Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 31 maja 2016

Jak się już było wspominało, Dobra Zmiana pracuje w pocie czoła nad zmianami w prawie (i nie tylko, ale to inny temat), niekoniecznie sobie radząc z opracowaniem ich dobrze (pun intended), jak również z pojmowaniem skutków wprowadzanych regulacji (to takie trochę "zabijajcie jak leci, Bóg rozpozna swoich").

Odnotowałem dziś podpisanie przez Pana Prezydenta kolejnej ustawy. Ustawa jest krótka, obejmuje wszystkiego drobne (ilościowo) zmiany w trzech ustawach i trzy artykuły z przepisami przejściowymi. Zasadniczym celem ustawy jest ukrócenie obrotu gotówkowego poprzez wzmocnienie obowiązku dokonywania rozliczeń między przedsiębiorcami za pośrednictwem rachunku bankowego, poprzez z jednej strony obniżenie pułapu bezgotówkowego do 15 tysięcy złotych, z drugiej zaś poprzez wprowadzenie sankcji polegającej - w skrócie - na wyłączeniu możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodu wydatków poniesionych z naruszeniem tego zakazu.

I tu niestety zaczynają się schody. Mądry Ustawodawca postanowił bowiem zabezpieczyć się przed ewentualnym obchodzeniem przepisu i nie tyle zakazał płatności gotówką, ile bezwzględnie nakazał rozliczanie się poprzez rachunek, bez wyjątku. Oznacza to - lege non distinguente - także przypadek, kiedy strony mają między sobą wzajemne rozliczenia, które mogłyby uregulować w formie potrącenia (("ja ci jestem winien, ty mi jesteś winien, jesteśmy kwita"), w epoce zatorów płatniczych rozliczenia takie były podnoszone do rangi sztuki, kiedy dokonywano wielostronnych rozliczeń; jeżeli jednak po 1 stycznia strony spróbowałyby takiego manewru, to ucierpią na tym dość poważnie, bo powstaną im zupełnie wirtualne przychody do opodatkowania. To tylko jeden przykład (chyba najbardziej oczywisty), na razie się luźno zastanawiam nad przypadkiem dokonywania zakupów finansowanych kredytem, który byłby uruchamiany bezpośrednio z rachunku kredytowego, który w rozumieniu ustawy nie będzie "rachunkiem płatniczym", bardziej zamożnym zapewne zdarzało się dokonywać czasem płatności takich kwot kartą kredytową - co również w świetle nowej ustawy będzie wątpliwe... Wiadomo, życie nie stoi w miejscu, może jeszcze przed końcem roku pojawią się specjalne rozwiązania, konstrukcje i oferty pozwalające (za drobną opłatą zapewne) na dokonanie rozliczeń w sposób zgodny z ustawą, ale znów będzie to marnowanie energii na rozwiązywanie problemów stworzonych przez głupotę.

Czemuż tak narzekam? Bo czytałem też dziś o rodzącym się w bólach podatku od supermarketów, który ma w dużej mierze starać się zrekompensować budżetowi podatki dochodowe nieuzyskane m.in. w wyniku pewnych mniej lub bardziej prostych sztuczek optymalizacyjnych, poczynając od opłat licencyjnych na rzecz zagranicznych spółek-matek. I wzdycham: dlaczego nie zabierają się do sprawy od najbardziej oczywistej strony, czyli tnąc koszty niematerialne, tylko grzebią w tym, co wielkich zysków nie przyniesie?

Tylko koni, tylko koni, tylko koni żal...

sobota, 28 maja 2016

Znów jak co roku legendarny wyścig na targowisku próżności. Monaco to miejsce znakomicie wyglądające o każdej porze roku, zwłaszcza gdy marina jest cała wypełniona większymi jachtami (mniejsze też są, tylko trudniej je dostrzec). I pomiędzy tymi wszystkimi hotelami, kasynami i pływającymi pałacami "ci wspaniali mężczyźni na swoich latających maszynach" rozpędzają się miejscami do prawie 300 km/h. Historia wyścigu zna i fale zalewające drogę, i samochody wpadające do zatoki, zwykłych wypadków - choćby i spektakularnych - nikt nie zliczy. 

Z punktu widzenia kibica żądnego akcji ten wyścig może być jednym z najnudniejszych w sezonie, z kolejnością często ustaloną jeśli nie na starcie, to po pierwszym zakręcie, zmiany pozycji to obecnie najczęściej wynik jakiegoś zagrywki strategicznej lub ordynarnego błędu raczej niż błyskotliwego manewru na torze. Trzeba jednak uświadomić sobie - można przy pomocy dowolnego symulatora - jak wiele możliwości popełnienia błędu czyha w każdej sekundzie. Jeden z mistrzów powiedział o wyścigu w Monaco, że to jak jeżdżenie rowerem po mieszkaniu. Samo utrzymanie się na nierównej (jak na standardy wyścigowe) nawierzchni może być wyzwaniem, a co dopiero mówić o precyzyjnych dohamowaniach i pokonywaniu zakrętów z prędkością godną autostrady o centymetry od barier. To dwie godziny unikania błędów i liczenia na cudzy błąd (zbyt wolna jazda to też błąd). 

Chciałbym kiedyś samemu przejechać tę trasę samochodem, nawet nie w tempie wyścigowym. Wciąż zakładam, że któregoś dnia pojadę obejrzeć ten wyścig, ale jednak nie w tym roku.

Tagi: Monaco
08:55, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 maja 2016

Tak ze dwa lata temu Ojciec chwalił się, że w konkursie matematycznym dla uczniów Junior uplasował się w czołowym procencie (górnym centylu) w regionie - ale nie na podium.

Dziś Matka zapodała wyniki (wstępne) tegorocznej edycji. Tym razem dla odmiany Junior wskoczył na podium (w regionie).

To Ojciec sobie teraz trochę pogwiżdże i pobędzie dumny. A co.

Tagi: edukacja
23:30, bartoszcze , Junior
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 maja 2016

Niektórzy, zwłaszcza starsi nieco, na pewno mają skojarzenie z panem, który wskakiwał na stacji i z dużą torbą przemierzał wagony recytując mantrę "piwo jasne, piwo jasne" (zwykle na większych stacjach, gdzie zdążył mimo wszystko wysiąść, albo na takich, gdzie następna była blisko). Dziś jednak nie o tym zupełnie. 

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Jest sobie taka knajpa (restauracja oficjalnie), która pokryta jest siecią torów kolejki. Tory biegną koło każdego stołu (bo to adekwatniejsza nazwa niż stolik) i przy każdym stole jadące po torach pociągi mogą się zatrzymać, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czyli - jeśli przy danym stole ktoś zamówił coś do picia. 

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Pomysł został już zdaje się powielony w różnych miejscach (a może i tu był powieleniem, jakież to ma znaczenie), ale widoku na Vaclavske namesti powielić się nie da.

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Jedzenie zaś przynoszą kelnerzy. Na talerze potrzebne byłyby zupełnie inne tory...

piątek, 06 maja 2016

Formuła 1 ma problemy z ilościami. Zbiera (i stara się zbierać) coraz więcej pieniędzy, śrubując w tym celu opłaty licencyjne (dla niektórych stają się one zbyt wysokie). Stara się "otwierać na nowe rynki", organizując wyścigi w coraz to nowych miejscach, aż do granic wytrzymałości samochodów, kierowców, fabryk i mechaników. Zbierając więcej pieniędzy, nie dzieli się odpowiednio z uczestnikami (zespołami), przez co tym coraz trudniej zebrać budżet na cały sezon (w tym na prace rozwojowe). Z braku nowych uczestników (nawet jeśli mamy wyjątek w tym roku) nie rośnie liczba startujących kierowców - bo każdy zespół zatrudnia dwóch (co do zasady), z możliwością wprowadzenia jedynie dwóch dodatkowych, ale dotychczasowe asy bynajmniej nie spieszą się na sportowe emerytury.

W tym roku liczba wyścigów przekroczyła psychologiczną barierę dwudziestu (wielu kibiców twierdzi, że optymalną była liczba 16). I tak sobie dumając nad różnymi aspektami, zadałem sobie pytanie: a co by było, gdyby... zwiększyć liczbę wyścigów do 24 (nie byłoby z tym problemu, Katar przebiera nogami, opowieści o kolejnym wyścigu w USA są stałym elementem dekoracyjnym, wyliczanie krajów, o których się mówi, że są zainteresowane, trwałoby równie długo jak wyliczanie krajów, które w ostatnich latach przestały organizować wyścigi) ale jednocześnie wprowadzić zasadę, że kierowca nie może wystartować w więcej niż 16 wyścigach w sezonie? Od razu mówię, że nic w tym ograniczeniu nienaturalnego, podobny system funkcjonuje w rajdowych mistrzostwach WRC2 (także wtedy, kiedy wygrywał je Robert Kubica), a przecież jeszcze do czasów Senny funkcjonowała zasada, że do klasyfikacji nie wliczało się wszystkich uzyskanych wyników, tylko ileś tam najlepszych

Dla zespołów rywalizujących w pełnym cyklu oznaczałoby to wprowadzenie co najmniej trzeciego kierowcy (mógłby osiem razy zastąpić jednego, a osiem drugiego), lub też - przy oczywistym założeniu zwiększenia limitu kierowców na zespół - możliwość "zaciągania" lokalnych kierowców (z dodatkowymi budżetami) na poszczególne wyścigi. Najlepsi z najlepszych (bo zawsze tacy są) mogliby dostać "na osłodę" jakieś dodatkowe trofea w stylu "pucharu regionalnego", "mistrzostwa wyścigów klasycznych" czy też ekstrapremie za zwycięstwa tu czy tam (plus możliwość uniknięcia wycieczek do Baku czy gdzie tam komu niewygodnie, i startu w wolnej chwili w Le Mans czy w Indy 500) - a o ileż łatwiej byłoby wtedy wpuścić do kokpitów na wyścig Stoffela Vandoorne'a, Estebana Ocona, Alexa Lynna, Siergieja Sirotkina czy Oliviera Rowlanda, dać wreszcie szansę Robinowi Frijnsowi czy Antonio Felixowi da Coście, wypromować jakichś Amerykanów, Japończyków czy Włochów bądź jakieś panie... Kto wie, może przy takich zmianach udałoby się i wymyślić formułę (nomen omen), w której w pojedynczych wyścigach startowałyby ekipy, których nie stać na pełen cykl startów (choć zasadniczym problemem byłoby samodzielne zbudowanie samochodu spełniającego wszystkie wymogi, w tym wymóg nieodstawania zbytnio od reszty, nie chodzi o wpuszczenie samochodów klienckich).

Tak się jakoś rozmarzyłem. Po części w następstwie nieustającej dyskusji o tym, jakie zmiany obsadowe nastąpią przed przyszłym sezonem (ze szczególnym uwzględnieniem kadrowego szaleństwa, które właśnie rozpętało się w zespołach spod znaku czerwonego byka), po części w następstwie ogólnej (jeszcze bardziej nieustającej) dyskusji o problemach F1. Ale pewnie zostanie jak zawsze.. (choć już kiedyś udało mi się wymyślić coś, co w podobnym kształcie zostało w F1 wprowadzone).

00:24, bartoszcze , F1
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 maja 2016

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze sypałem notkami jak z rękawa (bo to wczesne lata a nawet miesiące Zapisków... były), miałem przez chwilę zwyczaj zapisywania sobie tematów do dalszych notek w formie ich szkiców (na blogu). Przeszło mi kiedy się zorientowałem, że kiedy zapiszę sobie szkic, to notka zostanie później opublikowana z datą zapisania szkicu, a nie opublikowania notki (wtedy zacząłem pomysły zapisywać w specjalnym pliku, a potem... wcale).

Przypomniało mi się ostatnio, że miałem kiedyś pomysł na notkę i nawet zapisałem go w szkicu. Zajrzałem do bloksowej przegródki "Szkice" i się zadumałem. Szkic został zapisany 28 września roku pańskiego 2008... Tematem przewodnim notki miała być, mówiąc ogólnie, pewna piosenka, która ma u mnie przyczepioną łatkę "najbardziej przejmującego utworu świata (lub jednego z)", kiedyś nawet wyraziłem myśl, że powinno być zakazane puszczanie jej w radio, kiedy prowadzę samochód (gdyby moja reakcja była podzielana, to konieczny byłby całkowity zakaz puszczania jej w radio, albo jakieś ostrzeżenia jak zapowiedzi bloków reklamowych).

Dziś jednakowoż będzie o innej piosence, która czepia się mnie ostatnio okrutnie. Obie pochodzą z tej samej płyty, którą zapoznałem wieki temu na pożyczonej od przyjaciela kasecie. Kasetę w końcu oddałem (kupiłem własną), pamięć o piosenkach została, reakcje na nie - również. Po latach dowiedziałem się, że wersja kasetowa nie zawierała jednej piosenki, ale szczególnie nie żałowałem, When Tigers Broke Free i tak znikłaby wśród innych (a może to był utwór bonusowy...nieważne). Pamiętam, że kaseta była przewinięta do początku strony B, i dlatego słuchanie rozpocząłem od Fletcher Memorial Home, który obecnie powraca do mnie zaraźliwie frazą "did they expect us to treat them with any respect", teledysk to już zupełny bonus. Zostawiam specjalistom od Pink Floyd kręcenie nosem na watersowatością płyty Final Cut, ja się przyznam otwarcie - żadnej innej nie znam tak dobrze jak tej i dobrze mi z tym.

Wypadałoby dodać, że piosenka, od której ta notka się zaczęła, to Gunner's Dream. Kiedy na minutę przed końcem czujemy szaleństwo w wyśpiewywanych przez Watersa słowach "night after night going round and round my brain, his dream is driving me insane", to czujemy je fizycznie. Ale to już dziś każdy we własnym zakresie.

niedziela, 01 maja 2016

Kwiecień to tradycyjnie miesiąc, w którym myśli się o rozliczeniu podatkowym za ubiegły rok (wiem, można wcześniej, zwłaszcza się jak ma podatek do zwrotu). Symbolicznie dniem wolności podatkowej jest więc ten dzień, w którym się podpisze zeznanie, spojrzy na podsumowanie i w zależności od okoliczności uśmiechnie na myśl o zwrocie (czasem fajnie dofinansowuje wakacje) lub ze skrzywioną miną wyśle przelew, a zeznanie złoży (klikając, drepcząc na pocztę lub do okienka w urzędzie skarbowym, jak kto lubi).

Ponieważ ostatnie detale w zeznaniu dopieszczałem do ostatniej chwili, z nadejściem Weekendu Majowego miałem pod ręką pozbierane wszystkie informacje. Zastanowiłem się, wykonałem jeszcze parę operacji w arkuszu kalkulacyjnym i wyszło mi, że od każdej zarobionej przeze mnie stuzłotówki* oddałem na rzecz dobra wspólnego 34 złote i 78 groszy (PIT, NFZ, ZUS, VAT). Zastanowiłem się raz jeszcze i przeliczyłem to na dni - wyszło mi, że do 7 maja 2015 roku pracowałem "na cudze", a od 8 maja "na swoje".

Każdy może sobie to w łatwy sposób policzyć - wystarczy policzyć łączny przychód, zsumować wszystkie zapłacone "podatki", podzielić odpowiednio, pomnożyć efekt przez 365 i sięgnąć po kalendarz.  Będziecie wtedy mieć porównanie do "oficjalnej" wersji, która jest liczona o bardziej abstrakcyjne wskaźniki - w zeszłym roku wyszło na 11 czerwca. 

Liczcie sobie, jak chcecie, a ja się tymczasem będę dalej zastanawiał, co zrobiłem z tymi 65,22% zarobionych pieniędzy, które zostały dla mnie...

*od złotówki 34,78 gr

Tagi: podatki
10:26, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »