Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010

Tak mi jakoś chodziło po głowie, że to w tej okolicy, zaguglałem, i stało się: to dzisiaj Blog Day. Polecajmy więc, a nuże (kolejność przypadkowa).

1. Blog mojego podwójnie byłego prawie-jak szefa (podwójnie, bo najpierw ja przestałem podwładnić, a potem on przestał szefować; prawie, bo to była tyko podległość w obrębie funkcji społecznej na portalu), czyli Ad Absurdum. Mniej pisze, bo szczęśliwie zajęty:)

2. Polite dissent, czyli blog (serwis prawie) o popkulturze i medycynie. Krzyżówka popkultury i medycyny? Tak, House (właściwie nic tam innego nie czytam poza krytyczną analizą poszczególnych odcinków z punktu widzenia medyka).

3. Podróż na Południe, czyli o Ameryce Łacińskiej słów niemało. Jak zaglądam, to na tradycyjną wersję blogową, choć to też wypączkowało serwisem poważniejszym.

4. Z tym facetem się zwykle nie zgadzam, ale zawsze dobrze jest poszerzać perspektywę.

5. No i tradycyjnie poleca się całą aktualną zawartość blogrolla.

Disclaimer jak w zeszłym roku (po odejściu od Zapisków reklamacji nie uwzględnia się).

Tagi: blogday
21:06, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »

Kariera Roberta Kubicy w F1 przebiega prawie sinusoidalnie. Zaczynał w roku 2006 wrzucony do bolidu w trakcie sezonu i na dzień dobry omal nie zdobył punktów (dyskwalifikacja za niedowagę), a kilka wyścigów później już stał na podium. Później był nienajlepszy rok 2007, jakże emocjonujący 2008, mizerny 2009 i coraz bardziej obiecujący sezon bieżący.

W każdym z "pełnych" sezonów nie ustawały porównania z partnerem z zespołu. W tym roku jest to debiutant Witalij Pietrow (jak widzę w polskich tekstach transliterowaną formę tego nazwiska, to mam ochotę gryźć), który częściej ma problemy z bolidem (lub nie tylko), niż wspiera Kubicę w walce o jak najlepszą pozycję w klasyfikacji konstruktorów. Skrupulatni wyliczają, że różnica punktowa między kierowcami Renault jest największa w całej stawce (w domyśle: jaki ten Pietrow słaby..). Ostrożnie z takimi wyliczeniami: w roku 2007, o ile mnie pamięć nie zawodzi, to tytuł kierowcy tracącego najwięcej do partnera z teamu, przypadał.. Robertowi Kubicy - gdyż Nick Heidfeld punktował wtedy bardzo regularnie, a Robert głównie zmagał się z samochodem i inżynierem pokładowym.

A żeby już całkiem pokazać ograniczone znaczenie różnicy punktowej mędzy partnerami z zespołu dla porównywania umiejętności i klasy kierowców - druga największa róznica punktów w tym sezonie jest pomiędzy kierowcami.. Mercedesa. I czy to naprawdę oznacza, że Michael Schumacher jest aż takim złym kierowcą?

Witalijowi życzymy więc chłodnej głowy. Dla dobra jego własnego, oraz Renault.

 

niedziela, 29 sierpnia 2010

Patrzę na prognozę pogody na noc i prawie oczy przecieram: +7. Jak wyprowadzałem psa, faktycznie jakoś chłodnawo było, bardziej niż przywykłem. I tak sobie myślę - jedna, druga taka noc, i ludzie zaczną się dopytywać, kiedy rozpocznie się sezon grzewczy i kaloryfery zrobią się ciepłe. Kiedyś (na czasowym pograniczu komuny) sezon zaczynał się 15 października, chyba że wcześniej o 21.00 przez 3 dni z rzędu temperatura była poniżej +10. Czyli tyle, ile właśnie pokazuje mój termometr zaokienny.

Ja sobie w domu sam sezonem grzewczym, ale jakoś jeszcze nie mam ochoty odpalać pieca..

23:12, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »

Zobaczyłem je w markecie na zakupach. Wielkie, czarne talerze, pierwsze takie ładne w tym roku. I pogryzam, pogryzam, pogryzam pestki.

Wiosną posadziliśmy słonecznika w ogródku. Wyrósł ładnie, miał kilka kwiatów (choć raczej wielkości talerzyków deserowych). Z kwiatów jednak nie utworzyły się jadalne pestki, może to nie ta odmiana była. W końcu żaden ze mnie hodowca słoneczników.

A kiedy byłem na Słowacji, to wiele widziałem pól słoneczników. Aż się zastanawiałem, czy to na pestki, na olej czy może na dopłaty unijne. W każdym razie wyglądały uroczo, nawet jeżeli nie jak z Arles.

słoneczniki van gogha

Tagi: fotka
15:05, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 sierpnia 2010

Nie wiem gdzie dokładnie, najlepiej w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. Niech stanie wielki pomnik pamięci wspaniałej Krystyny Bochenek i pozostałych 95 ofiar lotu Tupolewa.

Przepraszam, ale muszę odreagować.

20:09, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 sierpnia 2010

Nie ma lekko selekcjoner narodowej reprezentacji futbolowej. Na razie testuje, selekcjonuje, sprawdza, selekcjonuje i testuje, żeby wybrańców nauczyć takiej gry, jakiej oczekuje od swojej drużyny - czyli ładnie, do przodu i bez kompleksów nawet wobec nominalnie silniejszego rywala. Wypada pamiętać, że tak drużyny grały zawsze (lub przynajmniej próbowały grać) i rezultaty btyły niezłe, przynajmniej optycznie. Można debatować, czy to realistyczne podejście, można się zżymać na wysokie porażki, można przypomnieć, że catenaccio w dzisiejszym futbolu rośnie w siłę - tak naprawdę zobaczymy za dwa lata, czy będziemy pić szampana, czy nerwosol.

Trafiłem wczoraj półprzypadkiem na transmisję z meczu koszykarskiego Polska-Bułgaria, kolejnego z serii meczów o wszystko (jakże znajome..). Zerkałem na drugą połowę, i chociaż ze mnie żaden koneser koszykówki (czasy hej-tu-enbiej dawno minęły), to momentami aż zęby bolały patrząc na indolencję w ataku* naszych gwiazdek, podobno lepszych od Bułgarów, z tytułowym MG13 na czele. Bułgarzy w ataku (przynajmniej na moje niefachowe oko) prezentowali się bardziej kreatywnie, i drugą połowę wygrali. (Koszykarzy czeka teraz pracowite liczenie szans, kto z kim musi teraz jaki wynik osiągnąć, żeby mieli szansę awansu - jakież to znowu znajome..)

I tak sobie pomyślałem: jak mam do wyboru grę na zasadzie "zero z tyłu, a z przodu może coś wpadnie" (co czasem wystarcza do pokonania mistrzów Europy i świata), czyli szczerze mówiąc coś podobnego właśnie do basketu, jaki oglądałem wczoraj, albo grę "mocno do przodu, i może strzelimy więcej niż przeciwnik", czyli to, do czego chce doprowadzić Smuda - to jednak wolę widzieć naszych atakujących, i to jak najlepiej. I to mimo że Smuda nie ma do dyspozycji żadnego swojego Gortata.

*nie było to jedyne pole indolencji - choćby słabość w zbiórkach była zatrważająca

sobota, 21 sierpnia 2010

Tytuł brzmi strasznie alarmistycznie, ale po prostu za kilka dni św. Bartłomieja, czas bocianich sejmików i wielkiego odlotu ("na Bartłomieja Apostoła bocian do drogi dzieci woła"). Tak mi się przypomniało po tym, jak w ciągu dwóch dni spotykałem przy spacerze bociana spacerującego po łące.

Bon voyage i wróćcie szczęśliwie na wiosnę.

Nowej fotki niestety nie mam..

20:51, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Przeczytałem podczas urlopu książkę reklamowaną jako pierwsza powieść Kazimierza Kutza. Kogoś, kto znak język pisany Kutza, nie zdziwi styl tej opowieści, choć sposób obrazowania słowem mimo wszystko może jednak zaskoczyć. Kutz maluje obraz swojego Śląska (ortodoksi powiedzą, że w języku poszedł na daleko idące kompromisy między godką, a klasyczną polszczyzną - poprzez zbytnie zbliżenie się do tej ostatniej), z jego zwyczajami, charakterami, przywołując cały rejestr sypiących się zewsząd krzywd. Czyta się to znakomicie.

Mam jednak ambiwalentny stosunek do dwóch rzeczy. Opisane to jest jako powieść, choć od początku czyta się to praktycznie jako autobiografię (w takim szerokim pojęciu, bo "auto-" nie ogranicza się do jednej tylko osoby, ale do całego własnego świata autora), aż w pewnej chwili przychodzi rodzaj otrzeźwienia "zaraz, to się przecież chyba Kutzowi nie zdarzyło!". Kutz balansuje na linie pomiędzy autobiografią, a powieścią, a nazbyt naiwny czytelnik potraktuje wszystko, co opisane - serio. Ten zabieg to niemal esencja pisarstwa uprawianego przez Johna Irvinga (którego pseudoautobiografizmowi od dawna zamierzam poświęcić obszerną notkę, ale zawsze są ważniejsze rzeczy), ale u Irvinga jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ba! trochę tego nawet oczekujemy. U Kutza czujemy się trochę zrobieni w konia (a może ja po prostu nieopatrznie niedawno czytałem akurat biografię Kutza).

Przypuszczam, że Irving mocno skrytykowałby zakończenie (szczegółów, wybaczcie, nie zdradzę), sam uznałem je za dość wydumane, takie, które mogło się oczywiście zdarzyć, ale którego twórca winien się wystrzegać właśnie, jako zbyt mało prawdopodobnego. Ale historia Śląska jest tak porąbana, że naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby zdarzyło się to, co opisano.

 

środa, 11 sierpnia 2010

Jeszcze w lipcu zauważyłem, że czerni się na jeżynowych krzakach. Z upodobania pospieszyłem więc sprawdzić szczegóły. Owoców było mnóstwo, choć zdecydowana większość w trakcie dojrzewania, a i te w obiecująco czarnym kolorze często były nieprzyjemnie twarde i szypułkę trzymające (co każdemu doświadczonemu jeżynozbieraczowi mówi, że w smaku będą raczej kwaśne). Żeby więc podjeść trochę przed wyjazdem na urlop, wdarłem się w głębsze zakamarki, i boleśnie przypomniałem sobie, jak należy się ubierać na takie eskapady; upał był, to poszedłem na letniaka, no i skończyłem z dziurami w koszulce oraz szramami a'la Bruce Lee.

Bruce Lee entered the dragon

Nic to, na języku się zrekompensowało.

A na urlopie miałem jeżyny w ogrodzie (o czym wcześniej nie wiedziałem), wielkie i prawie bez kolców - ale smakowały trochę jak wsad do jogurtu. Za to kiedy wróciłem - okazało się, że oprócz mnie, w okolicy korzystają z nich tylko ślimaki oraz wszelkie owady, jakie sobie można tam wyobrazić (potrzeba entomologa, żeby je prawidłowo wymienił). A jest wysyp, że hej. Dziś już za późno, ale jutro za dnia..

Tagi: lato
19:58, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »

Nazwy miast potrafią przybierać przeróżne formy w innych językach, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta stare, tak że bez mapy lub innych wskazówek trudno je czasem skojarzyć (i pomijam tu miasta, które w racji zawiłości historycznych miewały nazwy wyrażane w różnych językach, jak choćby Breslau czy Pressburg, czy które padały ofiarą szalonych eksperymentów nazewniczych, jak Stalinogród). Niekoniecznie łatwo jest bowiem Anglikowi zrozumieć, co Włoch rozumie przez Londra, Włochowi wpaść na to, co Niemiec rozumie pod Mailand, a Niemcowi - ustalić co Polak ma na myśli mówiąc Akwizgran.

Będąc na Słowacji, sprawdzałem na tamtejszym teletekście prognozę pogody dla Wiednia. Zauważyłem przy okazji trzy tytułowe nazwy i chwilę mi zajęło, zanim rozszyfrowałem, o jakie miasta europejskie chodzi. Dwie z tych nazw mają przy tym swoich "sobowtórów" w Czechach.

To nie jest trudna zagadeczka, prawda? Jeśli się wie, że to nazwy miast niesłowackich, bo inaczej pewnie by się na to nie wpadło.

07:48, bartoszcze , Język
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2