Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Tak się złożyło, że żaden większy wyjazd majówkowy mi w tym roku nie w głowie. Nie narzekam, wiosnę mamy taką, że lato mogłoby się w niejednym roku schować, na ulicach ludzie i samochody na letniaka (kabriolet z otwartym dachem dziś widziałem), ogródek zerka z sugestią zaangażowania się, ale myśli wokół wyjazdów się plączą, jak się widzi czym się chwalą znajomi. To nie będę gorszy, pochwalę się zeszłym rokiem.

Budapeszt termy Szechenyi

Budapeszt most łańcuchowy

Budapeszt Szechenyi ter

Budapeszt Szabadsag ter

Wybrałem co bardziej wiosenne zdjęcia. Ostatnie dla kasztanów, ale bawi mnie, że w obrębie jednego placu jest pomnik Armii Czerwonej i pomnik Reagana (można go dojrzeć pod drzewami). 

Miłego majówkowania tej wiosny.

sobota, 28 kwietnia 2018

Ten film włączyłem kiedyś przypadkiem, zupełnie nie wiedząc czego się spodziewać. Były jakieś ładne, niewiele mówiące obrazki, potem nieoczekiwana zbrodnia. Pojawili się policjanci... i pojawiła się ekscytacja. Jednym z policjantów był Bruce Willis, który wyglądał jak nigdy, z długą, ulizaną ciemnoblond grzywką (może w Szakalu też miał podobną peruczkę).

A później Willis pojawił się w zupełnie innej wersji, z klasyczną już łysą pałą i zarostem (przedtem był gładko ogolony). I tak oto dotarliśmy do kluczowego pomysłu filmu - ludzie używali na co dzień mechanicznych awatarów, nazywanych surogatami, sprawnych (dzięki czemu Willis mógł wykonywać wielometrowe skoki i biegać z urwaną ręką), szybkich (świetna była scena, kiedy człowiek idzie wśród surogatów i ma problem z ich omijaniem, one automatycznie oceniają odległości na milimetry i mimo szybkiego chodu mijają się bezkontaktowo) i dobrze wyglądających, które kontrolowali leżąc na łóżku, podłączeni do aparatury umożliwiającej odczuwanie zmysłami surogata. Jako że zaczęło się od zbrodni, to musiało być i śledztwo, z każdą chwilą coraz bardziej bliskie sensacji niż kryminału...

Czytałem później recenzje, wybrzydzające na zbytnią schematyczność intrygi i zbytnie przywiązanie do akcji. Mnie się w sumie podobało, ale zgadzam się, że odrywało od tego, co najlepsze: od samego konceptu surogatów, od psychologicznych motywacji kryjących się za nim. W pewnej chwili Willis mówi do seksownej prawniczki "nie wiem, kim naprawdę jesteś, może grubym facetem z fiutem na wierzchu", i o tym jest - lub powinien być - ten film: o naszych pragnieniach wyglądania lepiej, inaczej, udawania kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy (cały czas zastanawia mnie czego pragnie facet w średnim wieku, sterujący młodą, podrywającą innego faceta dziewczyną). 

Ale na to potrzebny byłby serial, a nie film. Nawet i bez Willisa. Choć film bardzo lubię.

Tagi: film
00:19, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 kwietnia 2018

To było tak: jechałem rano samochodem, włączyłem radio; ostatnio najczęściej włączam jedną taką stację, która dobrze odbiera w całej okolicy, a jak grają, to grają nieźle, z wykopem. Ale czasem nie grają, tylko gadają, i to był czas kiedy gadało dwoje prezenterów: pewna pani, która okazjonalne wydawała mi się kiedyś zabawna, i pewien pan, który nigdy mi się z niczym pozytywnym nie kojarzył (zwiska pominę, bo po co komu robić reklamę lub antyreklamę). 

Nie do końca wiem skąd im się to wzięło, ale pan snuł smętne menskie rozważania na temat Audrey Hepburn i Marilyn Monroe (w przypadku MM miało to zdaje się związek z jakąś aukcją jej zdjęcia). Bardzo był przy tym przywiązany do powiedzonka (bo myślą to trudno nazwać), że podobno faceci marzą o całowaniu Marilyn, a kobiety o wyglądaniu jak Audrey (pani była raczej sceptyczna). A że był piątek, nastrój piątkowy, i korki tu i ówdzie na drodze, to w try miga wygenerowałem sondę na Twitterze.

Czy wolisz (gdyby była taka możliwość):
A/ całować Audrey
B/ całować Marilyn
C/ wyglądać jak Audrey
D/ wyglądać jak Marilyn

Ktoś może powiedzieć, że sonda była tendencyjna, bo nie można wybrać i wyglądania, i całowania, ale - jak usłyszał Jack Lemmon w Pół żartem, pół serio - nikt nie jest doskonały. Zwracam uwagę, że nie ograniczałem wyboru do jednej tylko płci, dlatego w wynikach też nie wiadomo które z głosów oddawały kobiety, a które mężczyźni...

A wyniki były takie: wyglądać jak Audrey chciało 13% głosujących. 18% wolało wyglądać jak Marilyn, podczas gdy 19% tę Marilyn chciało całować. Dodaliście szybko w pamięci? Tak: dokładnie połowa respondentów najbardziej chciałaby Audrey całować, i tyle mitów smutnego pana z radia.

No to buziaczki.

Audrey Hepburn blowing kiss Getty Images

piątek, 13 kwietnia 2018

Może widzieliście, może nie. W każdym razie nie chce mi wyjść z głowy ostatni odcinek Milionerów, a ściślej - jedno z pytań (w przeszłości nieraz pisałem notki poświęcone tylko jednemu pytaniu, więc to żadne novum). 

Było to pytanie o niezbyt wielkie pieniądze, jakieś 5 czy 10 tysięcy, więc wydawałoby się proste (choć doświadczenie uczy, że na prostym wyłożyć się łatwo). Grała pani, z zawodu zdaje się nauczycielka małych dzieci, nie rejestrowałem wszystkich szczegółów bardzo dokładnie. Pytanie brzmiało:

LEW ZABITY PRZEZ RAMONA MERCADERA TO:
A/ Simba
B/ Tołstoj
C/ Trocki
D/ Mufasa

Zapewne autor pytania traktował je jako bardzo dobrą zabawę, mnie również ono mocno rozbawiło (nawet sobie z niego na Twitterze żartowałem), uczestniczkę zaś skonfundowało. Na tyle, że postanowiła wziąć pół na pół (zostali Simba i Trocki)...

Oczywiście, stoimy tu przed pułapką klasizującego podejścia "elo, człowieku, jak można historii nie znać". Mnie jednak zaintrygowało, że grającej taki obcy wydał się filmowy megahit, jakim był "Król Lew": film z czasów, kiedy kina były powszechniejsze, a bilety tańsze; film, który wielokrotnie gościł w telewizjach; film, którego bohaterowie - wydawałoby się - tak mocno wryli się w zbiorową świadomość (choć, przyznajmy, bardziej dzieciom sprzed ćwierćwiecza niż obecnym).

Pani postanowiła uśmiercić Simbę. A może to ja nie nadążyłem za sequelami?

środa, 11 kwietnia 2018

Po losowaniu ćwierćfinałów Ligi Mistrzów wydawało się prawie pozamiatane (że papierowi faworyci przejdą bez problemu), po pierwszych meczach jeszcze bardziej (choć z faworytami już tak dobrze nie było). Dzisiejszych rewanżów z wielu powodów nie oglądałem, dyskretnie najwyżej śledziłem przez internet, ich wyniki przyjmuję z sympatią, jak większość, Rafał Stec pisał nawet, że Liga Mistrzów to jeden z najwspanialszych wynalazków w dziejach ludzkości (oraz że jednak niczego nie rozumie z futbolu, najwyraźniej Stambułu mu było za mało).

Zadumałem się przez moment. Dziś do półfinałów awansowały FC Liverpool i AS Roma, jeżeli los nie zetknie ich w półfinale, to możliwa będzie (teoretycznie) powtórka sprzed 34 lat. Wtedy to te same drużyny, w charakterystycznych czerwonych strojach, grały w finale (wtedy jeszcze) Pucharu Mistrzów (formalnie Pucharu Europy Mistrzów Krajowych, ale wszyscy mówili w skrócie). Mimo że mecz rozgrywany był w Rzymie (tak wyszło), zwycięsko wyszła ekipa z Anfield (nie piszę Anglicy, bo ci stanowili mniejszość w składzie złożonym z przedstawicieli całej Brytanii, jeśli nie Commonwealthu). 

Tamte rozgrywki byłyby szokiem dla współczesnego kibica. W finale zmierzyli się wprawdzie mistrzowie Anglii i Włoch, ale reszta przedstawicieli "wielkiej piątki" nie dotarła nawet do ćwierćfinału, czy to za sprawą niekorzystnego losowania, czy zwykłej słabości. W półfinale grały Dinamo Bukareszt (wyeliminowało wcześniej obrońcę trofeum - HSV) i Dundee United (ograli u siebie Romę do zera), w ćwierćfinale walczył mistrz NRD. A mistrz Polski? Tradycyjnie, w pierwszej rundzie...

Powtórkę finału z 1984 biorę w ciemno. Wiem, której czerwonej drużynie będę kibicował, ale najpierw niech się to stanie.

wtorek, 03 kwietnia 2018

Prawo. Prawo. Dużo prawa mamy. Mówią, że z każdym dniem przybywa coraz więcej i więcej. Jest nawet firma doradcza która zajmuje się zliczaniem, ile tego prawa dokładnie przybywa każdego roku (chciałem napisać, że każdego dnia, ale nie chciałbym przypisywać tego na wyrost). Podobno gdyby ktoś chciał czytać wszystkie przyjmowane w 2017 roku ustawy i rozporządzenia, musiałby na to poświęcić 3 godziny i 37 minut z każdego dnia roboczego (w sumie opublikowano w 2017 roku 27118 stron przepisów) - co przedstawia się jako straszliwą barierę biurokratyczną rozwoju gospodarki.

Wdałem się o poranku w krótką wymianę zdań z przedstawicielem firmy doradczej i postanowiłem zmarnować chwilkę na pokazanie jak to wygląda. Nie mam niestety dostatecznie długiej chwilki, żeby przeanalizować choćby miesiąc prawotwórstwa (w marcu w Dzienniku Ustaw dokonano 209 publikacji), więc ograniczyłem się do minimalnej próbki z dnia 1 marca roku. Tego dnia w Dzienniku Ustaw dokonano 11 publikacji, czyli powyżej średniej wynoszącej (przy 22 dniach roboczych w marcu 2018) 9,5 publikacji dziennie. Z tych 11 ogłoszonych aktów trzy to teksty jednolite - jednej ustawy i dwóch rozporządzeń (pomijamy bo to nie "nowe przepisy", firma również je pomija w metodologii - plusik). Pozostałe osiem to rozporządzenia, liczące sobie 35 stron (wg Dziennika Ustaw, nie w przeliczeniu na maszynopis). Dużo? Jak sobie wyobrazimy "35 stron przepisów", to wydaje się pokaźny stosik. Ale...

Rozporządzenia z natury swojej są aktami niższego rzędu, o charakterze wykonawczym, wydanymi na podstawie konkretnych ustaw i najczęściej służącymi uregulowaniu kwestii szczegółowych, o których przeciętny prawnik (a tym bardziej przedsiębiorca czy obywatel) nawet nieraz nie pomyśli, i z którymi - z prawdopodobieństwem przekraczającym 90% - nigdy się nie zetknie.

Przedmiotem 8 rozporządzeń opublikowanych w dniu 1 marca 2018 roku były kwestie:
1. zmiany szczegółowego wykazu czynności wykonywanych przez Oddział Celny w Małaszewiczach,
2. właściwości prokuratury we Włoszczowie,
3. dodania jednej pozycji w wykazie chorób zwierząt, których rozpoznawaniem zajmuje się jedno z laboratoriów Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach,*
4. liczby osób powoływanych na ćwiczenia wojskowe w 2018 roku (nieco ponad 2 tysiące, gdyby kogoś interesowało)
5. trybu wypłat związanych z Europejskim Funduszem Morskim i Rybackim,
6. sposobu ustalania tożsamości przy legitymowaniu przez Straż Ochrony Państwa (dawny BOR), czyli jakie dokumenty będą dla funkcjonariusza wystarczające,
7. zniesienia pełnomocnika ds. informatyzacji wymiaru sprawiedliwości,
8. ocen okresowych i opinii służbowych funkcjonariuszy Służby Celno-Skarbowej.
*żeby dokładnie się tego dowiedzieć, musiałem sięgnąć do głównego rozporządzenia, sama zmiana jest bardzo enigmatyczna ("w załączniku w tabeli w Lp w kolumnie dodaje się..."

Z tych 35 stron, aż 25 stron przypada na rozporządzenie o ocenach i opiniach. Z czego 20 stron to wzory dokumentów. 

Teraz każdy sam sobie może w spokoju odpowiedzieć: gdyby przeglądał treść Dziennika Ustaw, to czy po zobaczeniu spisu treści zaglądałby głębiej. O ile oczywiście nie dokonuje transportów przez Małaszewicze, nie zajmuje się sprawami karnymi w okolicach Włoszczowy, nie ubiega się o dofinansowanie z Funduszu... Dla firmy doradczej Grant Thornton wszystkie te strony przepisów wyglądają tak samo.

Tagi: statystyki
10:01, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »