Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 31 marca 2012

Ten tydzień upływa w domowym telewizorze pod znakiem transmisji z łyżwiarskich mistrzostw świata (dlatego nie oglądam meczów pucharowych ani tenisowych, cóż, zasad dostępu należy przestrzegać), zwłaszcza odkąd odkryłem, że prawie wszystko można za darmo obejrzeć na Rai Sport Uno lub zwłaszcza Due (czy można gdzieś płatnie obejrzeć, nie mam pojęcia, do tego etapu poszukiwań nie dotarłem). 

Właśnie zerknąłem na wyniki połowy finału (nie mylić z półfinałem) rywalizacji mężczyzn i byłem urzeczony. Nie, nie poziomem rywalizacji czy efektownością upadków (to często równie widowiskowa konkurencja, jak porównywanie skoków udanych). Zauroczyło mnie, że w finale, nawet jeżeli w ostatniej szóstce, wśród 24 najlepszych zawodników świata, znaleźli się reprezentanci takich potęg łyżwiarskich, jak Uzbekistan, Filipiny i Monaco. Za to właśnie kocham wielkie imprezy. (Gdybyście chcieli zapytać, czy wśród potęg była Polska... akurat w tej konkurencji nasz zawodnik zakończył występ na miejscu 25).

A na pewno w pamięci zostanie Piratka Na Lodzie, czyli Aljona Leonowa: brawurowa, kipiąca radością (zwłaszcza po udanych skokach), pomysłowa i perfekcyjna. Finał rywalizacji pań wieczorem, nie wiem czy utrzyma prowadzenie, ale kupiła mnie tym występem (i nie ma w tym, o dziwo, seksistowskiego podtekstu, chyba że przez wymuszenie skojarzenia z Keirą Knightley). Cutthroat!

Stanąłem na chwilę przed księgarnią (mówiąc szczerze, musiałem dokończyć pączka przed wejściem do zupełnie innej instytucji, dlatego do tej księgarni nie wszedłem po prostu). Przyglądałem się przez szybę, co tam ciekawego opublikowano i próbuje się sprzedać, te wszystkie wampiry,? smoki i trony, albumy i romanse. Na wyższej półce stały jakieś pudełka, wyglądające jakby zawierały jakieś kolekcje (to modny sposób sprzedaży), aż mi serce zabiło, jak na jednym zobaczyłem nazwisko Joe Alex. Przyjrzałem się uważnie, zobaczyłem 4 znajome tytuły. Coś mi jednak w tym pudełku nie pasowało, zwłaszcza wymiarami. 

Joe Alex to mistrz specyficznej formy kryminału, opartego z jednej strony na konstrukcji ściśle zamkniętego miejsca zbrodni (tak że lista potencjalnych zabójców jest zawsze zamknięta i znana), a z drugiej strony na błyskotliwym rozumowaniu w oparciu o rozmaite drobiazgi i niuanse. Od czytelnika starającego się zmierzyć z zagadką, wymagana jest duża uwaga i koncentracja. Język tych powieści jest wprawdzie elegancki, jednak nie stanowi na tyle wartości sam w sobie, aby traktować je jako źródło doznań literackich (w końcu Maciej Słomczyński pisał je w przerwach między tłumaczeniami wielkiej literatury, dla rozrywki raczej). 

Pudełko zawierało kolekcję 4 audiobooków Joe Alexa. Osobiście nie rozumiem, jak można próbować mierzyć się z kryminałami Joe Alexa słuchając zamiast czytając (no chyba że ma się problem ze wzrokiem, oczywiście), albo kto o zdrowych zmysłach odnajdzie przyjemność w ich słuchaniu dla samego słuchania (do uprzyjemniania np. długiej jazdy nada się może jakaś dynamiczna powieść sensacyjna, typu Ludlum czy McLean, a nie śledztwo prowadzone przesłuchaniami). Nie kupiłbym więc nawet gdybym nie miał kompletu na półce, mimo iż w zestawie takie cudności jak Jesteś tylko diabłem czy Śmierć mówi w moim imieniu. Ale też ja jestem bezwzględnie wzrokowcem, a nie słuchowcem.

Tagi: książka
12:34, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2012

Wszyscy gadają o ostatnich meczach Ligi Mistrzów, więc ja przekornie wracam do zaległego tematu związanego z meczem Ligi Europejskiej sprzed tygodnia:-)

Grały sobie PSV Eindhoven z Valencią. Wynik był w dużej mierze zdeterminowany przez pierwszy mecz, gdzie Valencia wygrała 4:2 (a i tak dała Holendrom dużą szansę, pozwalając im strzelić dwa gole w końcówce). Rewanż też wydawał się ustawiony, kiedy Valencia dorzuciła jeszcze jedną bramkę, nawet po wyrównaniu przez PSV, dwubramkowa zaliczka wydawała się solidna. I w ostatnich minutach zrobiło się.. ciekawie. 

Po akcji pod polem karnym Valencii, piłka wróciła na połowę rywala, tam obrońcy zaczęli ją podawać w poprzek. Wtem zrobiło się jakieś zamieszanie, sędzia pobiegł z powrotem pod bramkę Valencii. Po chwili zobaczyliśmy pokazaną obrońcy VCF czerwoną kartkę, nie bardzo było wiadomo za co. Realizator pokazał Toivonena masującego tył głowy. Gospodarze się ożywili, bo miało to miejsce przy linii pola karnego, więc zapachniało jedenastką - na dwie minuty przed końcem mogli być o gola od awansu, z przewagą zawodnika. Ale rzeczywistość srodze ich rozczarowała - po chwili sędzia zamiast pokazać na jedenasty metr, pokazał poszkodowanemu żółtą kartkę i odgwizdał wolnego dla gości. Wygrzebana przez realizatora powtórka pokazała, że zanim Toivonen został powalony na ziemię solidnym uderzeniem z misia, łapał najpierw obrońcę za koszulkę.

Pytanie, które mi się wtedy nasunęło, brzmiało: skąd sędzia znał przebieg tego zajścia? Obserwował kątem oka, kiedy akcja oddalała się w przeciwną stronę? Podpowiedział mu sędzia bramkowy lub liniowy? A może cała wiedza pochodziła od uzbrojonego w monitor technicznego? Obstawiałbym to ostatnie, ale oficjalnie nie wolno, więc pewnie się do tego nie przyznają.

Jak ktoś chce zobaczyć sam, tu znalazłem jakiś skrót - na pewno polecam obronę Przemysława Tytonia z 43 minuty. Fantastico. Przy golu nie miał szans.

wtorek, 27 marca 2012

Szedłem wczoraj ulicą, miałem trochę czasu do zebrania, nie spieszyło mi się. Rozglądałem się na wszystkie strony, chłonąc wiosnę, rejestrowałem z otoczenia więcej niż przeciętnie. W jakiejś witrynie sklepowej zobaczyłem ulotkę reklamową, w której obok nazwy towaru podkreślono słowo: supermiękki

Słowo to może się kojarzyć z wieloma rzeczami, zapewne. (Jak ktoś w tym miejscu ma ochotę na zabawę w zagadkę, niech zamknie oczy, przejdzie do komentarzy i wpisze swój typ). Komuś przyjdzie do głowy papier toaletowy, chusteczka, pieluszka może. Ktoś inny powie,  gdzie to ja chodziłem, że supermiękkie opony sprzedawali (w Formule 1 się używa, ale ani z uwagi na cenę, ani z uwagi na praktyczność, nie spodziewam się w sklepie osiedlowym w mieście wojewódzkim). Co jeszcze - ciuszek jakiś z fikuśnego materiału? Materac jak z puchu najdelikatniejszego? Ptasie mleczko?

Przyznam, że cały czas nie mogę wyjść z wrażenia, poruszony jestem. Sklepem, na którym widziałem rzeczone hasło, był mięsny. Reklamowanym produktem był supermiękki schab. Aż się boję, jak tam w tym sklepie musi wyglądać schab normalnej twardości. 

22:08, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 marca 2012

Dla Ferrari ten wyścig był jak sen. W kwalifikacjach byli wolniejsi o sekundę od czołowej ósemki, nie mieli żadnych szczególnych oczekiwań. Po zakończeniu wyścigu cieszyli się zarówno z nieoczekiwanego (wcześniej) zwycięstwa, jak i z objęcia, choćby na parę tygodni, fotela lidera przez Fernando Alonso. W Malezji trwa zapewne czerwone święto na padoku. 

Zupełnie inny sen śnili dzisiaj w HRT. Na co dzień czerwona latarnia, w trakcie wyścigu zaciskali kciuki, zęby i co tylko jeszcze, żeby trwał wspaniały sen spod znaku czerwonej flagi wywieszonej na dziewiątym okrążeniu. Narain Karthikeyan - dzięki założeniu na starcie deszczowych opon - znajdował się bowiem na dziesiątym miejscu, co w razie definitywnego zakończenia wyścigu w tym momencie dałoby zespołowi historyczny pierwszy punkt. Nawet jeśli byłoby to tylko pół punktu. (Dla Hindusa nie byłby to pierwszy punkt w karierze w F1, zajął już raz czwarte miejsce, ale w dziwnym USGP'2005, kiedy wystartowało jedynie sześciu kierowców i wszyscy mieli pewne punkty). Niestety, pogoda przerwała ich sen, czerwona flaga znikła, a Jenson Button zniszczył Karthikeyanowi wyścig (nawet jeśli jego szanse sprowadzały się do utrzymania się przed Marussią czy nawet może Caterhamem).

Jak we śnie jechał też Sergio Perez. Startował dziewiąty, po restarcie i zmianach opon znalazł się na drugiej pozycji, utrzymując bezpieczny dystans od Hamiltona. Kiedy tor zaczął przesychać, zaczął się szybko zbliżać do czerwonego bolidu Fernando Alonso, dwukrotnie siedział mu na ogonie na prostej startowej. I wtedy usłyszał w słuchawkach informację od zespołu, że ich druga pozycja w zupełności satysfakcjonuje, po czym minutę później zrobił na zakręcie wyjazd na pobocze, stracił kilka sekund i już się do lidera nie zbliżył. Można się zastanawiać, czy zespół chciał młodemu zawodnikowi przypomnieć, że Ferrari dostarcza im silników i ogólnie szerokiego wsparcia (za co zespół rewanżuje się jak tylko może w różnych sytuacjach, aż bywa nazywany Ferrari bis), czy też może o plotkach, w myśl których Perez ma być następcą czy wręcz zastępcą Felipe Massy w czerwonym bolidzie - czy też może nie chciał ryzykować niepotrzebnego zdarzenia w walce, gdy drugie miejsce byłoby dla zespołu najwyższym w historii jego samodzielnych startów (wtedy byłoby to też pierwsze podium od ponad ośmiu lat), a drugim najlepszym jeśli uwzględniać okres BMW-Sauber (nie muszę dodawać kto wygrał dla Saubera jedyny wyścig..); poza tym 18 pewnych punktów to wróbel w garści, a szansa na 25 punktów to dzięcioł na dachu (jak pokazał dopiero co Pastor Maldonado, też ścigając Alonso). Do prawdy nikt nigdy nie dojdzie, a przynajmniej mało kto w nią uwierzy, jak w przypadku gwizdka Ovrebo czy zamachu na Kennedy'ego. 

Czerwony sen także w Mercedesie, choć tam to koszmar - stali się czerwoną latarnią wśród zespołów walczących o cokolwiek; po dzisiejszym GP wyprzedzają wyłącznie outsiderów, mając na koncie jeden (cyframi: 1) punkt, i to wyłącznie dzięki defektowi Maldonado. 

Następny wyścig w czerwonych Chinach. 

18:04, bartoszcze , F1
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 marca 2012

Junior gra z Matką w okręty (obowiązkiem Ojca jest jedynie narysowanie im plansz i kontrolowanie, czy Junior prawidłowo odhacza). Ponieważ Junior przy grze bywa podniecony (i na dodatek coś w przerwach pogryza), nie zawsze słychać całkiem wyraźnie, którą literę akurat wymawia (B/D, A/H i w ogóle), więc w pewnej chwili przy jakimś D3 Matka pyta, jaka na pewno jest litera, a Ojciec dodaje:
- Podaj słowo na tę literę - D jak..
- ..drink. 

Przy czym drinków w typowym rozumieniu, Rodzice zasadniczo nie używają.

Kupiłem pewne urządzenie. Rozpakowałem, uruchomiłem we właściwym miejscu, zabrałem się do sprzątania. Wyjąłem wszystkie zignorowane kwitki z opakowania, włącznie z instrukcją obsługi i gwarancją. I pewną małą karteczką. 

Karteczka  zatytułowana była "ERRATA do gwarancji". Nie zawierała jednak sprostowania błędów drukarskich (jak ktoś mógłby naiwnie pomyśleć), tylko dodatkowe postanowienia (które raczej nie wypadły w druku w pięciu wersjach językowych). Urzekło mnie w niej zdanie następujące:
"sprzęt nie jest przeznaczony do użytkowania przez osoby o ograniczonej zdolności fizycznej, czuciowej lub psychicznej"
Cały czas się zastanawiam, kogo autor erraty miał na myśli (z wyjątkiem dzieci, wymienionych wprost) i dlaczego. Z prawnego punktu widzenia, zastrzeżenie było właściwie bezprzedmiotowe.

Kupionym urządzeniem był filtr do akwarium. Dla żółwia. Przy czym gwarancja nie obejmowała odpowiedzialności za organizmy żywe (biedne bakterie i glony, które filtr wciągnie).

13:26, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (3) »
czwartek, 22 marca 2012

Wielu cudzoziemców przebywa w Polsce nielegalnie od lat, niektórzy pewnie tak długo, że zapomnieli jest gdzie indziej. Od niedawna obowiązują przepisy, na podstawie których przynajmniej niektórzy z nich mogą swój pobyt zalegalizować i żyć bez strachu. Oczywiście, jeśli o takiej opcji wiedzą. 

Najłatwiej mają ci, którzy nauczyli się polskiego, oczywiście, choćby na takim poziomie jak poseł Godson. Nie każdy ma jednak talent do języków, a nasz nie uchodzi za najłatwiejszy, więc byłoby dobrze, jakby przynajmniej władali jakimś językiem powszechnie używanym - w zależności od kierunku, z którego przybyli, może to być angielski lub rosyjski (w końcu Ukrainiec, Białorusin czy Czeczen nawet język ten powinien bez problemu rozumieć w mowie, a nawet w piśmie). Co mają jednak zrobić ci, którzy nawet z tym sobie nie poradzili albo nie mieli szans sobie poradzić? Otóż najlepiej by było, gdyby rozumieli po... wietnamsku.

Takie wnioski nasuwają się z lektury plakatu zachęcającego do legalizacji, czytanego o 5 rano na dworcu kolejowym. Cóż, podobno Wietnamczyków w Polsce jest więcej niż Niemców na Śląsku*.

10:00, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
środa, 21 marca 2012

Dziś o podróży jeszcze nieodbytej. Czeka mnie jutro wyjazd do Wrocławia, zacząłem więc sobie sprawdzać co dokładnie gdzie jak (w tym miejscu Wrocławia jeszcze chyba nie byłem). Nakazałem GoogleMapsowi policzyć drogę z dworca PKP, sprawdziłem jakie połączenia dają mi wszystkie spółki kolejowe. Na wynik aż jęknąłem, nie żeby droga do Wrocka była jakaś przesadnie długa, ale występuje niemiłe niedopasowanie mojego terminu ode mnie niezależnego z rozkładem jazdy (odjazd pociągu przed świtem). Dla zasady kazałem więc Googlowi sprawdzić długość drogi bezpośrednio z domu (nie lubię w takie trasy jeździć bez potrzeby, bo się człowiek męczy prowadzeniem zamiast w spokoju popracować i przygotować się). 

Spojrzałem na wynik wyszukiwania i zamrugałem oczami. Też byście tak zrobili, gdyby Wam wyświetliło czas podróży "1 dzień 13 godzin". Tak to jest, jak się ekstrawagancko sprawdza guglem czas spaceru pieszego przez Wrocław, a później nie zmienia ustawień na ciut dłuższą trasę.

Właściwie to pieszo już bym nie zdążył, nie wiem jak tam biegiem, to 200 km. 

niedziela, 18 marca 2012

Kiedy przed rozpoczęciem inauguracyjnego wyścigu sezonu realizator pokazywał szeroką panoramę Melbourne, toru i jego otoczenia, moją uwagę zwróciła pośród widowni pojedyncza, wielka flaga Wenezueli. Najwyraźniej nawet w Australii znalazła się grupka przedstawicieli tego kraju, która postanowiła kibicować swojemu jedynakowi w F1. 

Formuła 1 to zjawisko co do zasady internacjonalistyczne, z wyścigami rozrzuconymi po wszystkich prawie kontynentach (Afryka też bywała, nawet jeśli nie dziś), z fanami we wszystkich strefach czasowych i z kierowcami również ze wszystkich stron. W stawce przeważają wprawdzie Brytyjczycy i Niemcy, tradycyjnie wielu było Włochów czy Francuzów (nawet jeśli w tym czy innym sezonie więcej lub mniej), tradycyjnie nie brakuje Brazylijczyków czy Finów (ci ostatni to właściwie mały fenomen w sportach motorowych), zwykle się jacyś Japończycy zaplączą. Okazjonalnie pojawiają się i przedstawiciele innych nacji, poczynając od naszego rodzimego rodzynka chwilowo na L4, zastępującej go w roli ambasadora Europy Wschodniej Rakiety z Wyborga, dzielnych (bardziej niż utalentowanych) chłopców z Indii czy młodziaków z Meksyku albo Wenezueli właśnie (and many, many more).

Dziś widzowie stojący pod barwną flagą Wenezueli miele wiele powodów do emocji (napisałbym do radości, ale..). Ich bohater startował z dobrej ósmej pozycji, na starcie przeskoczył o dwie, po dwóch okrążeniach wśliznął się na piątą, demolując zarazem Romainowi Grosjean zawieszenie przy udanym wyprzedzaniu. Później zaliczył też wizytę na żwirku, gonił jak szalony, żeby nadrobić straty, dzięki safety carowi (i dobrego restartowi) jechał na szóstym miejscu tuż za rurą wydechową Fernando Alonso, ambitnie próbując przeskoczyć o jeszcze jedno miejsce. Na ostatnim okrążeniu zawadził jednak kołami o trawę, zaliczył piruet zakończony ciężkim uderzeniem w bandę (safety car nie zdążył po prostu wyjechać, na wcześniejszych okrążeniach zostałby jak nic wypuszczony) i spowodował zamieszanie na torze, przez które jeszcze zdążyło się potasować na punktowanych miejscach. Zasługiwał tego dnia na nagrodę, ale będzie nią tylko miejsce w pamięci widzów, życzliwe lub nie.

Tagi: Australia
10:46, bartoszcze , F1
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2