Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 28 marca 2016

Jak wiadomo, staram się (zwłaszcza tu) unikać polityki, bo zbytnio mi działa na nerwy. Dziś zrobię mały wyjątek nie dlatego, że stało się coś szczególnego na scenie politycznej, choć tam się oczywiście zaczęło. Palnął więc jeden kościelny hierarcha któregoś tam sortu, że "pojawiła się w Polsce nowa Targowica". Głupota tej wypowiedzi sama w sobie nie zasługiwałaby moim zdaniem na uwagę, ale pojawiły się na nią odpowiedzi, próbujące wyliczać hierarchom kościelnym udział w Targowicy, i tu załamałem ręce...

Widziałem ze dwie wersje takiej odpowiedzi. Jedną nieco krótszą, pod szyldem "targowiczanie którzy obalili konstytucję 3 maja", drugą ciut bardziej rozbudowaną, opowiadającą o "przystępowaniu na wyścigi"(przy czym lista nazwisk z wersji pierwszej w pełni się mieści i w drugiej). Zadałem sobie pytanie, kto i na jakiej podstawie wysilił się na takie wersje? Odpowiedź znalazłem szybko na Wikipedii pod hasłem "konfederacja targowicka", gdzie pojawia się zdanie:

Gorącymi zwolennikami konfederacji byli: prymas Michał Jerzy Poniatowski, biskup chełmski Wojciech Skarszewski, biskup żmudzki Jan Stefan Giedroyć, biskup poznański Antoni Onufry Okęcki, biskup łucki Adam Naruszewicz i biskup wileński Ignacy Jakub Massalski.

I tak, dokładnie jest to lista nazwisk z pierwszej wersji. Niestety, z daleka widać, że autor mema nie popisał się nawet zrozumieniem czytanego tekstu, gdyż pochodzi on z fragmentu traktującego o połączeniu konfederacji targowickiej (koronnej) z równoległą konfederacją Wielkiego Księstwa Litewskiego (ach, te niuanse ustrojowe I Rzplitej...) w Najjaśniejszą Konfederację Obojga Narodów, co miało miejsce we wrześniu 1792 roku. Na długo po tym, jak 24 lipca 1792 roku "dla ojczyzny ratowania" do konfederacji targowickiej przystąpił król (a wojna z Rosją została zakończona). 

Uważny czytelnik zresztą natychmiast powinien podnieść brwi na widok nazwiska Adama Naruszewicza, znanego reprezentanta Oświecenia polskiego, zwolennika Konstytucji 3 Maja. Gdyby zaś ruszyć palcem i kliknąć w biogramy poszczególnych zdrajców, to jasno widać, że obok kreatur takich jak Kossakowski czy Massalski (słusznie powieszonych w czasach kościuszkowskich) umieszczono bezsensownie (wręcz obraźliwie) także prymasa Michała Poniatowskiego (królewskiego brata), zwolennika Konstytucji, który - tak jak Naruszewicz - akces do Targowicy zgłosił dopiero razem z królem, uznając to za konieczne dla próby obrony już nie niepodległości, ale integralności państwa. 

Można byłoby jeszcze luźno przypomnieć, że w I Rzeczypospolitej biskupi rekrutowali się głównie z prowadzącej własną rodzinną politykę magnaterii, oraz że z urzędu zasiadali w Senacie, i o tyle zwykłymi politykami byli, ale najważniejsze, żeby odwołując się do historii, wiedzieć o niej coś więcej, niż przeczytano na fajnym obrazku. Nie ma bowiem nic gorszego nad szerzenie nieprawdy pod hasłem szerzenia prawdy.

11:40, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (7) »

Jakoś tak się nie pisało, choć były momenty weny i chęci (rozmijały się jednak).

Coroczne farbowanie jaj w tym roku miało nabrać szczególnie kolorowego wymiaru, gdyż specjalnie wystaraliśmy się i nabyliśmy (Bohuna przy tym siekąc) jajka o białych skorupkach, gdyż niektóre farby słabo wychodzą na jajkach barwy nijakiej. Zgodnie z przewidywaniami, zieleń czy błękit wyszły intensywnie, żółte jajko też żółtym było, a nie żółtawym (acz ornament z numerka trzymał się na nim mocno). Poczułem się natomiast zaskoczony, bo niektóre wyszły jednak dość nieszczególnie, koloru jagodowego nawet nie próbowałem powtarzać - a już szczytem zdziwienia były dość blade barwy jaj gotowanych w cebuli (a może to była prawdziwa barwa cebuli?)

Przy okazji barwienia odnotowałem zaskoczenie innego rodzaju - miałem farbki przeznaczone na rynek polski, czeski i słowacki. Na polskiej instrukcji obsługi twardo zaznaczono wymóg rozpuszczania barwnika we wrzątku. Sąsiedzi z południa mogli sobie natomiast pofolgować i rozpuszczać wedle swojego uznania w wodzie zimnej lub gorącej (studena nebo horka). Może to nasz jakiś przesąd narodowy z tą gorącą wodą?

W każdym razie świętujcie spokojnie, na zewnątrz też kolorowo (choć to jeszcze nie wiosna do końca).

Tagi: wielkanoc
11:06, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 marca 2016

Jak to się trzeba szybko orientować: wczoraj leniwie myślałem nad napisaniem notki o nowym systemie kwalifikacji, a jeszcze w nocy w zasadzie... przeszedł on do historii. W bezsensownie ekspresowym tempie został wprowadzony - pomysł pojawił się kilka tygodni temu, pierwotnie miał obowiązywać dopiero od GP Hiszpanii, zatwierdzono go w ostatniej niemal chwili (oficjalna data publikacji nowej wersji regulaminu to 11 marca). W jeszcze szybszym tempie zraził do siebie widzów i kierowców, przed porannym (czasu australijskiego, więc dla nas nocnym) spotkaniem szefów zespołów ktoś zdążył rzucić dowcip, że "wyeliminowanie nowego systemu może zająć mniej niż 90 sekund".

Tu niezorientowanym należy się kilka słów wyjaśnienia - założeniem nowego systemu było, że zawodnicy będą odpadać nie na końcu każdej sesji kwalifikacyjnej, ale już w jej trakcie, w wyznaczonych momentach (odległych od siebie 90 sekund) aktualnie najsłabszy miał wędrować "pod prysznic". W zamyśle twórców (choć są pewne wątpliwości, czy myśl była tam obecna) kierowcy mieli czuć presję czasu nie tylko pod koniec sesji, ale także w jej trakcie - przez co spodziewano się niespodzianek, zwłaszcza pod wpływem błędów wymuszonych pośpiechem. Efekt praktyczny był natomiast taki, że kierowcy świadomie się udawali "pod prysznic" (w warunkach F1 raczej na wagę, bo taka jest procedura), zanim skończył im się czas, w którym mieli próbować poprawiać swoje rezultaty (i przebijać czasy rywali); o tyle tylko sprawdziły się założenia, że Esteban Gutierrez z debiutującej ekipy Haas odpadł, gdyż czwarty najlepszy czas pierwszej sesji kwalifikacyjnej ustanowił (poprawiając swój wynik o trzy sekundy) o jakieś sześć sekund za późno, po tyknięciu zegara-gilotyny. Najbardziej bolesny był widok, kiedy w ostatnich minutach - kiedy zwykle następował decydujący pojedynek o pole position - tor był pusty...

Formalnie decyzje właściwych gremiów jeszcze przed nami (szefowie zespołów nie mają mocy sprawczej), ale powrót do starego formatu kwalifikacji już w następnym wyścigu wydaje się przesądzony. Jestem bardzo ciekaw, jak wtedy będzie wszystko wyglądało, bo zmiana decyzji o formacie kwalifikacji nałożyła się na inną zmianę (wręcz można mówić, że ją przykryła) - na opisywaną wcześniej rewolucję w dostępności i doborze opon. To, że Ferrari w decydującej części Q3 nie wyjechało na tor, było po części wynikiem decyzji strategicznej o zachowaniu na wyścig jednego kompletu supermiękkich opon - a we wcześniejszej fazie zbyt dużą ilość takich opon już użyli, starając się uniknąć wyeliminowania. To, że kierowcy Force India w decydującej części Q2 nie walczyli, było wynikiem strategicznej kalkulacji - nie liczyli na wyższe pozycje niż wynikające z reguł eliminacji: dziewiątą i dziesiątą, a ewentualny awans do Q3 odbierałby im prawo swobodnego wyboru opon na start.. Niestety (dla nowego systemu), te decyzje w fatalny sposób wyglądały na torze - ale z drugiej strony było to dość przewidywalne.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że decyzja strategiczna Ferrari była zalążkiem porażki w wyścigu, a decyzja strategiczna Force India opłaciła się... w połowie. 

Silniki poszły w ryk!

Tagi: opony
13:50, bartoszcze , F1
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 marca 2016

Kiedyś, dawno temu, prawie w odległej galaktyce, na nowej miejscówce (gdzie prawie wszystko dla młodziaka zza Żelaznej Kurtyny wydawało się fajne i egzotyczne), znalazłem w szafce kuchennej kufelki, z grubego szkła. Używam zdrobnienia, bo ich pojemność wynosiła góra ćwierć litra (0,2-0,25, mniemam), o tyle mi to nie przeszkadzało, że i tak w owym czasie (z wielu powodów) nie używałem ich do piwa. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że te zacne kufelki były w istocie starymi opakowaniami po jakimś miodzie czy marmoladzie, po opróżnieniu i starannym wyczyszczeniu nie pozostał żaden ślad ich pierwotnego przeznaczenia.

Później znacznie mocniej zetknąłem z takim recyklingiem praktycznych opakowań. Wspominam na przykład takie serki topione sprzedawane w wysokich szklankach, które wszyscy kupowali dla szklanek (nawet jeden facet oferował że odda te serki za darmo, byle mu szklanki zwrócić, ale jakoś nie było chętnych na ten kierunek, a przynajmniej ja nie słyszałem); w niskich (typu literatki bardziej niż long drinki) też były, nawet chyba lepsze w smaku, ale też szybciej wyszły. Szklaneczki "jak do whisky" po nutelli to pewnie każdy ma dziś w domu. Plastikowe pudełka po tłuszczach (i nie tylko) są świetne (po domyciu) do czasowego przechowywania różnych rzeczy jadalnych, także w zamrożeniu. 

Tak mi się jakoś na rozmyślania zebrało, kiedy dziś domywałem pracowicie plastikowe wiaderko po produktach rybnych, i przez mózg przemknęła myśl "czy takie wiaderko nie przydałoby mi się do czegoś?" Ale druga myśl odpowiedziała "daj spokój, już masz takich kilka z różnymi różnościami, zaraz nie będzie ich gdzie stawiać (i opróżniasz zwykle jedno takie na tydzień)". Poza tym po rybach to trzeba bardzo solidnie domywać, nawet jeśli to nie śledź. 

Te kufelki, mówiąc szczerze, przyjechały przez pół świata i są w użytku do dziś. 

19:37, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (4) »
sobota, 05 marca 2016

Zostałem uprzejmie poproszony, by zagłosować w jakimś konkursie projektów obywatelskich, sąsiedzkich czy jakoś tak. Prośba była uprzejma, złożona przez osobę budzącą zaufanie, na dodatek towarzyszyła jej zachęta "przez Facebooka to dziecinnie proste"...

Krótka chwila namysłu, decyzja: a co mi szkodzi, jak ładnie proszą (sam może kiedyś poproszę). Klikam w podanego linka, przenosi mnie na stronę konkursu. Gdzieś z boku jest okienko logowania, rejestrować się nie będę (jestem zarejestrowany w zbyt wielu miejscach i szczerze mówiąc zaczyna mnie odrzucać, jeśli mam się gdzieś rejestrować dodatkowo, nawet jeśli nic mnie to nie kosztuje, a korzyść z tego bym mógł mieć), obok faktycznie jest przycisk "zaloguj się przez FB". Klikam, podejrzliwie oglądam okienko aplikacji, ale nie chce ona zbyt wiele ode mnie i nie deklaruje jakichś nachalnych praktyk, akceptuję i jestem zalogowany. Pora byłaby zagłosować, gdzie jest jakaś formatka głosowania...

I tu robi się problem. Po zalogowaniu się pojawia się bowiem strona zatytułowana "zaakceptuj warunki", na której są dwa okienka. Jedno to deklaracja, że wyrażam organizatorowi konkursu zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w związku z korzystaniem z serwisu, udziałem w konkursach i wydaniem nagród. Drugie to deklaracja, że wyrażam organizatorowi zgodę na przesyłanie informacji handlowych drogą elektroniczną. Ponieważ nie widzę związku takiej zgody z udziałem w konkursie, postanawiam wyrazić zgodę na pierwsze, ale nie na drugie. I co? I okazuje się, że dopóki nie wyrażę zgody i na jedno i na drugie, to dalej nie pójdę... I tak, nawet jest zaraz zastrzeżenie że w każdej chwili mogę zaprzestania przetwarzania moich danych - ale to oznacza, że muszę dodatkowo zrobić coś, czego mi się zwyczajnie nie chce. 

Przykro mi, ale nie zagłosowałem. Niech się organizator ***** i już, nic na mnie w taki sposób nie wymusi.

piątek, 04 marca 2016

Furorę robią ostatnio żarty z redaktora Macieja Orłosia, który informując w Teleekspresie o przyznaniu Oscarów określił zwycięski film jako film o "aferze pedofilskiej w Bostonie" (tak czytałem, bo nie oglądam). Aż się roi od innych lakonicznych opisów typu "Obcy - film o negatywnych skutkach zapłodnienia in vitro". Gdyby ktoś nie czuł powodu żartów, chodzi o brak nawiązania w tym opisie do Kościoła katolickiego - afera dotyczyła wszak księży (zaczynając od bostońskich), ich występków i tuszowania tych występków przez lokalny episkopat.

A o czym jest film? Jestem w o tyle może niezręcznej sytuacji, że go nie widziałem (wiem, kiedyś pisałem o filmie i bez tego, ale tu poważnie), tylko czytałem to, co napisali o nim inni. Odnotowałem między innymi tekst (chyba WO zresztą) skupiający się na tym, jak doniosłe znaczenie dla demokracji mają zespoły dziennikarzy śledczych (bez których nie byłoby odkrycia afery, filmu i Oscara, choć na to ostatnie mieli najmniejszy wpływ). Sięgnąłem więc do źródeł niezależnych. W serwisie IMDB piszą tak:
The true story of how the Boston Globe uncovered the massive scandal of child molestation and cover-up within the local Catholic Archdiocese, shaking the entire Catholic Church to its core
Wikipedia w wersji angielskiej podaje tak:
The film follows The Boston Globe's "Spotlight" team, the oldest continuously operating newspaper investigative journalist unit in the United States,[6] and its investigation into cases of widespread and systemic child sex abuse in the Boston area by numerous Roman Catholic priests
natomiast w niemieckiej tak
Der Film basiert auf wahren Ereignissen und handelt von einem Team von Journalisten der Tageszeitung The Boston Globe, das den sexuellen Missbrauch in der römisch-katholischen Kirche in Boston aufdeckt 
Mamy więc trzy elementy definiujące: (1) zespół dziennikarski z Bostonu odkrywa i rozpracowuje (2) aferę z molestowaniem dzieci w Bostonie i okolicy (szeroko rozumianej) (3) przez księży katolickich, których czyny były tuszowane przez przełożonych.

Więc o kim jest ten film: o śledczych, o ofiarach czy o sprawcach? Czy to zależy od tego, o kim chcielibyśmy, żeby był?

Redaktor Orłoś przyznał się, że filmu nie widział tak samo jak ja. 

wtorek, 01 marca 2016

Niezależnie czy ktoś uważa powojennych konspiratorów i bojowników za bohaterów czy za bandytów, jeden fakt jest w tym wszystkim niezbity: otóż pojęcie jest błędne od zarania.

Żołnierz to przedstawiciel oficjalnych sił zbrojnych państwa. W okresie okupacji siły zbrojne były na Zachodzie i Wschodzie, w kraju natomiast podziemne siły pozostające na rozkazach rządu na uchodźstwie to Armia Krajowa (reszta to różne partyzantki). Armia Krajowa została rozwiązana w dniu 19 stycznia 1945 roku, jej żołnierze - zwolnieni z przysięgi i służby. Później jeszcze był krótkotrwały epizod z Delegaturą Sił Zbrojnych na Kraj, stworzoną na rozkaz Andersa, ale wycofanie uznania mocarstw dla rządu londyńskiego uczyniło ją bezcelową już po trzech miesiącach. Od tej pory żadna antykomunistyczna partyzantka nie miała już statusu sił zbrojnych państwa polskiego, i siłą rzeczy jej członkowie nie mogli być uznani za żołnierzy (do "wyklętych" nie mam pretensji).

Wśród tych, którzy się buntowali przeciw nowym porządkom, byli i marzyciele, i ideowi twardogłowcy narodowi czy klasowi, i zagubieni, którzy nie mieli dokąd pójść, i tacy, którzy poza chowaniem się po lesie i zabieraniem żywności chłopom nic właściwie innego nie umieli; niejeden bandyta pokroju Rajsa - "Burego" się wśród nich uchował. Ich oponenci często się od nich nie różnili zbytnio (szczerością intencji, prostotą, brutalnością), choć mieli za plecami cały aparat państwowy. Ani jednych, ani drugich nie można w czambuł potępiać, ani na wyrost chwalić. Zostawiam więc na do widzenia tę grafikę:

dzień wyklętych chwała bohaterom hańba bandytom Razem

23:37, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (5) »