Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 31 maja 2014

Staram się trzymać na blogu z dala od tematów politycznych (bo zbyt mnie denerwują, a ich rozważanie niczego nie wnosi), ale czasem człowiek musi, inaczej się udusi, a w końcu to miejsce dla moich przemyśleń lub emocji. 

Tematem tygodnia (i jeszcze się pewnie potoczy) jest tzw. Deklaracja Wiary (PDF), złożona przez parę tysięcy lekarzy. Jest to rodzaj manifestacji, można sobie zadać pytanie czemu ma służyć, skoro sprawy sumienia są indywidualną sprawą każdego człowiek, ale nie widzę powodu, żeby komukolwiek zabraniać głośnego zadeklarowania co myśli, przynajmniej tak długo, jak nie oczekuje od innych analogicznego zdeklarowania (Wielka Krucjata Lojalności, anyone?). Nawet powiedziałbym, że z punktu widzenia potencjalnego pacjenta to jak najbardziej pożyteczne, jeżeli tenże pacjent spodziewa się, że się z lekarzem może nie dogadać - wtedy z góry może ominąć pana X i udać się do pani Y (zakładamy optymistycznie, że taki wybór posiada). 

Załamuję natomiast ręce, kiedy widzę reakcje na tę Deklarację. Owszem, jest ona napisana w sposób miejscami dziwny, w pewnych punktach wyraźnie konfrontacyjny - ale nie stanowi prawa i nie może być odczytywana jako przepis. Odrzucam zatem wszystkie drwiące "interpretacje" jakie można wyprowadzić z użytych słów "nietykalność" i "ciało", zebranych w jeden zwrot, w oderwaniu od kontekstu wynikającego zarówno z zamiaru (domniemywalnego) autora deklaracji, jak i całości filozofii, którą ta deklaracja ma streszczać. Nie jest mi bowiem wiadomo, aby teologia katolicka odrzucała leczenie ingerujące w ciało, z przeszczepami włącznie - a wręcz przeciwnie. Tym samym, tylko - scusi - idiota mógłby na poważnie pomyśleć, że lekarz podpisujący tę deklarację mógłby z głupia frant odmówić leczenia "bo Bóg zdecyduje czy pan wyzdrowieje". Tymczasem widzę sypiące się od lewa do prawa nie tylko dowcipy i memy na ten temat, ale także zupełnie poważnie składane żądania pozbawienia sygnatariuszy wszelakich funkcji, kontraktów, a nawet prawa wykonywania zawodu. Szaleni aktywiści nie dostrzegają nawet śmieszności doszukiwania się możliwości zaszkodzenia pacjentowi przez podpisanego pod deklaracją chirurga szczękowego czy patomorfologa. Od razu powiedzmy też, że mam świadomość istnienia "grupy ryzyka", czyli kobiet w ciąży, w przypadku których lekarze różnych specjalności mogą ewentualnie powstrzymać się od takich czy innych terapii "bo może zaszkodzić dziecku", ale te dylematy istnieją niezależnie od deklaracji lekarskich. 

W 99% przypadków ta deklaracja będzie miała dla pacjentów dokładnie takie samo znaczenie, jak przyznanie się do poddania się aborcji, gejowski coming-out czy manifest korwinistyczny - nie będzie miała żadnego wpływu na to jak lekarz leczy i w jaki sposób. Deklaracja ma znaczenie wyłącznie dla określonego rodzaju zachowań - dentysta i tak nie przeprowadzi aborcji, chirurg nie zapisze środków antykoncepcyjnych, okulista nie zajmie się in vitro (eutanazja i tak nie jest wciąż dozwolona, ale gastrolog jej by przecież nie dokonał). Będę bronił prawa do manifestowania własnych poglądów (lub ich niemanifestowania), przed wszystkimi tymi, którzy chcą z manifestujących zrobić obywateli drugiej kategorii.

09:30, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (15) »
czwartek, 29 maja 2014

Wśród kolegów prawników furorę robiły niedawno na Facebooku zdjęcia ogłoszeń wywieszanych w sądzie o niepodjętych depozytach - pod hasłem "jak można marnować czas sędziego na to, by zajmował się takimi sprawami, jak dwa grosze, albo majtki". Tak się składa, że kwestie te już tu na blogu przewijały, zarówno jeśli chodzi o drobne kwoty zapomniane przez świat, jak i śmieszne z pozoru rzeczy trzymane od niepamiętnych czasów w sądowych magazynach.

Tyle co byłem w jednym sądzie i - jak to często bywa - miałem chwilę oczekiwania. Zabijając czas przeglądałem tablice ogłoszeń, akurat była taka z depozytami. Wydział był cywilny, nie karny, więc nie było akurat dowodów rzeczowych, ale różnorodność była niezła - oczywiście różne hipoteki od trzech groszy do kilku tysięcy, wynagrodzenie za drogę konieczną i inne należności, w kwotach rozrzuconych podobnie jak hipoteki, nazwiska prowokowały do dopisania niejednej ciekawej historii. Jedno ogłoszenie było jednak zaskakujące.

Przedmiotem ogłoszenia wzywającego do podjęcia z depozytu była "jednostka centralna systemu komputerowego składającego się obudowy i podzespołów". Została złożona do depozytu na wniosek człowieka, który przegrał - na pewno w drugiej instancji - sprawę o zwrot tej jednostki. Najwyraźniej wygrywający sprawę miał jakiś problem z odbiorem swojego komputera, skoro po roku od wyroku zostało wydane postanowienie o zezwoleniu na złożeniu go do depozytu przez przegranego. I w depozycie tym leży od lat... dziesięciu. Nietrudno sobie wyobrazić ile dziś jest wart komputer sprzed co najmniej dwunastu lat (śmiało doliczam, bo skoro w 2002 roku był wyrok apelacyjny, a spór musiał zdążyć w ogóle powstać...).

Nie do końca podzielam oburzenie związane z procedurą likwidacji depozytów, wymagającą opisania przedmiotu i trzyletniego czasu oczekiwania (praktycy pewnie powiedzą, czy po te depozyty zgłasza się więcej niż jeden procent uprawnionych) - w drugą stronę bardzo łatwo jest wyobrazić sobie historię "wyrzuconych przez sąd na śmietnik cennych rzeczy i pamiątek". Celem procedury jest ochrona praw obywateli, zwłaszcza ich prawa własności, zanim należące do nich rzeczy przejdą na własność Skarbu Państwa (jako pożyteczne lub jako odpady - w powyższym przypadku pewnie całkiem atrakcyjny elektrośmieć). Oczywiście, zawsze dojdziemy do punktu zakrawającego na absurd, kiedy to przedmiotem depozytu będą rzeczy stanowiące śmieci od pierwszego momentu - na to po prostu chyba nie ma rady.

23:55, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 maja 2014

Do zakończenia ciszy wyborczej jeszcze zostało, ale mogę śmiało pisać, bo to nie o wyborach.

Junior brał udział w szkolnym konkursie matematycznym. Szkolnym w znaczeniu przeznaczonym dla uczniów, sam konkurs ma bowiem charakter międzynarodowy. Pojawiły się wreszcie wyniki, nieoficjalne nieco jeszcze, ale wynika z nich, że w swojej kategorii w regionie (obejmującym z grubsza stare województwo) Junior uplasował się w czołowym procencie (w szerszej skali nie mam pojęcia).

Pękać z dumy to może zbyt wielkie słowo (pozycja medalowa to to nie była), ale Rodzice są wzruszeni.

Tagi: edukacja
19:56, bartoszcze , Junior
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 maja 2014

Tak długo zbierałem się z napisaniem notki, że nastała cisza wyborcza, przez co nie mogę napisać na kogo zagłosuję. O tyle mnie to nie boli, że... wciąż nie wiem. Mam przekonanie, że powinienem pójść i oddać głos ważny, choć nie mam przekonania, że zależy mi, aby mój wybraniec faktycznie do Parlamentu Europejskiego trafił. 

Znajomi analizowali już na piątą stronę - swoje rozważania tydzień temu ogłosił Airborell, w dużej części się z nim zgadzam. Z kolei dziś (może wczoraj?) Robin przeanalizował ostatnie sondaże i na ich podstawie zrobił symulację kto prawdopodobnie może zdobyć mandaty, po nazwiskach lecąc

Sam się zastanawiam: czy dać głos (jak w poprzednich wyborach) komuś, kto nie ma szans w ogóle (bo jego lista nie weźmie żadnego mandatu), czy też zagłosować na listę która mandaty prawdopodobnie zgarnie, ale daleko od mojej okolicy (o szaleństwach ordynacji wszystko Robin napisał wcześniej), czy też zagłosować na kandydata, który ma szansę trafić do Strasburga, jeśli faworyt zwolni mu miejsce - a mój głos może wpłynąć do przekroczenie progu przez listę...

Dziś ani słowa, może napiszę później na co się zdecydowałem.

Tagi: wybory
22:34, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 maja 2014

Na Facebooku toczy się batalia o rząd dusz w sprawie projektowanych Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie (gdzie indziej pewnie też się toczy, ale teraz to nieistotne). Obserwuję ją, niezupełnie bezstronnie, momentami bawię się nieźle. 

Zauważyłem dziś, że jedna ze stron popierających Igrzyska zamieściła "sondę" w formie grafiki z pytaniem "jesteś za czy przeciw". Zainteresowani mieli wyrazić swoje zdanie - kto "za", miał polubić (zalajkować, mówiąc po fejsbukowemu), kto przeciw - miał wpisać komentarz. Autorom wydawało się że są sprytni, prawie jak marketingowy geniusz Zmyślony*, który ustawił nadmuchiwaną bramę na głównym szlaku prowadzącym na krakowski rynek i ogłosił, że kto pod nią przechodzi ten Igrzyska popiera (na wszelki wypadek przejście obok bramy zatarasował własnym samochodem**). Udało im się... wzbudzić całą masę gniewnych pomruków na nieuczciwe podejście, bo w końcu lajk to jedno kliknięcie, a komentarz - no przecież trzeba pomyśleć itepe. Oraz... przegrać głosowanie z kretesem, na moment pisania tych słów 893 osoby polubiły, a komentarzy jest 1398...

Autorzy "sondy" najwyraźniej zapomnieli o jednym drobiazgu. Otóż polubić dany element można z definicji tylko raz, na więcej nie pozwala mechanizm Facebooka (jak ktoś chce przestać lubić i polubić jeszcze raz, wyjdzie na to samo). Skomentować natomiast można nieograniczoną ilość razy. Konia z rzędem, kto odsieje "głosy" oddane wielokrotnie przez jedną osobę. Tak to jest, jak ktoś po pierwszej lekcji "aktywności w mediach społecznościowych" czuje się w nich ekspertem.

*naprawdę tak się nazywa
**stało naprawdę, ale kto je tam postawił to już domysł 

19:52, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 maja 2014

Wiadomością tygodnia był wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Google przeciwko Gonzalez (w skrócie), uznający Google za administratora danych osobowych wyszukiwanych w Internecie (i udostępnianych w wynikach wyszukiwania) w rozumieniu dyrektywy unijnej i - co jest dość logicznym następstwem - dopuszczający prawo poszczególnych jednostek do żądania usunięcia ich danych z wyników wyszukiwania (dla ciekawych tu jest w całości). W mediach przedstawiono to jako "Trybunał dał prawo do bycia zapomnianym" - o prawie do zapomnienia wciąż zamierzam napisać (ale że chcę się do tego przyzwoicie przygotować, to zaczeka to na moment, kiedy będę mieć wystarczająco dużo czasu i zapału), więc tylko nieco refleksji precyzujących.

Otóż... zapomnienie w tym przypadku jest daleko idącym słowem, sam fakt uznania operatora wyszukiwarki za administratora danych aktywuje potencjalny obowiązek każdego administratora usunięcia przetwarzanych danych. W szczegółach sprawa robi się mocno skomplikowana. Zacząć można od prostej uwagi, że nawet jeżeli wystąpimy do konkretnego operatora, aby usunął dane dotyczące konkretnej osoby, a ten się zgodzi, to nie działa to względem żadnego innego operatora (w końcu jak nasze dane znalazły się w bazie firm X i Y, to musimy osobno żądać ich usunięcia przez każdą z firm z osobna); i nawet jeżeli dziś "mówimy wyszukiwarka, myślimy Google", to w przyszłości wcale tak być nie musi. Trudniej się robi kiedy się zastanowimy dlaczego Trybunał uznał Google za administratora - otóż w stosownym punkcie orzeczenia pojawiają się następujące czynności opisujące działalność wyszukiwarki: zlokalizowanie informacji, jej automatyczne zindeksowanie, czasowe przechowanie i udostępnianie w sposób uporządkowany. Natychmiast nasuwa się pytanie, co będzie jeżeli ten model ulegnie zmianie, w szczególności wskutek zaprzestania indeksowania konkretnego nazwiska (i przechowywania o nim danych na serwerach Google) - wyszukanie tych samych danych będzie znacznie trudniejsze (być może w sposób de facto uniemożliwiający ich odnalezienie), ale czy ich ponowne wyszukiwanie będzie ich przetwarzaniem, zwłaszcza jeżeli legalnie egzystują w Internecie (sprawę przeciwko redakcji, która na swojej stronie zamieściła informacje sprawiające panu Gonzalezowi przykrość, pan Gonzalez akurat przegrał), względnie czy będzie objęte dotychczasowym żądaniem usunięcia (wyrok zdaje się sugerować, że tak, ale póki nie ma konkretnej sprawy...)? 

Osobną kwestią (w sprawie Gonzaleza akurat rozstrzygniętą) jest, że sam fakt żądania usunięcia nie musi być wystarczający, każda sprawa będzie rozpatrywana indywidualnie - o tyle też to prawo do "bycia zapomnianym" wydaje się iluzoryczne (i przesadne są napotkane już przeze mnie komentarze, że oto np. przestępca będzie mógł się "ukryć" w wynikach i bezkarnie planować nowe przestępstwa, przed którymi zwykli ludzie nie będą ostrzeżeni). 

Skończę myślą, która mnie w kontekście tego orzeczenia bawi. Otóż senor Gonzalez wszczął całą sprawę, ponieważ czuł się dyskomfortowo, że w wynikach wyszukiwania dotyczących jego nazwiska pojawiało się ogłoszenie sprzed wielu lat o licytacji należącego do niego nieruchomości na poczet jego długów publicznoprawnych. Samo ogłoszenie być może zniknie z wyników wyszukiwania Google, ale jednocześnie zostało unieśmiertelnione (i pan Gonzalez również), gdyż będzie wzmiankowane w każdym zbiorze orzeczeń ETS (w tym internetowej bazie orzeczeń) oraz we wszystkich tekstach prasowych traktujących o tym orzeczeniu. Ciekawe, czy Google będzie mogło wyszukując po nazwisku pana Gonzaleza podawać linki do tego orzeczenia?

sobota, 17 maja 2014

Marsz Szmat, jak wiadomo (jak nie wiadomo to ktoś się dowie), wziął się stąd, że swego czasu na dyskusji dotyczącej przemocy seksualnej (w Toronto) zaproszony policjant rzekł był - nawiązując do swojego doświadczenia zawodowego, a może do czegoś innego - że jego zdaniem, kobiety chcąc uniknąć przemocy seksualnej, winny unikać "ubierania się jak szmaty" (lub "jak puszczalskie", w zależności od tego jak kto chce przetłumaczyć). 

Wzbudziło to skandal, albowiem uznano te słowa za przejaw przekonania, że podstawową przyczyną przemocy seksualnej jest zachowanie kobiet (legendarne "przyzwolenie"), i zmiana tego zachowania jst najlepszą receptą na problem. W moim odczuciu jednak jest to rozumowanie błędne. Nie bardzo rozumiem mianowicie, czego dyskutanci i organizatorzy oczekiwali od policjanta? Policjant nie jest wszak specjalistą od wychowania i edukacji, jego specjalność to czynniki zagrożenia. Co ma policjant poradzić na przemoc seksualną ze strony domowników czy kolegów (podobno to 80% przypadków), czego nie doradziliby inni specjaliści? Nie wiem. Może powiedzieć, co można próbować poradzić na te przypadki, które leżą w jego kompetencjach gliny ulicznego, tak jak doradza się ludziom, by pewnych okolic unikali, a jeśli nawet - to by nie nosili ze sobą zbyt wiele gotówki czy cennych rzeczy etc. Takie rady nie legitymizują ani złodziei, ani rabusiów, ani lokalnych chuliganów - bo przestępstwa nadal zostają zabronione - tylko mogą prowadzić do wyeliminowania pewnych sposobności, i to samo się odnosi do przemocy seksualnej i rad policji w tym zakresie. 

Dlatego mówię o błędzie w samym założeniu, choć nie w instytucji Marszu - do tegoż nie mam zastrzeżeń (choć przy dzisiejszej pogodzie maszerującym mogę jedynie współczuć). Promowanie prostego, lecz ważnego przekazu "NIE znaczy NIE" jest potrzebne zawsze, jeśli do kogoś w ten sposób trafi, to będzie to sukces.

12:17, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 maja 2014

Jechałem autobusem, czytając sobie spokojnie książkę. Skończyłem czytać Szczygła ("Zrób sobie raj"), otwarłem teczkę, schowałem do niej właśnie przeczytaną książkę, wyjąłem następną (spodziewałem się, że mi nie wystarczy), zamknąłem teczkę. Otworzyłem książkę. Zadumałem się.

O nałogowych palaczach mówi się, że odpalają papierosa od papierosa. Moje własne zachowanie zdało mi się analogiczne - choć nie wyjąłem następnej książki jeszcze przed skończeniem pierwszej, żeby przeskoczyć bez żadnej przerwy (choćby ze względów logistycznych, niewygodnie się manewruje teczką, kiedy się czyta, i też niewygodnie jest trzymać jednocześnie dwie książki na kolanach, może z czytnikiem byłoby łatwiej, ale nie posiadam). Zacząłem się zastanawiać - jak takie zachowanie nazwać? Bo nałogowych czytelników nie brakuje (nieważne czy jest ich więcej niż palaczy ani jak wyglądają tendencje), więc zapewne wielu z nich nieraz przechodzi bezpośrednio z jednej książki do drugiej.

Zabrakło mi, nie ukrywam, wyobraźni językowej. Znajomym z FB zresztą też (choć propozycja, że czytający przenoszą zakładkę z jednej księżki do drugiej, miała sporo uroku). 

Tagi: książka
09:09, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 05 maja 2014

Ciocia Wikipedia mówi, że to popularne imię/nazwisko (to lub to, co kto woli) w Walii. Istotnie, spotkałem się z nim już i w jednym, i w drugim zastosowaniu, przeważnie w filmach, zazwyczaj z pozytywnymi wspomnieniami.

Zacznę tak.. historycznie, od mojego pierwszego Rhysa, czyli Johna Rhys-Daviesa. Większości dziś kojarzy się wyłącznie z jednym - z Jacksonowo-Tolkienowskim krasnoludem Gimlim, choć tam z uwagi na charakteryzację trudno go było poznać (zbiory ciekawostek podpowiadają, że wbrew temu, co widzieliśmy na ekranie, Rhys-Davies był najwyższym z członków Drużyny Pierścienia). Dla mnie jednak to przede wszystkim może drugoplanowy, ale niezapomniany Salah z Poszukiwaczy zaginionej arki, później pojawiający się też w Ostatniej krucjacie. Do tego dokłada mi się jeszcze Dogati z Kopalni Króla Salomona (z Chamberlainem i tak jeszcze młodą Sharon Stone), i wzorzec mam w głowie; do tego stopnia, że dopiero teraz (czego się wstydzę) sobie uświadomiłem, że Rhys-Davies ma też epizod bondowski - zagrał sowieckiego generała w Living Daylights...

Było nazwisko, to skoczymy do imienia. Rhys Ifans kojarzy mi się tak naprawdę tylko z jednym filmem, ale za to po pierwsze z jednym z moich ulubionych (blogowałem już o nim? przynajmniej pośrednio), a po drugie kreuje w nim tak odjechaną postać, że nic tylko zapamiętać i ukochać. I co z tego, że Spike z Notting Hill jest przeszarżowany, czasem człowiek potrzebuje takiego wariata.

Jonathan Rhys-Meyers... ma na koncie też wiele różnych występów, ale pozostaje głównie instruktorem piłkarskim z Podkręć jak Beckham. Jest też - to niewątpliwy zaszczyt - głównym bohaterem Woody Allena, czarnym zresztą, a nie komediowym, nazbierał też agród za seriale telewizyjne (acz za te, których nie oglądałem). 

Najmłodszym (choć nie wiekiem) na tej liście jest Matthew Rhys, najmniej chyba znany w tym gronie (choć raz z Rhys-Meyersem zagrali braci w jednym filmie). Uwielbiam go jako sowieckiego szpiega w Zawód: Amerykanin, gdzie wspaniale po prostu uzupełnia cudowną Keri Russell - ale nie zrozummy się źle, nie jest dla niej tłem, tylko najzupełniej równorzędnym partnerem, nie gorzej od niej zmieniającym wygląd niczym kameleon (to niedobre sformułowanie, bo sugeruje wtapianie się w tło, ale jestem na tyle blisko końca notki, że nie mam już chęci szukać lepszego).

Skąd w ogóle pomysł na tę notkę? Tydzień czy dwa temu miałem w ręce gazetę z programem TV, i tak patrzę: tu reklamują nowy serial z Rhys-Meyersem, a tu nowy sezon serialu z Rhysem (tak, tego właśnie...), no po prostu karma.

niedziela, 04 maja 2014

Bawię się nowym smartfonem, nazw wymieniać nie będę ("jeśli nie Kuba, moje nazwisko pana nic nie powie"), rzeknę tylko że w fachowych opisach mówi się o nim phablet (że niby coś pomiędzy fonem a tabletem). Wielgachny jest, jak na moje przyzwyczajenia, dotąd używałem pre-smartfona z dwuipółkrotnie mniejszym ekranem - i co do zasady do codziennego użytku zachowam aparat dotychczasowy, względnie... użyję pozyskanego równolegle aparatu klasycznego, pancernego, przy którym nie będę się lękał o to, co się stanie, gdy mi wypadnie z ręki. 

A Nowy? Na razie realizuję go bardziej jako tablet niż jako telefon... dość powiedzieć, że jeszcze nie włożyłem do niego karty SIM. Jako zabawka sprawdza się nieźle, pewne rzeczy są irytujące (może dlatego, że nowe, może dlatego, że głupio rozwiązane), do smyrania paluchem się przyzwyczaiłem bez trudu, gorzej może z gestami zaawansowanymi, ale... nie od razu tableta zbudowano. Prześmieszny był problem ze sklepem z aplikacjami (parę darmowych chciałem dobrać), gdzie specjalnie chciałem założyć konto, po pierwszych niepowodzeniach zrobiłem to w komputerze, powróciłem do Nowego, i znów nic... po czym zalogowałem się do tego konta przez przeglądarkę w fonie, powróciłem do aplikacji sklepowej i nadal nic... Skonfundowany szukałem rozwiązania na różne sposoby i trop złapałem w jakimś zupełnie przedziwnym miejscu - otóż aplikacja nie mogła się połączyć z serwerem, gdyż... automatycznie ustawiona data w telefonie okazała się być sprzed pół roku (po jej ręcznym zaktualizowaniu problemy się skończyły).

Mając dostęp do aplikacji (strach pomyśleć ile będą zbierać danych, choć na razie i tak wszystko leci przez domowe wifi i niewykluczone, że tak będzie dalej) zacząłem je testować. Odpaliłem Youtube, zagrałem jakąś piosenkę, puściłem teledysk na pełny ekran. Patrząc na obraz (wyraźny, choć nie HD) w kilkucalowych rozmiarach doznałem szczególnego uczucia namiastki, prawie jak kiedyś, kiedy oglądało się telewizję na przenośnym telewizorku:

telewizor przenośny

Jakość oglądania porównywalna. 

 
1 , 2