Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 30 lipca 2013

Proszę o wybaczenie, że po przerwie w tak brutalny sposób powracam do blogowania, ale cóż poradzić, człowiek chce radosny powrócić do rzeczywistości, a tu na blogu (na tym drugim, sportowym), wita go taki oto komentarz:

Dla naszego klienta chcielibyśmy umieścić na Waszym blogu artykuł lub artykuł sponsorowany. Nie możemy znaleźć danych kontaktowych do autora bloga stąd kontaktujemy się poprzez wpis w tym miejscu. Prosimy o kontakt mailowy w pierwszym możliwym terminie: info@spozycjonowani.pl.

No i teraz tak: oczywiście mógłbym się poczuć dowartościowany, jako Prawdziwy Blogerę, ale że jak wiadomo predyspozycji w tym kierunku nie posiadam, to odczułem głęboki dysonans (tak delikatnie mówiąc). Bo co innego dobrowolnie zamieścić reklamę (albo zostać zmuszonym do akceptowania reklamy, na szczęście chwilowo nie ma miejsca), a co innego tolerować na swoim własnym podwórku coś udającego mój tekst własny ku chwale jakiegoś badziewiaka, nawet jeśli miałoby to (ewentualnie) oznaczać podbicie mojego bloga w jakimś rankingu (to akurat moja dywagacja, może to nie mnie mieli pozycjonować tylko badziewiaka, tym gorzej dla nich). 

Tak więc proszę zapamiętać na przyszłość i tego rodzaju ofert mi nie składać. Sposób skierowania oferty nie miał znaczenia, jakby ofermy domyśliły się jaki jest mój e-mail i przysłały ofertę mailem, to też doczekałyby się zacytowania maila w notce, jak to już drzewiej bywało. Na pewno nie mogą natomiast liczyć na spełnienie prośby:

Po kontakcie z nami, będziemy wdzięczni za usuniecie tego wpisu z Waszego bloga.

Hehehehe.

A notki o przyjemniejszych tematach zapewne wkrótce nastąpią, jak się poukładają w głowie i tak dalej.

wtorek, 16 lipca 2013

Przygotowuję się do wakacyjnego wylotu, na checkliście między innymi internetowa odprawa. Widzę znajome teksty, z których śmiałem się dwa lata temu, klikam je nie zwracając nawet uwagi, wklepuję pracowicie numery paszportów, wzdycham ciężko, ileż to po drodze razy muszę zaznaczyć opcję, że nie chcę czegoś jeszcze dodatkowego i absolutnie niezbędnego zamówić. Zrobione, wydrukowane. Po pewnym czasie widzę, że w skrzynce mailowej pojawia się wiadomość od przewoźnika, niczego się prawdę mówiąc nie spodziewałem, więc z pewnym takim niepokojem sprawdzam. 

Tym razem mail jest pod hasłem "pamiętaj że Twój bagaż podręczny musi mieć wymiary..." (oczywiście oferta kupna licencjonowanej walizki o idealnych wymiarach). Przelatuję całość szybko wzrokiem, bo znam wszystkie informacje dość dobrze, zatrzymuję się na "przedmiotach niedozwolonych". Klikam, by zobaczyć szczegóły.

Więc jeśli się rozchodzi o szczegóły, to na pokład nie można zabierać między innymi:
- elektrycznych pastuchów,
- broni laserowej,
- włóczni,
- gwiazd do rzucania,
- lamp lutowniczych,
- kubatonów i kubasauntów,
- alkoholu, alkoholu etylowego, napojów alkoholowych o mocy przekraczającej 70% objętości,
- zainfekowanej krwi,
- gaśnic,
- (przecież nie będę całej listy przeklejał).

Czujcie się poinformowani jako i ja jestem.

A w ogóle to do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie, chyba że mnie jakieś wifi napadnie. 

Tagi: bzdury
21:20, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 lipca 2013

Sezon ogórkowy w pełni... Na głównej stronie "macierzystego" portalu wielki nagłówek prowadził dziś do interwencyjnego tekstu o tym, jak to pewna pani rozwiodłszy się z małżonkiem, zaciążyła ze swoim bieżącym partnerem, i teraz jest wielce zdziwiona, kiedy się okazało, że prawnym ojcem dzieciątka jest były już małżonek. Dzieciątko urodziło się bowiem przed upływem trzystu dni od rozwodu, a że ignorantia iuris... i "po co się generalnie żenić, skoro papierek nam niepotrzebny", to zadziałał prawny automatyzm przepisu art. 62 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. 

O samej racji tego przepisu rozpisywać się akurat nie zamierzam, zainteresowani mogą poczytać podręcznik Winiarza albo (dla bardziej zaawansowanych) jakowyś komentarz do kodeksu. Głęboko poruszył mnie natomiast ton komentarzy, wśród których dominowały poglądy o głębokim wstecznictwie tego przepisu "w dobie przeszczepów twarzy i badań DNA", o "polskim zacofaniu", o beznadziejności tego kraju, o ciemnogrodzie i dziczy (pozwolą państwo, że nie będę linkował, kto czytał ten widział, kto ciekaw wygugla). Oczywiście wypowiedzi te były oparte na klasycznym (czasem się mówi "typowo polskim", ale to chyba jednak nadużycie) przeświadczeniu, że własna ocena jest wystarczająca do uznania się za fachowca. Nikomu wszak nie przeszkadzało, że podobne zasady istnieją choćby w prawie francuskim czy włoskim (w paru innych krajach podobna zasada ograniczona jest do śmierci męża, ale w istocie swojej taka sama), nie przeszkadzało, bo zwyczajnie o tym nie wiedzieli.

Niewiele wcześniej zaś podobna "dyskusja" toczyła się pod tekstem dotyczącym ks. Lemańskiego - z tym, że nie pod relacją z plebanii, tylko pod fachowymi (w założeniu) analizami prasowymi, czy odwołanie się przez ks. Lemańskiego od usunięcia go z funkcji proboszcza powoduje zawieszenie wykonania dekretu biskupiego, czy nie. Nikt w zasadzie nie przejmował się zupełnie zawiłościami kodeksu prawa kanonicznego (moim zdaniem ks. Lemański na pewno powoływał się na niewłaściwy przepis, ale mniejsza z tym), komentatorom wystarczyło przekonanie, że mają rację co do zasady, więc i w szczegółach zapewne też. Chciałbym im życzyć, by we własnych sprawach zdawali się jednak czasem na chłodny ogląd szczegółów, bo często naprawić szkód się potem już nie da. 

Podobno dla młodszych pokoleń Internet to "ich kraj". Straszny to ciemnogród, ten Internet.

niedziela, 14 lipca 2013

Niewielka, kolorowa, przyprawiająca o szaleństwo oczy, a może i błędnik. Zajawkowo już była (nie sama, lecz w towarzystwie), teraz pora na szerszą galerię.

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy oleandry

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Wspominałem już, że to miasteczko w wersji kompaktowej. Gdy się w nie zagłębić, szybko widać, jak każdy kawałek został wykorzystany.

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

I w każdym miejscu można znaleźć coś uroczego, czym sobie mieszkańcy uprzyjemniają życie. 

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

PS zupełnie bez związku z miejscem: zmieniłem ostatnio sposób wstawiania zdjęć, gdyby ktoś spojrzał świeżym wzrokiem i podpowiedział, czy jakość się zmieniła w stosunku do zdjęć zamieszczanych do maja...

Obiecywałem sobie zmianę tematyki na blogu sportowym, no i się udało. Nawet jeżeli napisała się najpierw jeszcze notka o futbolu:
Tłusta dogrywka,
to potem przyszedł cykl notek tenisowych:
Pokotem
Niepozorny
Na wstecznym
Porażka hazardzisty
a na koniec świeża notka kolarska:
Setne kółko.

Po urlopie... może znów będą zmiany, jeszcze do końca nie wiem. Ale to pod koniec miesiąca albo już w przyszłym.



 

 

11:38, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 lipca 2013

Przeczytałem właśnie wstrząsający artykuł o blogowaniu. Pierwsze zdanie brzmi "Co sprawia że blogerowi chce się pisać?" - i na tak postawione Pytanie ponoć odpowiedź brzmi "najważniejsza jest PRÓŻNOŚĆ". 

Cóż, trzeba wziąć na klatę, sam w końcu mam notkę o tym jak przyznaję się do próżności skromnych rozmiarów, obywatelscy blogerzy śledczy mogą mi wytropić, czy gdzieś nawet nie bardziej (jak przeczytają ten tysiąc z hakiem notek, mnie się nie chce grzebać w pamięci...). Poza tym "interpretacja próżności może być szeroka", aspekty techniczne tego zdania pozostawiam koledze Brezly'emu, w każdym razie pomimo mojego przyrodzonego przekonania o skromności może jednak wyjść na to, że upajam się własnym blogowaniem (a może to nie próżność tylko narcyzm by był...)

Podobno blogerzy lubią też dostawać coś do testowania. Pewnie, kto by nie lubił, czy do tego na pewno trzeba być blogerę? Zacząłem się zastanawiać, co do testowania mógłbym dostać... hmm... patrząc na tytuł bloga być może jakiś producent szczotek lub grzebieni... Nie byłby to może wcale zły pomysł, grzebienie zdarza mi się gubić lub przynajmniej czasowo zapodziewać, a tak jakbym dostał do testów to mógłbym mieć i na stałe w aucie (wraz z zapasem), i w domu w różnych łazienkach i pomieszczeniach, i w teczkach, i może w kieszeniach marynarek, i... no w wielu praktycznych miejscach oczywiście. 

Podobno blogerzy lubią też interakcję ze swoimi kochanymi czytelnikami. Kochani, interakujmy więc!

PS Tekst jest tutaj, lub przynajmniej był ostatnio.

niedziela, 07 lipca 2013

Przez to, że w jednym z banków zaczęli mieszać w hasłach (zmień hasło i niech nie jest identyczne jak 10 ostatnich...) pogubiłem się w tym, jakie mam hasło do jednego z kont, przekroczyłem liczbę dozwolonych prób i w celu dostania się do rachunku (chciałem tylko jedną niewinną rzecz sprawdzić), zmuszony byłem zadzwonić na infolinię. Pomyślałem sobie "infoliniarz też człowiek, na dodatek w pracy przy niedzieli" i postanowiłem być miły, bo czemu nie. Po przebiciu się przez System wreszcie usłyszałem w słuchawce głos konsultantki. 

Poinformowałem uprzejmie w czym rzecz, najwyraźniej nazbyt uprzejmie, bo postanowiła zwracać się do mnie per pani. Czasem się to ludziom zdarza (zwłaszcza kiedy jestem miły), nie przejmując się podałem nazwisko i numer, a pani równie uprzejmie poprosiła, aby... właściciel konta podszedł w takim razie do telefonu. Zasugerowałem pani, że właśnie z nim rozmawia, zmieniając już nieco ton głosu, ale pani najwyraźniej zasłuchała się w tę pierwotną jego melodię i nie chciała dopuścić do siebie myśli, że ja to ja, ten on (albo że ja to ten on...  no nieważne), nawet kiedy zagroziłem że za chwilę zacznę kląć. Koniec końców.. odesłała mnie do placówki bezpośredniego kontaktu, aby tam zweryfikowano moją tożsamość, w zakresie płci jak sądzę. 

Odbluzgałem w milczeniu. Połączyłem się jeszcze raz, ustawiając rozmowę od przedstawienia się szorstkim tonem. Słusznie przewidziałem, że tym razem natrafię na inną konsultantkę, która nie doszukiwała się w moim głosie podstępu. Do placówki może sobie pójść ta pierwsza, ja może nie zrezygnuję jeszcze z współpracy z tym bankiem, ale miły nie będę.

12:05, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (8) »
sobota, 06 lipca 2013

Lipiec, urlop za pasem, a tu jeszcze tyle wspomnień z poprzednich wakacji zostało...

Corniglia jest niewielka, leży w samym środku Cinque Terre. Jak wszystkie tamtejsze miasteczka, jest na pierwszy (i nie tylko) rzut oka kolorowa:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia 

Nie od razu jednak widać, co z niej za ziółko, ot mieścina nad morzem:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Dopiero widziana z właściwej perspektywy (lub właściwego punktu widzenia) ujawnia swój podstępny urok:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Na górce, między domami, jest przyjemnie jak to w miłym włoskim miasteczku, choć mieszkać tam bym chyba nie chciał, transport bowiem odbywa się dołem, czy wodny, czy kolejowy, zresztą już wspominałem. Zdjęć się z miasteczka wiele nie narobiło, bo to jednak środek drogi był i czas zaczynał gonić.

piątek, 05 lipca 2013

Nauczycielka muzyki Waleria Ryszanek (44) jest zaszokowana: ten mężczyzna jest o głowę niższy ode mnie, a do tego gruby i łysy!

W ubiegłym miesiącu tematem dyskusji gazetowych był list pewnej pani, która w wieku trzydziestoplusletnim, będąc skarbnicą wielu zalet, straszliwie ubolewała, że nie potrafi znaleźć godnego jej partnera. Doczekała się w odpowiedzi wielu listów i komentarzy, przeważnie sugerujących, że nie docenia własnych ułomności, bądź wyolbrzymia ułomności swoich zalotników (jeśli to słowo w ogóle jest na miejscu, jeśli właściwszym określeniem nie byłoby: uczestników castingu). 

Potem dwanaście lat żyła bez mężczyzny, wprawdzie od czasu do czasu znajdował się jakiś zainteresowany, ale apodyktyczna Waleria szybko go do siebie zniechęcała

Kiedy czytałem te dyskusje, przychodziło mi do głowy wiele złośliwych komentarzy osadzonych w kulturze (w tym w popkulturze). Żaden jednak nie wydawał się bardziej odpowiedni, niż cudowne opowiadanie Vladimira Parala ze zbioru "Dekameron 2000 czyli miłość w Pradze", zatytułowane "Waleria i jej mały magister" (w przekładzie Emilii Witwickiej). Bohaterkę żeńską scharakteryzowały powyższe cytaty, bohatera męskiego... przedstawiły raczej niż scharakteryzowały, on sam szybko "zaczął rozumieć, jakiego rodzaju kobietę ma przed sobą". Dalszych opisów postaci i rozwoju akcji już cytować zasadniczo nie będę, kto ciekaw niech przeczyta sam, kto nie ciekaw... co ja mu poradzę, Parala zawsze czytać warto, nie znam lepszego poety codziennego, monotonnego życia, na dodatek z czeskim urokiem. W każdym razie złośliwie oczywiście zadedykuję pani, która zainicjowała tę dyskusję, ten passus:

Walunia nie posiadała się z radości, Sławek wszystko potrafi i właściwie wcale nie jest taki gruby i włosów zostało mu jeszcze sporo, zwłaszcza po bokach i z tyłu na ciemieniu, w końcu choćby taki Napoleon też był niedużego wzrostu, miał brzuszek i niewiele włosów.

Oczywiście, myślenie zaprezentowane w tym zbiorze jest przedćwierćwieczne, miłośnicy gender i feminiści może poczują się dotknięci, nie rusza mnie. I doprawdy, przecież nie zanudzałbym banalnym happy-endem.