Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 30 czerwca 2009

Znaliśmy się wiele lat, przez kilka ostatnich - nie ukrywam - byłaś mi potrzebna, bo bez Ciebie nie miałem szansy na Internet w domu. Teraz jednak nie skuszą mnie nawet najsłodsze zaklęcia Zbyszka Zamachowskiego. Umowa między nami dzisiaj się kończy, Internet mam z dwóch innych różnych źródeł. Cóż, nie powiem, żebym Cię szczególnie lubił - publicity zawsze miałaś kiepskie - Twoi pracownicy też zresztą nie pomagali mi Cię polubić. Już sama korespondencja przy przedłużaniu umowy świętego wyprowadziłaby z równowagi (kto to widział, żeby zamiast przedłużyć umowę, wmawiać mi, że ją zamawiałem na nowo?). Jednak było to nic w porównaniu z wysiłkami Twoich dzielnych podwladnych w ostatnich miesiącach. Wydzwaniali za mną raz za razem o dziwnych porach, składając mi wiecznie tę samą ofertę przedłużenia, nie wiedząc, o czym rozmawiałem z ich poprzednikami i co oni mi proponowali (po co inwestowałaś tyle w Twój gigantyczny system informatyczny?), a przede wszystkim nie potrafili rozwiązać problemu - skoro mówię, że abonament, nawet promocyjny, plus opłata za utrzymanie łącza, to dużo za dużo, to sugestia, że mógłbym zadzwonić na Błękitną Linię i "może oni coś dla mnie wymyślą", nadaje się tylko na przykład szkoleniowy z cyklu "najgorsze błędy handlowców". Litościwie uśmiechnę się nad tymi nieborakami, któzy po przekazaniu Ci ostatecznej rekuzy, wydzwaniali za mną z superofertą obniżenia opłaty za utrzymanie łącza, po którym razem z abonamentem miałbym płacić tylko dwa razy tyle co u obecnego providera (powiedz, jaja sobie z nich robiłaś?).

Cóż, było, minęło. Napisałem twardo żegnam, choć zawsze mówię never say never again. Nie wierzę, żebyś za dwa lata miała dla mnie atrakcyjną ofertę, choćby miała połączyć i telefon, i Internet, i może i telewizję, ale może bardziej się postarasz przez ten czas (może będziesz wtedy bardziej Orange?). Przez wzgląd na te lata, pisząc tę notkę odłączyłem kabel LAN i po raz ostatni podłączyłem modem Neostrady (nie powiem, sprawował się nieźle).

Adieu.

20:44, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Uwielbiam faunę mórz południowych, zwłaszcza oglądaną spod wody. Sama barwa wody jest oszałamiająca, skąpanej zmiennym światłem, a życie na rafie chce przyprawić o oczopląs. Najczęściej zwraca się uwagę na ryby, bo większe:) ale nie mniej radości sprawiają i inne stworzenia morskie, w tym ślimaki. Te ostatnie akurat łatwiej wypatrzeć na płyciźnie, najlepiej w strefie odpływu. Z podróży do Egiptu.. ee.. przywieźliśmy całkiem sporą galerię muszli znalezionych na rafie, władze egipskie chyba mają właśnie do mnie pewne pretensje, jako okoliczność łagodzącą dodam, że wszystkie muszle, w całej gamie kolorów i kształtów, zbierane były na piasku, i po upewnieniu się, że mieszkańcy już je porzucili (dość parę wróciło do wody, gdy post factum okazało się, że wciąż są zamieszkane). A teraz południowy przerywnik:)

skraj rafy koralowej na południe od Hurghady

Wyszliśmy w sobotę na spacer. Było po deszczu, zaczęły wyłazić ślimaki. Na co dzień zwraca się uwagę głównie na paskudne nagie śliniki i inne pomrowy, ale wtedy akurat zaczęliśmy szukać jakiegoś ślimaka muszlowego, żeby go pokazać Juniorowi. A że Juniorowi się ślimaczek spodobał, to całe następne pół godziny spędziliśmy na szukaniu muszelek (jak to dobrze mieć blisko łąkę i liczne ogródki). I wtedy, w ciągu tej pół godziny, uświadomiłem sobie, jak bardzo nie doceniamy różnorodności rodzimych ślimaków (który to już raz powtórzę: cudze chwalicie..). Zielone, brązowe, żółte, nawet czerwonawe, o takich i innych paskach, w takich i innych kombinacjach.. Doprawdy, można było wziąć aparat (nawet trochę żałowałem, że nie mam), i fotografować, fotografować, fotografować.. Pozbieranie samych muszli wiązałoby się bowiem z oczywistym konfliktem z ich właścicielami, a nie wiem, jak takie muszle wyglądają po dłuższym okresie przechowywania. Ale gdybym taką kolekcję zgromadził, niewiele ustępowałyby porcelankom czy zawitkom. Cóż, może jeszcze kiedyś je uwiecznię:)

19:39, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 czerwca 2009

Są na tym świecie rzeczy trudne w pierwszej chwili do zrozumienia. Jedną z nich są przyczyny, dla których wydawnictwo Iskry nie przygotowuje kolejnych wydań książki Anatolija Rybakowa "Proch i pył". To piąta, ostatnia już, część opowieści o stalinowskiej Rosji, zapoczątkowanej "Dziećmi Arbatu". Pierwsze wydanie ukazało się w 1997 roku, nawet był robiony dodruk. Dzisiaj jednak książka jest prawie nie do zdobycia. "Dziećmi Arbatu" można się obrzucać niczym arbuzami na Święcie Arbuza, ze znalezieniem "Trzydziestego piątego i później" oraz "Strachu" też większych problemów nie ma. O "Prochu i pyle" dowiedziałem się niemal przypadkiem, że w ogóle istnieje, czasem można spotkać na aukcjach; ostatno w ubiegłym miesiącu, na Allegro przebicie sięgnęlo oszałamiającej kwoty osiemdziesięciu sześciu (cyframi: 86,00) złotych. Przyznam, że aż tak zdesperowany nie jestem:)
Można sobie pomyśleć, że wydawcy nie wierzą, aby ludziom się chciało rzucać na piąty już tom - co prawda Rybakow napisał go pewnie tak, że i jako samodzielna książka "Proch i pył" się trzyma, ale jednak nieznajomość poprzednich tomów zaburza mocno odbiór. Być może jednak chodzi po prostu o to, że Rybakow zmarł niedługo po opublikowaniu pierwszego wydania, i dzisiaj nie wiadomo, z kim rozmawiać o kolejnym. Tak czy owak szkoda. Żre ciekawość nad dalszymi losami Pankratowa i spółki, kuszą atrakcyjnie podane detale czarnej historii radzieckiej, cni się za obrazami człowieka rosyjskiego. No i te meandry polityki partyjnej, a nad tym wszystkim JEGO obraz.

Jakby ktoś chciał się pozbyć za rozsądną dla mnie cenę..:)

PS. Dziękujemy gościowi ze Scranton, PA, za zwrócenie uwagi na drobne pomyłki.

sobota, 27 czerwca 2009


Niez bez fascynacji obserwuję ostatnio spór wokół zamieszczonego przez "Rzepę" rysunku Andrzeja Krauzego, na którym w Urzędzie Stanu Cywilnego pan mówi do kozy "Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub i zaraz potem my". Od lewej do prawej wszyscy piszą wielkimi słowami o zrównywaniu homoseksualizmu z zoofilią - jedni z oburzeniem, inni w przekonaniu, że napisali Prawdę.

Andrzej Krauze

A tak naprawdę, to wszyscy podchodzą do tego rysunku sztampowo, żeby nie powiedzieć: bezmyślnie. Przedmiotem żartu (o gustach i śmieszności tu rozważać nie będę, albowiem de gustibus..) nie jest wszak wynajmowanie pokoju w hotelu, ale ceremonia ślubna. Czy zatem bohaterowie rysunku (zwłaszcza ci ludzcy) potrzebują papierka, by uprawiać seks? Wygląda na to, że aktywiści lewicowi zaczęli bronić głęboko konserwatywnej doktryny:-D, ja w każdym razie nie słyszałem i nie wiem, czy jestem sobie w stanie wyobrazić gejów, którzy czekają z rozpoczęciem uprawiania seksu na sformalizowanie swojego związku (pod dowolną nazwą).

Rysunek wywołuje natomiast - w drastycznie dosadnej formie - problem dużo bardziej ważki, a mianowicie funkcję małżeństwa i innych związków jako formę organizacji społeczeństwa. Nie jest moim zamiarem odmawianie homoseksualistom prawa do zawierania pewnego rodzaju związków regulujących prawnie ich wspólne życie, ale proste rozciąganie na te związki pojęcia małżeństwa rodzi pytanie, czy czyniąc wyłom w ugruntowanym modelu małżeństwa jako organizacji społecznej, nie osłabiamy go też w innych punktach. Nietrudno sobie wyobrazić w następnej kolejności, że małżeństwo traktowane już tylko jako podtyp spółki osobowej, stanie się wieloosobowe (muzułmanie będą mieli święte prawo powiedzieć, że jeżeli dla ochrony przed dyskryminacją na tle seksualnym dopuszcza się małżeństwa homoseksualne, to zakazywanie im wielożeństwa jest dyskryminacją na tle religijnym). Wyobraźnia podpowiada mi dalej wieloosobowe małżeństwa zawierane li tylko dla celów podatkowych, biznesowych lub dla ułatwienia wspólnego wynajmowania mieszkań przez studentów, a nawet pomiędzy gangsterami, aby móc się powołać na prawo odmowy zeznań pomiędzy małżonkami, czy dla uzyskania możliwości wzajemnej komunikacji w ramach prawa do widzeń.. W konsekwencji, jeżeli sprowadzimy małżeństwo do instytucji pozwalającej na ochronę prawną pewnych związków emocjonalnych, to i nietrudno mi sobie wyobrazić starego samotnego człowieka, który będzie chciał zagwarantować jakieś prawa swojemu jedynemu, zwierzęcemu przyjacielowi (choć zapewne bardzo rzadko będzie to koza). I jak mu wtedy odmawiać (z pełną świadomością z mojej strony, że zwierzęciu nie przysługują wszelkie prawa człowieka, nawet jeżeli zgodnie z prawem nie jest już ono rzeczą)?

12:35, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (1) »

Wojciech Młynarski z lubością opisywał nietypowe znaczenie, jakie w tzw. warszawskiej polszczyźnie mają niektóre słowa. Jednemu z nich na pewno poświęcił całą piosenkę, inne wplatał w piosenki i opowiadał o nich w swoich programach ("pisze do pani z tremom wielkom bo jestem pani ulubieńcem"). Szczególnie chętnie opowiadał o słowie "niestety", które pełni(ło) funkcję wzmacniającą ("jest Pani niestety urocza"), nie zapomniał wspomnieć go też w piosence ("I kocham ją niestety całym swym jestestwem").

I teraz mam problem - Junior ani w życiu nie był w Warszawie, ani w jej okolicy, ani nawet chyba nie zetknął się jeszcze z nikim z Warszawy - a słowa "niestety" używa, prawie jak.. przecinka. Usłyszał je po prostu od Rodziców i na tyle mu się spodobało, że zaadaptował je po swojemu. W sumie to nawet zabawne słyszeć zdania typu:
- Niestety musiałem zjeść ciastko..

11:55, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 czerwca 2009


Ponad 57 lat temu, 27 kwietnia 1953 roku, wielki pisarz śląski Gustaw Morcinek, jako poseł na Sejm Polski PRL zgłosił z mównicy sejmowej "w imieniu ludu śląskiego" wniosek o przemianowanie Katowic na Stalinogród - dla uczczenia śmierci Wielkiego Językoznawcy. Była to oczywiście decyzja podjęta (półtora miesiąca wcześniej) na najwyższym szczeblu państwowym, formalnie potwierdzona przez Wojewódzką Radę Narodową w Katowicach - chociaż Komitet Wojewódzki w Katowicach był (po cichu) przeciwny - ale niezbędne było, aby ktoś oficjalnie przedstawił to na forum parlamentu. Padło na Morcinka.
Zdarzenie to przypomniał ostatnio Michał Smolorz w swoim felietonie, budując efektowne, acz nieudane porównanie Morcinka do Alojzego Pietrzyka, który w 1993 roku został namówiony do złożenia z ramienia "Solidarności" wniosku o wotum nieufności dla rządu Hanny Suchockiej - niemal przypadkiem, ale przegłosowanego, wbrew nawet intencjom autorów (co skończyło się wylotem z Sejmu dla samego Pietrzyka, jak i jego mocodawców). Opisując zdarzenie sprzed półwiecza, Smolorz pisze, jak to Morcinek wygłaszał przemówienie trzęsącym się ze wzruszenia głosem. Nie wiem, na jakich źródłach opierał się Smolorz, urodzony dwa lata po tym wydarzeniu, ale w relacji bezpośrednich świadków, którą przytaczam za tekstem Aleksandry Klich i Marka Bastera, wyglądało to nieco inaczej:
"Gustaw Morcinek z mównicy sejmowej czyta, że "lud śląski - serce przemysłu Polski" pragnie, by miasto przemianować na Stalinogród. Mówca wygląda jak trup - blady, cedzi wyrazy, jakby drętwiał mu język."

Morcinkiem kierowało bowiem uczucie najprostsze, a tak powszechne w tamtych czasach: strach. Strach, o którym biografowie piszą, że zdominował Morcinka w tym czasie. Strach, którego Morcinek pozbył się właśnie po tym wydarzeniu. Strach, którego ni Pietrzyk, ni Smolorz nie zaznali nawet w swojej działalności opozycyjnej. I osobiście bardziej mam Morcinkowi za złe parę tekstów z tamtego czasu, do bólu socrealistycznych, choć nie tracących klimatu.

Smolorzowi podziękuję jednak, że mnie skłonił do odnalezienia Morcinka na półce:) Może to się czyta jak bajkę z przeszłości, nieco ramotowatą, ale płynąca z kart esencja śląskości pozwala zbliżyć się do rozumienia tego szczególnego związku z kopalnią, robotą, zagrożeniem - bez którego i dzisiaj chyba nie da się zrozumieć Śląska. Czeka na mnie "Siedem zegarków kopidoła Joachima Rybki", i to - pochwalę się:) - z odręczną dedykacją autora (nie dla mnie, oczywiście, z Morcinkiem wykazujemy pewną lukę czasową:-D). Toż pyrsk!:)

01:03, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »


Jak polska scena polityczna długa i szeroka, emocje budzi postępowanie PO w sprawie ustawy medialnej. A właściwie postępowanie premiera, bo reszta to tylko rozrośnięty aparat pomocniczy. Padają mocne słowa, snują się rozmaite teorie..
A ja mam wrażenie, że Tusk może mieć jeszcze bardziej przewrotny plan. Zastanawia mnie cały czas, czemu akurat teraz wypuszczona została poprawka o wartościach chrześcijańskich? (bo nie wierzę, żeby nie było to uzgodnione z Szefem). I tak sobie kombinuję - Tusk dorzucił do ustawy pakiet, który na pewno zraża całkowicie SLD, ale te wartości chrześcijańskie mogą stać się podstawą cichych nacisków na Pałac Prezydencki - że nie wypada, aby katolicki Prezydent wstrzymywał ustawę, które te wartości w TV przywraca. Czyli mogłoby się okazać, że aby uniknąć drażnienia Kościoła, Prezydent ustawę podpisze. Co prawda wartości na pewno zostaną przez SLD zaskarżone, i niewykluczone, że będą uznane za niekonstytucyjne (czy to ze względów merytorycznych, czy też być może proceduralnych), no ale za to już Tusk przecież "nie będzie odpowiedzialny"..
Oczywiście, cały makiawelizm tego planu polegnie, jeżeli Prezydent się nie wystraszy pogorszenia reputacji wśród biskupów, i zawetuje albo odeśle do Trybunału . Oczywiście, być może nawet takiego planu nie było - ale inaczej nadal nie wiem, po co były te manewry, bo raczej nie jest to chaotyczne miotanie się w poszukiwaniu stu milionów oszczędności w budżecie.

00:15, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 czerwca 2009

Kiedy okazało się, że na Mistrzostwach Świata w 1950 roku Anglia ma zagrać z reprezentacją USA, jeden z angielskich oficjeli pozwolił sobie na pogardliwy komentarz, że na świecie tylko dwa narody nie potrafią grać w piłkę nożną, a mianowicie Eskimosi i Amerykanie. Kroniki milczą o komentarzu tego dżentelmena po meczu, kiedy to dumny Albion (tak przekonany o swojej futbolowej wyższości nad innymi nacjami, że nie brał udziału w pierwszych Mistrzostwach Świata) przegrał z USA 0:1 i odpadł z turnieju.
Tak dobrze znana anegdota przypomniała mi się wczoraj, kiedy oglądałem półfinał Pucharu Konfederacji Hiszpania-USA. Hiszpanie grali w swoim stylu, zachwycającym ostatnio i w reprezentacji, i w Barcelonie, o którym napisałem, że graniczy z bezczelnością. W trakcie meczu nieraz wyrywało się z ust pytanie, dlaczego koniecznie muszą próbować wykonać to ostatnie podanie pomiędzy dwóch-trzech obrońców, przeciskając się środkiem - kiedy najgroźniejsze akcje (i w sumie najpiękniejsze) wychodziły im, kiedy któryś urywał się skrzydłem, ale nie dla banalnej wrzutki (czy ktoś policzył te wybite dośrodkowania?), tylko szukając wtedy groźnego podania. Doprawdy, można było pomyśleć, że traktują Amerykanów jako ten futbolowy Trzeci Świat, że oczekują, że piłka sama za chwilę wpadnie do bramki. A ta, co za pech, nie chciała.
Amerykanom należy się szacunek za wynik (bo jednak było nie było dwa gole strzelili, czym wykazali swą wyższość nad Chelsea :D) i ofiarną grę w obronie (właśnie ofiarną, bo zawsze zdążyli desperacko zablokować w kluczowym momencie). Patrząc na grę, niewiele mieli do pokazania, choć parę ataków mieli niezłych (a fragment między 5. a 10, minutą meczu, kiedy zdominowali Hiszpanów i zamknęli ich pod swoją bramką, był naprawdę zaskoczeniem - a powinien był być dla Hiszpanów i ostrzeżeniem), a oba gole (jedyne dwa celne strzały!) potrzebowały wiele szczęścia; o nonszalancji  Pique i Ramosa przy drugim nawet nie wspomnę, ale przy otwierającym trafieniu niby Donovan ładnie rozprowadzał, a Altidore ładnie się uwolnił - tyle że podanie do Altidore'a doszło po rykoszecie, a Casillas przy strzale w środek bramki zachował się, jakby nie podejrzewał Amerykanina o możliwość strzału (mam głębokie przekonanie, że w "ważniejszym" meczu bez trudu by tę piłkę wybił dokładnie). Ale wynik jest wynik, i nie co już tego więcej drążyć.
Dla Hiszpanów o tyle może lepiej, że takie skarcenie przyszło wcześniej, niż na Mistrzostwach Świata - chociaż może szkoda finału z Brazylią:)

07:15, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 czerwca 2009

Dzisiaj Junior strzela do Rodziców pytaniem:
- A z czego są siadanki?

Po namyśle Matka pyta o kolor "siadanek". Odpowiedź jakoś ją naprowadza na właściwy trop. Juniorowi chodziło o ławki, na których siedziały dzieci w ogłądanej właśnie bajce:)
I znowu cieszy, ta kreatywność językowa.

16:04, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 czerwca 2009

Wiele już lat temu, dziewiętnaście będzie zaniedługo:) spędzałem trochę czasu we Włoszech. Byłem wtedy w kilku różnych miejscach, z Castel Gandolfo włącznie, ale najbardziej niezapomnianym punktem tej wycieczki był jednodniowy wypad w Dolomity. Pamiętam jak dziś, że pojechaliśmy najpierw do Cortina d'Ampezzo, a później podjechaliśmy autokarem gdzieś wyżej, zostaliśmy wpakowani do kolejki linowej i wyjechaliśmy nią na jakąś górkę; niestety, w rozgorączkowaniu umknął mi taki drobiazg jak nazwa tej góry:(( A później przeszliśmy się jeszcze kawałek po graniach i turniach, niezadługi niestety, po trzeba było całą wycieczkę (z ciężklich ceprów głównie złożoną) dowieźć z powrotem do autokaru, i ładnych parę kilometrów z powrotem na kolację i nocleg.

Pamiętam, że wtedy właśnie podczas tej wycieczki, robiłem pierwsze samodzielne serie zdjęć (dla młodzieży: cyfrówek wtedy jeszcze nie było, a i "głupie jasie" w pełni zautomatyzowane też jeszcze się nie zdązyły rozpowszechnić). Ponieważ to pierwsze filmy, to i zdjęcia nie takie, jak by się chciało, ale dwa udało mi się wybrać nie najgorsze:

Dolomity, Dolomiti (c) Bartoszcze 1990

Dolomity, Dolomity (c) Bartoszcze 1990

Jeżeli ktoś rozpoznaje te górki, absolutnie nie pogniewam się za pouczenie mnie, co to właściwie sfotografowałem:)

Jak się kiedyś nauczę obsługi GIMP-a, to może trochę te zdjęcia oczyszczę:) (albo wrócę do starego komputera i odkopię archaicznego, acz niezawodnego Micrografxa)

 
1 , 2 , 3