Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
środa, 30 kwietnia 2014

Junior przyszedł ze szkoły z zadaniem, aby wymyślić, kto pracuje w nocy. Jakieś tam przykłady miał w zadaniu już z góry podane, chodziło o to, by listę poszerzyć, takie kreatywne.

Junior myślał i wymyślał, Rodzice cierpliwie słuchali i podpowiadali lub sugerowali że nie tędy droga. Przewinęli się m.in. technicy od sieci elektroenergetycznej (nie tymi słowy), górnicy na nocnej szychcie (przynajmniej ci z utrzymania, bo nie wiem czy teraz ktokolwiek po nocy fedruje), aż wreszcie Junior - nie można mu odmówić pewnej logiki - pyta:

- A w elektrowni to ktoś w nocy też węgiel do pieca dorzuca?

Rodzice przyznali, że przynajmniej ktoś tego pieca pilnuje. Choć w zasadzie w elektrowni nigdy nie byli.

Tagi: edukacja
17:36, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 kwietnia 2014

Włączyłem ci ja wczoraj telewizor. Nie bez pewnego zdziwienia (nie nadążam za śledzeniem produkcji filmowej) dowiedziałem się, że nakręcono kolejny sequel Predatora, tym razem wyjątkowo nie rozgrywający się na Ziemi. Włączyłem się plus minus w połowie, więc nie wiem co było na początku (streszczenie na wikipedii przejrzałem pobieżnie), fajnego było niewiele, samurajski pojedynek Japończyka (nie wiem czy miał miecz Hattori Hanzo) z predatorem (nie miał na pewno) oglądałem z dużą fascynacją. 

Przerzucaliśmy się potem w nocy komentarzami na temat tego filmu i cyklu predatorowego w ogóle, pojawiła się wzmianka o Alien vs Predator, błysnęła mi myśl, że chyba (patrz pierwszy akapit) nawet nakręcili o tym drugi film. Troszku mnie to dręczyło, więc zerknąłem do wiki, istotnie - nakręcili, przeleciałem pobieżnie streszczenie... uświadomiłem sobie, że właściwie to końcówkę tego filmu nawet kiedyś widziałem, zapewne również włączyłem się do oglądania gdzieś w trakcie, a nawet bardzo w trakcie.

Takie oglądanie to z mojej strony żadne hipsterstwo czy inne takie, po prostu domowa rzeczywistość wyklucza pojawienie się w okolicach telewizora przed 20.30 (lub później), nie żebym szczególnie z tego powodu płakał zresztą, jakby co to mogę sobie nagrać. Sprawia to jednak, że wiele filmów które mógłbym chcieć obejrzeć bardziej lub mniej, oglądam w wersji niepełnej, najczęściej właśnie bez początku (potem kiedyś dooglądam przy innej okazji, kanałów jest sporo i pór puszczania filmów). Bez zdziwienia przypomniałem sobie, że w podobny sposób oglądałem Ghostwritera Polańskiego - od połowy w górę, kiedy potem (właśnie) czytałem książkę, to wiedziałem, czego się mniej więcej spodziewać, i nie powiem, wiele rzeczy oddano dość wiernie (nie wiem, oczywiście, jak tam w pierwszej połowie filmu...) O różnicach Wam nic nie powiem... tyle tylko, że chyba lepiej, byście obejrzeli, w tym przynajmniej przypadku, raczej nie przeczytacie w dwie godziny (a szkoda czasu).

niedziela, 27 kwietnia 2014

Korzystając z przerwy pomiędzy wczorajszymi opadami a zapowiadaną na popołudnie burzą z gradem, wyszedłem sobie do ogródka poczynić porządki. W ciągu tygodnia poważnie mi się bowiem na trawniku zażółciło, a że - jak już pisałem - mlecze wolę, by kwitły poza moim ogródkiem (może być tak jak tu na przykład), to sytuacja całkiem poważnie wymagała pewnego nakładu pracy.

Schylony nad ziemią, z nożem (do smarowania, ułamanym) w ręku usuwałem jednego mlecza za drugim, głównie kwitnące, choć jak się nawinął pokaźny nierozkwitły, to jeńców nie brałem (i tak za parę dni będzie gotów do kwitnienia, więc po cóż czekać...). Po oczyszczeniu kolejnego fragmentu rozejrzałem się, zoczyłem żółtą plamę na środku rabatki, podszedłem. Zatrzymałem się.

Przez jakąś minutę przyglądałem się, jak na mleczowym kwiatku uwijała się pszczoła. Zadumałem się nad problemem, na ile te usunięte przeze mnie mlecze zmarnowały się z punktu widzenia pszczół (nie słyszałem do tej pory o miodzie mniszkowym). Odleciała. Sięgnąłem po nóż.

Kwiatów póki co nie brakuje, także mleczy.

Tagi: wiosna
15:00, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 kwietnia 2014

Włączam z głupia frant o poranku Google. Rejestruję pojawienie się nowego Doodle'a, z głupia frant sprawdzam co zacz, albowiem z rysunku trudno trochę wywnioskować tożsamość postaci, a pamięć (do rocznic) zdecydowanie nie ta. Setna rocznica urodzin* Jana Karskiego.

Coś mnie podkusiło. Wpisałem w pasek przeglądarki adres niemieckiej wersji wyszukiwarki i nie byłem zdziwiony standardowym ekranem. Po wpisaniu adresu z klasycznym rozszerzeniem .com Doodle się pojawił. Testy na wersjach (wybierając na chybił trafił) francuskiej, włoskiej, brazylijskiej i węgierskiej przyniosły - podobnie jak w przypadku wersji niemieckiej - stronę zupełnie standardową. Zastanowiłem się chwilę i wpisałem adres wersji izraelskiej. Była... standardowa. 

Zastanowiłem się jeszcze raz i wpisałem ponownie wersję "centralną". Doodle był, ale jednocześnie zostałem przekierowany na wersję polską. I po co komu taki zupełnie lokalny Doodle?

*pal już licho, że to chyba nie dziś

Tagi: internet
08:28, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 kwietnia 2014

Słoneczny Poniedziałek* Wielkanocny zachęcał do spacerów. Z braku lepszego chwilowo pomysłu (i nastraszeni telewizyjnymi opowieściami o możliwym pogorszeniu pogody) ruszyliśmy jeno po okolicy, która zapewnia i pola, i lasy, i pagórki, i uliczki... Spacerowaliśmy więc, ciesząc się słońcem, spoglądając na to, co w oddali zdawało się być bliższymi niż zwykle (ach, te optyczne figle niżu), luźno zastanawiając się, jakie dokładnie góry majaczą (całkiem konkretnie) na horyzoncie...

Katowice Zarzecze widok na mlecze(to akurat widok nie na góry, uprzedzając pytania)

Leniwie już wracaliśmy do domu, spoglądając to tu, to tam. Na mijanym płocie wisiały bannery słusznych rozmiarów, jeden był chyba w rodzaju "dom sprzedam". Drugi... z pozoru był banalną reklamą, lecz nagle sprawił że sięgnąłem po aparat (no, dobrze, po telefon).

człowiek najlepsza inwestycja stroje sumo gladiatorzy zorbing

Reklama, jak reklama, nawet nie powala staranność grafika, któremu nie zrobiło różnicy, czy litery są po kolei przed skierowaniem do wydruku. Fascynuje myśl, że ktoś na założenie takiej firmy przytulił pieniądze unijne jako "inwestycję w kapitał ludzki", i że Unia nakazuje mu się tym szczycić przez pięć lat. Gladiator, bokser, zapaśnik sumo - najlepsza inwestycja...

*PS Za pierwszym razem wpisało mi "Ponidziałek'". Przyszło mi do głowy, że Ponidzie może bardzo przyjemnie wyglądać o tej porze, trzeba zapamiętać na przyszłość.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Świąteczny poniedziałek. Leniwie czytam sobie gazetę, tym razem historyczny dodatek do "Wyborczej", a w nim tekst pt. "Wojna z duchami" (schowany za Piano) o specjalnej amerykańskiej jednostce zajmującej się w czasach II wojny światowej ukrywaniem i udawaniem. Czytam i... kręcę nosem. 

Tekst jest, nie ukrywam, interesujący, ale może wprawić czytelnika w mylne wrażenie, jakoby opisywana w nim 23 Jednostka Specjalna, sformowana w latach 1943-1944, była całkowitą nowością nawet jak na armię amerykańską. Zwłaszcza "specjalne zadanie" ukrycia przed nieprzyjacielem fabryki samolotów w Baltimore, powierzone jej 603. batalionowi inżynieryjnemu, wydaje się całkowicie blade w porównaniu z osiągnięciami majora Johna Ohmera, który już w 1938 stworzył 604. batalion inżynieryjny specjalizujący się w zadaniach kamuflażowych, a w roku 1942 ukrywał przed Japończykami wielkie fabryki Zachodniego Wybrzeża

Strasznie irytujące (niedokładnością) jest też twierdzenie, jakoby "stosowanie atrap czołgów" zarządził w Egipcie generał Montgomery przed drugą bitwą pod El-Alamein. Monty zajmował się bowiem w najlepsze obroną północnego brzego Kanału La Manche przed (spodziewaną) niemiecką inwazją, kiedy w tymże Egipcie specjalną jednostkę pozoracyjną "Siły A" stworzył na polecenie generała Wavella brygadier Dudley Clarke. "Siły A" produkowały fałszywe czołgi i działa na długo przedtem, zanim Montgomery mógł o tym pomyśleć...

Pisząc tę notkę przeglądałem sporo strony w Internecie ("czego nie ma w Internecie/Google/Wikipedii, nie istnieje"). Powiela się w nim informacja, że 23 Jednostka Specjalna była okryta tajemnicą aż do roku 1996 (standardowy 50-letni okres tajemnicy), a później najwyraźniej weterani popracowali nad swoim publicity. Trzeba wiedzieć, czego szukać, żeby odnaleźć wzmianki o innych amerykańskich specjalistach od kamuflażu i pozoracji, takich choćby jak weteran dwóch wojen, pułkownik Homer Saint-Gaudens, syn jednego z największych rzeźbiarzy amerykańskich, współtwórca pierwszego w USA, wzorcowego maskowania lotniska (Wikipedia nie wie, że baza Bradley Field miała taki epizod w swojej historii)... Na całe szczęście są stare poczciwe wycinki prasowe (fakt, zdigitalizowane przez Google). No i są książki - jak stary poczciwy "Strzał w próżnię" Rafała Brzeskiego (seria "Tygrys" 4/84)...

Sobotnie popołudnie, pora poświęcić jajka. Przed kościołem nieco niespodziewani goście - w szeregu szóstka koni, jeźdźcy w wyrafinowanych strojach (panowie coś a'la mundury, panie bardziej typowe odzienie do konnej jazdy), trzymają w dłoniach koszyczki, worków z owsem dla koni nie zauważyłem.

Kiedy w kościele pojawia się ksiądz, na początku... przeprasza że jeszcze każe wszystkim zaczekać. Jak mówi: konie się zaczną niecierpliwić szybciej niż ludzie, więc od koni zacznie, a potem wróci do ludzi. Istotnie wraca po kilku minutach. 

Kiedy wychodzimy, stwierdzam, że kolejność była dobrym pomysłem. W międzyczasie zdążyło bowiem popadać, zmokły koń miałby jeszcze większe powody się niecierpliwić (a może dzięki tym paru minutom skończyło padać, zanim wyszliśmy). Nie wiem, czy zdenerwowane by hałasowały, zapewne mogłyby pozostawić więcej charakterystycznych stosików do posprzątania. 

Wesołego i zdrowego świętowania do końca dnia!

13:19, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 kwietnia 2014

Strasznie mnie ostatnio irytuje jedna reklama radiowa. Copywriter wymyślił sobie, że pewien model samochodu zareklamuje serią efektownych porównań typu silny jak.. etc. Zostawmy już kwestię pretensjonalności tej koncepcji, bo to reklama, a nie dzieło sztuki, ale pierwsze porównanie w tej reklamie brzmi "szybki jak.. autostrada do Łodzi".

Jakby nie patrzeć, wylazł z copywritera stolicocentryzm. Nie wiem, czy jest warszawiakiem, słoikiem czy należy do "boat people" (czyli łodzian tłukących się codziennie do pracy w Warszawie i z powrotem), ale zupełnie nie rozumie realiów, w których żyje. Być może w Warszawie tak się mówi (łódzka autostrada, autostrada do Łodzi, nie wiem, nie znam się, nie mieszkam, nie korzystam), ale z punktu widzenia mieszkańców reszty kraju to pojęcie raczej prześmiewcze. Bo jakby nie patrzeć - z południa kraju autostrada jest w stanie wiecznego projektowania (nawet jak uwzględnić S8 jako naciąganą autostradę, to nadal nie jest ona przecież gotowa), z północy kraju - dokładnie to samo, w końcu przejazd przez Łódź dla każdego jadącego na linii północ-południe jest największą traumą. Ci jadący z zachodu niby mają lepiej, ale czy ktoś podróżujący od Poznania ma w ogóle Łódź "w rozumie"?

Reklamowanego auta w ogóle nie rozważałem kupować (to chyba dostawczak), więc mi to kompletnie obojętne, potencjalni nabywcy... jeżeli usłyszą tę reklamę, to chyba też się raczej zaśmieją, niż zachwycą. Oczywiście jest możliwość, że targetem reklamy mieli być wyłącznie odbiorcy okołowarszawscy, ale... jakoś w to nie wierzę.

Tagi: radio reklama
09:17, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 kwietnia 2014

W ostatnich tygodniach dość sporo można było przeczytać czy usłyszeć o groźnych nowych przepisach dotyczących podatku VAT od samochodów osobowych - w największym skrócie, że kto zdecyduje się odliczyć podatek VAT od samochodu kupionego "na firmę", temu grożą straszliwe sankcje (liczone w miliony) jeśli takim samochodem choćby raz pojedzie w sprawach niesłużbowych. Ma to oczywiście na celu utrudnienie ulubionego sportu nie tylko narodowego, jakim jest - powiedzmy - optymalizacja podatkowa, przez organa podatkowe oczywiście nielubiana, i też (jakby nie patrzeć) szkodliwa z punktu widzenia interesu publicznego (bo jednostka zarabia kosztem innych), a zarazem wrażliwa z punktu widzenia reguł unijnych, zgodnie z którymi VAT powinien być odliczalny co do zasady.

Jako że czas był najwyższy, by się z nowymi przepisami starannie zapoznać, sięgnąłem po tekst ustawy. Spokojnie przyjąłem szczegółowe wymagania związane z prowadzeniem specjalnych ewidencji dotyczących korzystania z samochodów... Spokojnie, gdyż nowe zasady łączą kij i marchewkę: grożą utratą prawa do odliczenia (ze wszelkimi tego skutkami wstecz), jeżeli właściciel samochodu postanowi odliczyć VAT w 100% - i są wręcz korzystniejsze niż dotąd, jeśli zdecyduje się na odliczanie jedynie połowy (korzystniejsze, bo pozwalają na odliczanie części VAT od paliwa, przypuszczam, że może to zrekompensować utratę połowy VAT od pozostałych wydatków), zachowując w ten sposób zasadę odliczania VAT.

Po przeczytaniu tego wszystkiego prawie poszedłem do półki z książkami. Prawie, bo niekoniecznie chciało mi się przepisywać z wydania papierowego, skoro w internecie znajdę wersję elektroniczną. Chwilę poszukałem i znalazłem w przekładzie Józefa Paszkowskiego:

Gotuj się zatem rżnąć mięso: nie przelej
Krwi ani kropli; pomnij też nie wyrżnąć
Ani mniej, ani więcej niż funt spełna;
Bo gdybyś wyrżnął mniej lub więcej trochę,
Niż funt okrągły, gdyby niedowyżka
Albo przewyżka miała, ściśle biorąc,
Być o dwudziestą część skrupułu lżejsza.
Lub cięższą; gdyby się różniły szale
Chociażby tylko o szerokość włosa:
Umrzesz, i mienie twe pójdzie w sekwester. 
/Kupiec wenecki, akt IV scena 1/

Shylock mógł rżnąć ciało Antonia zamiast przyjąć pieniądze. Firma może odliczyć cały VAT zamiast połowę. Ale czy warto?

Tagi: książka
23:56, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
środa, 09 kwietnia 2014

O zaginionym MH370 nadal nic nie wiadomo na pewno, choć w stosunku do stanu wiedzy sprzed czterech tygodni dziś właściwie nie ma innej możliwości, niż to, że samolot ni stąd, ni zowąd wykręcił na południe i leciał tak przez wiele godzin w kierunku Australii lub Antarktydy, by ostatecznie osiąść w wodach Oceanu Indyjskiego. Od wielu już dni poszukiwania są prowadzone wyłącznie na zachód od Australii, namacalnych dowodów wciąż brak (jedynie liczne fałszywe tropy), ostatnio pojawiają się kolejne komunikaty o wyłapaniu podwodnych sygnałów mogących pochodzić z "czarnych skrzynek", z dokładnością wciąż do co najmniej dziesiątek kilometrów. 

Poszukiwania są prowadzone przy użyciu satelitów, samolotów, statków, pływających sonarów, wszyscy czekają tylko na dzień, kiedy do akcji wejdzie miniaturowa łódź podwodna (na tyle powolna, że nie ma co jej używać do przeszukiwania całej łąki, a jedynie konkretnego na niej stogu, że sobie pozwolę zaadaptować metaforę). Przy tej okazji zobaczyłem zdjęcie, które na tyle mnie zaskoczyło że aż sobie pomyślałem że komuś się coś pomyliło - ale podpis pod zdjęciem wskazywał, że jednak nie.

Australian Navy divers search MH370 Guardian
(Ryan Davis/AFP/Getty Images, za "Guardian")

Obszar poszukiwań niedawno był określany jako "o powierzchni Polski", teraz zmalał do ćwierci tej powierzchni, pod spodem cztery kilometry głębi (że Mont Blanc by niekoniecznie wystawał), a tu ludziska w maskach i płetwach. Aż chce się zapytać, to po co nam panie te technologie? No przydają się jednak.

Tagi: fotka
13:27, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2