Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
piątek, 28 czerwca 2013

Nienawidzę mamy Madzi. I rodziców tego dziecka z Cieszyna. I rodziców Szymona z Będzina (jeśli to nie ten sam co w poprzednim zdaniu). I tych rodziców od beczek, chyba z Łodzi, albo spod Łodzi, a może zupełnie skąd indziej. I tej doradcy z ministerstwa, co to odsiedziała i się nie przyznała, a od wczoraj jest nieszczęsnym tematem numer jeden. 

Nienawidzę was wszystkich nie z powodu odrazy do tego, co zrobiliście (nieważne czy zrobiliście lub dlaczego zrobiliście). Nienawidzę was nie z powodu współczucia dla waszych ofiar, ich cierpienia czy utraconych szans. Nienawidzę was z powodu sposobu, w jaki absorbujecie przestrzeń publiczną, w jaki wpychacie się człowiekowi w oczy, w jaki wyskakujecie z lodówki. Nienawidzę was z powodu nienawiści, jaką wzbudzacie w ludziach, która wylewa się wszelkimi kanałami, otworami i porami, w przestrzeni wirtualnej i realnej. 

Świat byłby bez was... może nie piękniejszy, ale może przynajmniej spokojniejszy. Tak zostaje mi tylko Jacek Kaczmarski.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Każdy kierowca w dzisiejszych czasach zna problem: gdzie zaparkować. Parkingów "oficjalnych" jest zwykle jak na lekarstwo, zaparkowanie w miejscu niedozwolonym może okazać się parkowaniem bardzo drogim, więc każde miejsce jest przez kierowców obwąchiwane. Najpierw patrzy się uważnie, czy wzdłuż ulicy nie postawiono czasem znaku zakazu (najfajniej jest, kiedy - jak ostatnio we Wrocławiu - na rogu stoi pusty słup bez jakiegokolwiek znaku, być może wcześniej był tam zakaz, a może tylko informacja, że parking jest płatny). Kiedy takowego wyjątkowo nie ma, zostaje kwestia - zaparkować na ulicy (narażając się na zarzut blokowania ruchu i/lub oberwanie lusterka lub podobne), albo wjechać mniej lub bardziej na chodnik. 

Wjazd na chodnik oznacza, że należy zadbać o zachowanie odpowiedniego odstępu, nie mniejszego niż 1,5 metra. Kiedyś ze zdziwieniem znalazłem za szybą kartkę z wezwaniem do stawienia się w siedzibie Straży Miejskiej - okazało się, że nie zwróciłem uwagi, iż w miejscu wybranym jako parking w danym dniu, akurat w budynku był podest, w wyniku czego szerokość chodnika mierzyło się nie jak metr dalej od ściany, tylko od krawędzi podestu, a tam już półtora metra brakło.. na szczęście strażnicy byli uprzejmi i ograniczyli się do upomnienia (podziałało o tyle, że drugi raz już faktycznie tak nie zaparkowałem). 

Praktyczną miarą (dla człowieka przeciętnego wzrostu) jest stary harcerski (czy gdzie się go kto nauczył) sposób polegający na rozłożeniu rąk na boki - ich zasięg powinien z grubsza odpowiadać wzrostowi rozkładającego (zwykle znanemu). Stanąłem tak dziś nieopodal pewnego sądu, przyjrzałem się uważnie szerokości pozostawionego korytarza, wyciągnąłem ręce w bok. Z naprzeciwka szła pewna starsza pani, która zmierzyła mnie wzrokiem i z uśmiechem zapytała:
- Mierzy pan, czy jest półtora metra?
Z uśmiechem przytaknąłem.
- I jest?
Z promiennym uśmiechem przytaknąłem jeszcze bardziej.

PS Notkę napisałem w 10 minut na korytarzu. Wrzucenie jej na Bloksa trwało bez mała godziny, opowieści o zakrętnych damach-wędrowniczkach zachowam dla siebie.

piątek, 21 czerwca 2013

Dawno, dawno temu, w ubiegłym tysiącleciu, kiedy rozpoczął się konflikt koreański, w Radzie Bezpieczeństwa ONZ miało się odbyć głosowanie nad interwencją w Korei. Związek Radziecki wspierający Koreańczyków z Północy uznał, że storpeduje podjęcie rezolucji zwyczajnie nie przychodząc na posiedzenie, zakładając, że jego głos jako mocarstwa jest niezbędny do przegłosowania uchwały. Niewątpliwie byli potem rozczarowani (delikatnie mówiąc), kiedy pod ich nieobecność uznano, że wystarczą głosy "za" pozostałych mocarstw (oraz odpowiednia ilość głosów "za" mniejszych państw), a skoro mocarstwo socjalistyczne nie głosowało przeciw, to uchwała jest ważna (nikt później tego błędu już nie popełnił).

Po długich (w odpowiedniej skali) oczekiwaniach, Międzynarodowy Trybunał FIA ogłosił dziś wyrok w sprawie "tajnych testów" przeprowadzonych dla Pirelli przez Mercedesa (proszę się nie sugerować sformułowaniami, nie zajmuję teraz stanowiska prawnego w sprawie). Dominującą nutą jest rozczarowanie, bo wszyscy z jakiegoś powodu spodziewali się kar srogich niczym syberyjska zima względnie (mniejszość) uznania, że sprawy nie było. Trybunał doszedł natomiast do wniosku, że wszyscy mają trochę brudu za paznokciami i wymierzył symboliczne kary. Uważna lektura tego wyroku (PDF) sugeruje, że co najmniej Federacja rozczarowała się co do oceny swojego sposobu rozumowania. Nie dość bowiem, że Trybunał wyjaśnił FIA, że nie mają prawa wydawania nawet warunkowej zgody na dodatkowe testy, to na dodatek okazało się, że warunki, jakie Charlie Whiting w porozumieniu z szefem swoich prawników postawił uczestnikom testu, zostały przez nich zupełnie inaczej zinterpretowane (zupełnie jak w przypadku rezolucji koreańskiej...).

Ja osobiście jestem rozczarowany z zupełnie innego powodu niż wszyscy. Wiedziony zawodową ciekawością (nie mniejszą niż kibicowską), zgłębiałem orzeczenie punkt po punkcie, aż dotarłem do konkluzji. Okazała się ona do bólu lakoniczna, pozbawiona jakiejkolwiek choćby próby analizy prawnej, polemiki z przedstawionymi interpretacjami lub choćby wyjaśnienia, dlaczego takie ani inne stanowisko zostało zajęte. Po prostu: Mercedes naruszył art. 22.4 h) regulaminu sportowego. Rozumiem, że przyjęto założenie bezwzględnego zakazu testów innych niż wyraźnie dopuszczone, ale niedosyt pozostaje (przyjmijmy, że dla zasady postanowili uciec od tego rodzaju rozważań na przyszłość).

Notka zamieszczona równolegle na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl 

Tagi: sąd
16:08, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 czerwca 2013

Przeczytałem jakiś czas temu, że regularne rozwiązywanie zagadek umysłowych pomaga utrzymywać mózg w dobrej formie. Nie chce mi się kupować zeszytów z krzyżówkami (bo są albo zbyt banalne, wręcz prostackie albo zbyt udziwnione "dla koneserów") ani z sudoku (bo zupełnie nie mam pojęcia, na jakim będą poziomie), a poza tym rozwiązywanie pojedynczego zadania zajmuje tam więcej czasu (raz w tygodniu mam sudoku w gazecie z programem TV, to wiem), więc znalazłem sobie krótką formę - powróciłem to poczciwego, starego.. Sapera (na średnim poziomie jakieś 3-4 minuty).

Rozrywka to stara jak świat (przynajmniej ten wirtualny), rzekłbym, że widziałem go już w Windows 3.11, którego używałem co najmniej od roku 1992, trudno znaleźć pewnie komputer, w którym go nie ma (no dobra, wszystkie te, w których informatycy korporacyjni usunęli wszelkie narzędzia rozrywki, czytaj prokrastynacji), pamiętam, że bohater książki Haddona grywał w niego dla uspokojenia. Oczywiście zawiera element czystej losowości (nigdy nie wiesz, czy zaczynając układ trafisz od razu na minę, na miejsce w środku pola czy na czystą przestrzeń, która pozwala na rozejrzenie się w sytuacji, w końcu poziom trudności to nie tylko wielkość pola, ale też rosnące prawdopodobieństwo trafienia na minę), ale kiedy zaczynamy coś widzieć, gra staje się prostą analizą logiczną. W trudniejszych miejscach trzeba się nieraz pozastanawiać, jak może (musi) wyglądać układ min, czasem trzeba doprowadzić do tego, żeby rozwiązać całą resztę układu i ustalić, ile dokładnie min kryje się w na analizowanej przestrzeni. Niestety, czasem matematyka doprowadza nas do konkluzji, że istnieje więcej niż jedno rozwiązanie problemu, i wtedy zostaje hazard - wybrać pole po lewej czy po prawej, przeciąć niebieski kabelek czy zielony...

Zasadniczą inspiracją do notki był jednak układ, jaki natrafiłem względnie niedawno. Oczywiście, zdecydowana większość wyskakujących nam cyferek z ilością sąsiadujących min to 1, 2 lub 3, czwórka i piątka to już poważna sprawa, szóstka to rzadkość. Tym większym rarytasem było zobaczenie na planszy cyfry SIEDEM.

Saper Windows Minesweeper siedem min seven mines

Osiem.. teoretycznie jest możliwe, ale rozwiązywalne tylko metodą "zostało mi tylko jedno miejsce i żadnej miny".

Tagi: gierki
07:46, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
sobota, 15 czerwca 2013

Ostatnie zdarzenia pogodowe, kiedy to między innymi obsypało nas lodem (na moje szczęście moją okolicę w porcjach wielkości karmelków), skłaniają mnie do przelania na... miałem napisać papier, ach ta siła związków frazeologicznych, niech będzie na serwer, pewnych myśli związanych z bywszą zimą.

Wspominałem już, że nawiedziła nas okazjonalnie tej zimy bardzo sroga lodowica, przykrywająca wszystko paromilimetrową warstwą lodu. Skuwało się to dość paskudnie, z szyb było koniecznością, a gdzie indziej już nie, więc po paru dniach można było łatwo poznać (mróz się w styczniu trzymał), kto swój samochód garażuje, a kto trzyma go na dworze. Na moim własnym lodowa pokrywa na dachu, masce, jak również na drzwiach i błotnikach utrzymywała się dni kilka, choć przy każdej okazji starałem się coś podstukać. 

Przy tej samej okazji nadmieniałem też, że jestem szczęśliwym posiadaczem płacht, które zakładam na przednią szybę po zaparkowaniu samochodu (pod domem). Przy lodowym nieszczęściu sprawdziły się znakomicie, przy nieraz potężnych opadach śniegu - również, bo jednym prawie ruchem miałem odśnieżoną przednią szybę. Lepszym pomysłem mogłaby być tylko płachta obejmująca nie tylko przednią szybę, ale od razu i tylną, boczne oraz dach, sąsiad chyba takową posiada; zakładanie trwa pewnie ciut dłużej, ale każde odśnieżanie - krócej (odpadałoby skrobanie, jak sądzę). 

Moja małżonka ma zwyczaj trzymania w samochodzie niewielkiej (półlitrowej na oko) plastikowej butelki wody. Nie wyjęła jej na zimę, i tak sobie ta butelka leżała i leżała.. To niezmiernie interesujące uczucie przyglądać się, jak w butelce widać dwudziestocentymetrową, podłużną bryłę lodu, z czasem się nadtapiającą.

Dobrze, że teraz jest ciepło.

Tagi: zima
23:50, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »

Niby sportów ci u nas dostatek, ale jakoś tak się składa, że na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl od marca właściwie nie napisałem na temat innego sportu niż futbol:
- Co by było gdyby,
- Niestety,
- Międzynarodowo.

Ale w lecie w piłkę się w zasadzie nie gra...
 

22:36, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 czerwca 2013

Nie da się ukryć, znów mnie Escefau namówił tej wiosny na zabawę Wygraj Ligę. Tych kilkanaście ligowych kolejek przeminęło jak jeden dzień (cóż, nieraz nawet nie zdążyłem się połapać, kiedy się jedna kolejka kończy, a druga zaczyna), i już nadeszło lato, wakacje i koniec sezonu (wakacje i lato jednak jeszcze za chwilę).

Podsumowując rundę wiosenną - w klasyfikacji kibiców wybranego klubu zająłem miejsce na początku drugiej połowy. W klasyfikacji kibiców w województwie - tuż przed końcem pierwszej połowy, w klasyfikacji ogólnopolskiej właściwie tak samo, ułameczek wyżej. Tylko w lidze blogerów nie utrzymałem formy, nie utrzymałem się w połowie stawki i za karę nie będę pisać peanów pochwalnych na cześć zwycięzcy.

W końcu Ulesław robi to lepiej :-)

Zrobiłem eksperyment na żywym ciele Internetu. Wpisałem do wyszukiwarki (wszyscy wiecie do jakiej, jeszcze będę próbował w tej co próbuje być drugą*) proste słowo "Snowden". Z zupełnym brakiem zaskoczenia przyjąłem fakt, że w wynikach zaroiło się od linków dotyczących Bohatera Tygodnia Edwarda Snowdena, który ujawnił niecne knowania amerykańskich agencji, podsłuchujących wszystko co się powie, napisze i wyśle. Znacznie bardziej interesowało mnie, co znajdę potem.

Dość szybko zaczęły się pojawiać wyniki dotyczące zespołu Snowden. Jako że jest to może nie najpopularniejsze, ale jednak zwykłe nazwisko, z czasem pojawili się też inni Snowdenowie - blogerzy, artyści, naukowcy, prawnicy etc., nazwisko zaczęło też występować w nazwach firm, zdaje się w jakiejś grze komputerowej jest to element nazwy własnej (proszę o wybaczenie, ale nie wchodziłem w poszczególne linki). Potem pojawiły się i nazwy geograficzne - miejscowość Snowden, góra Snowden, kto ciekaw ten wyszuka. 

Cichą motywacją eksperymentu było sprawdzenie skuteczności tzw. bąbla, czyli dopasowywania wyników wyszukiwania do osoby szukającego (w oparciu o dane zgromadzone przez evil corporation w swoich przepastnych zasobach). Gdyby ten eksperyment miał być miarodajny, to korporacja mogłaby się obnosić z dumą, że zaprezentowała mi tyle niepotrzebnych propozycji - zamiast tego, co po cichu starałem się znaleźć. Kiedy szukałem przez telefon, dopiero gdzieś w drugiej setce wyników znalazłem cichego żołnierza, który jadł na obiad duszone pomidory, i któremu było potem tak beznadziejnie zimno. Kiedy szukałem w laptopie, nie pojawił się wcale, aż do momentu kiedy wyszukiwarka powiedziała, że teraz będzie się już tylko powtarzać; na jej obronę mogę powiedzieć tyle, że wśród propozycji alternatywnego wyszukiwania zaproponowała mi kombinację precyzującą, prowadzącą tam gdzie trzeba. 

Gdzież jest niegdysiejszy Snowden? Zapomniany, choć zapomnieć się go nie da. Mówiąc brutalnie - o Edwardzie Snowdenie też świat z czasem zapomni, tak jak mało kto pamięta dziś sam z siebie Bradleya Manninga. To umierający Snowden zostanie nieśmiertelny.

*druga wyszukiwarka zaskakująco zaczęła od wyników jakby sprzed tygodnia, dopiero gdzieś w trzeciej dziesiątce pojawił się Edward, Hellerowskiego Snowdena nie było zaś wcale

19:46, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
wtorek, 04 czerwca 2013

W związku z kilkudniowym długoweekendowym wyjazdem Junior zyskał wiele nowych informacji geograficznych i równie wiele sobie odświeżał. Między innymi uznał za właściwe przypomnienie sobie tego i owego o parkach narodowych (ma w pokoju mapę Polski, kiedyś potrafił tych parków narodowych wymienić większość), bo do tej pory w Polsce jakoś się koło nich prześlizgiwał mniej lub bardziej świadomie (kiedyś jechaliśmy skrajem Karkonoskiego, innym razem spacerowaliśmy nieopodal Ojcowskiego...). Zaczął więc wymieniać niektóre górskie parki narodowe... popadł w namysł.. w końcu powiedział:

- ..i Park Narodowy Nóg Stołowych...

(Wielkie litery w nazwie dopisał Ojciec)

20:19, bartoszcze , Junior
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 czerwca 2013

Pamiętam, jak wiele lat temu, w ubiegłym jeszcze tysiącleciu, szliśmy w kilku przez Orlą Perć w ogólnym kierunku Koziego Wierchu. Młodzi, sprawni, dynamiczni, przemierzaliśmy skalne ścieżki, na łańcuchy i podobne urządzenia spoglądając każdorazowo z lekko przekrzywionego łba, jakby myśląc, czy na pewno ich potrzebujemy. Mknęliśmy mijając ludzi, wyszliśmy na rozległą skałę (rzekłbym, że to Kozie Czuby, ale jak już podkreślałem, wiele wiosen już minęło...), siedliśmy.

Nie planowaliśmy wcale żadnego odpoczynku, ani nie była to pora posiłku. Widoki, owszem, cudne były, słoneczko przygrzewało, ale też nie to nas zmotywowało do postoju. Nie była to też nałogowa potrzeba przeglądania gazety, którą wówczas właśnie wyciągnąłem z plecaka... Przyczyna postoju była nader prozaiczna: otóż szlak przed nami był zajęty przez schodzących, których na pojedynczym łańcuchu minąć się nie dało, czekaliśmy dobre 40 minut, żeby móc pójść dalej (dziś ta zdaje się obowiązuje ruch jednokierunkowy, akurat w tym "naszym" kierunku).

Przypomniała mi się ta scena, kiedy sięgnąłem po najnowszy National Geographic i zobaczyłem w nim tekst o... kolejkach wspinaczy pod Everestem. Ludzie chodzący długim wężem jak pod Giewontem; zdjęcia łańcuchów świetlnych utworzonych przez czołówki tych, co wyszli nocą; grupy czekające na swoją kolej na Uskoku Hillary'ego. Jedyna różnica (względem tych ostatnich) była taka, że myśmy siedzieli o sześć i pół tysiąca metrów niżej i w temperaturze o parędziesiąt stopni wyższej. 

Na Orlej Perci od tamtej pory nie byłem, obiecałem sobie, że nie pójdę tam w sezonie, teraz śnieg pod Zawratem leży w najlepsze. Na Everest... właściwie też się nie wybieram.