Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 30 maja 2015

W zasadzie mógłbym to skwitować, że cierpię na niechęć do organizacji. Przynależność do wszystkich organizacji, do jakich byłem zapisany w życiu, była zwykle wynikiem decyzji kogoś innego (PTTK), korzyści płynących z członkostwa (PTSM) lub prawną koniecznością (korporacja zawodowa). Jedynym wyjątkiem była nieformalna organizacja mająca na celu zwiększanie szczęśliwości swoich członków, statutowo nieposiadająca władz (uważni czytelnicy wiedzą lub się domyślą). 

Poza tym... jestem przywiązany do swoich własnych poglądów na wszystko i zapewne nie czułbym się najlepiej w organizacji, która programowo głosi poglądy, pod którymi nie mógłbym się podpisać. Oczywiście, życie (a zwłaszcza polityka), to sztuka kompromisu, niezależni pozostają zawsze niezależni, ale po co mam zapisywać się do organizacji, żeby tworzyć w niej potem skrajną frakcję? Bądźmy poważni, lepiej sobie darować, czym innym jest członkostwo, a czym innym poparcie czy sympatyzowanie. 

Oczywiście, można uczestniczyć w polityce jako bezpartyjny, oraz nie uczestniczyć intensywnie jako partyjny, ale mimo wszystko każdy zakłada, że polityka jakoś wpłynie na jego życie własne, zawodowe lub osobiste - a na to też, mówiąc szczerze nie mam ochoty. Co prawda od dawna twierdzę, że gdyby ktoś starannie przenicował to co przez tych ładnych parę lat nawypisywałem na blogasku (zwłaszcza gdyby połączył to z tym co pod nickiem piszę w innych miejscach), to zrobiłby o mnie takie dossier, że i ABW takiego nie ma (choć w sumie skąd ja wiem co o mnie mają...) - ale mimo to staram się nie przyznawać publicznie do swojej faktycznej tożsamości (nawet jeśli liczba osób, które ją znają, jest spora, nie zastanawiam się nad tym). Człowiek działający publicznie musi się liczyć z tym, że ktoś zacznie mu grzebać w prywatności - i ta myśl mi się nie podoba. 

A sam udział we władzy... to niefajna pokusa. A ja nie chcę być kuszony. Ot, wolę sobie na wsi spokojnej, wsi wesołej, reperować swój prymus. 

10:13, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 maja 2015

Napisałem wczoraj rano skoro świt (bo i tak byłem na nogach) notkę - taką trochę na odreagowanie atmosfery (po)wyborczej, spod dużego palca (to ta poprzednia). Po jakimś czasie zupełnie z głupia frant zerknąłem sobie do statystyk blogowych i aż zamrugałem widząc kilkadziesiąt wejść z głównej strony portalu (nie Bloxa, tylko gazeta.pl). Nasuwało się tylko jedno racjonalne wytłumaczenie - wszedłem szybko na główną stronę portalu i faktycznie, w sekcji "Forum i Blox" wesoły administrator portalu zalinkował tę notkę, dodając do niej zdjęcie prezydenta-elekta* i przeznaczone dla najwyraźniej wstrząśniętych użytkowników słowo "Spokojnie!". 

Aż walnąłem sobie selfie klawiszem Prt Sc:

selfie blogaska na jedynce portalu

To znaczy nie tylko sobie, co Zapiskom. Za brzydkiego (scusi) pana po lewej nie odpowiadam.

*recyklując stary dowcip - nie powinno się mówić prezydent-elekt, tylko prezydent-praw, skoro drugi człon to skrót zawodu

poniedziałek, 25 maja 2015

Już wieczorne przecieki w stylu "budyń droższy niż bigos" zapowiadały, że lokator pałacu prezydenckiego jednak się zmieni. Rano, jak widzę, zapowiedzi potwierdziły się, nastroje wokół wahają się od minorowych do katastrofalnych (zwolennicy nouvelle* regime najwyraźniej jeszcze śpią). A przecież wystarczy odrobina namysłu, żeby stwierdzić, że sam prezydent w naszym ustroju może niewiele, tu mianuje, tam wniesie projekt. W zasadzie jedynym istotnym uprawnieniem (nie licząc niuansów) jest możliwość odmowy podpisania jakiejś ustawy (note to self: czy prezydent może odmówić podpisania ustawy realizującej ważne referendum?), powszechnie znana jako prawo weta.

Cóż więc oznacza nowy stan? Po objęciu urzędu (jeszcze za chwilę) nowy prezydent będzie mógł wetować, także to co uda się jeszcze uchwalić w bieżącym parlamencie. Rozsądnie można oczekiwać, że zawetuje te projekty, które mu są ideologicznie wrogie (konwencja antyprzemocowa już na szczęście podpisana), prace nad in vitro można śmiało zawiesić (bo jest masa innej roboty). Bardzo mnie będzie ciekawiło teraz podejście przedstawicieli różnych opcji, którzy uznali że lepsza zmiana "na gorsze" (z punktu widzenia możliwości realizacji ich oczekiwań), niż kontynuacja, jeżeli kiedyś zmieni się "na lepsze", to być może inni uśmiechną się im w oczy i zacytują ich "to może zaczekać" (chciałem nawet napisać notkę pod tytułem "sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało", ale... już taką mam).

Dla porządku wyjaśniam, że moja aktywność o tej porze nie jest wynikiem pakowania się na emigrację. Po prostu Junior wyjeżdża na wycieczkę.

Tagi: wybory
06:33, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (17) »
niedziela, 17 maja 2015

Tydzień temu pisałem, że po skoszeniu trawnika zdziwiłem się wielce widząc na kosiarce ślimaka

Wczoraj znów poszedłem kosić, bo to trawa wiosną rośnie jak szalona, a poza tym pierwsze wiosenne koszenie wykonuje się dość wysoko ustawionym ostrzem, więc i tak była pora skrócić bardziej. Przesuwałem się to tu, to tam, przyszła pora na skoszenie pod takim rozłożystym krzakiem. Wjechałem kosiarką głęboko pod gałęzie, wtedy zobaczyłem.

Na jednej z gałęzi siedział sobie skulony w swej muszli ślimak. Trzymał się dość mocno przylepiony, ale pewnie gdybym go potrącił albo mocno potrząsnął gałęzią, to spadałby na ziemię (czy co byłoby pod nim) jak dojrzała śliwka. Albo jak spadochroniarz przed otwarciem spadochronu.

12:20, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 maja 2015

Być może zupełnie nie zauważyliście fermentu jaki jest na Uniwersytecie Warszawskim. Sam dostrzegałem ledwie w przelocie, że coś się dzieje, bez orientacji co, kto, jak i dlaczego. Dziś przy sobocie przy porannej kawie znów mi temat wskoczył przed oczy i postanowiłem się zagłębić przynajmniej na tyle żeby zrozumieć. 

I przyznam, po godzinie lektury nadal trochę nie rozumiem. To znaczy nie rozumiem wzajemnej argumentacji stron, bo to, że Uniwersytet postanowił wprowadzić, pardon: przeforsować nowy regulamin studiów, bardziej sprzyjający uczelni (administracji uczelnianej?) niż studentom, jak najbardziej mogło się stać przyczyną protestu, zarówno od strony merytorycznej (bo pogarsza pozycję studentów) jak i formalnej (bo proces wprowadzania tego regulaminu wygląda dziwnie). Ale nadal nie bardzo rozumiem, dlaczego dla uniwersytetu ta zmiana (polegająca w istocie na zalegalizowaniu opłat za obronę pracy magisterskiej po terminie) jest istotna. Widzę to w dwóch aspektach: być może (od czasu mojego rozstania z uniwersytetem upłynęło sporo wody w Wiśle i jej dopływach) takie opóźnienie stanowi jakieś nieuzasadnione obciążenie administracyjne dla uczelni lub przekłada się na niezbyt korzystne dla uczelni uprawnienia dla studentów (w tle przewija się pojęcie "wieczny student"). Drugi aspekt to kondycja finansowa uczelni - w kółko słyszy się o niedofinansowaniu nauki, kiepskich płacach, umowach śmieciowych, braku sprzętu, literatury i co tam jeszcze, więc opłaty od "spóźnialskich" zapewne mogą wesprzeć utrzymanie nauczania tych pozostałych (pcha mi się tu zapamiętany z Jasienicy cytat z "Kultury wieków średnich" Jana Ptaśnika: "Nawet w tym samym domu na piętrze były sale szkolne, a na dole mieszkania nierządnic. Na górnym piętrze mistrzowie nauczali, a na dole nierządnice uprawiały swój brzydki proceder")

No, ale względy organizacyjno-finansowe uniwersytetu to jedno. Przejdźmy teraz na drugą stronę barykady, gdzie moje zmieszanie jest większe. Być może proces przechodzenia studiów jest teraz trudniejszy i bardziej wymagający niż kiedyś, nie wiem (choć to co słyszę od niektórych wykładowców uniwersyteckich na temat poziomu studentów, skłania do myśli, że nie tyle program jest trudniejszy, ile selekcja słabsza), ale kiedy pisałem własną pracę magisterską, to wypracowaniu jej koncepcji służył czwarty rok studiów, a na piątym roku w zasadzie sukcesywnie pracowaliśmy nad kolejnymi jej fragmentami. Wśród potencjalnych uzasadnień spóźnienia przedstawia się konieczność dodatkowych badań czy rozwiązania problemów niezbędnych do rzetelnego napisania pracy, kłopot z godzeniem pisania pracy dyplomowej z pracą zarobkową - oraz że wprowadzanie sztywnych terminów kłóci się z ideą uniwersytetu jako miejsca swobodnej dyskusji, fermentu i uprawiania nauki. Problem w tym, że te uzasadnienia są wzajemnie sprzeczne i są w dużej mierze kwestią własnych priorytetów; kto chciał dyskutować przez okres studiów, miał na to kilka lat, kto chce (musi) zarabiać - ten powinien rozumieć znaczenie pieniądza, kto chce rzetelnie napisać pracę... może to specyfika niektórych kierunków, że nie da się pewnych rzeczy zrobić szybciej z przyczyn obiektywnych, mam prawo tego nie czuć z przyczyn już podanych (oraz z uwagi na fakt, że w moim przypadku przygotowanie pracy ograniczało się do wizyt w bibliotece). 

Doczytałem, że chodzi zasadniczo o tych, którzy nie złożą pracy do 30 września roku, w którym ukończyli program studiów. O ile pamiętam, swojej pracy broniłem 5 czerwca. Dlatego mimo wszystko nie rozumiem, ale też swoją uczelnię pamiętam jako raczej liberalną niż neoliberalną.

09:36, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (7) »
czwartek, 14 maja 2015

Tak się nam wiosna rozwija w najlepsze, że pora na wiosenne porządki. I tak jak sobie tu listek czy kwiatek wyrośnie (lub pyłek chyba też...), tak i notki sobie z cicha pęk rosną na blogu sportowym, a wcale człowiek nie ma wrażenia jakby się w nie angażował. 

W każdym razie w miesiącach, które można z lepszym lub gorszym skutkiem zaliczać do wiosennych, pisałem sobie o skokach:
- Żal mi Olka Zniszczoła,
- Płacz nad zwycięstwem
oraz o piłce nożnej
- Powtórki
- Robert Lewandowski nie jest geniuszem
- Dziewczynki ze starszej klasy
i o.. piłce.
- Brązowy piłkarz

20:44, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 maja 2015

Dziś ściągawka.

Procedura zmiany konstytucji jest uregulowana w art. 235 konstytucji. Zgodnie z tym artykułem, do wniesienia projektu zmiany konstytucji uprawnione są trzy podmioty*:
1/ prezydent,
2/ senat
3/ grupa 1/5 posłów.
Nie ma możliwości wniesienia projektu konstytucji w formie projektu obywatelskiego czy wyniku zwykłego referendum (które, tak na marginesie,  zarządza sejm - albo prezydent za zgodą senatu).

Po złożeniu przez podmiot uprawniony projektu ustawy o zmianie konstytucji, podlega on w sejmie procedurze ustawodawczej. Pierwsze czytanie takiego projektu ustawy odbywa się nie wcześniej niż po 30 dniach od jego wpływu (w niektórych przypadkach nawet po 60 dniach, ale nie dotyczy to procedur wyborczych). W procesie legislacyjnym sejm może wprowadzać poprawki do projektu (zarówno techniczne jak i merytoryczne), a więc przedstawić go do uchwalenia w zmienionym kształcie (kto nie wierzy, niech porówna sobie pierwotny projekt "leśnej" zmiany konstytucji z ostatecznie głosowanym). Do uchwalenia ustawy o zmianie o konstytucji niezbędna jest większość 2/3 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. 

Ewentualnie uchwalony przez sejm projekt zmiany przedstawia się senatowi, który musi go uchwalić w tym samym brzmieniu w ciągu 60 dni (inaczej zmiana upada).

W niektórych przypadkach (ale nie obejmuje to procedur wyborczych) możliwe jest także złożenie przez podmiot uprawniony do wniesienia projektu zmiany konstytucji wniosku o przeprowadzenie referendum zatwierdzającego. Wniosek taki składa się w terminie 45 dni od uchwalenia zmiany konstytucji przez senat, referendum powinno się odbyć w terminie 60 dni od złożenia wniosku. Zmiana nie dochodzi do skutku, jeśli nie uzyska większości w referendum. 

Przyjętą zmianę konstytucji prezydent podpisuje w ciągu 21 dni i kieruje do ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Jak widać, prezydent ma w sumie niewielki wpływ na to czy i jaka zmiana konstytucji zostanie uchwalona. 

*określenie "podmiot" mi się nie podoba, ale nawet konstytucja tak to określa

11:51, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 maja 2015

Zacznę od zwalania na innych: odpowiedzialność za tę notkę częściowo ponosi kolega Stradovius, który w kolejnym odcinku swojej relacji z rowerowej podróży dookoła Polski napomknął, że odwiedzał pałac w Smolnicy (taka wieś nominalnie na Pomorzu Zachodnim, prawie nad Odrą, w mordobijskim... w myśliborskim powiecie), i że pałac należał do rodziny von Sydow. Nie mogłem się oprzeć, żeby nie zażartować, czy to ma jakiś związek z Maxem von Sydow - a potem nie mogłem się oprzeć, żeby nie sprawdzić samemu.

Zacząłem, a jakże, od Cioci Wiki. Ta od razu zasugerowała, że to dobry trop, bo ponoć rodzina von Sydow ma korzenie niemiecko-pomorskie (sprawdzałem w wersji angielskiej i niemieckiej). Z kolei polska wikistrona o wsi Smolnica podawała dość precyzyjne dane o urodzinach niektórych z właścicieli z rodu von Sydow (wieś należała do nich w latach 1832-1909), ale nic nie wyjaśniała w kwestii szwedzkiej odnogi. Z kolei ojciec Maxa urodził się w Szwecji już w roku 1878...

Przyszła pora na Wujka Gugla. Ten dziwnymi drogami doprowadził mnie do serwisu geni.com, który - jeśli dane w nim są wiarygodne - przekonuje, że przodkowie Maxa są w Szwecji solidnie zakorzenieni (wtręt o wiarygodności jest niestety niezbędny, gdyż porównując dane doszedłem do wniosku, że brakuje w nim np. szczegółowych danych o smolnickich von Sydowach, które są w polskiej Wikipedii). Według tego serwisu któryś pra-pra-Sydow imieniem Christian Fredrik przybył do Szwecji z drugiego brzegu Bałtyku i ożenił się z niejaką Christine Wahlsten w roku pańskim 1742, zatem niewiele miał wspólnego z pałacem w Smolnicy. Co natomiast ciekawe - Christian Fredrik von Sydow urodził się w Pommern, ale nie oznacza to niemieckiej nazwy Pomorza, tylko wieś nad Mozelą... Czyżby więc zachodził rozkoszny przypadek false frienda?

Pomorskości (polskości?) Maxa von Sydowa na razie nie wykazaliśmy, ale mamy za to inną zdobycz. Skupiliśmy się na mieczu, a tymczasem po kądzieli - jak twierdzi link na wiki - jest on potomkiem ni mniej, ni więcej, tylko... Karola Wielkiego. Możecie wierzyć albo nie, i cenić Maxa po prostu za występy w filmach, jako i ja wolę.

23:40, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (5) »
sobota, 09 maja 2015

Kupiłem dziś kosiarkę ogrodową (stara w zeszłym roku zgłosiła wolę odejścia na emeryturę, powiedzmy). Przywiozłem ją do domu, "fabrycznie" zaklejoną. Poskładałem ją w garażu, podczepiłem do kabla, wyjechałem do ogródka. Zacząłem kosić, bo gdzieniegdzie było już wysoko i gęsto. 

Przejechałem jeden fragment, wyniosłem skoszoną trawę do wora tuż za płotem. Przejechałem drugi fragment, odległość do śmietnika była porównywalna. Przejechałem trzeci, uznałem że w zasadzie to co było pilne to jest zrobione, zacząłem sprzątać. Starannie wytrzepałem drobiny z pojemnika, postanowiłem oczyścić też kosiarkę ze ścinków. Wytarłem boki, spojrzałem na pokrywę silnika, zacząłem wygarniać z zagłębienia.

W zagłębieniu koło pokrywy silnika siedział, zamknięty w skorupce, ślimak. Nie wystawił rogów, ale muszla nie wyglądała na uszkodzoną. Do tej pory nie wiem jak i kiedy dał radę się tam dostać. 

19:51, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (4) »
piątek, 08 maja 2015

Wiedza nieużywana rdzewieje, a może nawet zanika (można to potraktować jako dalej idącą lub szybciej przebiegającą reakcję). Matematyki (oprócz arytmetyki) nie używam właściwie od matury, więc nawet w przypadku absolwenta matfizu może to oznaczać problemy z twierdzeniami, wzorami, a nawet zwyczajnie matematycznym podejściem do problemu. 

Przeczytałem dziś o lamentach nad trudnością rozszerzonej matury z matematyki (eh, ja miałem tylko dodatkowe zadanie na szóstkę). Zaciekawiły mnie i wyczekałem moment, w którym w sieci pojawiły się arkusze zadań, zacząłem oglądać. Z pierwszych kilku zadań jedno wymagało właściwie jedynie zdrowego rozsądku, dwa także odrobiny liczenia... Zamyśliłem się przy zadaniu numer pięć: krótki namysł prowadził do wniosku, że właściwie chodzi o policzenie wysokości trójkąta prostokątnego - i wtedy sobie uświadomiłem, że nie pamiętam żadnego wzoru.

Wyszukiwarka szybko pomogła znaleźć wzór prosty i elegancki, ale nie czułem się usatysfakcjonowany (był wyprowadzany ze sposobu obliczania pola). Z kartką i długopisem zacząłem szarpać od strony twierdzenia Pitagorasa, potem trygonometrycznie, gdy wreszcie nastąpiło eureka! Przecież trójkąty powstałe w wyniku poprowadzenia wysokości są podobne do trójkąta wyjściowego. Ale prawdę mówiąc, o podobieństwie zawsze zapominałem. Nawet na własnej maturze.

O dalszych zadaniach już nic nie powiem, bo wymagały więcej czasu niż miałem, ale jednak ktoś kto miał to na bieżąco, powinien był sobie z tym radzić. 

 
1 , 2