Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
środa, 30 czerwca 2010

Późnym popołudniem, Junior siedzi zmęczony już u Babci na kolanach, a ta w celu utrzymania go w dobrym nastroju i zniechęcenia do zmęczeniopochodnych awantur, zajmuje go na różne sposoby (z niezłym zresztą skutkiem). Aż wreszcie w pewnej chwili Babcia postanawia znaleźć Juniorowi dodatkowy punkkt do skupienia na chwilę uwagi i pokazując na niebo mówi:
- Patrz, jaka ładna chmurka.

Junior podnosi na to głowę, patrzy zmęczonymi oczami i odpowiada:
- Cirrus..

Ojciec głęboko żałuje, że nie sfotografował miny Babci po usłyszeniu tej odpowiedzi ukochanego pięcioletniego wnuka:)

Tagi: edukacja
23:53, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »

Za cztery dni wybory, part deux. Z gazety leje mi się od kilku dni rzeka deklaracji poparcia dla jednego kandydatów, co to on jednak od drugiego lepszy, i że nie wolno zostawić spraw swojemu losowi.

Znając przekorę Polaków (w tym własną), zastanawiam się, czy żarliwość tych apeli nie wywoła skutku odwrotnego - czyli nie wierząc w jakość kandydata, Polacy tym mocniej się na niego zeżlą i kreski mu nie dadzą (drugiemu też nie, lecz nie o jego elektorat chodzi).

Sam i tak mam kaca od pierwszej tury - i to z tych najgorszych, bo bez przyjemności - bo się złamałem i zagłosowałem. Kac potrwa co najmniej do niedzieli, więc zagłosuję po raz drugi. Tylko jeszcze nie mam pomysłu, co tym razem dopisać na karcie wyborczej.

Tagi: wybory
16:05, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Nie, to nie będzie o sportach walki, tylko znów o Mundialu. Ja powiem szczerze: rozumiem sympatię do Jana Muchy, jako do najlepszego reprezentanta polskiej Ekstraklasy na mistrzostwach świata, jako do podmiotu niemal najważniejszego transferu z polskiej Ekstraklasy, ba, nawet do bohatera warszawocentrycznie nastawionej części dziennikarzy. W dzisiejszym meczu z Holandią też się nieźle pokazał - bo nawet jeśli sposób, w jaki ograł go Kuyt przy drugim golu, będzie przedmiotem chwały Kuyta i kpin konkurentów, to przy golu Robbena nie miał nic do powiedzenia, a przed drugim takim golem (i paroma innymi) na pewno Słowaków uchronił. Była jednak taka sytuacja w drugiej połowie, kiedy Robben przedarł się z lewej strony i wyłożył piłkę Kuytowi pod nos. Gol nie padł, komentatorzy zachwycali się instynktowną paradą Muchy. Prawda jest jednak taka, że Mucha nie kiwnął przy tym palcem ni inną częścią ciała - Kuyt po prostu mając całą bramkę do wyboru trafił Muchę idealnie w nos. Wiem, że bramkarz potrzebuje być czasem we właściwym miejscu we właściwym czasie (Schumacher mawiał, że może obronić i tyłkiem, jeśli trzeba, byle skutecznie), ale naprawdę nie mylmy tego z umiejętnościami.

A z Holandią to mam problem. Na razie grają, jakby im się nie chciało, i doprawdy nie wiem - czy jest to do granic posunięta strategia turniejowa, czy jest to gra z takim poczuciem wyższości, że na jednej nodze i tak dadzą radę (przeciwników mieli dotąd nienajsłabszych, choć niekoniecznie też tuzy), czy też może taka jest Holandia AD 2010? W tym ostatnim przypadku, jeśli faktycznie nie mają rezerw, to o medal może być ciężko.

Mają jednak Oranje jeden atut niezaprzeczalny, z numerem 11 na koszulce. Zagrał dzisiaj pierwszy raz od początku, i już pokazał Messiemu, że lider gole strzela. Wczoraj pytałem na Czadoblogu, czy na Złotą Piłkę zasłuży bardziej Mueller lub Schweinsteiger, czy jednak Robben. Po dzisiejszym nie mam wątpliwości (miłośnikom Messiego, Milito czy Maicona odpowiadam ponadto: jestem ortodoksyjnym zwolennikiem starej formuły Ballon d'Or).

 

sobota, 26 czerwca 2010

Skończyła się faza grupowa Mundialu, można podsumować wyniki rywalizacji międzykontynentalnej (faza pucharowa rządzi się swoimi prawami i dlatego trudniej będzie dalsze mecze przekładać na takie wyliczanki). Zamierzałem to zrobić w szerszej notce, ale cóż, sprowokował mnie do przyspieszenia tekst Rafała Steca.

Zwycięzca rywalizacji jest oczywisty pod każdym względem, podobnie jak czerwona latarnia. A w szczegółach wygląda to tak:
1. Ameryka Płd: 5 drużyn, 5 awansuje (tylko jedna porażka), średnio 2,27 pkt na mecz, różnica średnia bramek +1,07 (zaledwie 6 straconych goli!);
2. Europa: 13 drużyn (29 meczów z innymi kontynentami), 6 awansuje, średnio 1,38 pkt na mecz, średnia różnica bramek +0,21;
3-4. Azja: 4 drużyny, 2 awansują, średnio 1,17 pkt na mecz, ale średnia różnica goli aż -1,08 gola na mecz (trzy porażki z co najmniej czterema straconymi golami)
CONCACAF: 3 drużyny, 2 awansują, średnio 1,11 pkt na mecz, średnia różnica goli -0,11
5. Oceania: 1 drużyna, 0 awansuje, średnia 1 pkt na mecz, różnica goli 0,0 (same remisy)
6. Afryka: 6 drużyn, 1 awansuje, średnia 0,78 pkt na mecz (aż 10 porażek), średnia różnica goli -0,44 na mecz

Oczywiście ustawienie wymaga małego komentarza. Jako wskaźnik podstawowy przyjąłem średnią punktową, ale na koniec fazy grupowej za celowe uznałem uwzględnienie także efektów, zwłaszcza że średnie liczone z różnej liczby spotkań są słabiej porównywalne. Dlatego zrównałem dwa kontynenty na miejscu 3-4, bo Azja miała nieco wyższy wskaźnik punktowy (ze znacznie większą liczbą porażek dla odmiany), ale z fatalnym bilansem bramkowym i procentowo gorszym wskaźnikiem drużyn awansujących. Co do Europy, co prawda mniej niż połowa drużyn gra dalej, ale też ilość przysyłanych ze Starego Kontynentu ekip sprawia, że ta reprezentacja kontynentalna jest nierówna, poza tym różnica wskaźnika punktowego i bramkowego jest wyraźna, a Europa poza liderem jako jedyna ma więcej zwycięstw, niż porażek.

Gdyby FIFA zamierzała zmieniać liczbę drużynna Mundialu, uwzględnienie tych liczb (lub podobnych) byłoby nie od rzeczy:) Ja osobiście byłbym jednak chyba za zmniejszeniem liczebności (ach, marzycielstwo), tyle ża 16 robi się mało, a 24 nie da się sensownie zorganizować systemu rozgrywek.

PS. Dla porównania: wyniki po I rundzie i po II rundzie.

W ostatnim meczu fazy grupowej (chronogicznie podobno zaczął się ciut później, niż Szwajcaria-Honduras), gdzieś koło 86 minuty del Bosque postanowił wpuścić na boisko Davida Silvę. Ten przygotowany stanął przy bocznej linii i czekał na sposobność do wejścia. Cóż, postał tam sobie biedak, bo przyjaciele z boiska utrzymywali taką płynność gry, że nie było okazji do wejścia. Trwał już bowiem w najlepsze mecz przyjaźni, zestaw wyników dawał obu drużynom awans, a podjęcie ryzyka, mogące zmienić status quo, mogło przy jednym przypadkowym strzale w drugim meczu całkowicie odmienić sytuację. Hiszpanie udawali więc, że rozgrywają akcję, szukając dziury w defensywie chilijskiej na wysokości linii środkowej, a Chilijczycy udawali, że stosują pressing na połowie boiska.

Nie był to zresztą jedyny taki mecz. Niezmiernie podobnie wyglądała końcówka meczu Brazylia-Portugalia (to też zresztą starcie kolonizatora z kolonią), przy czym tam krzywda Brazylii polegałaby jedynie na zajęciu drugiego miejsca, a Portugalia nawet przy porażce pozostawiałaby o kilka goli w tyle Wybrzeże Kości Słoniowej. Ba, nawet w meczu Niemcy-Ghana był taki moment, kiedy Ghanijczycy ewidentnie zaczęli szanować piłkę, bo już tylko dwa gole różnicy dzieliły Australię od awansu, a desperackie ataki na niemiecką bramkę równie dobrze mogły przynieść bezpieczne wyrównanie, co pogrążającą kontrę. Dopiero kiedy Serbowie zmienili wynik, gra przyjaźni zrobiła się niebezpieczna i nastąpiła próba powrotu do normalności.

David Silva nie wszedł na boisko. Nie mam pewności, czy całe pięć minut przestał przy linii, ale czekał długo.

 

Kiedy Junior uczył się sam myć ręce, Rodzice nie bez rozpaczy patrzyli na rozmiar strumienia wody przezeń puszczanego. Ponieważ regulowanie tego strumienia przekraczalo wtedy jeszcze jego zdolności manualne (w umywalkach baterie mieszalnikowe), nakazano Juniorowi przyjęcie procedury "zamocz-zakręć-namydlij-odkręć-spłucz". Przyzwyczaił się. Żeby nie było dysonansu, sami robimy identycznie.

I od tej pory nieraz nachodziły mnie myśli, dlaczego właściwie wcześniej na to nie wpadłem, oraz czy nie jest to rzecz oczywista. Moje wątpliwości rozwiały się, kiedy GW opublikowała jakiś miniporadnik postaw proekologicznie oszczędnościowych, wśród których znalazło się między innymi "Zamontuj fotokomórkę w kranie, przestaniesz myć zęby przy lejącej się wodzie". Prawie mną wstrząsnęło, bo od dekad wodę na zęby mam zawsze w kubku. Zwyczaju golenia przy zakręconej wodzie nabrałem pod wpływem postulatów w hotelach z krajów gorącego klimatu. Wygląda więc na to, że mycie rąk z zakręcaniem wody to prawie ekologiczna awangarda.

Dzieci to przyszłość:)

10:22, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 czerwca 2010

To oczywiście obraźliwa dla Brazylijczyków gdybanologia, o której canarinhos zapewne nawet nie pomyśleli, ale patrząc na rozkłady ćwiartek tak właśnie sobie pomyślałem i zacząłem na szybko liczyć. Oczywiście, Brazylii nie zaszkodzi porażka z Portugalią, awans mają pewny, pozostaje tylko kwestia miejsca, jeśli co najmniej zremisują, będą na pierwszym. Pytanie, z kim mogą zagrać z którym wariancie.

Sytuacja w grupie H jest pod pewnymi względami jasna. Faworyzowana Hiszpania musi walczyć o zwycięstwo w meczu z Chile albo liczyć na pomoc Hondurasu (musi osiągnąć wynik nie gorszy od Szwajcarii), acz też nie za wielką, bo Honduras ma teoretycznie szanse na wyjście. Jeśli tylko Hiszpanie wygrają z Chilijczykami, to wyprzedzą ich różnicą bramek. Przyjmijmy więc na chwilę założenie, że wygrają. Jeśli Szwajcaria nie wygra z Hondurasem, to drugie miejsce przypadnie wtedy na pewno Chile. Jeśli wygra, to losy kolejności w grupie rozstrzygnie różnica bramek. W tej chwili sytuacja bramkowa przedstawia się następująco:
CHI +2
ESP +1
SUI 0
Przy powyższych założeniach, Szwajcaria co najmniej zrówna się bramkami z Chile (przy minimalnych wygranych). Jeśli wygrane będą okazalsze, może decydować liczba strzelonych goli. (I znów każdy gol może być na wagę awansu), a jeśli zdeterminowani Szwajcarzy wygrzebią trochę skuteczności, to mogą zapewnić sobie i pierwsze miejsce. I teraz pytanie, z kim Brazylijczykom byłoby wygodniej zagrać na drodze do półfinału: z Holandią i Hiszpanią, czy ze Szwajcarią i Paragwajem? (Oczywiście, równie dobrze zamiast na Szwajcarię można trafić na Chile.. albo właśnie na Hiszpanię).

Europejski cynik powiedziałby w tej sytuacji: dobrze, że grupa G gra przed grupą H, i Brazyliczycy nie będą znać pełnego rozkładu rywali. Prawdziwy kibic futbolu, rzeknie: Brazylijczykom wszystko jedno, kogo mają do pokonania.

Niech wygra lepszy.

czwartek, 24 czerwca 2010

Już miałem napisać notkę o absurdalno-żenującej polityczno-medialnej zadymie rozpętanej wokół tematu zmian w służbie zdrowia przy okazji kampanii prezydenckiej (relacja z wczorajszego "okrągłego stołu" mocno mnie podkurzyła), ale czytając wieczorem GW znalazłem nowy wytwór Madame Mercredi, po którym nie miałem już nastroju agresywnego, tylko uchachany.

Cóż tym razem popełniła filozof etyk? Napisała tradycyjny felieton, tym razem powyborczy, w którym z dumą obwieściła, że "Wygrana X to pierwsza od lat wygrana przeciw Kościołowi", i dalej w ten deseń, że to wygrana światopoglądowa, wygrana program odwołującego się do praw człowieka, wygrana stylu odwołującego się do argumentów, a nie symboli (proszę o wybaczenie pewnych skrótów, bo nie chce mi się wszystkiego przepisywać). Jeżeli komuś coś nie pasuje, zarówno w euforyzmie autorki, jak i do mniej więcej znanych wyników I tury wyborów, to wyjaśniam: X to nie zwycięzca I tury Bronisław Komorowski. X to Grzegorz Napieralski z jego circa 14 procentami (było nie było uplasował się na medalowej pozycji). Oto co znaczy wygrana, kiedy się jej potrzebuje. Doprawdy nie wiem, czy przypominać o wynikach pewnego lewicowego kandydata na prezydenta u schyłku XX wieku?

Z pozostałych uroczych śmieszności, łagodnie można potraktować proroctwo, że te 7,5% (licząc na okrągło) uprawnionych do głosowania, które oddały swój głos na Serfującego Grzegorza, reprezentuje elektorat, który zacznie mieć wkrótce decydujący głos (oczywiście wzmocnienie pozycji lewicy w parlamencie jest jak najbardziej możliwe, ale kategoryczny sposób formułowania tej tezy sugeruje wiedzę tajemną). Znacznie jednak lepsza jest myśl, że nie popierając refundacji in vitro,* kandydat (Kaczyński tym razem) ni mniej ni więcej, tylko skazuje kraj na wyludnienie. Czuję się doprawdy mamutem...

*jakby ktoś pytał, to ja też jestem przeciwko refundacji (uch, popieram Kaczyńskiego?), ale nie chce mi się tu i teraz rozwijać dlaczego, może innym razem

Tagi: wybory
00:24, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 czerwca 2010

W cieniu mundialowych emocji, spokojnie i po angielsku rozpoczął się kolejny turniej na wimbledońskiej trawie. I co tu dużo ukrywać, początek jest znakomity dla polskich reprezentantów - na przekór oczekiwaniom, cała trójka singlistów awansowała do drugiej rundy, tracąc zaledwie jednego seta. W turnieju męskim to chyba osiągnięcie bez precedensu w historii polskiego tenisa (panie błysnęły już dwa lata temu, kiedy w II rundzie grały trzy nasze zawodniczki). Apetyt rośnie w miarę jedzenia, zobaczymy dokąd Kubot i Przysiężny będą w stanie zawędrować (co do Radwańskiej mamy oczywiście większe oczekiwania).

A jeszcze przecież zostały deble, których w tym roku startuje aż sześć (pięć międzynarodowych oraz Fyrstenberg z Matkowskim). Jakby tak i one w komplecie awansowały do drugiej rundy.. ee, no bez przesady. Ale na przesadę się oczywiście nie pogniewam. I tak zanosi się na najlepszy polski Wimbledon en masse. (Mikstów nie sprawdzałem).

I tylko proszę, nie zaczynajmy od razu udawać Wielkiej Tenisowej Potęgi.

wtorek, 22 czerwca 2010

Lada moment zaczynają się decydujące mecze fazy grupowej, ledwie 3* drużyny odpadły definitywnie (licząc szanse nawet najbardziej teoretyczne), 15 z 16 meczów ma znaczenie dla awansu którejś z drużyn (ten szesnasty może decydować o pierwszym miejscu w grupie). Ależ emocje.

Zastanawiam się, jak te emocje skanalizować, za kogo w tej decydującej fazie trzymać?
W grupie A zapewne sympatycznym, choć nienajsilniejszym gospodarzom, a w konsekwencji także i Urugwajowi (aczkolwiek oprócz zwycięstw obu tych drużyn, Bafana Bafana potrzebują też zasypania pięciobramkowej straty w różnicy goli). W grupie B, chyba jednak Nigerii przed Koreą (dlaczego nasza głupia TVP nie pokazuje tego meczu???). W grupie C - Algierii, nawet jeśli im nie wróżę wielkiej kariery w fazie pucharowej, ale fantazja w grze jaką pokazywali zwłaszcza przeciwko Anglikom (Belhadj mnie fascynuje!), zasługuje na nagrodę. W grupie D chyba najchętniej Australii, choć raczej jako pechowcom niż błyskotliwym. W grupie E - Danii, która może jeszcze nie Dynamitem jest, ale Rommedahl na skrzydle poszalał jak za najlepszych czasów. W grupie F oczywiście Nowej Zelandii, której sił już wprawdzie nie starcza, ale determinacji zawsze. W grupie G jest mi naprawdę wszystko jedno, natomiast w grupie H zdecydowanie przeciw Szwajcarii - przykro mi, ale już wystarczy tego antyfutbolu.

I jeszcze szybkie spojrzenie na tabelę rywalizacji międzykontynentalnej. Prowadzi bezdyskusyjnie Ameryka Płd. (10 meczów bez porażki!), która zdobywa średnio 2,6 pkt na mecz i ma średnią różnicę bramek +1,4. Za nią stara poczciwa Europa, z 1,45 pkt na mecz, ale bramek zdobywając niemal tyle co tracąc, średnia różnica +0,45 gola (zawdzięczana głownie wielkiemu laniu sprawionemu KRLD). Zaszczytne trzecie miejsce dla Oceanii, która dzięki dwóm remisom Kiwi ma średnią 1 pkt i 0 goli różnicy. Za nimi w bliskim kontakcie CONCACAF i Azja, mający średnie odpowiednio 1 i 0,88 pkt oraz -0,17 i -1,63 różnicy goli (cóż, do drużyn azjatyckich należą wszystkie trzy przypadki straty w jednym meczu ponad trzech goli). Rolę czerwonej latarni pełnią zaś gospodarze (ledwie 1 zwycięstwo w 12 meczach!), ze średnią 0,58 pkt na mecz i średnią różnicą goli -0,75 (no ale jak ma być, jak sześć drużyn w dwóch rundach zdobywa ledwo sześć goli..)

To teraz można jeszcze chwilę popracować do szesnastej:)

*Dwie. Honduras jak najbardziej zachował teoretyczne szanse. Wrrr (dla mojego liczenia, nie dla Hondurasu).

 
1 , 2 , 3 , 4