Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 29 maja 2012

- Dobranoc - rzecze Ojciec do Juniora, opuszczając pomieszczenie dziecięce.

- Wesołej nocy - odpowiada uśmiechnięty Junior.

Ojciec nie ma pojęcia, jakie Junior ma przewidywania co do Ojcowej nocy, ale wszystkie chętnie przyjmuje. Nawet jeżeli perspektywa Ojca obejmuje wyłącznie noc skróconą z uwagi na bladoświtową pobudkę i wyjazd dalekobieżny.

Tagi: dialogi
19:50, bartoszcze , Junior
Link Komentarze (2) »

Obserwuję sobie, jak ludzie urządzają sobie ogródki i inne przestrzenie wokół domu. Różne są strategie - skomplikowane rabatki, drzewka i krzewy, trawniki, to wszystko w przeróżnych kombinacjach. Serce roście jak się na takie zielone patrzy, zwłaszcza jak roślinność puści się nieco samopas, i nie wygląda jak uładzony ogród jak na konkurs, ale jak żywy organizm.

Niestety, dostrzegam też niemiłą i niepokojącą tendencję. Niektórym mniej czy bardziej swobodnie rosnąca zieleń najwyraźniej przeszkadza, zwłaszcza kiedy czują się w obowiązku dbać o jej uładzony stan, a zarazem nie mają na to ochoty. I w rezultacie tam, gdzie jeszcze niedawno było zielono, pojawia się pustkowie, wysypane obficie mniejszym czy większym żwirkiem, dla niepoznaki udekorowane wsadzonym tu i tam drzewkiem (najlepiej cyprysem, bo nie śmieci, albo prawie wcale). Najbardziej mnie wkurzyło, kiedy któryś ze sąsiadów zastąpił w taki sposób szereg wyrośniętych na kilka metrów, rozłożystych sosen, pod którymi uroczo nazbierało się poszycie z igliwia (świetną kryjówkę miały tam koty, i nie wiem jakie inne zwierzaki takoż). 

Na szczęście ludzie w swym zamiłowaniu do żwirku, nie doceniają możliwości przyrody. W wielu uładzonych żwirem miejscach, dostrzegam z dużą radochą, że pojawiają się wśród nich zielone pędy - znak, że czy to pod spodem nie dali folii izolującej, czy to położyli ją nieszczelnie, czy to wśród żwiru naniosło już tyle innego materiału, że zaczęła się w nim tworzyć gleba. Ten zaś (inny) sąsiad, który wysypał żwirem pod swoimi (innymi) sosnami, ma obecnie warstwę igliwia na żwirze. Efekt jest taki, że z czasem żwir zaniknie pod zielonym (lub innym), albo jego miłośnik będzie się musiał pofatygować na starannie pielenie swojego żwirnika (co powitam z dużą schadenfreude), bo przecież z kosiarką na niego nie wjedzie. 

Dajmy zielonemu rosnąć, a czasem nawet dziko (o szale koszenia każdego kawałka, gdzie zielone bujnie urosło, starczyłoby na inną notkę, teraz mi się nie chce). 

19:13, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (7) »
sobota, 26 maja 2012

Przy okazji zeszłorocznego Touru pisałem o czajnikach i kalkulatorach, czyli kolarzach mniej zawierzających swojej sile i umiejętności zaatakowania w górach, niż mniej lub bardziej wyrafinowanej matematyce. W dzisiejszym królewskim etapie Giro do Passo Selvio też wszystko wyglądało na wielki pojedynek czajnikowo-matematyczny, bo czwórka mająca teoretyczne szanse na końcowy triumf przede wszystkim wzajemnie się pilnowała i zastanawiała, kto ile ugra na finałowej czasówce. 

Okazało się jednak, że jest wciąż jeszcze życie w peletonie. Tradycyjnie ktoś tam z przodu uciekał, inni gonili, a Gruppo Maglia Rosa dobrotliwie jechała swoje, w przekonaniu, że nikt tam im nie zagrozi, a na koniec i tak wszyscy osłabną. Interesująco się więc zrobiło, kiedy na końcowym podjeździe z czołowej grupki urwał się nieco zlekceważony Belg de Gendt i zaczął powiększać przewagę: do 4 minut, do 5 minut i rosło.. Uruchomione z niejakim opóźnieniem kalkulatory podpowiedziały, że jego strata była na tyle nieduża, że wspiął się (wirtualnie) na drugie miejsce w klasyfikacji, raptem 15 sekund za liderem. A tu pomocnicy już odpadli, zostali sami najlepsi, którzy bezradnie zaczęli spoglądać na siebie, kto weźmie na siebie ciężar pogoni.

W końcu ruszyli za "kontrolującym etap" Hesjedalem, i zaczęło się prawdziwe ściganie, oddzielające czajników od mistrzów: mocne tempo, walka o utrzymanie się za innymi, ucieczki i kontry. De Gendta nie mieli szans dogonić, ale przynajmniej zmniejszyli jego przewagę, niektórzy. Czasówka w każdym razie zapowiada się pasjonująco, może będzie pierwszy kanadyjski zwycięzca, a może nie.

20:16, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (9) »

Junior spogląda kątem oka na telewizor, w którym Ojciec przełączył właśnie na transmisję ostatniego, jakże ważnego sparingu naszej kadry przed Euro. Zerka i zerka znad swoich samochodów, aż obserwująca go z boku Matka pyta:
- A wiesz w co tam grają?
- W piłkę nożną.
- A wiesz kto gra?

Udzielenie prawidłowej odpowiedzi wobec widocznych na ekranie skrótów nie nastręczało wielkiej trudności, niemniej Junior postanowił podejść do sprawy  bardziej generalnie i odrzekł krótko:
- Panowie..

Nacje zidentyfikował minutę później. 

To miała być szczególna notka, na szczególny jubileusz, ale wszystko poszło nie tak. Nie trafiłem z nią na tysięczny dzień (bo musiałbym pisać dużo szybciej), ani na 1001-szy, ani nawet w okrągłą czwartą rocznicę. Nie jest to też wcale notka nr 1001, tylko jubileuszowa tysięczna. I też mówiąc szczerze, weny na tę szczególność notki też jakoś brakuje, na rozmaite drobiazgi i komentarzyki by się jeszcze znalazła, ale na nic więcej. 

Miejmy to więc za sobą. Może jakaś bardziej wyrafinowana treść pojawi się pod notką nr 1111, 1234, 1500 lub 2000 (do tej ostatniej na pewno sporo czasu zostało). O ile nie przegapię w numeracji.

Tagi: jubileusz
18:26, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 maja 2012

Każdy czasem potrzebuje prostej, nieskomplikowanej i łatwo dostępnej rozrywki. Dziś - co tu dużo ukrywać - najłatwiej znaleźć ją w telefonie (jak często jeszcze ktoś mówiąc telefon nie ma na myśli komórki?), zarówno typu smartfon, jak i w takim bardziej, hmm, telefonicznym (zawsze się jakieś byle co znajdzie). W jednym z wcześniejszych modeli pamiętam, że sporo czasu spędzałem w ping-pongu (w stylu gry telewizyjnej z lat 80-tych raczej niż wyrafinowanej graficznie). W nowszych, mówiąc szczerze, mimo wypasionych bajerów graficznych (a może właśnie przez nie) przerzuciłem się na pasjanse.

W swoim poprzednim telefonie (o którym swego czasu dowiedziałem się nie bez zdziwienia, że był uznawany za wczesnego smartfona), wytrwale znęcałem się nad pasjansem Klondike. Najpierw spędziłem wiele czasu na przekręceniu czterocyfrowego licznika punktowego, a kiedy to osiągnąłem, przerzuciłem się na bicie rekordu jednej gry (ba, nawet zdarzyło mi się kiedyś przystąpić do rozważań na temat teoretycznej analizy, jaki wynik dałby się możliwie osiągnąć). 

Nadszedł jednak dzień, kiedy trzeba było telefon wymienić (nie żeby ten stary całkiem padł, ale taki był już trochę nadwątlony, a poza tym operator za mną biegał i się prosił). W nowym z dużą radością odnotowałem Klondike na liście dostępnych pasjansów, tylko po to, żeby się natychmiast rozczarować - zmieniono nieco interfejs, i niestety zrezygnowano z punktowania w trakcie gry, przez co gra zupełnie straciła  swoją przyjemność. Natura nie znosi próżni, więc zacząłem testować inne dostępne, by wybrać (przynajmniej na jakiś czas) Alaskę. Zrazu mocno mnie irytował, i zacząłem w niego grać w dużej mierze po to, żeby się przekonać, czy jest taki wymagający, czy taki losowy; ostateczną odpowiedź uzyskałem, kiedy w którejś partii natychmiast po ułożeniu kart powitał mnie komunikatem "niestety nie masz żadnego ruchu", zanim przełożyłem jakąkolwiek kartę (choć jeśli po rozłożeniu miało się do dyspozycji raptem jeden ruch, to wnioski nie mogły być inne). Polubiliśmy się jednak w czasie tego testowania, bo Alaska jednak wymusza odrobinę wysiłku wzrokowego i intelektualnego (a wszak chodzi zarówno o zabicie czasu, jak i o zmianę stymulacji mózgu), a jednocześnie można bez problemu zwalić niepowodzenie na nierozwiązywalny układ kart. Ostatnio nawet odnotowałem mały, hmm, jubileusz - po kilku miesiącach wygrałem pięćdziesiątą partię. Przegrałem ich w tym czasie jedynie 1681 (patrzę na statystyki właśnie). Nie jest źle, to skuteczność 2,88%, był czas, kiedy miałem marne 2,5% :-)

Jeżeli ktoś ma jakieś skojarzenie z gorączką złota.. cóż, może to jakiś ukryty podtekst, który coś o mnie świadczy. Nie wybieram się w każdym razie w tamtą stronę (choć kiedy parę lat temu zakończyłem notkę podobnym wnioskiem na temat Francji, to ku własnemu zaskoczeniu rok później znalazłem się w Paryżu..)

19:58, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
niedziela, 20 maja 2012

To zawsze był ulubiony zawodnik redaktora Szpakowskiego - im bliżej było końca meczu, tym częściej jak zjawa pojawiał się na boisku i uczestniczył w coraz większej ilości akcji, zwłaszcza defensywnych. W finale Ligi Mistrzów najwyraźniej się sklonował, nawet jeśli komentatorzy go nie dostrzegali, w każdym razie w akcjach obronnych londyńczyków był po prostu niezastąpiony - w desperackim przyjmowaniu strzałów na ciało, w rzucaniu się na tor piłki, w pogoniach za uciekającymi rywalami, żeby jeszcze dać radę przeciąć próbę dośrodkowania. Ofiarności w tym meczu było pod dostatkiem, umiejętności czysto piłkarskich mniej (symboliczny będzie ten debiutant, który zagrał ofiarnie, odważnie i pewnie, lecz w akcjach ofensywnych pokazał, że nie dorósł do gry na tym poziomie). 

W kółko kręci się też myśl (i to nie tylko mnie), że sprawa ma wymiar ponadludzki, może nawet boski. Im bardziej patrzę na przebieg meczu, tym bardziej myślę, że Chelsea (lub niektórzy jej piłkarze) musiała przed meczem złożyć sute ofiary na rzecz Pani Fortuny (i innych bogów), zmienność losów Drogby w tym meczu najlepszym tego przykładem. Można mieć zresztą niemal pewność, że chełpliwi Bawarczycy o złożeniu jakichkolwiek ofiar nawet nie pomyśleli, będąc pewnymi wszystkich swoich atutów. A londyńczycy, cóż, pewnie zawarliby i kontrakt z diabłem, żeby tylko zapewnić sobie wygraną, zwłaszcza że Abramowicz mógłby coś do tego kontraktu dorzucić.

Bo właśnie to jest tak irytująco gryzące w tym finale: że ten piękny sportowy scenariusz napisany dla kopciuszka, kupiła sobie banda podstarzałych milionerów. Gratulacje dla zwycięzców, chwała dla zwyciężonych, my czekamy na kolejny sezon.

piątek, 18 maja 2012

Nie hiszpańskie, nie kreolskie, ale nasze, nasze polskie..

Tak, to dziś jest Ten Dzień: po miesiącach zimy i przednówka, po raz pierwszy w handlu za rozsądną cenę kupiłem hienę pojawiły się trrrrrruskawki. Nie jakieś importowane z Hiszpanii czy innej Wenezueli, podmalowane farbką przez Milo Minderbindera, ale polskie, z naszej ziemi, z naszego pyłu, z naszym zapachem (ewentualnie podmalowane swojską farbką przez swojskiego Zenka). Posiadające smak truskawki, a nie wyrobu dekoracyjnego truskawkopodobnego. 

Proszę wybaczyć, że się oddalę, sprawa nie cierpiąca zwłoki (rodzina już się zasadza).

(997)

Tagi: bzdury wiosna
19:13, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (10) »
wtorek, 15 maja 2012

Do tej potrawy mam stosunek właściwie obojętny - ilekroć dotąd spotykaliśmy się na przyjęciach, zupełnie nie czuliśmy do siebie chemii, w związku z czym ja oddalałem się w towarzystwie innych potraw, a ona oddawała się innym gościom. Stan ten zasadniczo mi nie przeszkadza, nie ma obowiązku lubienia wszystkiego co tylko nadaje się do zjedzenia, na świecie jest zasadniczo wystarczająco wielu Polaków, Greków* i innych, którzy ją lubią i zapewnią jej długą popularność.

Byłem ostatnio w sklepie po promocyjnego łososia w ilości ćwierćhurtowej, żeby jednorazowo oprawić, przetworzyć i zamrozić na zapas. Chwilę mi na rybnym zeszło, rozglądałem się, dostrzegłem i rybę po grecku różnych producentów, co również nie wzbudzało moich emocji. Do czasu, aż zobaczyłem tę.

ryba po grecku ze śledziem

Do tej pory nie wyszedłem z zakręcenia logicznego: czy śledź nie jest rybą (eee.. to czym, i czemu ja z niego te kwasy omega wchłaniam)? A może to w rybie po grecku nie ma ryby, a śledź jest dodatkiem specjalnym (właściwie pasowałoby: skoro po grecku jest tylko z nazwy, to może i ryba jest tylko z nazwy)? W dzisiejszym handlu w wiele można uwierzyć (choć długo czytałem spis i nie znalazłem tam też nic, co obok tego śledzia mogłoby sztucznie rybę udawać).

Ryba ze śledziem, też coś, nawet po grecku.

*Grecy już podobno nauczyli się robić rybę po grecku dla Polaków. Kto wie, może i sami czasem jedzą..

21:16, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 maja 2012

Jest podobno taki zwyczaj, że faceci śpiewają przy goleniu (Ojciec nie może potwierdzić, ponieważ odkąd się goli - a zwyczaj ten sięga ubiegłego tysiąclecia - to jakoś sobie przypomina, może dlatego że przy używaniu czegoś z ostrzem to woli gębę trzymać nieruchomo, a maszynka elektryczna raczej zagłusza; a poza tym Matka mu zakazuje). Nie bardzo potrafią więc Rodzice zgadnąć, skąd się Juniorowi wzięła maniera, że kiedy tylko wchodzi do łazienki, natychmiast zaczyna śpiewać (śladów golenia na szczęście nie stwierdzają, w przypadku siedmiolatka byłoby to z wszech miar niepokojące). I nawet nie chodzi o to, co śpiewa (to co zawsze, można przeżyć) ani jak (ujdzie), odruch zadziwia, nikt mu nie zakazuje śpiewania w domu (no chyba że po raz dwudziesty z rzędu tę samą piosenkę.

Ojcu zachciało się sprawdzić kto właściwie śpiewa przy goleniu i jedynym znalezionym śladem była Weronika M.-P. (Junior na szczęście nie zna). To Ojciec już tym bardziej dziękuje.

Tagi: bzdury
21:42, bartoszcze , Junior
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2