Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
czwartek, 30 kwietnia 2015

No więc dziś jest Ten Dzień: ostatni dzień składania zeznań podatkowych za rok 2014 (jak ktoś zapomniał, to jeszcze ma kilka godzin żeby wysłać poleconym, oczywiście jeśli ma w zasięgu całodobową pocztę), o szesnastej na poczcie się nie kłębiło zbytnio. Przy tej okazji w człowieku budzi się ukryta bestia, którą Steinbeck nazwał homo podatnicus - każdy się zastanawia co i jak można odliczyć od podatku (a przynajmniej dochodu), jak ktoś chce czegoś bardziej na czasie to niech sobie przypomni scenę jak Leo Getz przeglądał zeznanie podatkowe Rogera Murtaugha (wiem, to nie ta scena, ale nie chce mi się szukać właściwego filmiku). 

Nie inaczej było i ze mną. Przejrzałem wstępnie wypełnionego PIT-a... stwierdziłem, że nie przysługuje mi już ulga na internet (bo półtora roku temu nie chciało mi się załatwiać w firmie dostarczającej internet przepisania umowy na żonę). Zadzwoniłem do zaprzyjaźnionej księgowej, żeby się upewnić, że niewykorzystanej części składki zdrowotnej nie da się wliczyć w koszty ani odliczyć od dochodu. Szkolić nikogo nie szkoliłem... wiodłem tak smętnie wzrokiem po rubrykach, gdy nagle nastąpiło eureka (no, może eureczka).

W ustawie (i w zeznaniu) jest możliwość odliczenia - w określonych granicach - darowizn na cele kultu religijnego (de facto na działalność parafii, diecezji czy klasztoru). Jedynym w zasadzie warunkiem jest, żeby darowiznę przekazać za pośrednictwem rachunku bankowego (stąd odpada możliwość odliczenia kwot dawanych na tacę). Kto normalny wysyła księdzu pieniądze przelewem, powiecie? Otóż... wysyłam, bo nie chce mi się chodzić do bankomatu (którego nie mam w dzielnicy), szukać czystej koperty i wrzucać na tacę koperty z pieniędzmi (swoją drogą zastanawia mnie nieraz, co się potem robi z tymi opróżnionymi kopertami) - a przez cały zeszły rok proboszcz motywował parafian do ofiar kopertowych na spłatę generalnego remontu dachu (stary zaczynał przeciekać, a nowy ma podobno 30-letnią gwarancję). Przejrzałem szybko zeszłoroczne wyciągi, odłożyłem na bok te na konto parafii, podliczyłem, wpisałem te kilkaset złotych w odpowiednią rubrykę. Z poczuciem ulgi zapisałem zeznanie jako ostateczne.

A teraz weekend.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Dzień wstał pogodny, nastrój w drodze do pracy też był nie gorszy. Jakoś nawet widok korka na dwupasmówce nie był przerażający. 

Jakoś tak ostatnio rozwodziłem się o jajecznicy. Tego ranka nie jadłem, ale zdążyłem przed wyjściem spokojnie wypić pierwszą kawę, taką zwykłą filiżankę jak do herbaty. Radio zagrało

A potem wszystko zeszło na dalszy plan. Bądźcie optymistyczni.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Staję w sklepie przed szeroką chłodnią z piwem, rozglądam się. Nie bez zaskoczenia rejestruję pojawienie się na półce bukw, na etykietkach oczywiście. Przyglądam się uważnie. 

Bardziej po lewej rząd butelek opatrzonych marką CHAMOWNIKI, w wersji pszenicznej, wiedeńskiej i monachijskiej. Nazwa nic mi nie mówi, wczytuję się więc w metkę (oryginalną), znajduję miejsce produkcji: moskiewska obłast'. Polska metka dopowiada, że to stara rosyjska marka (o której nadal nic mi nie wiadomo).

Po prawej z kolei w różnych wersjach piwo BAŁTIKA. Zaciekawiony Chamownikami, postanowiłem się przyjrzeć mu równie szczegółówo. I tu przeżyłem zaskoczenie innego rodzaju - jak się udało doczytać (mimo że większość oryginalnej metki zaklejona była polską), warzone było dla odmiany w Piterze, ale dlaczego ta metka była w zasadzie po włosku? Kolejne w rzędzie butelki miały metki dla odmiany po hiszpańsku i po grecku...

Ciekawiło mnie, nie ukrywam, najwyżej nie byłoby dobre (po wareckim człowiekowi nic nie straszne...), wschodnie pochodzenie też nie przerażało (piłem piwo lokalne i we Włoszech, i we Francji, w Chorwacji mi się nie chciało bo za dobre wino było). Pomyślałem sobie jednak: co to, jabłek od nas nie wezmą, a piwo nam wciskają? (nie dodałem "job twaju mat', Wołodia" tylko dlatego, że to nekrofilia by była). Gdybyż to było ukraińskie, brałbym, a z rosyjskim poczekamy na bardziej pokojowe czasy, zachodni dystrybutor jakoś to przeżyje.

Tagi: sklep
09:05, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 kwietnia 2015

W ostatnich dniach zamieniliśmy parę słów z jednym przygodnie poznanym blogerem na temat blogów w ogólności, blogów kuchennych zwłaszcza (on nie jest blogerem kuchennym, tylko blogerem który będzie starał się przegonić w popularności blogerki kuchenne, używam rodzaju żeńskiego gdyż jednak większość blogujących o potrawach to panie). Pozwoliłem sobie przy tej okazji na żarcik, że na "poważnym" blogu kuchniarskim (analogia językowa od "szafiarski") to nie wrzuca się byle jajecznicy, tylko jak już, to jajecznicę z curry i grillowaną cukinią, ze skwarkami z topinambura

Odpalam sobie do porannej kawy Bloksa, i cóż widzę na głównej stronie (muszę się wszak zalogować)? Ano w sekcji "Najnowsze wpisy" pojawia się: Roladki drobiowe z jajecznicą.

No i teraz będzie zagadka (czy nawet sonda) - czy oznacza to:
a/ roladki z drobiu z jeszcze niezniesionymi jajami
b/ roladki nadziewane jajecznicą
c/ jajecznicę z roladkami?

Nagród za prawidłowe odpowiedzi nie przewiduje się.

piątek, 24 kwietnia 2015

Zadzwonił mój telefon. Nie znałem dzwoniącego, lecz odebrałem. Dzwoniła pani z firmy energetycznej (mojej czyli tej która mi prąd dostarcza), z ofertą nowej umowy na promocyjnych warunkach. Uznałem, że pozwolę jej mówić, bo czemu nie. 

Pani wyrecytowała niezmiennie śmieszącą mnie formułę "W trosce o najwyższą jakość usług rozmowa jest nagrywana..." (wiadomo, że jest nagrywana żeby móc kontrolować sprzedawców, względnie po to żeby mieć podkładkę że rozmowa przebiegała zgodnie ze scenariuszem, gdyby się ktoś kłócił), po czym szybkim, lekko zmęczonym głosem wyklepała z ulotki warunki oferty, nie pomijając nawet numeru KRS firmy. Nie słuchałem jej zbytnio, gdyż i tak wiedziałem, że przez telefon niczego nie ustalę, tylko muszę dostać wszystko na piśmie, przeczytać i wtedy się decydować (a nawet gdybym mógł załatwić przez telefon to i tak bym powiedział że chcę na piśmie). 

Po iluś tam minutach zakończyliśmy rozmowę. Zamyśliłem się trochę: a co gdybym skorzystał z troski o najwyższą jakość usług i zażądał przesłania mi nagrania tej rozmowy, żeby na spokojnie odsłuchać co mi pani mówiła? W każdym razie zadanie takiego pytania mogłoby każdego telemarketera nieźle skonfundować.

Tagi: marketing
21:38, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 kwietnia 2015

To było tak: pojechałem (jako szofer) na lotnisko w Balicach. Wyjeżdżając z lotniska natrafiłem na wielki korek, w który miałem się wbić z drogi podporządkowanej. Przyjrzałem mu się przez chwilę, uznałem to za zadanie niemal niewykonalne (wymagające cudu, rzadkiej bezczelności lub proszenia się o litość), z jaką taką nadzieją skierowałem się w stronę przeciwną, myśląc że łatwiej będzie się ustawić w tej kolejce na jej końcu. Ale że tego końca jakoś nie było zaraz widać... to uznałem, że właściwie wszystkie drogi prowadzą do domu, nawet jeśli w sposób niekoniecznie oczywisty. Ruszyłem w Polskę. 

I tak sobie jechałem przez Małopolskę małomiasteczkową i wiejską. Nawiedziłem Kryspinów i Liszki, gdzie inaczej bym pewnie w życiu nie trafił (i pewnie nie trafię). Droga była zaskakująco dobra, najwyraźniej beneficjentem programu schetynówek była, nawet trafiły się na niej odcinki eksperymentalnego asfaltu porowatego (trochę inaczej szumiał, przynajmniej na jednym fragmencie). Uśmiechałem się jadąc przez pagórki i jeszcze bardziej widząc z tych pagórków góry, znacznie lepiej widoczne niż z okolic autostrady. Mijałem stare domy drewniane, nowiutkie wille i sklep BRODŁEJ we wsi Brodła. Patrzyłem na zielone pola i stojące na nich tabliczki "Przyjmę gruz" i "WYLEWANIE NIECZYSTOŚCI I SZAMBA ZABRONIONE". Mijałem intrygujące, majestatyczne gmaszysko będące oficyną zrujnowanego pałacu Szembeków, oraz obdrapany mur szumnego zajazdu Flamingo, na którym kamienne lwy dumnie strzegły zakurzonych wjazdów na szutrowy parking. Wielce jestem wdzięczny nawigacji w telefonie, że mnie powiodła przez Babice-Wygiełzów, gdyż dzięki temu zaliczyłem malowniczą wspinaczkę przez Płazę, potok w korycie wzdłuż drogi śmiało mógłby udawać Zakopane.

To bardzo sympatyczna wycieczka była (póki mnie w Chrzanowie nie wyniosło na autostradę), ale raczej nie chciałbym jej zaliczać, gdybym wiózł wtedy kogoś do domu. Zdradzę w tym miejscu, że do jazdy autostradą nie tęskniłem także dlatego, że wiało na niej jak w... jak pod Łysą Górą na sabacie czarownic, to wcale nie jest przyjemnie jechać autostradą, kiedy próbuje ci samochód zwiać z drogi (tych parę złotych zaoszczędzonych na bramkach to też jakiś argument, ale pomniejszy). Według planera nadłożyłem 10 km i dwadzieścia pięć minut - o to drugie jestem spokojny, że na pewno mniej (bo planer nie liczy stania w tym korku). 

sobota, 18 kwietnia 2015

Być może ktoś się będzie zżymał, że o Sprawach Poważnych piszę bez należnej sieriozności, ale tak lepiej dla higieny psychicznej. W każdym razie pisałem niedawno, w zeszłym tygodniu, parę dość swobodnych uwag o statusie prawnym zarodka powstałego w wyniku zabiegu in vitro. Nie planowałem tego rozwijać dalej, ale traf chciał - w tym tygodniu przeglądając (w zupełnie innym celu) orzecznictwo natrafiłem na jeden wyrok, którego po prostu nie mogłem nie przytoczyć.

Otóż... była sobie pewna pani, która chciała zajść w ciążę przy pomocy in vitro. Pewnego dnia, w Dzień Kobiet zresztą, wzięła zwolnienie lekarskie i udała się do kliniki, w której pobrano komórki jajowe i dokonano ich połączenia z plemnikami. Implantacji zarodków dokonano pięć dni później. Traf chciał, że pomiędzy jednym a drugim momentem pani dostała zwolnienie z pracy. Natychmiast odwołała się więc do sądu, twierdząc, że zwolnienie jej z pracy było nielegalne, gdyż jest w ciąży. Rozpoczęła się batalia prawna - w pierwszej instancji pani wygrała, w drugiej przegrała, sąd trzeciej instancji skierował zapytanie do Europejskiego Trybunału Sprawiediwości - z prośbą o wykładnię, jak unijna dyrektywa chroniąca kobiety w ciąży (zgodnie z którą zwolnienie z pracy kobiety w ciąży winno być zakazane prawem krajowym, żadna to zresztą nowość) powinna być rozumiana w zakresie pojęcia "kobieta w ciąży" w przypadku zapłodnienia in vitro.

Jak Państwo obstawiają? Każdy może mieć własne zdanie, Trybunał ostatecznie postanowił, że - w rozumieniu tej dyrektywy - kobieta jest w ciąży od momentu implantacji, a nie zapłodnienia komórek jajowych (odmienne stanowisko zajmował w sprawie - formalnie niezainteresowany - rząd grecki), także z uwagi na fakt, że w myśl ustawodawstwa austriackiego implantację można było odłożyć na czas do 10 lat. Spory wpływ mogła mieć opinia rzecznika generalnego, którą czytałem jak urzeczony, zaczął bowiem "ab ovo" od Pliniusza i Balzaka, a później zaznaczył, że w sprawie nie chodzi o to czy zygota stała się już nasciturusem (czyli o prawa zarodka) tylko o to, czy mamy do czynienia z ciążą. Gdyby ktoś chciał samodzielnie się zapoznać - wyrok z 26 lutego 2008 roku, C-506/06, pozwolę sobie nie po nazwiskach.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Czytam ostatnio sporo (względnie) młodej polskiej prozy (nazywanej miejską). Być może muszę to zwalić na karb pewnej przypadkowości selekcji, ale głównym jej wspólnym mianownikiem jest pewna drapieżność języka, mieszanie slangów młodzieżowych z intensywną wulgarnością, z domieszką turpizmu, a nawet skatologii. Nic w tym w sumie zaskakującego, młodzi literaci zwykle starali się przebić łamaniem rozmaitych tabu językowych czy kulturowych, to tylko kwestia na jaki poziom w danym momencie trzeba się wspiąć.

Zacznę od książki autora, o którym w momencie zakupu nic jeszcze nigdy nie słyszałem (ale był to pakiet, więc opcji nie było, miałem zresztą wrażenie że sprzedający nie wiedzieli o nim wiele więcej). "Nie karmić zwierząt" Pawła Ziętka prowadzi nas do Poznania i jest mieszanką zwykłej realistycznej opowieści, odrealnionych ciągów imprezowych i scen głęboko surrealistycznych. Jeżeli pamiętacie "Lot nad kukułczym gniazdem", to wyobraźcie sobie, że sny Wodza pisane przez Keseya po peyotlu... zajmują połowę książki, a otrzymacie obraz powieści Ziętka, z reszty połowa to sceny imprezowe, a druga połowa to bliższa normalności reszta (proporcji nie mierzyłem suwmiarką, ale tak z grubsza). Podczas czytania często gęsto wzdychałem straszliwie, bo o ile koniec końców doceniam zamysł konstrukcyjny i trafiające się ładne zdania i sceny (scena w domu Artysty, mniam, cały wątek jego żony był zresztą świetny), to jednak dominującym odczuciem jest brak pomysłu na wypełnienie treścią całych dwunastu czy trzynastu rozdziałów pomiędzy tymi udanymi fragmentami; ot, młody literat miał pomysł na to co do trailera, i na nic więcej.

Całkowicie inne odczucia towarzyszyły lekturze "Pawia królowej" Doroty Masłowskiej. Spotkałem się z opiniami, że ta książka jest nieczytalna - i całkowicie je rozumiem. Żeby móc ją czytać, trzeba na początek zmierzyć się z barierą formy. Najpierw trzeba się wczuć w jej strukturę, kto nie da rady ten ma mocno pod górę, bo to jest jak niekończąca się hiphopowa piosenka, trzeba to poczuć, dać się ponieść, nie pękać, czytał Sydnej Polak, Liroj albo Eminem, jeśli to złapiesz to ze słowami popłyniesz, przypomina mi się jak raz w podstawówce koleżance tłumaczyłem co to znaczy średniówka, bo ona czytała heksametr bez średniówki, przez co z manifestu się jej robiła ballada, co później z tą laską to długo by opowiadać, ale za daleko już uciekam w dygresji, bo przecież mieliśmy o Masłowskiej prozy pieśni, w której tyle samo prozy jest co poezji, przy czym flow Masłowskiej jest jednak w odbiorze trudniejszy. I kiedy już czytamy tę książkę jako piosenkę (autorka też tak o niej mówi, MC Doris, he he), to zaczynamy widzieć w niej literaturę, cieszymy się frazami, zagłębiamy się w różne światy, ich zderzenia, zderzenia światów i wyobrażeń o światach, mieszamy drwinę z celebrytów z realiami ulicy Brzeskiej. Doceniamy aluzje, śmiejemy się z żartów czując się lepszymi, żeby w kolejnej iteracji żartu zrozumieć, że żart był bezczelnie zastawioną pułapką i zmieniamy się z odbiorcy drwiny w jej przedmiot. Mnie kupiła całkowicie, penis pochwa, rewelka.

Mógłbym jeszcze napisać o Ziemowicie Szczerku ("Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B"), ale on nawet rzucając kurwami piękny jest. 

wtorek, 14 kwietnia 2015

Nie bez zaskoczenia odnotowałem dziś wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający za niezgodny z konstytucją dwa przepisy ustawy prawo bankowe dotyczące wystawiania bankowych tytułów egzekucyjnych. Nad szczegółami orzeczenia i argumentacji TK (choć jeży momentami włos na głowie) rozwodzić się nie będę, zwłaszcza że argumentację znam wyłącznie z komunikatu prasowego, natomiast skorzystam z okazji żeby przytoczyć własne kilka słów napisanych na temat BTE nieco ponad rok temu:)

"Zapewne można tę instytucję zlikwidować. Banki wtedy zamiast występować do sądu o proste i formalne nadanie klauzuli wykonalnośći BTE, będą występować do tych samych sądów z pozwami w postępowaniu nakazowym, w tym opartymi o składane przez kredytobiorców weksle. Różnica? Kilka tygodni/miesięcy przeciągnięcia wszczęcia egzekucji plus znacząco wyższe koszty obciążające ostatecznie kredytobiorcę (1,25% zadłużenia zgodnie z przepisami o kosztach sądowych, nadanie klauzuli BTE to 50 zł). Plus skutek w postaci powagi rzeczy osądzonej (przeciwko BTE można wytoczyć powództwo przeciwegzekucyjne).

Plus taki mały bonus dla oszustów - w przypadku BTE bank nie martwi się o to gdzie mieszka dłużnik, dopóki nie rozpocznie egzekucji. W przypadku postępowania nakazowego dłużnika trzeba znaleźć i doręczyć mu nakaz (przynajmniej w drodze podwójnego awizowania), jak dłużnik się wyprowadzi, to nakaz zostanie uchylony, koszty wzrosną, egzekucja może nie być możliwa... akurat to ryzyko na pewno banki będą przerzucać na klientów jak mogą.

Ubocznym skutkiem likwidacji BTE może być rozkwit rynku notarialnego - zamiast BTE mogą zacząć funkcjonować akty notarialne o poddaniu się egzekucji, które "działają" tak samo jak BTE, z tą różnicą, że samo wystawienie BTE klienta nic nie kosztuje, a akt notarialny jak najbardziej. I na co to komu?" 

Przekleiłem, nawet literówek nie poprawiałem:) Dziś dodam jeszcze, że jeśli chodzi o koszty procesów w oparciu o weksle (jakie banki będą wszczynać masowo zamiast wystawiać BTE), to wysoce prawdopodobne jest, że do kwoty podanej powyżej trzeba będzie doliczać koszty zastępstwa adwokata lub radcy prawnego - od 600 zł w górę; analogiczne koszty przy wniosku o nadanie klauzuli BTE to raptem 60 zł. Jest też jeszcze jeden skutek prawny korzystny dla banków, związany z przedawnieniem...

Summa summarum za parę lat może się okazać, że kredytobiorcy będą wzdychać za BTE trawestując stareńki dowcip: przed wojną u Żyda były beczki z czerwonym kawiorem i beczki z czarnym kawiorem - I KOMU TO PANIE PRZESZKADZAŁO?

Tagi: sąd
20:04, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »

Poranek. Słońce już wschodzi. Siadasz przy śniadaniu, obok talerza dymiący kubek herbaty (z oczywistych względów w notce pomijani są ci, co na śniadanie jeno powietrze z kawą lub inne symboliczne, choćby tak sympatyczne jak włoska kawa z ciastkiem czy francuski croissant z kawą). 

Względem onej herbaty można przyjąć różne strategie. Jedni zaczynają od względnie szybkiego wysączenia całego kubka, by potem spokojnie zająć się kanapkami. Inni trzymają rytm jak metronomem regulowany, dopasowując ilość łyków do ilości kęsów, tak by ostatnim łykiem spłukać z ust ostatnie okruszki. Jeszcze inni pożerają zaś chleb na sucho (no, może z małym łyczkiem od czasu do czasu), by potem niezmącenie delektować się rozgrzewającym usta, przełyk i żołądek naparem. 

Mógłbym teraz wstawić jakąś sondę pt. którą strategię wybieracie, ale nie chce mi się. Poza tym skończyła mi się herbata.

07:14, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2