu, bo zawodnicy muszą wybierać "w ciemno" - decyzje co do wyboru opon podejmuje się długo przed wyścigiem, w przypadku wyścigów pozaeuropejskich (a od takich zaczyna się sezon) na czternaście tygodni wcześniej. Wyboru opon na otwierające sezon 2016 Grand Prix Australii należało dokonać do wczoraj... Wiadomo, że w Melbourne Komplet 1 jest z opon supermiękkich (czerwonych), Komplet 2 z miękkich (żółtych), a Komplet 3 z pośrednich (białych), opony ultramiękkie (purpurowe) zapewne zobaczymy dopiero w Monaco.

W charakterze ciekawostki na zakończenie dodam jeszcze, że w regulaminie znalazł się dodatkowy punkt będący następstwem wesołej (dla obserwatorów) przygody Valtteriego Bottasa, w którego Williamsie mechanicy założyli mu jedną oponę pośrednią obok trzech miękkich (pomieszali komplety). Jeśli ktoś powtórzy ten numer, będzie miał maksimum trzy okrążenia na powrót do boksów i zmianę kompletu na prawidłowy (inaczej czeka go kara postoju). W sumie dodatkowy zjazd na zmianę to już kara sama w sobie...

Tagi: opony
16:19, bartoszcze , F1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 grudnia 2015

W styczniu 2015 roku zaatakowano siedzibę tygodnika Charlie Hebdo. Zginęło 12 osób, drugie tyle zostało rannych, nie licząc ofiar przeprowadzonych w tym czasie ataków. 
W sierpniu 2015 roku pasażerowie udaremnili próbę ataku na szybki pociąg z Amsterdamu do Paryża. Obyło się bez ofiar śmiertelnych, mimo że napastnik miał przy sobie spory arsenał.
W listopadzie 2015 roku w Paryżu w kilku atakach na restauracje oraz na salę koncertową Bataclan zginęło ponad 100 osób, nie licząc rannych. 
W grudniu 2015 roku w Kalifornii na świątecznym przyjęciu zastrzelono 14 osób, raniąc ponad 20.

We wszystkich przypadkach sprawcami były osoby urodzone na Zachodzie, we Francji, Belgii czy USA (poza zamachowcem z pociągu, który mieszkał w UE od 8 lat i niektórymi osobami towarzyszącymi). Nie wiadomo kiedy dokładnie osoby te "nawróciły się na mordercze poglądy", aczkolwiek zwykle miało to miejsce względnie niedługo przed zamachami.

W 2013 roku Frederick Forsyth napisał książkę "Czarna lista", w której doszło do szeregu ataków o charakterze terrorystycznym, inspirowanych kazaniami islamskiego fanatyka. Ofiarami byli:
- kongresmen z Idaho
- burmistrz miasteczka z hrabstwa Somerset
- wyższy oficer policji na Florydzie
- senator z Wirginii (i towarzyszący mu emerytowany generał)
- naczelnik więzienia w Arizonie
- jadący autobusem do pracy w Langley pracownicy CIA.

Sprawcami byli zwykle uchodźcy, studenci lub imigranci.

Jak widać, życie dawno wyprzedziło i wizje literackie, i fobie ksenofobów. 

Tagi: książka
19:48, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 grudnia 2015

Poranek. Otwieram lodówkę zastanawiając się, co tu wziąć do śniadania. Przeglądam pojemnik z nabiałem po wczorajszych większych zakupach. Spostrzegam walcowatą porcję sera, wyjmuję, przyglądam się. Uśmiecham się.

Na folii etykieta, na etykiecie fantazyjny napis: "ZAKOPIAŃSKIE SPECJAŁY". Pod spodem napis "Rolada ustrzycka". Rozumiem, że z perspektywy Mazowsza wszystkie góry wyglądają tak samo, choć nie mogę się oprzeć myśli, że w Wysokiem Mazowieckiem to poczuli się jak prawie górale, czytaj fachowcy.

Nie powiem wam, czy rzeczony ser jest dobry, gdyż wystarczy już tego lokowania produktu (komu się będzie chciało guglać, bez trudu znajdzie producenta i produkt). Ważne, że wywołał uśmiech o poranku i to wystarczy.

11:15, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2