Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
środa, 29 maja 2013

O planowanym zakazie handlu w niedzielę w ostatnich dniach powiedziano już chyba wszystko co było do powiedzenia, mądrego i głupiego, więc nie będę zaśmiecał Internetu swoimi własnymi rozważaniami na temat tego, czy taki zakaz jest słuszny, celowy i uzasadniony (zwłaszcza że nie do końca mam zdanie na ten temat, ale to zostawmy). 

W tej notce pominę więc prawie zupełnie opowieści o kasjerkach chcących do domu i zafrasowanych pracodawcach zmuszonych ze smutkiem wypowiadać im umowy. Bardziej mnie interesuje rzucona gdzieś motywacja* autorów ustawy (przynajmniej niektórych), że zakaz handlu wprowadzają w imię narodowych interesów gospodarczych, uosobionych w drobnych sklepikarzach. Problem w tym, że zasadniczo takiej ustawy za bardzo nie da się napisać...

Oczywiście, może nie doceniam talenty ustawodawcze posłów, ale przypuszczam, że koncept wzorowany będzie na przepisach zakazujących "pracy marketów"  w święta. Zacznijmy od tego, że tamta regulacja ani na jotę nie odwołuje się do działania dużych sklepów, tylko do możliwości wykonywania w nich pracy. Myśl - chytra w zamierzeniu może - jest przy tym taka, że właścielowi drobnego sklepiku nikt nie zabroni otworzyć i pracować w święto, komuś o większej wyobraźni przyjdzie rzecz jasna do głowy, że oczywiście (w placówkach średniej raczej wielkości) można zlecić wykonywanie czynności osobom na umowach cywilnoprawnych ("śmieciówkach"), choć pewnie skonstruowanie umowy, która wytrzymałaby próbę ustalenia, że nie jest to zakamuflowany stosunek pracy, byłoby niełatwe. Podpowiem jednak od razu, że bardziej zdesperowany właściciel marketu znalazłby i inne zupełnie legalne rozwiązanie pozwalające na prowadzenie sprzedaży w niedzielę. Kodeks pracy przewiduje bowiem możliwość pracy w takim systemie, że pracownik pracuje wyłącznie "świątek, piątek i niedzielę" (jeszcze w soboty), a wtedy może spędzać w pracy nawet 12 godzin dziennie. Wystarczy więc się odpowiednio dogadać, i mimo wszelkich szumnych deklaracji, centrum handlowe będzie mogło w najlepsze działać w niedziele (i święta), dziś zapewne dla jednego dnia w miesiącu nikomu nie opłaca się kombinować. 

Pozostawię już na uboczu pytanie, dlaczego akurat handel zostanie uznany za bardziej dotkliwą formę pracy niż praca w gastronomii, usługach dla ludności czy wypoczynku (że ograniczę się do tego, co spotykamy w centrach handlowych), poprzestanę na stwierdzeniu, że nadal bardzo nie lubię przepisów, które starają się zakazywać czegoś selektywnie i nie wprost, bo zakazanie tego wprost okazałoby się niezgodne z normami prawnymi wyższego rzędu. 

Osobiście staram się zwyczajnie w niedzielę nie robić zakupów, chyba że jakaś nagła konieczność.

*wszystkich tych, którzy doszukują się w tej sprawie motywacji prokościelnych, uprzejmie proszę, żeby swoje przemyślenia opublikowali gdzie indziej

sobota, 25 maja 2013

Czytam w gazecie w relacji z Cannes opis filmu (na marginesie: w wersji elektronicznej dostępna była tylko krótsza wersja tekstu, ograniczona do innych filmów), którego fabuła zaczyna się od następującego punktu wyjściowego:

Ewa jest Polką ze Śląska, która w latach 20. na statku wypełnionym emigrantami ląduje na Ellis Island, słynnej "wyspie kluczu" w pobliżu Manhattanu, przez którą przewinęły się miliony przybyszów do amerykańskiej ziemi obiecanej (Tadeusz Sobolewski)

Jako że pada słowo Śląsk, to nastawiam symboliczne słuchy, bo coś nie brzmi w tym opisie. Pierwsze pytanie brzmi: lata 20., to z której to ona części Śląska, ta Ewa (nazwiska filmowego Cybulski)? Z tej polskiej, która w państwie polskim była najbogatszym regionem? Z tej niemieckiej? A może jeszcze z obszaru plebiscytowego (jeśli by rzecz się działa na samym początku dekady), choć wtedy ludziom niekoniecznie emigracja była w głowie? Każda odpowiedź i tak uruchamia kolejne pytanie (bardziej drażliwe) - jaka to Polka? Z ludności czysto napływowej, osiadłej na Śląsku ledwo co, czy z mieszkającej z dziada pradziada? Ta kwestia znaczenie mieć mogła w dużej mierze dla tego, jak brzmiała jej polszczyzna, czy była bardziej wyrobiona, kanoniczna, czy z gwary napływowej, czy może typową śląską godką była. 

Pytania te stawiane są nie dla samego czepialstwa, tylko podyktowane są okolicznościami. Film, o którym mowa, nie jest bowiem filmem polskim, tylko amerykańskim, w obsadzie jeżeli nawet przewijają się polskobrzmiące nazwiska, to niekoniecznie towarzyszą polskowyglądającym postaciom. "Naszą" Ewę gra Marion Cotillard, która polskich kwestii nauczyła się tak jak brzmią (za korespondentem), nie znając języka jako takiego, pewnie brzmi to jak Gene Hackman grający generała Sosabowskiego w "O jeden most za daleko" i wydający komendy po polsku (jakoś nie umiem wygrzebać teraz filmiku). To może być niesamowite, słuchać jak ktoś nie znający polskiego wypowiada polskie kwestie, i zastanawiać się po akcencie, z jakich stron może pochodzić bohaterka. Jeszcze ciekawsze będzie, kiedy film trafi do Polski i zostanie zdubbingowany albo obsłużony przez lektora - polszczyzna "obcych" może być poprawniejsza niż "swoich". 

piątek, 24 maja 2013

Jeden finał futbolowego pucharu za nami, drugi tuż-tuż, więc i na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl napisałem parę notek z tym związanych:
- Statystycznie magicznie,
- Cztery drugie.

(a żeby nie tworzyć blank nowej notki, to dodam jeszcze tu link do notki napisanej już po drugim finale - Szaleństwo)

21:31, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »

W tym roku strasznie próbują oszukiwać. Podróbki rozwinęli na tyle, że wielu ludziom wydają się naturalne, ceny też mocno podróbkowate, ale kiedy przychodzi do prawdziwego testu - bez pudła rozpoznaje się podróbkę; aż dziw bierze, że tylu ludzi te podróbki bierze za dobrą monetę, może to z tęsknoty i niedoczekania.

Ale przyszedł na czas na oryginały. Już pierwsza próba pokazuje (gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości), gdzie miejsce podróbek. Żadnego efektu gumowej sprężystości ("cycki u nich gumiaste jak graca: jak nacisną, to wklęśnie, potem wraca"), który takim dysonansem chrzęści w zębach. Droższe, ale sezon dopiero się nieśmiało rozpoczyna.

Prawdziwe rodzime truskawki, jakiś tydzień później niż w zeszłym roku. Pyszności. Szampan i bita śmietana mogą poczekać.

Tagi: bzdury wiosna
18:24, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (3) »
wtorek, 21 maja 2013

Otwierają się podwoje Sądu Okręgowego, zziębnięci ludzie pomału sączą się do środka, dwugodzinna przerwa spowodowana alarmem bombowym (jak zwykle fałszywym) dobiegła końca. Ja byłem w tej szczęśliwej (dotąd) sytuacji, że przyjechałem niewiele przed końcem, więc jeszcze się wycierpieć nie zdążyłem, dopiero pod salą uświadamiam sobie, że czego nie odczekałem na dworze, to będę musiał odsiedzieć w środku (pewnie można byłoby ukryć się w bufecie, ale klientka z urzędu już mnie zoczyła).

Patrzę na wokandę, zastanawiając się w milczeniu, ile to jeszcze spraw przede mną. Przeglądam wokandę od góry do dołu, coś zaczyna mi się w głowie podświadomie układać. Zaczynam patrzeć uważnie, wybierać pozycje po kolei, w końcu stwierdzam: dobrze mi się wydaje. Na wokandzie jedenaście kolejnych spraw, ma sygnatury od 4/13 do 14/13, choć rozprawy nie są w kolejności sygnatur (na zakończenie sprawa z inną numeracją). 

Przed moją sprawą jeszcze cztery. Bateria w laptopie mi pada. Czas na ćwiczenie sztuki cierpliwości.

Tagi: sąd
14:35, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 maja 2013

Miałem "w rozumie" napisać notkę po-zimową, ale tak ciepło i przyjemnie jest, że nie mam sumienia śniegów i mrozów teraz przywoływać, zamiast tego mogę z czystym sumieniem powrócić do wspomnień wakacyjnych, w końcu już czas patrzeć następnych...

Zwiedzanie świata pociągiem bywa całkiem przyjemnym zajęciem, ale - jak już pisałem - nie wszędzie jest wystarczające. Gdyby bowiem ograniczyć zwiedzanie Monaco do widoku z okna pociągu, to zobaczylibyśmy z księstwa mniej więcej tyle:

Monaco dworzec kolejowy railway station gare

Jeżeli natomiast z tego pociągu wysiądziemy i wydostaniemy się na powierzchnię (co, przyznam, chwilkę może zająć), to Monaco przedstawia się znacznie bardziej malowniczo. W zależności od tego, w którą stronę (i skąd) będziemy patrzeć, może wyglądać np. tak:
Monaco port

albo tak:
Monaco Skała Rock

czy wreszcie tak:
Monaco port

Jedno popołudnie to, przyznam, trochę mało, nawet jeżeli nie będziemy się przyglądać licznym wieżowcom a'la Hongkong (widać je tu i tam), uzupełnię tylko jednym detalem, czyli kościołem Patronki (za to w jakim otoczeniu!).

Monaco Monako kościół eglise church Sainte Devote

Parę zdjęć z Monaco już się tu zresztą przewinęło, kto ciekaw, niech szuka po tagach.

sobota, 18 maja 2013

Restartowałem dziś rano laptopa, bo jakoś tak mulił. Okazało się, że cichaczem ściągnąłem dwanaście aktualizacji Windowsa, więc leniwie obserwowałem jego postępy znad gazety (wiedziałem, że to będzie musiało potrwać, zanim zainstaluje, skonfiguruje i tak dalej). Wyglądało to na solidne poprawki, więc dałem mu sporo czasu, żeby wszystko sobie poukładał - a żeby lepiej wiedzieć, kiedy będzie mniej więcej gotów, włączyłem sobie poczciwą aplikację monitorującą, żeby podpowiedziała, kiedy komputer już nic szczególnego nie ma roboty. 

Podpowiedziała, mniej więcej. A ja patrzyłem na dane, które pokazywała, i trochę nie mogłem uwierzyć, co widzę. Komputer nie robił zasadniczo nic, nie miał uruchomionych żadnych aplikacji, nie był połączony z siecią - a mimo to nieustannie absorbował co najmniej 38% pamięci, mniej więcej 1,11 gigabajta (na zdjęciu zszedł nawet jeszcze niżej).

Patrzyłem na to i myślałem sobie, że mój pierwszy pecet (lat temu dwadzieścia z okładem), miał raptem do dyspozycji 0,08 (w zaokrągleniu) gigabajta dysku i 0,004 gigabajta pamięci. I po co to wszystko temu komputru, skoro nic właściwie nie robi?

Tagi: bzdury
20:00, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 maja 2013

Ta notka powstaje tylko po to, żeby zobaczyć, jak pojawia się niepożądany efekt zmniejszania czcionki.

Piszę standardową czcionką, chyba dwunastką. W7, Chrome 26.0......

Teraz spróbuję testowo manewru wbicia Shift+Enter
i zobaczymy czy będzie jakaś różnica w podglądzie html.

Nie ma.

Zrobimy zatem test obrazkowy, bo wtedy często występował poszukiwany efekt.

[tu był obrazek co jest teraz niżej]

a teraz sprawdzamy znów w kodzie, i nic. to teraz skopiujemy kawałek wcześniej wpisanego
"Ta notka powstaje tylko po to..."

 I nadal nic. Kurczę, poprawili czy co? Ale sprawdzam szybko, w tej notce wystąpiło samorzutne zmniejszenie czcionki, objawiające się kodem (span style="font-size: 11px;"), ciekawe czy już zanikło...

 just for testing (matrix red dress babe)
a teraz przesunąłem obrazek z miejsca powyżej

I w kodzie pojawiło się (img style="font-size: 11px;")
to teraz spróbuję myszką? skopiować (właściwie przesunąłem zamiast skopiować)

 I fragment przesunięty jest już opatrzony (span style="font-size: 11px;")

UWAGA: NOTKA MOŻE ZOSTAĆ SKASOWANA BEZ OSTRZEŻENIA, PODANIA PRZYCZYNY I PRAWA ŁASKI

Tagi: bzdury
17:23, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 maja 2013

Są takie chwile, w których człowiek bezradnie rozkłada ręce i mówi: nie wiem. Tak jest właśnie z tym utworem: słucham go w kółko, wsłuchuję się w każdy dźwięk - i szukam odpowiedzi na pytanie, co właściwie w nim jest takiego, że nie mogę się od niego uwolnić?*

Bo wszystko w nim jest takie całkiem-całkiem, ale właściwie nieszczególne. Miło brzeczące, lecz całkiem zwyczajne gitary; kobiecy wokal wędrujący od subtelności do (momentami) chrapliwej drapieżności; trochę klawiszy, trochę syntezatora; niewyrafinowany, lecz dobitny rytm; struktura eskalująca przez dodawanie kolejnych instrumentów... 

Szukam klucza w rytmicznym operowaniu głosem, zastanawiam się, czy chodzi po prostu o wyjątkowo udany układ wszystkich elementów, jakby nam w kalejdoskopie Leonardo wyszedł, doszukuję się w nim własnych ukrytych pragnień. Poszukiwanie Nieuchwytnego jest zawsze trudne, dość powiedzieć, że sama odpowiedzialna popełniła ten utwór jako swój debiut i był to właściwie jej jedyny sukces w karierze. 

Tasmin Archer po prostu zmieściła w tej piosence cały kosmos

*uważny czytelnik zauważy, że już ta piosenka się raz przewinęła, co jest najlepszym dowodem obsesji... ee, wpływu jaki ta piosenka na mnie wywiera

poniedziałek, 13 maja 2013

Słucham rano w kuchni radia. Mam niezły nastrój, jeszcze poprawia mi go rytm piosenki o mogącym orle, spokojnie więc rejestruję wiadomości z przeglądu prasy.

Najpierw jest o tym, że w procedurze cywilnej jest Wielki Problem Doręczeń (bo nie ma wyraźnego przepisu o skutkach dwukrotnego awizowania przesyłki). Nic to, że w przepisach od pół wieku zasada jest dobrze znana, nic to, że Trybunał Konstytucyjny wypowiadając się o doręczeniach w procedurze cywilnej wymusił kiedyś awizowanie dwukrotne zamiast pojedynczego (do samej zasady nie mając zastrzeżeń w jej istniejącej regulacji), nagle ktoś stawia to jako niesamowity problem (pewnie echa medialnych przypadków dotyczących e-sądu). Brwi mi się unoszą, kiedy dowiaduję się, że zarzuty stawia.. sędzia, widocznie postępowania mu zbyt sprawnie trwają.

Potem słyszę o przewidywanych zmianach (czytaj: przycięciu) koszyka usług medycznych. Same zmiany niezmiennie zdają się koniecznością (przy tej składce, jaką płacimy), ale brwi unoszą mi się jeszcze wyżej, kiedy słyszę zacytowane za "ekspertami" uzasadnienie - że bez tych cięć nie rozwinie się rynek dobrowolnych (dodatkowych) ubezpieczeń medycznych. A ... mnie rozwój dodatkowego rynku, przepisy mają prowadzić wyłącznie do lepszego wykorzystania skromnych środków publicznych.

Jeszcze za chwilę kontynuacja tematu "NFZ nie dba o dzieci"- czytaj "znów dopuścił do śmierci dziecka" (któraś z ostatnich histerii medialnych), na co niezawodną receptą ma być stawianie systemu z powrotem na głowie (w porównaniu do dotychczasowego). Zestawiam to w głowie ze świeżym tekstem o tym, jak to w szpitalu/ach dopuścili się rażących błędów skutkujących śmiercią dziecka. Cóż, refleksji wśród dziennikarzy dziś niewiele, ważne by się rzucić na temat i gromko napiętnować.

Rozum czuje się poważnie obrażony, usta cicho warczą, dobry nastrój gdzieś spłynął niby z deszczem. Chyba było nie włączać radia (albo się przestawić na takie tylko z muzyką, ale wtedy po co radio?)

Tagi: radio
08:19, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2