Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
piątek, 29 lipca 2011

Ta powieść Michaela Crichtona to oczywiście thriller, i jak to najczęściej u Crichtona bywa, z silnymi akcentami technicznymi. Do tego całkiem niezła intryga, odpowiednia porcja sensacji, odrobina prawniczego lawiranctwa, no i jak to u Crichtona, dobre rzemiosło pisarskie. A zaczyna się od incydentu lotniczego kończącego się przymusowym lądowaniem i śmiercią.. nie, nie wszystkich, a tylko trzech osób na pokładzie (oraz oczywiście pewną porcją obrażeń u innych).

Nie piszę o tej książce dlatego, że właśnie ją przeczytałem (bo znam ją od lat, kiedy ambitnie pochłonąłem bodaj całą twórczość Crichtona). Piszę o niej, bo fascynująco opowiada o badaniu przyczyn incydentów lotniczych: złożoności przyczyn, wielości fałszywych tropów (wykrywanych w śledztwie nieprawidłowości, które pozornie mogły się przyczynić do zdarzenia, choć per saldo okazują się być bez znaczenia), oraz o czynniku ludzkim, który koniec końców najczęściej do tych incydentów doprowadza. Jak również o tym, jak się tworzy raporty i zalecenia powypadkowe, i jak bardzo powszechne odczucia potrafią odbiegać od rzeczywistości.

Powieść kończy się prawie happy endem: główna bohaterka odkrywa rzeczywistą przyczynę zdarzenia, ratuje honor firmy i własną karierę, intryganci zostają ukarani. I tylko raport końcowy po wypadku milczy o jego rzeczywistej przyczynie, ograniczając się do zaleceń typu "należy lepiej dbać o wyszkolenie pilotów i opracować lepsze procedury na takie sytuacje".

Pamiętajmy o tym wszystkim myśląc o raportach z rzeczywistych wypadków.

środa, 27 lipca 2011

Uwielbiam czytać o kolejowych perypetiach rodaków. Najpierw była zimowa ta zadyma, co to ludzie w Zakopanem nie zmieścili się do pociągu, i aż wszyscy chcieli za to ministra odwoływać, jakby to on osobiście określał długość i ilość składów. Teraz, w okresie letnim, ludzie się zdaje się zmieścili, a przynajmniej wsiedli i było im aż tak źle z tego powodu, że aż się postanowili zbuntować

Właściwie już nawet nie mam siły się oburzać na ludzką bezmyślność. Dostrzeżenie prostej zależności pomiędzy liczbą wsiadających do pociągu, a warunkami jazdy w tym pociągu, jest jak widać zbyt skomplikowane dla ludzi XXI wieku (być może to efekt skasowania matury z matematyki? w takim razie jest nadzieja na przyszłość..) Powszechne nawoływanie „dlaczego PKP (którakolwiek) nie kontroluje liczby sprzedanych biletów”, w razie spełnienia powodowałoby oczywiście święte oburzenie „jak ja mam dojechać skoro od miesiąca nie ma żadnych wolnych biletów a przecież mam wykupione!!!” (nie wspominając o problemie biletów na część trasy oraz możliwości jazdy z przesiadkami etc). Informacja, że obecnie również istnieją pociągi oferujące rezerwowane miejsca, jak widać jest zbyt trudna do uświadomienia albo też nie dość atrakcyjna, bo cena rezerwowanego miejsca jest oczywiście wyższa. Palmę pierwszeństwa w bezmyślności należy zaś przyznać „matkom z małymi dziećmi”, które jadąc w taką trasę nie zadbają o zapewnienie swoim dzieciom odpowiedniego standardu podróży. 

Drwię sobie okrutnie z tych oburzonych, bo wspominam (prawie z nostalgią) swoje niegdysiejsze kolejowe podróże wakacyjne, niejeden raz przestane na korytarzu. W PRL i wczesnej RP kolej działała chyba sprawniej niż dzisiaj, niemniej na obleganych trasach, w obleganych terminach zawsze były ciężkie walki o zajęcie miejsca w pociągu, oraz przeciskanie się korytarzem przez siedzących, stojących i bagaże w drodze do wyjścia lub toalety (wydaje mi się jednak, że o tyle mieliśmy więcej rozumu i poczucia wspólnego dobra, że ubikacje pozostawiało się niezajęte). Niezapomniany był powrót z II Wielkiego OBS-u, kiedy z braku miejsca na korytarzach, rozmieściliśmy się w łączniku między wagonami (trochę głośno było, fakt) i w ramach pomysłów racjonalizatorskich ułożyliśmy sobie tam siedzisko z namiotu Gwiżdża. Trasa z Krosna na Śląsk okazała się być na tyle długa, że stykające się części wagonów przetarły na wylot pokrowiec namiotu...

sobota, 23 lipca 2011

Zbieramy się na popołudniowy spacer. Junior dał się nieco Rodzicom we znaki, więc dociekliwe pytanie "a co będziemy robić" Ojciec kwituje krótkim "niespodzianka". Junior się jednak łatwo nie poddaje:
- A pojedziemy na północ, południe, zachód czy wschód?
Ojciec analizuje w myślach mapę i odpowiada:
- Na wschód.
- O, to pewnie do Krakowa?

 Cóż, wybieraliśmy się tylko na jeżyny.  Z dala od Małopolski.

Tagi: dialogi
20:39, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lipca 2011

Rozprawa z serii "bo cela była za ciasna" (czyli o zadośćuczynienie za warunki w areszcie lub więzieniu). Strona powołuje na świadków osoby, z którymi siedziała i cierpiała. 

W dniu rozprawy, na salę wchodzą:
- pełnomocnik pokrzywdzonego (nieborak działający z urzędu),
- 2 świadków (jeden w kajdankach),
- 4 policjantów pilnujących świadków dowiezionych z aresztu (gdy byli powoływani, jeszcze byli na wolności).

Pokrzywdzony nie pojawił się, sąd źle mu się kojarzy. Nawet taki, który ma mu przyznać pieniądze. 

Tagi: sąd
20:30, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lipca 2011

Relacjonując tegoroczny Tour nieoceniony duet J&W na etapach pirenejskich zaczął z wielkim przekąsem mówić o "czajnikach". To złośliwe określenie odnosiło się do kolarzy z czołówki, którzy zamiast próbować atakować, zmieniać układ w klasyfikacji, walczyć o koszulkę lidera, skupiali się na wzajemnym obserwowaniu i pilnowaniu się, żeby broń Boże któryś nie uciekł. Takie "czajenie się" (tutaj złośliwość podpowiada mi na dodatek Hugh Granta w "Czterech weselach i pogrzebie", jak sugerował Andie MacDowell "przyczajenie się" w pokoju - a przynajmniej w jednej z wersji polskich list dialogowych) trwało przez większość etapu, aż po niemal ostatnie metry, kiedy w ostatniej chwili ktoś wreszcie postanawiał nacisnąć mocniej, nie zarabiając na tym jednak wiele, bo jaką przewagę można zbudować na kilkuset metrach średnio stromego podjazdu.  

Wszyscy wtedy zastanawiali się, jakie faworyci mają plany i priorytety, zwłaszcza bracia Schleckowie, których grupa często mocno prowadziła peleton sobie a muzom. Wydawało się, że skupiają się głównie na utrzymaniu przewagi nad Contadorem, ignorując właściwie fakt, że liderem nieoczekiwanie jest Thomas Voeckler. No i tak utrzymywali tę przewagę nad Contadorem, nawet leciutko ją powiększając, a Voeckler tymczasem swojej przewagi zasadniczo nie tracił, i wykorzystywał sytuację niemal bezczelnie, wychodząc z zasady "oni niech się szachują, czarują i czają, a ja mam dwie minuty przewagi to co się będę męczył". Podobno - jeśli wierzyć naszym ulubionym komentatorom - Voeckler szybko liczy w myślach i zawsze wie, jaką kto ma przewagę nad kim, a kto do kogo ile traci, rzeczywiście lub wirtualnie. Ciekawe jak szybko liczą inni.

No i tak Pireneje minęły spokojnie, Voeckler nie stracił, Schleckowie utrzymali się przed Contadorem, Contador odpoczął. Zaczęły się Alpy, Contador zaczął kąsać. Dwa etapy z rzędu zręcznie atakował, a Luksemburczycy gonili z wywieszonymi ozorami. W efekcie czołówka się jeszcze bardziej spłaszczyła - w ogóle jest fascynująco, bo czołowa ósemka mieści się w w czterech minutach - a przed nami dopiero decydujące etapy, dwa mocne górskie i czasówka. Będą musieli atakować, bo na razie na wszystkich tych manewrach wydaje się, że wygrał Evans, który ma już tylko niespełna półtorej minuty straty do lidera, a na czasówce może być mocny. Bardziej się czaił, czy kalkulował?

A więc do popołudnia, do piątku, do soboty - i Paryż czeka. Na kogo? Myślę, że nie na Schlecka, ale może oni chowają siły na największą górę. 

poniedziałek, 18 lipca 2011

Technika to dla futbolisty podstawa, ale na samej technice daleko się nie zajedzie. Brazylijczycy na Copa America starali się wygrac sztuczkami technicznymi, indywidualnymi umiejętnościami - szło tak sobie. W ćwierćfinale technika Pato i spółki nie przyniosła gola i skończyło się rzutami karnymi.

W serii karnych, Brazylijczycy nadal próbowali technicznie i skończyło się trzema niecelnymi strzałami (niektóre tak niecelne, jakby byli po pierwszym treningu w życiu, a zwłaszcza przed lekcją jak nie podchodzić pod piłkę), czwarty strzelony byle jak padł łupem bramkarza. A Paragwajczycy? Pierwszy próbował technicznie i też spudłował. Dwaj następni zastosowali najprostszą metodę - mocno w środek, licząc na to, że bramkarz będzie skakał do rogu. Skuteczność stuprocentowa.

Oczywiście, każdy pamięta wiele karnych strzelanych cudownie technicznie (mnie nie potrafi wyjść z pamięci jedenastka Romario na amerykańskim Mundialu). Ale żeby to osiągnąć, z techniką musi się zgrać psychika. Właściwie zawsze musi.

Adio Brasil.

niedziela, 17 lipca 2011

Wizyta służbowa w Krakowie pomyślana była pod hasłem "jak bardzo autostrada może zanudzić". Mój pojazd codziennego użytku ma bowiem iloczyn wieku i pojemności w okolicach 9,6 rokolitra, więc eksploatuję go spokojnie, trzymając sobie prędkość podróżną w okolicach 100 km/h, co na autostradzie nie jest prędkością zawrotną (kiedyś jechałem z taką właśnie szybkością z Grodu Kraka i ziewałem straszliwie). Cóż, było bardziej urozmaicenie niż myślałem, głównie za sprawą paru ciężarówek wymuszających zwolnienie lub przyspieszenie, oraz pewnego sympatycznego autobusu PKS, który na zjazdach wyprzedzał mnie swoimi 105 km/h, po czym był wyprzedzany pod górkę, kiedy męczył się osiemdziesiątką. Muszę natomiast zadać kłam twierdzeniom o straszliwych niedogodnościach remontowych - bodaj raz przejeżdżałem na przeciwległy pas (a i to nie jestem pewien czy na płatnym odcinku), i ze cztery razy był zajęty kawałek pasa, przez co ruch odbywał się dwoma lekko zwężonymi tymczasowymi pasami z ograniczeniem do 80. W rezultacie - pamiętając o mojej prędkości podróżnej - przejazd od bramek do bramek miał średnią prędkość 90 km/h z haczykiem (piątkowe przedpołudnie).

W drodze powrotnej postanowiłem zbadać trasę alternatywną, to jest drogą krajową 94 na Olkusz-Dąbrowę Górniczą. Przyznam szczerze, że ma całkiem dobrze zrobioną nawierzchnię tam, gdzie jest jednopasmowa. Nie odnotowałem stad ciężarówek, największym utrudnieniem były światła i miejskie korki w Olkuszu. Średnia prędkość na odcinku do skrzyżowania z DK1 w Sosnowcu - ponad 60 km/h (gdyby ktoś chciał robić dokładne porównanie obu tras, niech pamięta, że na trasie autostradowej trzeba byłoby doliczyć spowalniające odcinki Murckowska-Brzęczkowice oraz Balice - Rondo Ofiar Katynia, a na alternatywnej - dość szybki odcinek od węzła Murckowska do w/w skrzyżowania). 

A Kraków, jak to Kraków, po niektórych ostatnich przebudowach dróg niezła zagadka dla obcych nieużywających GPS (jak ja). Kiedy jechałem do, moją uwagę przykuł pewien budynek przy drodze, na tyle frapujący, że aż powiodłem za nim wzrokiem (odrywając go od drogi). Żeby się upewnić, że dobrze widziałem, wracając wypatrywałem go z oddali i specjalnie ku niemu skręciłem, żeby mu się dobrze przyjrzeć i uwiecznić:

hotel Cracow style Kraków wita

Nazwy hotelu już wśród tych pawich piór nawet nie zapamiętałem.

Tagi: fotka
19:08, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 lipca 2011

W dzisiejszym, bardzo ciekawym etapie TdF, mieliśmy Sytuację-Jaka-Się-Nie-Powinna-Zdarzać: samochód ekipy telewizyjnej mijając na parędziesiąt kilometrów przed metą uciekającą przez większość etapu grupę, minimalnie odbił w bok potrącając jednego z kolarzy (a ten wylatując na pobocze na dodatek spowodował, że lider klasyfikacji górskiej przekoziołkował wprost na drut kolczasty i skończył etap 16 minut za peletonem, zamiast 4 minuty przed nim, jadąc z poranionymi nogami).

Nie będę się silił na dogłębne analizy, jak bardzo to było niesprawiedliwe, rozważał mechanizmy szkolenia kierówców obsługujących wyścigi ani poszukiwał podobnych zdarzeń w przeszłości. Ot, po prostu wczoraj jechałem z rodziną na wycieczkę górską do Wisły i w Czarnem znienacka zatrzymali nas na skrzyżowaniu policjanci, którzy pilnowali jakiegoś wyścigu kolarskiego. Peleton już był przejechał i tylko go maruderzy gonili, więc po chwili pozwolili nam jechać, srogo przykazując "nie wolno wyprzedzać!" Jechaliśmy więc grzecznie pod Zameczek, trzymając się za kołem goniącego peleton zawodnika, w tempie jedynka-dwójka-jedynka. Z wielką ulgą przywitaliśmy pierwszą możliwość zmiany tego stanu rzeczy - kiedy zaparkowaliśmy pod Zameczkiem.

A pod ten Zameczek to właściwie wcale się nie wybieraliśmy (tylko na parking pod leśniczówką), tylko jakoś nas ten wyścig zasugerował. Nie była to zresztą istotna różnica dla naszej wycieczki:)

Tagi: kolarstwo tdf
18:48, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 lipca 2011

Miałem napisać notkę o zupełnie innym utworze, ale kiedy usłyszałem w radio tę wiadomość, po prostu wszystko natychmiast odeszło na dalszy plan.

Dzisiaj pogrzeb Macieja Zembatego. Odbędzie się w Warszawie, na Powązkach, natomiast w chwili wyprowadzenia z kościoła, ma nastąpić zdarzenie szczególne: w Krakowie z wieży Kościoła Mariackiego ma zabrzmieć zagrane na trąbce "Alleluja" Cohena.

I tylko nie wiem, czy w pogodę taką jak dzisiaj, ktokolwiek się przemoczy.

12:21, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 lipca 2011

Oferowana przez Google przeglądarka rozwija się w takim tempie, że użytkownik nieraz nie wie nawet, z jakiej aktualnie wersji korzysta - bo aktualizacje, w tym nowe wersje, ściągają się i instalują automatycznie. O tym, że coś się zmieniło, dowiaduję się zwykle z komunikatu zapory "aplikacja została zmieniona od czasu ostatniego połączenia". Czasem jednak udaje się dostrzec w działaniu jakiś nowy drobiazg, niekoniecznie w momencie, w którym naprawdę chcieliśmy dowiedzieć się czegokolwiek takiego. 

Jedną z takich zmian wprowadzonych w Chrome, było rozbudowanie komunikatów o błędach z "Coś się stało" do "Oops! Coś się stało". W ramach tej ewolucji, menedżerowie produktu postanowili zaszaleć i udzielić klientowi w sytuacji trudnej prawdziwego natychmiastowego supportu.* Kiedy więc z jakiegoś powodu, komputerowi nie uda się połączyć ze stroną, możemy zobaczyć taki oto fascynujący zestaw porad:

Strona internetowa jest niedostępna

The server at www.facebook.com can't be found, because the DNS lookup failed. DNS is the web service that translates a website's name to its Internet address. This error is most often caused by having no connection to the Internet or a misconfigured network. It can also be caused by an unresponsive DNS server or a firewall preventing Google Chrome from accessing the network.

Oto kilka propozycji:
Reload this web page later.
Check your Internet connection. Reboot any routers, modems, or other network devices you may be using.
Sprawdź ustawienia DNS. Jeśli nie masz pewności, co to znaczy, skontaktuj się z administratorem sieci.
Try disabling network prediction by following these steps: Go to Wrench menu > Opcje > Dla zaawansowanych and deselect "Przewiduj działania w sieci, aby przyspieszyć ładowanie stron." If this does not resolve the issue, we recommend selecting this option again for improved performance.
Try adding Google Chrome as a permitted program in your firewall or antivirus software's settings. If it is already a permitted program, try deleting it from the list of permitted programs and adding it again.
If you use a proxy server, check your proxy settings or check with your network administrator to make sure the proxy server is working.
If you don't believe you should be using a proxy server, try the following steps: Go to Wrench menu > Options > Under the Hood > Change proxy settings > LAN Settings and deselect "Use a proxy server for your LAN." 

Na pewno każdy po przeczytaniu będzie mądrzejszy.

*wiem, to się wszędzie wciska, ten żargon

20:46, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2