Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
czwartek, 21 kwietnia 2016

Wiadomością jest, czy może było od wczoraj (nie licząc tego, że w lokalnym bagnie politycznym, że ktoś umarł, że jakaś katastrofa i w ogóle), że Amerykanie wyrzucą z jednego ze swoich banknotów (z dwudziestaka zdaje się) osadzonego tam prezydenta, który z dzisiejszej perspektywy niczym pozytywnym się nie wyróżnił. Zastąpi go wizerunek wybranej w głosowaniu kobiety, spośród kilkunastu kandydatek ostatecznie padło na XIX-wieczną działaczkę abolicjonistyczną Harriet Tubman, proszę nie szukać na polskiej Wikipedii dopóki nie rozbudują wpisu. 

Gdzieś przy okazji na fejsie mignęło mi westchnienie "czemu u nas tak nie ma" (spośród wielu standardowych rodzajów polskich banknotów, jakie przez dekady przewinęły się mi przez ręce, jedynie Skłodowska reprezentowała płeć niemęską), i jeśli mnie percepcja nie zwiodła, z sugestią że przecież mogłyby być różne wersje tego samego banknotu. I jakoś tak mnie wtedy natchnęło, że przecież to byłoby prostsze niźli się wydaje. 

Bo proszę popatrzeć (w wyobraźni, ewentualnie banknotów szukać we własnych portfelach): mamy na ten przykład dychę z Mieszkiem. Każde dziecko - zwłaszcza tego roku - kojarzy nierozerwalnie Mieszka z Dobrawą, więc jak znalazł. Ze stówy dzielnie patrzy na nas Jagiełło, co za problem zastąpić go jego pierwszą żoną Jadwigą (UJot na rewersie podziękuje wtedy za darmową reklamę). Na dwusetce mamy Zygmunta Starego, to aż się prosi o królową Bonę (na rewersie wtedy włoszczyzna). Są podobno plany banknotu pięćsetzłotowego z Sobieskim, to od razu zrobić też wersję z Marysieńką (nic sobie proszę nie wyobrażać, na rewersie będą Listy, może bez znaku Poczty Polskiej).

Śmichy chichami, ale problem zostaje otwarty: co z dwudziestką i pięćdziesiątką? Żony Chrobrego się jakoś szczególnie nie zapisały w pamięci, a wzięta w.. jasyr księżniczka ruska Predysława, cóż, powiedzmy że mogłaby urażać różne uczucia braci z Kijowa. Ale to wszystko blednie przy Kazimierzu Wielkim i jego ekscesach, poczynając od węgierskiej dwórki Klary Zach, przez cztery żony (w warunkach bigamii czy nawet trigamii), aż po legendarną Żydówkę Esterkę. A przecież jak już robić, to od początku do końca.

To kogo byście proponowali na zmianę z Bolkiem i Kazikiem?

czwartek, 14 kwietnia 2016

Już wkrótce dwa lata, jak obligatoryjnie sortujemy śmieci (ja dość dobrowolnie sortuję już ponad pięć lat). Już się chyba wszyscy w miarę przyzwyczaili, zarówno sortujący, jak i odbierający, już chyba wiadomo co i gdzie działa źle, już chyba to i owo udało się poprawić (ja w każdym razie jakoś szczególnie nie narzekam).

Pamiętam, że w początkowym okresie dość mocno narzekałem na ilość wydawanych worków, specjalnie jeździłem do Punktów Obsługi Klienta Śmieciowego (nie, to nie jest oficjalna nazwa) i brałem dodatkowe worki. Furgonetka, która zabierała sortowane odpady, zostawiała bowiem zwykle dokładnie tyle worków, ile odbierała, zarówno ilościowo, jak i jakościowo, więc jeśli jakiś worek zapełnił się zbyt szybko... to trzeba było sobie radzić (stąd swego czasu mój lament nad ukradzionymi śmieciami). Przy tej okazji przeanalizowałem sobie lokalną uchwałę rady miasta o zasadach odbioru odpadów sortowanych - i dowiedziałem się, że ilość worków przydzielanych na gospodarstwo domowe zależy od liczby domowników, przy czym takie domostwo jak moje, z trzema osobami na pokładzie, może liczyć po jednym worku na każdą frakcję na raz. Co rodziło istotny problem, gdyż jeden worek na plastiki zapełniamy w dwa tygodnie, a na papier - w góra trzy (a gazet już niewiele kupujemy); taka u nas intensywność sortowania i struktura odpadów, bo szklanych i metalowych u nas jak na lekarstwo, nawet i worek na kwartał by chyba wystarczył - a sąsiedzi pełne wory takich wystawiają. Wiem, to pewnie po to, żeby zniechęcić różnych cwaniaków do przywożenia do domu śmieci "z firmy"...

Na szczęście problem udało się w ramach poprawiania systemu o tyle rozwiązać, że odpady sortowane zaczęli u nas odbierać zamiast raz na miesiąc, to raz na dwa tygodnie (tak, pewnie mogliby obniżyć opłatę...), i było to przed Dobrą Zmianą.

Tagi: śmieci
19:58, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 kwietnia 2016

Nie, to nie będzie na tematy najbardziej bieżące, choć jednym z takich zainspirowane.

Niemal równo rok temu pisałem tu sobie refleksje o obywatelskich prawach zarodka (w kontekście pytania postawionego przez jednego z dzielnych posłów, pozwolę sobie nie grzebać w pamięci jakiego). Zamieściłem w tamtej notce następujące zdanie:

"Jeżeli więc zarodek pochodzący np. od matki Polki i ojca Nigeryjczyka, lub matki Ukrainki i ojca Polaka, wyjedzie za granicę i tam w przyszłości po implantacji zostanie urodzony, to dziecko również nabędzie obywatelstwo polskie!"

I tu muszę nie bez wstydu się przyznać do konieczności popełnienia erraty vel sprostowania. Samą myśl podtrzymuję, ale... w połowie. Umknęło mi bowiem przy pisaniu (nie zajmuję się tym na co dzień, ale nie powinno było), że mamy jeden przepis, który drugą połowę podważa - a konkretnie artykuł 61[9] ("ze znaczkiem 9" się mówi) kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, wedle którego matką w rozumieniu polskiego prawa jest ta kobieta, która dziecko urodziła (w ten sposób przecięto dylematy związane z surogacją). Oznacza to, że zarodek pochodzący od matki Polki i niepolskiego ojca nie nabędzie obywatelstwa polskiego, jeśli nie przyjmie go i nie urodzi inna matka Polka. W stosunku do ojca prawo trzyma się nadal koncepcji genetycznej. Nie wiem, który z wariantów należy potraktować jako dyskryminację, ale któryś zapewne...

Tę notkę napisałem, bo jednak nie chciałbym wprowadzać w błąd osób, które trafią tu szukając choćby odrobiny wiedzy prawniczej. Na temat, który mnie zainspirował, może też napiszę - jeśli mi nie przejdzie zanim sobie poukładam wszystko co chciałbym napisać i posprawdzam co trzeba. 

21:40, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 kwietnia 2016

To było jakoś tak w zeszłym miesiącu. Jechałem sobie o poranku (tak w okolicach porannego szczytu, powiedzmy), i w pewnym miejscu zauważyłem stojącą koło drogi blondynkę. Nic z tego co mogliście sobie pomyśleć (jeśli pomyśleliście to co myślę, że mógłbym pomyśleć na Waszym miejscu, świnki jedne), ewidentnie wyglądała jakby się wybrała na poranne bieganie, w dresie i sportowych butach, nie pamiętam czy z jakąś opaską na czole. Stała koło przejścia i czekała, aż wreszcie skończy się ten sznur samochodów.

Tu nadeszła pora na poszerzenie didaskaliów. Było to w dość specyficznym miejscu - w środku lasu, za ślepym zakrętem. Fakt, przed tym zakrętem jest ograniczenie prędkości do 40 (na wjeździe w las jest dozwolone co najmniej 70), znak ostrzegający o ostrym zakręcie, a nawet delikatne prożki na asfalcie, sam zakręt niejednego kierowcę już wyrzucił w drzewa lub do rowu. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy jeżdżą tam... jak przez las, "bo przecież nic tam nie wyskoczy" (choć słyszałem od znajomego, że w tym lesie od dzików się roi). Właściwie - po namyśle - to nawet nie jest to stricte przejście, tylko przejazd dla rowerów w ciągu leśnej ścieżki rowerowej (co tłumaczy, dlaczego ktoś tam jednak poszedł biegać o poranku, a potem nie mając roweru czekał). 

Pisałem nie tak dawno, że zrobiłem się uwrażliwiony na sytuację na światłach (przynajmniej niektórych), choćbym miał zielone, czujniej też obserwuję co się dzieje przy każdych pasach. Ta czekająca przy leśnym przejściu blondynka też będzie przyczyną większego odpuszczania przed tym zakrętem, bo a nuż... W końcu jakiś czas później w tymże miejscu (choć popołudniową porą i jadąc od przeciwnej strony) trafiłem na sznureczek samochodów wyhamowujących do zera, bo akurat przez przejazd jechali rowerzyści. 

niedziela, 10 kwietnia 2016

Mówiąc szczerze: nie wiem. Tak samo jak kiedyś nie wiedziałem, po co właściwie jest Nasza Klasa i Facebook (Nasza Klasa istnieje dla mnie tylko jako zjawisko historyczne, zaglądam z raz do roku, fejs to dość stały towarzysz), tak jak nie wiem po co właściwie jest Instagram i Snapchat (to znaczy wiem z grubsza, ale strasznie mi to zwisa). Był nawet czas kiedy się zarzekałem, że to nie dla mnie - bo i prawdę mówiąc, ekspresja w formie 140-znakowego komunikatu nie wydaje mi się atrakcyjna. 

Dziś wieczorem czytałem jednak jakiś artykuł, w którym rozważano wizje, że Twitter staje się czy stanie się bardzo praktycznym i rozpowszechnionym medium. Skoro przetrwał tyle lat i się rozwija... (jej, fejs mi niedawno podpowiadał że ja tam jakieś pięć czy sześć lat) ...to może i faktycznie nie padnie. Błysnęła myśl: a może się i do czegoś przyda (ma swoich zwolenników). No i tak od myśli, do myśli, poniekąd z myślą, by zaklepać sobie swój ulubiony login... zarejestrowałem się.

No i nie udało się (login był zajęty). Cóż, pierwsze koty za płoty, na szczęście udało się skołować jakiś taki względnie podobny. Chwilowo nie mam pomysłu co dalej z nim robić - poza szybkim wyszperaniem paru adresów do obserwowania - ale w końcu na fejsie też zaczynałem od rzucenia w przestrzeń uwag, że to głupia idea i w ogóle. Pewnie się jakoś rozwinie (zwłaszcza że będzie działać wyłącznie pod nickiem, zero interakcji z fejsem - gdzie jestem wyłącznie pod nazwiskiem i do nicka się konsekwentnie nie przyznaję, kto wie, ten wie). Gdyby ktoś był ciekaw, to @BartoszczePL zaprasza, ale tak mocno niezobowiązująco, bo wciąż nie wie na co (info o notkach mogę wrzucać, o). 

Jak ktoś wie po co, może napisać.

23:02, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (6) »
czwartek, 07 kwietnia 2016

Tłumaczenia, czy może ściślej: polskie wersje tytułów filmów (przy książkach trudniej zauważyć) to źródło wielu żartów, na pewno kiedyś przywoływałem tutaj Reality bites, a tytułowy polski odpowiednik Dirty Dancing będzie źródłem żartów nawet w czasach, kiedy już nikt nie będzie pamiętał co to było właściwie kino. 

Od jakiegoś czasu wiadomo, że pod koniec roku wejdzie na ekrany nowy film z cyklu, czy może raczej z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Jego tytuł oryginalny był znany od jakiegoś czasu, i od początku było wiadomo, że przysporzy problemów dystrybutorowi i tłumaczowi. Rogue One, w świetle luźnych zapowiedzi fabuły oraz tradycji starwarsowych odczytywano jako kod maszyny (jednostki) bojowej. W końcu nie darmo Luke'a i Hana na Hoth poszukują myśliwce z eskadry Rogue ("Commander Skywalker, this is Rogue Two!"), i jest cała seria gier z serii Rogue Squadron. W polskiej wersji językowej "Rogue Two" został przedstawiony jako "Łobuz Dwa" (nie takie wszak nazwy kodowe zna historia wojskowości...) i logicznym byłoby kontynuowanie tego tłumaczenia; z drugiej zaś strony zwolennicy Rogue Squadron obstawali raczej przy Eskadrze Łotrów, i tym też tropem poszedł ostatecznie dystrybutor (w Mission Impossible: Rogue Nation w ogóle zrezygnowano z polskiej wersji tytułu).

Dziś upubliczniono po raz pierwszy trailer Łotra Jeden. Przyglądam mu się z niecierpliwością, ale i z wielkim uśmiechem. Widać w nim główną bohaterkę, z natury zbuntowaną (Han z Anakinem to przy niej szczeniaki). Odczuwam podskórnie potężny żart uczyniony sobie w tytule, głęboką przewrotność. "Rogue" znaczy bowiem nie tylko kogoś nieuczciwego, ale także kogoś buntującego się, działającego na własną rękę i we własnym interesie (w jednej z wersji VHS "Imperium kontratakuje" przetłumaczono "Rogue" jako "Łazik", nawiązując raczej do "włóczęgi" czy "wagabundy"), "one" nie musi wszak wcale oznaczać numeru. "Rogue one", gdyby miało się odnosić do Jyn Erso, mogłoby więc oznaczać ni mniej, ni więcej, tylko "(ta) zbuntowana". Jyn mówi wszak w trailerze "I rebel", a trailer kończy się pytaniem "kim się staniesz?"

Premiera w grudniu. Najpóźniej wtedy się dowiemy, czy mam rację.

PS W wersji niemieckiej jest "Renegat eins", a w czeskiej "Darebák jedna".

21:10, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2016

Wbrew wcześniejszym nadziejom, temat zmiany formatu kwalifikacji jest daleki od zakończenia, optymizm sprzed dwóch tygodni okazał się być przedwczesny. Oszczędzę formalno-politycznych zawiłości, które spowodowały, że wczoraj rozegrano jeszcze głupiej wyglądające kwalifikacje (które w starym formacie miały szansę, żeby być kwalifikacjami dekady, skoro pobito historyczne rekordy toru), dość powiedzieć, że dziś rano ponownie trwały negocjacje co do tego, jak kwalifikacje zmieniać. Porozumienia nie osiągnięto, powrót do sprawdzonego modelu jest ponoć wykluczony, za to na stole leży między innymi propozycja, aby o kolejności w każdej sesji decydowała suma czasów dwóch najlepszych okrążeń. 

Podobno reformatorom przyświecają dwa cele: pierwszym ma być zapewnienie większej ilości ruchu na torze (tak na marginesie, w obecnym formacie jest go tak mało, jak dawno nie), drugim ma być doprowadzenie do większych przetasowań w ustawieniu (czyli żeby więcej niespodzianek było, a w szczególności żeby w pierwszym rzędzie nie stały dwa mercedesy), czyli show mający być zaprzeczeniem sportu. Nowa propozycja pasuje bardziej do pierwszego celu niż do drugiego... ale jest lepsza od zupełnie poważnie zgłaszanych (litościwie nie powiem przez kogo, ale wszyscy wiedzą) pomysłów odwracania kolejności, "balastów czasowych" czyli dodawania do rzeczywistego wyniku współczynnika zależnego od miejsca w klasyfikacji generalnej, czy wręcz losowania miejsc startowych (w zamyśle: żeby ci lepsi musieli widowiskowo wyprzedzać i zdobywali mniej punktów).

Postanowiłem więc opracować kilka własnych pomysłów:
1/ połączenie eliminacji z formatem 2015 - w ten sposób, że w połowie każdej sesji kilku zawodników odpada, a reszta walczy do końca (mniejszy bajzel, duży ruch)
2/ o kolejności w każdej sesji decyduje drugi najlepszy czas każdego zawodnika, czyli każdy musi zrobić co najmniej dwa szybkie okrążenia (duży ruch, duży bajzel, bo ciężko się połapać które czasy się bierze pod uwagę)
3/ w każdej sesji zawodnik ma ściśle oznaczony moment wyjazdu, zależny od miejsca w klasyfikacji lub od losowania, decyduje czas jednego okrążenia (ciągły ruch, prawdopodobny bajzel)
4/ każdemu zawodnikowi mierzy się nie czas okrążenia, ale czas od wyjazdu z boksów do wjazdu do boksów (czyli trzeba gonić dużo dłużej i nie ma czasu na dogrzewanie opon itepe, bajzel prawie gwarantowany.
Przepraszam, że nie więcej, ale większość z tego wymyśliłem w ciągu godziny. 

Lepsze jest wrogiem dobrego. Mam nadzieję na dobry wyścig bez względu na wady kwalifikacji. To już za kwadrans...

Tagi: bzdury
16:46, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 kwietnia 2016

Po latach blogowania człowiek dochodzi do momentu, w którym nie ma pewności, czy na dany temat już napisał, zaczął pisać (mam wciąż gdzieś szkice notek) czy tylko zamierzał pisać. W takich chwilach na szczęście jest wyszukiwarka blogowa (nie twierdzę, że jest niezawodna, jej nieniezawodność oraz niedostępność w pewnych sytuacjach dobrze wpoiła mi pewien googlowy trick na szukanie). 

Zamierzałem więc kiedyś napisać o pewnej naszej z kolegą Brezlym małej fiksacji muzycznej. Jest taki klasyczny już standard, który wielu wykonywało lepiej lub jeszcze lepiej (gorzej pewnie też, ale po co się rozdrabniać), a my wyłapujemy rozmaite, zwłaszcza nietypowe wykonania, i katujemy nimi siebie i otoczenie na Facebookach. Dziś rano przesłuchałem dwa, jedno otagowane "ska jazz", drugie "jazz latino", różne rzeczy Youtube przynosił/a/o.

Może zarażę, może nie - ale przynajmniej dam szansę. Jak się nie zarazicie, to przynajmniej posłuchacie, w wersji klasycznej: Dave Brubeck Quartet - Take Five.