Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 28 czerwca 2015

Powiadają, że każde zoo musi mieć na stanie pewną grupę najważniejszych, najbardziej charakterystycznych zwierząt, między innymi lwa, słonia, nosorożca czy żyrafę. Analogicznie kiedy mówimy o dinozaurach, podświadomie wyczekujemy kilku sztandarowych już gatunków: mocarnego tyranozaura, wielkich, długoszyich apatozaurów (i podobnych), zabawnego stegozaura czy triceratopsa, spopularyzowanego przez Crichtona i Spielberga inteligentnego welociraptora, może jeszcze coś latającego... 

Najnowszy film z serii Jurassic Park (nawiązania do wcześniejszych części są liczne i za pierwszym razem zabawne) po części te oczekiwania spełnia. Znamienna jest scena, w której rozgorączkowany chłopak, dotąd biegający z rozdziawioną buzią od jednej jurajskiej atrakcji do drugiej, nagle smutnieje w oczach (z przyczyn niezależnych, wręcz można powiedzieć: rodzinnych, nie będę wszystkiego zdradzał). Znamienna, bo znakomicie podsumowuje uczucia widza: spodziewał się wspaniałej, zapierającej dech w piersiach podróży przez wygenerowany cyfrowo mezozoiczny świat, a dostał trochę zabawek na otarcie łez. Twórcy filmu - zapewne w braku dobrego pomysłu - skupili się na stworzeniu sztucznej megabestii, która nie jest straszniejsza od "autentycznych" dinozaurów, ot, jakby w to wszystko wpuścić jakąś Godzillę, zamiast suspensu była dość sztuczna groza. 

Mamy więc apatozaury, ale zaszlachtowane przez socjopatyczną (tak! użyto tego słowa!) bestię. Mamy miniaturowe triceratopsy służące jak kucyki do dziecięcych przejażdżek, ale nikną w panice. Mamy całe stada pterodaktyli atakujących ludzi, ale strasznie niemrawie (do tej pory zastanawiam się, czemu służyło porwanie przez nie asystentki głównej bohaterki, wyglądało to jak kara za niedopilnowanie jej siostrzeńców...) Welociraptory są sympatyczne bardziej niż groźne (taką im rolę wyznaczono w scenariuszu), memy z udziałem ich opiekuna obiegają już świat. Show ratuje oczywiście Król Tyranozaur, dla jego walki z bestią (przy wsparciu paru dzielnych pomagierów z różnych gatunków) stworzono kino, nie dziwota, że On wydaje ostatni ryk filmu. Sporo jest zaplanowanego i mniej zaplanowanego komizmu, dla mnie wartością dodaną było zderzenie sytuacji arcykryzysowej z atmosferą korporacyjną, instrukcjami technicznymi i bhp (trzeba było zwracać uwagę na drugi plan), świetnie w tym wszystkim prezentowała się Bryce Dallas Howard. 

Ale jedno muszę niezaprzeczalnie przyznać: tak ogromnej strzelby na ścianie jeszcze w kinie nie było. 

Tagi: film
17:14, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 czerwca 2015

Bywam czasem w celach zawodowych w pewnej korporacji o dużym zasięgu. Obserwuję wówczas przejawy życia wewnątrzkorporacyjnego, żeby nie powiedzieć: jego uroki.

Wprowadzono na przykład - w jednostce, z którą mam kontakt - odgórny nakaz szyfrowania poczty. Nakaz to nakaz, kto może to się stosuje (podkreślam "kto może", bo żeby szyfrować pocztę to trzeba mieć odpowiednie certyfikaty wydane przez inną jednostkę, a żeby uzyskać certyfikat to wniosek musi złożyć osoba z odpowiednimi uprawnieniami...). Wychodzi potem niezmiernie zabawnie, jak przy wysyłaniu poczty do pracowników innych jednostek korporacji system raportuje, że adresaci nie mają uprawnień do otrzymywania szyfrowanej poczty, i pyta czy w takim razie wysłać niezaszyfrowaną (alternatywy w zasadzie brak). 

Korporacja przechodzi stan permanentnej reorganizacji. Rzeczona jednostka również się reorganizuje - głównie poprzez zmiany nazw dotychczasowych komórek. Po trzech miesiącach od zmiany kierownictwo jednostki zwróciło pracownikom uwagę, że w ogólnokorporacyjnych bazach teleadresowych są nieaktualne nazwy komórek, w związku z czym - jak się okazało - każdy pracownik ma obowiązek samodzielnie zgłosić do bazy prawidłowe dane (jeżeli przeszła Wam przez głowę myśl, że można to było zrobić centralnie z sekretariatu jednostki, to zapewne nie nadajecie się do pracy w korporacji).

Korporacja jest ambitna i drobiazgowa, posiada na wszystko odpowiednie regulaminy, polityki i kodeksy etyczne (oraz poziomy uprawnień, dzięki którym informatyk może zainstalować drukarkę, ale uaktywnić w niej funkcję skanowania musi już kolega). Posiada na przykład własną czcionkę, której stosowanie jest wymagane w korespondencji zewnętrznej i wewnętrznej - ale oczywiście nie wpadła na to, żeby ustawić ją jako domyślną w pakietach biurowych i programach pocztowych.

Nie zgadujcie, co to za korporacja, bo nie potwierdzę ani nie zaprzeczę. Tak sobie tylko zapisuję na prywatny użytek mój i czytelników. Darz bór!

Tagi: bzdury
11:05, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

I znów będzie wsobnie. Znów, bo znów Wesoły Admin umieścił link do mojej notki na głównej stronie gazeta.pl. Tym razem spodobała mu się napisana na chybcika notka o uchodźcach (na chybcika bo sprowokowana impulsem, choć zasadnicze pytanie chodziło mi po głowie już od jakiegoś czasu), najwyraźniej takie notki wychodzą mi lepiej niż te starannie dopracowywane - a przynajmniej bardziej pasują do masowego czytelnika portalu. 

Link wisiał mniej więcej dobę (poprzednim razem kilka godzin), obserwowałem - nie bez fascynacji - jak rosną statystyki wejść z głównej strony. W sumie w ciągu tych dwóch dni (poniedziałkowy wieczór i wtorek aż do wieczora) kliknięto - jeśli wierzyć Bloksowym statystykom - około trzech tysięcy razy, z jakimś haczykiem. Fascynacja była tylko przy patrzeniu na statystyki, bo na samego linka wolałem nie patrzeć:

blog gazeta.pl strona główna tabloid link

Doprawdy, brakowało tylko żeby któreś słowa napisać wielkimi literami. Rozumiem specyficzne prawa rządzące pierwszymi stronami portali, ale mimo wszystko czułem się jak w tabloidzie. Skok do pierwszej setki najczęściej odwiedzanych blogów w tygodniu tego nie równoważy.

08:17, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
sobota, 20 czerwca 2015

Miałem taki dzień względnie niedawno, że z jednej strony miałem trochę luzu, a z drugiej nastrój pod psem. I kiedy samochód właściwie prawie sam mnie zawiódł w okolice centrum handlowego z licznymi salami kinowymi - skręciłem, zaparkowałem, wszedłem do środka. Tyle co otwarli, maszyna do popcornu nawet nie zdążyła się rozgrzać (nie żebym miał zamiar skorzystać). Zerknąłem na rozkład seansów - zachwalany Mad Max miał być dopiero za pół godziny czy nawet później, skorzystałem więc z tego, co było od razu. Kupiłem bilet, wszedłem na salę, wspiąłem się do najwyższego rzędu, siadłem na środku - miałem cały ekran dla siebie. 

Na ekranie pojawiła się banda superbohaterów robiąca superrozpierduchę w rozmaitych sceneriach i choreografiach. Było to przyjemne dla oka, ale bez efektu wow, poszczególne sceny zapominało się niemal w chwilę po cięciu montażowym. Najbardziej efektowna scena (wcześniej widziana w trailerach) okazała się być pewnym źródłem rozczarowania, kiedy okazało się, że monstrualny robot wspinający się po ścianie wieżowca to nie Ultron, tylko Ironman w specjalnym anty-Hulkowym zestawie (swoją drogą widziałem też reklamę zabawek, które pozwalały łączyć ze sobą fragmenty transformersów, avengersów i... dinozaurów). Frapujący był głos Ultrona w kreacji Adama Ferencego - pomyśleć, że tak wiele dobrego słyszałem o oryginalnej wersji z udziałem Jamesa Spadera, ale raczej nie pójdę jeszcze raz, żeby porównać.

Maszyna do popcornu rozgrzała się wkrótce, bo jeszcze w trakcie reklam na salę wśliznęła się kobieta z wielkim pudłem przed sobą. Siadła w oddali, więc tego popcornu nie słyszałem - a poza tym dzięki temu każdemu z nas wydawało się, że ma ekran wyłącznie dla siebie. 

czwartek, 18 czerwca 2015

Jakoś tak się złożyło, że miałem niedawno do zagospodarowania jakieś dwie kurze nogi (z udami) i mocno seksualny stosunek do kucharzenia, a na dodatek ograniczoną ilość czasu. Odrzuciłem więc z tego powodu klasyczny plan uduszenia tych kurzości po drobnym ich obsmażeniu - ale że trzeba było jednakowoż przetworzyć je termicznie, to przyszło mi na myśl użycie garnka do gotowania na parze (zabrzmiało jakobym posiadał taki specjalistyczny, a dysponuję jedynie wkładką, która całkiem dobrze mieści się w pewnym garze, do którego mam dopasowaną pokrywkę, wszystko chyba przypadkiem się poskładało). 

Wziąłem więc i pozbawiłem kurę nadmiaru tłuszczu zmagazynowanego pod skórą (całkiem spore kawałki poleciały do kosza). Potraktowałem taką czy inną przyprawą, zagotowałem ździebko wody, włożyłem, przykryłem, zostawiłem. Z poczucia obowiązku czasem zaglądałem do środka, coś mi mówiło, że ta woda na dnie garnka jednak czymś przejdzie - może przyprawą, może kurą.

Po jakimś czasie uznałem, że nadeszła pora zakończenia tej zabawy. Wyjąłem wkładkę z kurą, odłożyłem na talerz. Z gara nadal unosił się miły zapach, aczkolwiek nie dostrzegłem tam spodziewanej wariacji na temat lekkiego rosołu, gdyż się jakby wygotował. To co pozostało w garnku, miejscami zaczynało już przywierać do dna, lekko zdrapane połączyło się w całkiem solidny sos. Hm, nigdy nie sądziłem, że od prostego gotowania na parze takie cuda się stworzy, nie omieszkam zapamiętać. I takie dietetyczne chyba! 

19:38, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 czerwca 2015

Tematem ostatnich dni w F1 jest niewątpliwie... wyścig samochodowy 24 godziny Le Mans, zaliczany oczywiście do zupełnie innego cyklu wyścigowego World Endurance Championship (wyścigi w tej serii trwają co najmniej po 6 godzin). Wyścig ten zawsze miał wiele punktów stycznych z F1, na liście startowej zawsze można znaleźć wiele nazwisk z lepszą lub gorszą przeszłością w F1, w tym roku jednak po raz pierwszy od dawna wystartował czynny kierowca F1 - Nico Hulkenberg (przepraszam za brak umlautów nad u). Był to jego debiut w tej imprezie, podobnie jak jego partnera Earla Bambera - i był to debiut nad debiuty, bo wspólnie z debiutującym w klasie LMP1 Nickiem Tandy (dwa razy startował bez sukcesów w znacznie słabszej kategorii) pobili wszystkich, kolegów z drugiej załogi Porsche wyprzedzając o okrążenie. W ogóle można rzec, że do sukcesu w tym roku potrzebny był kierowca F1 - drugie miejsce zajął świetnie znany kibicom F1 Mark Webber, w załodze z trzeciego miejsca jechał Andre Lotterer, który w zeszłym roku startował na Spa z Caterhamem (aczkolwiek to raczej incydent w jego karierze wyścigowej). 

W toku relacji (śledziłem przez czas jakiś, sporo koszul przy tym wyprasowałem) kilkakrotnie przewijały się porównania wyścigów WEC do wyścigów F1, różni komentatorzy zdradzali się z zauroczeniem dla szybkości samochodów i ilości walki na torze. Co do szybkości.. trochę trudno porównywać, bo samochody WEC i bolidy F1 nie stają zwykle razem na torze, z lubością powtarzano (jako dowód wyższości) uwagę Lotterera ze Spa, że samochody WEC w zakrętach mogą bardziej cisnąć z uwagi na lepsze opony - aczkolwiek z drugiej strony w tym roku prędkość maksymalna oscylowała koło 340 km na dwukilometrowych odcinkach prostej Mulsanne, podczas gdy bolidy F1 już w zeszłym roku wyciskały tyle na jednym kilometrze w Kanadzie, nie mówiąc o Monzy (osobną kwestią byłyby ustawienia). Co zaś się tyczy walki - kiedy przenicować wyścig Le Mans, to okazuje się on nieustającym lawirowaniem szybszych wokół wolniejszych, przy różnicach dalece wyższych niż w wyścigu F1; dość powiedzieć, że gdyby w kwalifikacjach LeMans zastosować znaną z F1 regułę wymagającą uzyskania najwyżej 107% czasu lidera, to z 55 samochodów, które zameldowały się na starcie, do wyścigu ruszyłoby... dziesięć (sklasyfikowana w wyścigu na przedostatnim miejscu załoga z Kubą Giermaziakiem miała do zwycięzców 75 okrążeń straty). Żeby sobie uzmysłowić, jak wygląda jazda w LeMans, należałoby wypuścić na tor 10 samochodów F1 (powiedzmy Mercedesy, Williamsy, Lotusy, Force India i Saubery), w towarzystwie 10 samochodów GP2 i 8 porsche z zawodów Super Cup; akcji byłoby co niemiara, ale czy to na pewno będzie ściganie na najwyższym poziomie...

Statystycy szybko wygrzebali, że ostatni raz czynni kierowcy F1 triumfowali w Le Mans w roku 1991. Cóż, kiedyś dla kierowców F1 start w Le Mans bywał po prostu naturalną częścią sezonu, pewnie nawet używali tych samych samochodów. Być może starty kierowców F1 znów staną się częstsze (choć pytanie czy samochodów nie braknie...), ciekawe czy doczekamy się startu bolidów F1 - regulaminy WEC są dalece bardziej elastyczne niż F1, zwycięskie porsche było napędzane dwulitrowym silnikiem benzynowym V4 turbo i pokonało faworyzowane audi z czterolitrowym turbodieslem, oba oczywiście w wariancie hybrydowym - a dziś Nick Chester z Lotusa zasugerował półżartem, że obecne regulacje F1 powodują, że silnik i skrzynia biegów powinny wytrzymać dystans Le Mans, więc kto wie... (oczywiście potrzebne byłyby opony wytrzymujące odpowiednio więcej, obecne opony dla F1 są projektowane raczej tak, żeby nie przejeżdżać na nich wielu setek kilometrów, bo to psuje wyścigi)

Tagi: F1 le mans WEC
21:27, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 czerwca 2015

Mało mnie obchodzi kto tak naprawdę - z kilkunastu możliwych osób - przekazał Stonodze, przez chińskie serwery albo i nie, zdjęcia akt sprawy podsłuchowej. Mało mnie obchodzi także co dokładnie w tych aktach jest i kto złożył lub złoży dymisję w związku z ich ujawnieniem, ani jaki to będzie miało wpływ na najbliższe i następne wybory. Mało mnie wreszcie obchodzi ile Stonoga za swój numer dostanie i kto go finansuje.

Jak mantrę powtarza się slogan o "kompromitacji prokuratury". Wiadomo jednak z pewnością w okolicach 99%, że zdjęcia zostały wykonane przez osobę spoza prokuratury, która miała ustawowe prawo dostępu do akt (najprawdopodobniej z grona pełnomocników jednego z oskarżonych - to zatem osobny kryminał). Z chwilą, kiedy osoba ta legalnie wyszła z prokuratury z legalnie zrobionymi zdjęciami, prokuratura utraciła jakąkolwiek faktyczną możliwość kontrolowania dalszego losu tych zdjęć - a mimo to oskarża się ją o to, że nie zrobiła niemożliwego. Prokuratorzy zapewne zapamiętają tę nauczkę i wyciągną jeden tylko możliwy wniosek: nie będą więcej pozwalać na samodzielne robienie zdjęć. Zainteresowani będą otrzymywać kopie zrobione w prokuraturze, zapewne odpowiednio numerowane, być może i w inny sposób oznakowane, aby była możliwość identyfikacji kopii.

Oskarżeni i pokrzywdzeni na pewno będą rozgoryczeni nie mogąc szybko otrzymać zawnioskowanych kopii (a sami ich już nie zrobią). Ale ci, którzy grali Stonogą, mają ich najzupełniej gdzieś.

09:11, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 czerwca 2015

Dziś czytam w gazecie, że szefowie niektórych włoskich regionów protestują przeciwko umieszczaniu u nich nowych uchodźców wyłowionych z Morza Śródziemnego. 

Wcześniej mieliśmy awanturę o to, czy każde państwo unijne powinno mieć obowiązek przyjęcia określonej kwoty uchodźców.

Więc proste pytanie testowe - czy wolisz:
1/ przyjąć uchodźców, żeby zamieszkali w Twoim mieście / regionie / kraju 
2/ zapłacić dodatkowo, żeby ci uchodźcy zamieszkali w innym mieście / regionie / kraju
3/ [tu mogłaby być opcja: zapłacić dodatkowo, żeby ci uchodźcy nie wyjeżdżali ze swojego kraju i mogli żyć jak ludzie w swoim, ale w przypadku choćby Syryjczyków taka opcja jest iluzoryczna]

W opcjach 2 i 3 podkreślam słowo "dodatkowo". I nie pytam skąd ci uchodźcy.

niedziela, 07 czerwca 2015

Zwróciłem na nie uwagę w zasadzie gdy tylko usiadłem w ławce; byłem pewien że nigdy ich dotąd na swoim rewirze nie widziałem. Zadbane, wręcz wymuskane, lecz jakże różne. Jedna ruda, bujna jak u Wikinga lecz wymodelowana jak w 3D, uzupełniona fryzurką "maszynką na krótko", z wyraźnie zarysowaną platformą na górze. Druga czarna, znacznie krótsza acz powierzchniowo rozległa, także węższa, lecz uprawiana nie tylko na skraju skroni; grube czarne oprawki wyraźnie odcinały ją od wyglansowanej glacy. 

Ich posiadacze, wbici w szykowne garniturki, sprawiali wrażenie straszliwie zagubionych: zerkali wokół naśladując zachowania, by nie popaść w zbytni nietakt. Jeśli ktoś chciałby namalować obraz "Hipsterzy na wycieczce w kościele", miałby modeli jak znalazł, najwyraźniej trafili tam wyłącznie do towarzystwa swoich partnerek w ramach uczczenia urodzin Teściowej (może in spe). Rżałem w duchu jak jeden wyciągał się straszliwie w kierunku kościelnego z tacą, który uprzejmie go zignorował, ponieważ za pół minuty miał podejść do tej ławki z drugiej strony.

A swoją drogą można się zagubić słuchając, że w porządku procesji mężczyźni mają iść między krzyżem a sztandarami, a reszta za księdzem. W każdym razie wychodziłem wraz z resztą.

Tagi: bzdury
14:16, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 czerwca 2015

Opowiem Wam bajkę... a może nie tyle bajkę opowiem, co piosenkę puszczę... a może jedno i drugie. 

Więc jest sobie taka pioseneczka, która idealnie się nadaje na piosenkę do filmu Disneya. Słodka, melodyjna, ciepłym głosem przez Madonnę (!) śpiewana, aż się szuka wzrokiem księżniczek, Truskawkowego Ciastka i Teletubisiów (ach, to nie ta bajka). Do tego jest absolutnie bajkowy teledysk, i tak przez dwie i pół minuty. 

I tu następuje zmiana. Najpierw - ani na moment nie wytracając dotychczasowego ciepła - pojawia się hiszpańska gitara, raźno podaje rytm. Wchodzą dęciaki, a później mimo że wydaje się podobnie jak na początku, to jednak wszystko razem brzęczy w tyle głowy, przenosząc w inny, roztańczony wymiar bajkowości, w którym pomieszczą się i dzieci, i dorośli.

Po polsku imię Jessica nie ma dobrego odpowiednika, choć niektórych rodzicieli to nie zraża. Dziś jednak Dzień Dziecka, więc wszystkim Dżesikom mówię: nie martw się, Dear Jessie.

Tagi: muzyka
19:50, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (5) »