Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 26 czerwca 2016

Smutna historia z wczoraj, przez smutną matkę spisana (pisownia oryginalna, wulgaryzmy w ramach cytatów z funkcjonariuszy).

"Serdecznie dziękuję policjantowi o numerze służbowym: 96 58 30 i Polskiej Policji za skuteczne zniwelowanie 20 lat mojej pracy wychowawczej.

Wracającego znad Wisły 20-latka policja zaprosiła do radiowozu za znaczek Razem na plecaku.

ZA ZNACZEK NA PLECAKU.

Tam, w zaciszu, bez świadków, policjant-kozak mówił, że nie lubi lewackich kurew i pedałów. Zapytał, czy młody lubi w dupę i czy bzyka się z pedałem Zandbergiem.
Zapytał, czy jest komunistą czy tylko lewacką spierdoliną.

Pierwszy błąd -- delikwent założył, że nie zrobił nic złego i może nie mieć dowodu.
Drugi błąd, że potem jednak ten dowód znalazł.

Panowie policjanci mu do wyboru mandat albo Kolska.

Błąd trzeci -- młody mandat przyjął, chociaż pałowania i paralizatorów w ofercie nie było, ale może był to pakiet specjalny.
Błąd czwarty -- uwierzył w to, co mówił policjant, że mandat 200 zł i podpisał nie sprawdzając kwoty.

W efekcie dostał mandat za 600 zł za "wprowadzenie funkcjonariusza w błąd i używanie słów uznanych za obraźliwe".
Jeśli nie dopisali znieważenia funkcjonariusza na służbie, do znaczy, że musiał mówić "do kroćset", "olaboga" i "sacrebleu".
Panów było czterech, gówniarz sam, świadków nie ma.

Przepraszam synu, że Cię dwadzieścia lat okłamywałam, że obywatel, nawet lekko nietrzeźwy, nie musi obawiać się policji.
Że policja tak naprawdę jest po Twojej stronie. Przepraszam, że nauczyłam Cię, że żeby cię ukarać, musisz być winny i że mandaty dostaje się sprawiedliwie. Niestety również nauczyłam Cię, że się je płaci i teraz muszę Ci pożyczyć 600 zł, które ze swoich studenckich dochodów będziesz mi spłacał trzy miesiące.

Panie Mariuszu, Marianie lub Marcinie, numer służbowy 96 58 30, już wiemy, że wróciły czasy, w których noszenie nieprawomyślnych znaczków jest niebezpieczne, że przed policją znowu należy uciekać.
Wychowałam się w latach '80, wiedzę jak omijać milicję wyssałam z mlekiem matki. Może pan być pewien, że ją przekażę synowi, żebyście z niego nie zrobili Grzegorza Przemyka Dobrej Zmiany.
A Panu i kolegom serdecznie dziękuję za rozwianie naszych złudzeń." 

Postscriptum: tekst został umieszczony na Facebooku i tam szeroko był rozpowszechniany. Po czasie mierzonym w godzinach został przez służby Facebooka skasowany, gdyż "nie spełniał Standardów społeczności Facebooka", tych samych, które w przypadku hate speech okazują się być naruszane dopiero w następstwie odwołania.

Please share.

czwartek, 23 czerwca 2016

W gruncie rzeczy nie mam edukacji muzycznej, żeby nie powiedzieć: głębiej się na muzyce nie znam. Nie przeszkadza mi to ani trochę o muzyce pisać, gdyż nie jestem krytykiem muzycznym ani nawet muzycznym dziennikarzem (i nie zamierzam być), piszę wszak głównie o swoich odczuciach związanych z muzyką. 

Bohaterka dzisiejszej notki to utwór wielokrotnie złożony, obejmujący pięć różniących się od siebie i skomplikowanych wewnętrznie części. Ma już swoje latka (wiek mocno emerytalny, lecz właściwy żywym), lecz dla mnie brzmi na wskroś nowocześnie. Niektóre fragmenty wprost genialne, jak początek czwartej części czy cała część pierwsza, pełna fanfar. Reszta zaś malownicza jest niemożebnie, obrazy się same próbują do mózgu cisnąć, na tyle, że nieustająco powraca pytanie "ale z jakiego to jest filmu?".

No i właśnie, kiedy wsłuchuję się, w różnych fragmentach niemal rozpoznaję nuty i motywy z wielu filmów. Kompozycja zdaje się być źródłem nieustającej inspiracji dla kompozytorów muzyki do filmów, od romansów przez westerny po filmy akcji i horrory, daję słowo że i Gwiezdnymi Wojnami mi zatrąca (nie, nie temat główny ani Marsz Imperialny, ten ostatni mi raczej Prokofiewem zalatuje). 

A jako że w niedzielę przypada 90 lat od pierwszego wykonania - dziś jest dobry dzień na odtworzenie. Filharmonicy wiedeńscy pod batutą Mackerrasa, Leos Janacek, Sinfonietta. Fanfary!

niedziela, 19 czerwca 2016

Tydzień temu - w początkach Euro - pisałem o finansowych rozterkach kibica pragnącego oglądać Euro 2016. Płacenie 75 zł uznałem za nieopłacalne, choć i tak miałem - jako klient Cyfrowego Polsatu - zniżkę, klienci innych platform musieli dać stówę. Przypuszczam, że podobnie uznało wielu kibiców, także tych pozbawionych choćby szczątkowej (w tej fazie) oferty Polsat Sport.

Kiedy pisałem poprzednią notkę, nie wiedziałem jeszcze, że dzięki dekoderowi tegoż Polsatu będę mógł te same mecze oglądać na kanałach niemieckiej telewizji publicznej (co po części wykorzystuję). Od kilku dni platformy zablokowały jednak dostęp do tych kanałów, czy też precyzyjniej: usunęły je z listy udostępnianych. Fala oburzenia przypominała tsunami, co sprytniejsi szybko jednak znaleźli obejście i oglądają dalej, na tych samych dekoderach (w tym, nie ukrywam, ja); inni wylewają pomyje (zwłaszcza na Polsat), grożą procesami i zapowiadają zrywanie umów, wzdychając do "cywilizowanych krajów".

W ostatnich latach podobną retorykę można było napotkać wśród fanów F1, kiedy na tydzień przed sezonem nie było wiadomo czy ktokolwiek będzie transmitował wyścigi. Zastanawiam się, ilu kibiców jest w stanie dostrzec związek pomiędzy umiarkowaną chęcią stacji telewizyjnych do płacenia milionów (euro) za prawa do transmisji a umiarkowaną chęcią kibiców do płacenia za możliwość oglądania tychże transmitowanych wydarzeń. Że nie wspomnę o płaceniu abonamentu...

wtorek, 14 czerwca 2016

Cztery lata temu w Aurora w Colorado strzelano do ludzi oglądających film w kinie.
Cztery lata temu w szkole Sandy Hook w Connecticut strzelano do dzieci w szkole.
W lipcu udaremniono próbę ataku na pasażerów pociągu z Amsterdamu do Paryża.
W listopadzie w Paryżu strzelano na ulicach do ludzi siedzących w restauracjach i kawiarniach.
W listopadzie w hali Bataclan strzelano do ludzi, którzy przyszli na koncert.
W listopadzie na St.Denis próbowano ataku na kibiców zgromadzonych na meczu.
W grudniu w San Bernardino w Kalifornii strzelano do urzędników.
W kwietniu w Brukseli wysadzono w powietrze metro i korzystających z niego ludzi.
W niedzielę w Orlando na Florydzie strzelano do ludzi bawiących się w klubie (w którym sprawca wielokrotnie bywał).

Co łączy te wszystkie zdarzenia? Są ohydnymi zbrodniami (popełnionymi na dodatek na Bogu ducha winnych ludziach). Dlaczego więc w tym ostatnim przypadku mówi się o szczególnej homofobiczności mordu, pomimo iż sprawca nie zdradził się w żaden sposób z takim motywem?

Ofiary w Orlando były Amerykanami (chyba że trafił się i ktoś inny, nie sprawdzałem listy). Były ludźmi jak my wszyscy. Współczucie należy się im i ich bliskim dlatego, że są ofiarami, a nie ze względu na swoją orientację seksualną.

PS Jeżeli ktokolwiek próbuje odnaleźć w tym wpisie jakiekolwiek usprawiedliwienie dla zbrodniarza lub podstawę dla homofobii, biję w mordę bez pardonu.

09:54, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 czerwca 2016

Rozpoczęło się piłkarskie Euro, teoretycznie święto dla fana. Teoretycznie fan powinien starać się wchłonąć ile wlezie i zrobić wszystko, żeby mogło wleźć jak najwięcej. 

Oczywiście, mało kto może sobie pojechać do Francji (nie wspominając, że tam też nie byłby w stanie przeskakiwać ze stadionu na stadion), chłonąć można dzięki dobrodziejstwu telewizji. W tym roku mistrzostwa Europy to aż 51 spotkań, ale tylko 24 z nich można obejrzeć w telewizji otwartej, na pozostałe 27 trzeba wykupić pakiet specjalny za 75 czy 80 złotych. Wychodzi niespełna trzy złote za mecz. Dużo? Nieszczególnie.

Pojawia się jednak pytanie: czy warto. Patrzę w specjalną rozpiskę znalezioną w gazecie i wychodzi mi, że pakiet obejmuje tak naprawdę trzy mecze 1/8 finału i 24 fazy grupowej, których wartość jest w istocie porównywalna z meczami eliminacyjnymi, hitów się wśród nich zbyt wielu nie uświadczy. 

80 złotych za 40 godzin oglądania piłki. Jeśli nie zapłacę, będę miał 40 godzin na inne zajęcia.

sobota, 04 czerwca 2016

Ta piosenka odruchowo kojarzy się z Dylanem, ale ja wersji Dylana zwyczajnie nie lubię. Jest taka rozłażąca się, niby przy gitarze, ale prawie jak a capella, ta gitara jest jakby obok. Najwyraźniej nie jest to ten okres twórczości Dylana, który do mnie trafia.

Zdecydowanie wolę wersję nagraną i opublikowaną raptem trzy miesiące później przez Byrdsów. Jest zupełnie inaczej aranżowana i instrumentalizowana, dynamiczna i rytmiczna, sixtiesowa. Może nie ta sama poetyckość, ale jingle-jangle brzmi jak ta lala.

A ponieważ mnie znów się czepiło i brzęczy we wszystkich zakamarkach w głowie, więc terapeutycznie się podzielę. Hey, Mister Tambourine Man, play the song for me...