Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 28 kwietnia 2013

Świat nam się globalizuje, muzyka płynie zewsząd, aż czasem trudno zgadnąć kto skąd przybywa, zwłaszcza że większość wykonawców ogranicza się do tej samej lingua franca. Przyznam, że pewnym zaskoczeniem było dla mnie ostatnio, że kapela Royksopp nie jest - jak mi się wydawało, trochę od klimatu może - rodem z Islandii, tylko właśnie z drugiego brzegu Morza Norweskiego. Cóż w niczym to rzecz jasna nie przeszkadza, zagramy sztampowo, ale przyjemnie (to co że akurat do tego kawałka wypożyczyli wokalistkę ze Szwecji). 

O związkach z Norwegią kapeli De Press oczywiście wiecie świetnie (nie? no to już wiecie), w latach mojej młodości oczywiście wszyscy równie dobrze wiedzieli o tym, że z Norwegii pochodzi supergrupa A-ha. W tej notce przypomnę kawałek kojarzący się nie tyle nawet ze szczytami list przebojów ani z dyskotekowymi parkietami, ile z agentem 007.

Jak nietrudno zauważyć, nikogo z powyższych Breivik nie nazwałby norweskim patriotą, skoro za nic mieli ojczysty język (Andrzejowi Dzubkowi trudno byłoby mieć to za złe). Nie obchodzi mnie zupełnie, co Breivik pomyślałby o ostatniej (i najważniejszej) bohaterce dzisiejszej notki, natomiast niezmiernie mi się podoba, jak ona śpiewa po norwesku. A przynajmniej w tej piosence. Kari Bremnes sygner Mann På Rommet.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Ten moment, kiedy idziesz na szybki prysznic, po czym zakręcając wodę w wannie uświadamiasz sobie, że ręcznik kąpielowy został w tej drugiej łazience. 

W takiej chwili zostaje (poza gromkim sacrebleu czy jaki tam język kto preferuje do wyrażenia dynamicznych, negatywnych emocji) bezradne rozejrzenie się po łazience, rozważenie kwestii wystarczalności ręcznika do rąk - a potem przystąpienie do najbardziej tradycyjnej z metod: otrzepywania się z wody. Z odpowiednią starannością, bo wprawdzie człowiek nie ma psiej sierści, ale i tak wystarczająco dużo kropel trzyma się skóry, i zbytnim wymachem można zachlapać łazienkę. Potem dobrze jest mieć pod ręką (nogą) dywanik, na którym można stanąć, zawsze trochę wsiąknie.

Na tyle, żeby potem w klapkach dało się przebyć drogę do drugiej łazienki, nie zostawiając za sobą wyraźnego śladu.

Tagi: bzdury
16:25, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Rzuciło mnie służbowo do stolicy. Dobrze trafiłem, bo dzień był śliczny, słoneczko piękne, temperatura co najmniej dwucyfrowa (a może i z dwójką na początku). Mając chwilę czasu w zapasie, szedłem więc sobie leniwym spacerem oglądając sobie, jak ta nasza siedziba Stadionu Narodowego wygląda. Rozwodzić się nad śmiesznym wieżowcem z wielką dziurą nie będę, pewnie zrobiono to już wiele razy, znacznie bardziej zaintrygowało mnie, co wypatrzyłem w okolicy kościoła Wszystkich Świętych.
 Warszawa Bagno kościół Wszystkich Świętych

Nawet specjalnie zrobiłem detal:
Warszawa Bagno kościół Wszystkich Świętych 

Tak mi pasuje do ulicy Bagno (wiem, że to brzydko się śmiać z nazwisk etc). Całości dopełniał znajdujący się tuż zaraz Plac Grzybowski, na którym zafascynowały mnie imitacje torów tramwajowych (varsavianiści pewnie mają o tym jakąś fajną historię), rudera na rogu Próżnej nie wyglądała na hipsterską imitację. 

Później wyszedłem na Plac Bankowy, szedłem wzdłuż dłuuuugiego i bardzo urzędowego pałacu i zastanawiałem się, czym wszystkie lokalne władze naraziły się Wieszczowi, że stał do nich tyłem i wolał patrzeć na zwykłe, przygaszone peerelowskie bloczydełko. Może nie podobało mu się, że mu po bokach zrobili dworzec autobusowy. 

Ogród Krasińskich rozczarował mnie, bo zasadniczo był jeszcze w przedsezonowym remoncie, więc zamiast przezeń przejść, musiałem go obejść. Tym milsza była jednak niespodzianka na jego drugim końcu, kiedy na trawniku przed gmachem z napisem Biblioteka Narodowa zobaczyłem taki śliczny widoczek:

Warszawa plac Krasińskich Biblioteka Narodowa

Tagi: fotka
20:02, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (4) »

Zima się skończyła (dziś wręcz prawie lato), więc udało mi się jakoś zmobilizować do pisania na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl. Tym razem napisałem o futbolu, a konkretnie o przepisach i sędziowaniu

(Chociaż w zimie właściwie też miałem nastrój do pisania... ale nie kiedy wypadała wiosną).

18:27, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 kwietnia 2013

W ubiegłym sezonie głośno dość było o filmie Looper, tej zimy już nawet się chyba zdążył pojawić na DVD. Osobiście nie widziałem (przeżyję, najdalej za dwa lata będzie w TV), ale stanowi on dla mnie impuls, żeby wreszcie napisać od dawna planowaną notkę o interesujących aspektach pętli czasu w filmach SF. 

Zacznę od takiego filmu najmniej rzucającego się w oczy, czyli od Częstotliwości. Fabułę ma mocno naciąganą, o tym jak syn przy pomocy radia (i dziwnego zjawiska fizycznego) łączy się z żyjącym 30 lat wcześniej (zmarłym 30 lat wcześniej) ojcem (koncept jak ojciec fizycznie przekazuje coś synowi dzięki temu połączeniu był w stanie dobić człowieka). Syn (policjant) dobrą radą ratuje ojcu (strażakowi w trudnej akcji) życie, co powoduje (zgodnie z wszelkimi zasadami dotyczącymi zmieniania kontinuum czasoprzestrzeni) skutki dla jego własnej teraźniejszości. Scena, w których syn przychodzi do pracy i widzi na biurku znacznie mniejszą (dzięki zmianie w rozwoju zdarzeń) ilość teczek od tej, którą zostawiał dzień wcześniej, podobała mi się niezmiernie (a to ledwie początek). 

Z klasycznych filmów oczywiście wypada zatrącić o serię czterech już Terminatorów. Przyznam szczerze, kiedy oglądałem pierwsze dwa (albo i trzy), to zawsze mnie zastanawiało (może mi umknęło) wytłumaczenie, dlaczego właściwie wszyscy zawsze się przenoszą w czasie o dokładnie ten sam okres (o ileż prościej byłoby wysłać bardziej zaawansowanego robota w moment, kiedy Connor byłby łatwiejszym do ustrzelenia celem). Oczywiście każdego przechodził dreszcz w momencie, kiedy uświadamiał sobie, że Kyle Reese przybywał w przeszłość po to, żeby zostać ojcem swojego przyszłego dowódcy. Ten twist został ostatecznie jednak dopełniony, kiedy w czwartej części John Connor ratował życie dużo młodszemu od siebie Kyle'owi (implikacje tej pętli zostawiam każdemu do spokojnego uświadomienia). 

Mistrzostwem (prywatnym moim) jest jednak 12 małp Terry Gilliama. James Cole jest rzucany w różne miejsca w czasie głównie po to, żeby jego obecność w tych momentach pomogła uwiarygodnić go w najważniejszej podróży (nie powiem, żeby to było zamierzone). Arcydziełem jest jednak scena (zapowiadana od samego początku, choć zrazu nie rozumiana jak należy), w której przybyły z przyszłości Cole ginie na oczach siebie samego jako ośmiolatka. Lepiej się tego zapętlić nie udało. 

No, chyba że w Looperze się udało. 

Tagi: film
17:06, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 kwietnia 2013

Miałem w sądzie parę minut przerwy w rozprawie (dość emocjonującej), więc czekając na powrót na salę zacząłem sobie studiować ogłoszenia sądowe wywieszone na korytarzu. Dominowały oczywiście tradycyjne o zawieszeniu postępowania z powodu braku czyjegoś adresu, o ustanowieniu kuratora dla kogoś kogo adres jest nieznany, czy o licytacji jakiejś nieruchomości. Wśród nich zauważyłem jednak rzecz nietypową (może dlatego, że rzadko przebywam w okolicy wydziałów karnych) - wezwanie do podjęcia z depozytu rzeczy zebranych jako dowody w postępowaniu karnym, prowadzonym w sprawie jakiegoś wypadku. 

Początkowo, nie ukrywam, uśmiechnąłem się, skoro zaraz na początku listy znalazłem "kolczyki z metalu żółtego, niekompletne", "majtki damskie białe 1 szt.", a nieopodal "pasek damski z napisem" i inne części garderoby (w tym "półlowet wełniany"). Później rozbawiły mnie "opakowanie Colgate uszkodzone" oraz "szklany pojemnik wypełniony w 2/3 czarno-białym proszkiem z napisem BLACK PEPPER". Aż westchnąłem nad losem widząc, jak pracowicie opisywano "reklamówkę uszkodzoną z napisem..."

Lista robiła się coraz dłuższa, umysł stał się czujniejszy, wyobraźnia zaczęła pracować. Ubrania, dużo ubrań starannie opisywanych, w tym dziecięce; kawa, kosmetyki, drobiazgi.. Reklamówki z napisem "mama" oraz zdrobnieniami imion dziecięcych (też chyba uszkodzone). Twarz stężała, uśmiech się gdzieś zgubił. Zobaczyłem ten wypadek w wyobraźni, pomyślałem, jak dwie godziny wcześniej pędziłem po lokalnych drogach. 

Nie wiem, czy uczestnicy tego wypadku mieli szansę się w ogóle zgłosić po odbiór swoich rzeczy, nie wiem, czy to ogłoszenie w ogóle do kogoś dotrze lub będzie chciał się pojawić (zwłaszcza że podano datę wypadku: 1988 rok). Ogłoszenie zamieszczono, bo rzeczy leżą bezproduktywnie w magazynie, a ich zniszczenie lub wyrzucenie na śmieci wymaga dochowania odpowiedniej procedury. 

Wracałem do domu nie spiesząc się.

piątek, 12 kwietnia 2013

Biedronka na trawie.
Krokusy na grządce.
Boćki na gnieździe (już dwa).
Futro schowane do pokrowca.  
Auto pozostawione na noc na dworze.

WIOSNA PROSZĘ PAŃSTWA!!!

No to - na cześć wiosny.

Tagi: muzyka wiosna
19:24, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 kwietnia 2013

Kiedyś czajnik to był prosty metalowy garnek, zwykle zamknięty od góry, w którym gotowało się wodę aż do skutku (w szczególności aż zaczęło solidnie dymić z dzióbka). Potem dla większej wygody wymyślono gwizdki nakładane na dzióbki, które w odpowiednim momencie zaczynały wydawać nieprzyjemny dźwięk lub bawić się w rakietę napędzaną parą. Dalsza ewolucja w tym kierunku się zatrzymała, bo upowszechniły się czajniki elektryczne. 

Ten krótki rys historyczny ma na celu wprowadzenie do zdarzenia, które nastąpiło w tym tygodniu. Mimo że to zdarzenie u mnie rzadkie, sprowadziłem do domu nowiutki czajnik (elektryczny, a jakże). Prawie dizajnersko metalicznie lśniący, z bajerami (jakie wciska się do każdego nowego czajnika). Ma możliwość gotowania wody o zadanej temperaturze, sporą szybkę z widokiem na wnętrze i kolorowe podświetlenie wnętrza, zależne od zadanej temperatury (można siedzieć i patrzeć na narastający kolorowy bulgot). A gdyby ktoś się miał zagapić i nie zauważyć tego magicznego momentu, w którym woda jest gotowa, wydaje z siebie przenikliwe pi(s)knięcie. 

I właśnie. Dźwięk wydaje też przy innych okazjach, przez co obecnie proces przygotowywania porannej herbaty wygląda/brzmi następująco. Nalewa się wody, ustawia czajnik na podstawce [piip]. Włącza się czajnik [piip]. Ustawia się temperaturę wody na 80 stopni [piip piip piip]. Woda się zagrzała [piip]. Zalewa się zieloną herbatę i stawia czajnik z powrotem [piip]. Włącza się czajnik, żeby woda zawrzała [piip]. Zawrzała [piip]. Zalewa się czarną herbatę i odstawia czajnik na miejsce [piip]. 

Za parę dni wyjeżdżam służbowo skoro świt. Chyba wyciągnę zwykły metalowy garnuszek i zagrzeję na gazie...

Tagi: bzdury
18:32, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (7) »
niedziela, 07 kwietnia 2013

Nazwę Dhaulagiri tłumaczy się jako "Biała Góra" (z sanskrytu). W Himalaje trochę daleko, więc usypaliśmy sobie w ogródku własną.

Dhaulagiri domowe home zu Hause
 (łopata nie sięga podłoża, góra miała około półtora metra).

Prawda, że podobna?

Dhaulagiri Himalaje Himalaya Nepal
(za World All&Details)

11:11, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
sobota, 06 kwietnia 2013

Nieszczęsnym przebojem tygodnia był tekst o bohaterach Kamieni na szaniec - o tym, jak to należy ich zdemitologizować, bo byli antysemitami, a przynajmniej obracali się w anstysemickiej rzeczywistości, a przynajmniej Kamiński nic nie napisał o problemie żydowskim (przynajmniej w wydaniu wojennym), oraz że Rudy z Zośką mieli romans. Kto nie czytał, niech wygugla (jeśli koniecznie potrzebuje).

Nie, nie zamierzam nawet przez chwilę zastanawiać się, czy mamy do czynienia z odkryciem Ukrytej Prawdy jak u Dana Browna, głowić się, czy Rudego odbijali dlatego, żeby przyćmić inne wydarzenia, czy też może dla ukojenia odchodzącego od zmysłów kochanka. Zadaję sobie tylko jedno pytanie: po co właściwie jest ten tekst? (Opcję "żeby zohydzić narodowi jego bohaterów" zostawiam prawicowym megalomanom.) I tylko dwa powody widzę, niewykluczające się: jeden to chęć zabłyśnięcia, drugi to wierszówka (lub inna forma honorarium).

Bo nie wiem, jak można czytać Kamińskiego i nie wyłapać kwestii elementarnej, oczywistej: że demitologizujące zarzuty nie mają żadnego wpływu na sens opowieści. Akcja z Kopernikiem, akcja z kotwicami, wszystkie inne akcje małego sabotażu i poważnej dywersji, zachowują ten sam sens. No i co zmieniałaby orientacja w tej patetycznej scenie z recytowaniem Słowackiego?

A poza tym zawsze wolałem Alka.

 
1 , 2