Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 31 sierpnia 2013

Właściwie to gdzie nie pojadę samochodem w podróż zagraniczną, to mam wrażenie, że wiele rzeczy na drodze jest jakoś inaczej, i nawet nie potrafię zbudować zależności geograficznych, po prostu znaki wydają się mniejsze, a zakręty ostrzejsze (drogi czasem też węższe).

Drogi Sardynii generalnie nie są stworzone dla miłośników spieszenia się, raczej prędzej niż później nawet na drodze szybkiego ruchu pojawi się zakręt wymagający solidnego zwolnienia. Do końca życia zapamiętam okolice Badesi, gdzie z pozoru przyjemna dotąd droga zmieniła się w asfaltowego węża zaplecionego wzdłuż niewidzialnej gałęzi, gdzie po 180-stopniowym nawrocie natychmiast przechodziło się w 120-stopniowy zakręt w przeciwną stronę (i tak przez ponad 10 kilometrów); owszem, gdybym mógł sobie pojechać ten odcinek "na sportowo", to pewnie byłbym nim urzeczony, ale ani Fiat 500 na dotarciu (sztuka nówka, miesiąc od zarejestrowania) ani rodzina na siedzeniach wokół (ani też wreszcie codzinny ruch na drodze), nie sprzyjały takiej jeździe. Zastanawiałem się tylko, jak poruszałyby się po takiej krętej drodze szwendające się tu i tam (zwłaszcza koło Porto Cervo i pozostałych miejscowości Costa Esmeralda) różne Maserati czy inne Porsche, przypuszczam że długimi odcinkami nie wychodziłyby wyżej niż na dwójkę.

Sama krętość dróg nie była jedynym problemem (choć wystarczającym, żeby planując trasę, decydować się na nadłożenie drogi, byle ominąć wijący się odcinek), nieprzyjemnym zaskoczeniem była nieprzewidywalność oznaczeń. Nigdy nie było wiadomo, co dokładnie oznacza znak "ostry zakręt" albo wielkie czarne tablice ze strzałką kierunkową na poboczu (albo ich brak) - czy przed zakrętem należy hamować, zredukować, zdjąć nogę z gazu czy można jechać (u nas, mam wrażenie, żadnemu zakrętowi nie zostałby odpuszczony znak ostrzegawczy...), choć obecność tablic na poboczu raczej sugerowała zwalnianie, a w pozostałym zakresie trzeba było wysoko ustawić czujność.

Zaskoczeniem zupełnie innego rodzaju były często występujące na głównych drogach znaki u nas znane bardziej z dróg osiedlowych, stref zamieszkania i podobnych, informujące o wybudowaniu na drodze progu wymuszającego zwolnienie. Ich widok prowokował natychmiastowe zdjęcie nogi z gazu, a potem konsternację - po co właściwie go postawili? Po kilku takich przypadkach zaczęliśmy rozumieć, o co chodzi - nie ostrzegał przed progiem, tylko o jakimś nieznacznym wybrzuszeniu asfaltu, którego - przyzwyczajeni do jakości naszych dróg - nawet nie dostrzegalibyśmy, ale posiadacz Maserati mógłby je nawet nieprzyjemnie odczuć (aczkolwiek raz czy drugi natrafiliśmy na przejściu dla pieszych nawet na łagodne podwyższenia, które były niemiłym zaskoczeniem); w końcu tam jak jest pęknięcie asfaltu, to się ustawia znaki ostrzegawcze, że nawierzchnia złej jakości...

Tym niemniej, uroda otoczenia dróg rekompensowała wiele. Choć oczywiście kierowca był w tym mocno poszkodowany...

Tagi: Włochy
22:56, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 sierpnia 2013

Co roku jest tak, że przez jakiś czas pamiętam o Blog Day (może już czas wymyślić mu polską nazwę inną iż Blog Dej?) i pieczołowicie sobie w pamięci karbuję co ciekawsze adresy, a potem pod koniec sierpnia panicznie próbuję sobie przypomnieć kogo i co ja to właściwie miałem na myśli...

Więc w tym roku* będzie wszystkiego po trochu:
- trochę podlizywania się adminowi rysującemu (za to JAK rysuje), czyli Grafica i Opcy,  
- trochę dla ciekawych świata, czyli Dział Zagraniczny,  
- trochę dla intelektualistów spragnionych rozrywki, czyli Pesymistyczna Łączka Kłapouchego,
- trochę dla spragnionych, żeby nie powiedzieć: dla tych, których suszy, czyli Wino jest kobietą,
- .... (jestem pewien, że miałem taki jeden adres bloga co nie wyglądał jak blog, ale chciałem go tu polecić tylko zapomniałem o który chodziło** więc niejako zastępczo...) trochę dla miłośników lekko skrzywionego humoru, czyli Aszdziennik

Oczywiście szukającym ciekawych blogów poleca się też wszystko to co na blogrollu (a potem i to, do czego linkują blogi z blogrolla, tą metodą polecam całą masę zaprzyjaźnionych blogów).

 Miłego blogoczytania na rok cały.

*to co że to dopiero jutro
**przypomniałem sobie, link w komentarzu 

Tagi: blogday
14:36, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (5) »
środa, 28 sierpnia 2013

Otrzymałem tradycyjną comiesięczną kopertę z przesyłką od jednego z banków. Nie zawierała, niestety, pliku banknotów (nie żeby kiedykolwiek zawierała), ale wyciąg z karty kredytowej (po wakacjach szczególnie niemiło wyglądający) oraz tradycyjny jednokartkowy "biuletyn informacyjny". Tym razem biuletyn wabił oczy obrazkiem dorodnych grzybów w lesie i intrygującym pytaniem: co mają wspólnego grzybobranie i elektroniczne wyciągi? Odpowiedź można było znaleźć na stronie banku, na specjalnej podstronie zatytułowanej "na grzyby" (tak pisało, nie poszedłem sprawdzić).

Oczywiście, chodziło o namówienie mnie do tego, żeby przejść na przesyłanie wyciągów drogą elektroniczną zamiast papierową. Ponieważ zasadniczo nie mam nic przeciwko (tylko leniwy jestem), więc zacząłem czytać ten biuletyn dalej, szukając szczegółów. Zgodnie z nienajlepszymi przeczuciami, bank oczywiście postanowił pójść na rękę bardziej sobie niż mnie, i zaproponował, żebym w celu załatwienia sprawy ("postaw na wygodę!") zadzwonił sobie na infolinię (gdzie przebijanie się przez menu i wymogi identyfikacji zwykle doprowadzają mnie do szału), albo wybrał się do placówki. Nie było natomiast opcji, żebym sobie załatwił to elektronicznie. Nawet jeżeli posiadam do tej karty elektroniczny dostęp do systemu z możliwością pełnego podglądu historii operacji...

Cóż, najwyraźniej odpowiedzialni pracownicy powinni sobie pójść na grzyby. Ja właściwie też bym mógł pójść, choć w lesie chyba sucho, ale czy to na pewno wielka przeszkoda?

12:31, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Kiedy w zeszłym tygodniu, tak koło środy, świat obiegały wstrząsające relacje o użyciu gazów bojowych w Syrii, starałem się obserwować je z pewnym dystansem. Czytając komentarze (zupełnie niepotrzebne) zapragnąłem nagle wyjść ze swojego "bąbla informacyjnego" i poczytać relacje na ten sam temat w zupełnie innych miejscach, odrywając się od optyki, do której byłem przyzwyczajony, zapoznając się z różnymi spojrzeniami, także sprawdzając czy niektóre relacje znajdę w innych miejscach uznane za wiarygodne. Najpierw mnie poniosło na strony anglojęzyczne, a potem.. w stronę zupełnie przeciwną, czyli do Rosji.

Wszedłem na stronę Izwiestii (po rosyjsku: Wiadomości, stara gazeta z tradycjami; był stary sowiecki dowcip - czym się różni dziennik Prawda od dziennika Izwiestia? niczym, bo w Izwiestii nie ma prawdy, a w Prawdzie - izwiestii), zacząłem się rozglądać, gdzie znajdę doniesienia i materiały o użyciu tych gazów. Znalazłem jeden traktujący o Syrii, a że nie opanowałem wpisywania bukw z klawiatury, skopiowałem słowo Syria zapisane cyrylicą, i kazałem wyszukiwarce na stronie załatwić robotę za mnie. Zasadniczo nie znalazła nic innego, poza oczywiście tekstami starszymi, sprzed ataku.

Ten jedyny tekst był o tym że w Syrii postrzelono w nogę operatora rosyjskiej telewizji. Cóż, w sytuacji, w której Rosja blokuje w Radzie Bezpieczeństwa jakiekolwiek działania wspólnoty międzynarodowej, nie wiem jakie mógłbym znaleźć lepsze potwierdzenie, że to syryjskie władze nakazały użycie tego gazu, niż kompletne embargo informacyjne. 

Od tamtej pory Rosja zdążyła jeszcze uznać za niewłaściwą nawet zgodę władz syryjskich na dostęp inspektorów ONZ do miejsc, w których tych gazów użyto. Doprawdy, zachowują się Rosjanie jakby to oni sami tego gazu użyli (bo we wschodnim galimatiasie uwierzyć można prawie we wszystko.

23:59, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 sierpnia 2013

Uliczki miast i miasteczek zwykle są wąskie, nikt ich nie planował jako szerokie bulwary, więc to samochody sobie muszą radzić z rzeczywistością, a nie ich kierowcy oczekiwać, że rzeczywistość się do nich dostosuje. Niezmienną fascynację przeżywałem przechodząc uliczkami lub obok uliczek, którymi niewygodnie szło się pieszo z powodu stromizny, i widząc na nich zaparkowane samochody, które jako żywo musiały tam wjechać/zjechać (w końcu oblodzenie zwykle im tam nie groziło...), sama myśl była dla mnie mrożąca krew w żyłach (co w upale nie było znów taką złą rzeczą). Bardzo racjonalnym pomysłem w tych warunkach było zakończenie parkowania z kołami silnie skręconymi w kierunku ściany, gdyby hamulec ręczny zawiódł, to droga samochodu nie byłaby zbyt daleka; aż się zastanawiałem, dlaczego tam nie wprowadzono obowiązku posiadania w samochodzie klinów pod koła.

Siadamy o wpół do ósmej rano przy stoliku przed kawiarnią w Olbii (nie żebyśmy byli jakimiś szczególnie rannymi ptaszkami, po prostu nieco po szóstej rano schodziliśmy z promu). Zamawiamy espresso, niespiesznym ruchem wciągamy czarny łyczek. Patrzę, jak pod kawiarnię podjeżdżają ryczące motocykle, zsiadają z nich ubrani w czarne skóry motocykliści, idą do stolika. Kiedy zdejmują kaski, okazuje się, że to lokalny klub emeryta przyjechał na poranną kawę, koedukacyjny.

Idziemy wolno uliczką. Z boku mur (niewysoki, może metrowy od strony chodnika) odgradza jakiś teren przydomowy (powiedziałbym ogród, ale mało zielony, przynajmniej na płaszczyźnie). Za murem nagle pojawia się dość senny osiołek. Na wsi bym się nie zdziwił, ale to centrum miasta jednak.

Tagi: Włochy
10:25, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 sierpnia 2013

Na fali emocji związanych z przyjazdem polskiego kolejowego dreamlinera (aka Pendolino) przypomniano nieomal legendarny polski szybki pociąg z międzywojnia, zwany Lux Torpedą, który potrafił pokonać trasę z Krakowa do Zakopanego w ciągu 2 godzin i 18 minut, szybciej niż współczesne ekspresy (nikt na razie nie przypomniał sobie o jeszcze szybszym pociągu tego okresu, poruszającym się po "polskich" torach Latającym Ślązaku). Jak szybko zauważył WO, to ówczesne TGV było przeznaczone wyłącznie dla bogatych pasażerów pierwszej klasy i swoje rekordowe czasy zawdzięczało priorytetowi na torach. Z czystej ciekawości postanowiłem się temu przyjrzeć.

Zacząłem od sprawdzenia rozkładu jazdy. Istotnie, w tej chwili jakikolwiek pociąg do Zakopanego z dworca Kraków Główny z trudem schodzi na tej trasie poniżej 3,5 godziny. Warto jednak zauważyć, że najszybszy z ekspresów, "Tatry", ze swoich 3 godzin i 25 minut planowo spędza 44 minuty na przystankach, a Lux Torpeda zatrzymywała się tylko po to, żeby zmienić kierunek jazdy (bez możliwości wsiadania i wysiadania na stacjach pośrednich); warto też nadmienić, że na większości trasy linia kolejowa jest jednotorowa, więc pociągi nie mogą się minąć tak ot, po prostu. Jeśli chodzi o czyste tempo jazdy, to odcinek Chabówka-Zakopane (po ostatniej zmianie kierunku) Lux Torpeda pokonywała w prawie półtorej godziny, pół godziny wolniej niż dzisiejsze pociągi PKP, mało prawdopodobne, żeby potrafiła poruszać się szybciej na mniej ekstremalnych odcinkach. 

Przy okazji dokonałem zadziwiającego odkrycia: otóż na trasie do Zakopanego wcale najszybsze nie są ekspresy. O dwie minuty szybciej trasę tę pokonuje pociąg "Janosik", złożony z - nie bójmy się tego powiedzieć - ordynarnych elektrycznych zespołów trakcyjnych drugiej klasy, ze znaczkami Przewozów Regionalnych. PKP potrafi jednak zadziwić - otóż bezwzględnie najszybszym sposobem na pokonanie tej trasy jest.. pojechanie Tanimi Liniami Kolejowymi, wprawdzie niedaleko, tylko jedną stację, żeby w Płaszowie przesiąść się na tegoż Janosika, który z Głównego odjechał dziesięć minut wcześniej (są tylko trzy minuty na przesiadkę, ale jeśli się uda, to planowy czas jazdy do Zakopanego wyniesie 3 godziny 13 minut). Z wieloma przystankami po drodze. 

I na zakończenie wrócimy do włoskich pociągów. Popołudniowe połączenie w dzień roboczy na trasie Civitavecchia-Rzym, obsługiwane przez lokalną wersję PR czy KŚ. Pociąg rusza ze stacji, z głupia frant zaczynam obserwować duży cyfrowy wyświetlacz. Na pierwszym odcinku (mniej więcej sześciominutowym) pociąg przez większość czasu utrzymuje prędkość 120 km/h, na którymś z następnych (kiedy mniej się już skupiałem na obserwowaniu wyświetlacza) w pewnej chwili odnotowałem 147 km/h. Pociągi na rodzimych liniach też potrafią szybko, ale chyba jednak w dużej mierze zależy to od stanu torów.

13:30, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Statkiem w taki czy inny rejs popłynąć jest łatwo, jednak zawsze do tej pory – czy płynąłem jednostką mniejszą, czy większą – miejsce miałem wykupione na pokładzie, pozwalające co najwyżej na zwiedzenie stref ogólnodostępnych, bez zapuszczania się w obszary przeznaczone dla pasażerów kabinowych (jeżeli statek w ogóle takowe posiadał, oczywiście). Tego lata logistyka zasugerowała natomiast nocny rejs promem, i doszliśmy do wniosku, że przy takiej okazji bilety na pokład nie będą najlepszym pomysłem, bo jednak wyspać się w takich warunkach nie da.

Wykupiwszy kabinę, popadliśmy w ciekawość, cóż to nas w szczegółach czeka. Wizje znane z literatury (z wyglądaniem przez bulaj) musiały odejść w zapomnienie, bo wzięliśmy kabinę wewnętrzną, w której okna na korytarz się nie spodziewaliśmy. Filmowo zaś nieustannie nachodziły mnie skojarzenia z „Titanicem”, oczywiście, nie z apartamentami pierwszej klasy, ale z kabinami dla uboższych pasażerów, tymi, o których Jack Dawson mówił patrząc w oczy swojej wytwornej interlokutorki „najlepsze jakie widziałem, właściwie żadnych szczurów”, wzdłuż wąskiego korytarzyka w odległym zakamarku statku.

Tego wieczora dotarliśmy do portu bardziej podenerwowani pośpiechem (droga z dworca okazała się dużo dłuższa, niż nam się wydawało) niż podekscytowani. Władowaliśmy się z ciężkimi torbami do wnętrza statku, wprost na elegancko umundurowanego odźwiernego (wiem, ze statkiem się nie kojarzy, ale nie bardzo mi inne słowo do głowy przychodzi, a wyglądał niczym z drogiego hotelu), który uprzejmym gestem wskazał na ruchome schody bacząc zarazem, czy sobie na tych schodach z bagażami poradzimy sami (cóż, gdybyśmy byli pasażerami pierwszej klasy, może by gwizdnął na pomocnika, który by te bagaże zataszczył), kolejny stał przed następnymi ruchomymi schodami... Błyszcząca klatka ruchomoschodowa wyprowadziła nas eleganckiej recepcji, gdzie wręczono nam kartę otwierającą właściwe drzwi. Znalezienie drzwi.. cóż, wymagało odgadnięcia w którym niepozornym wąskim korytarzyku (choć nie ciemnym, nie, nie) mogą się znajdować, jakoś tabliczek informacyjnych zbyt wielu nie umieszczono. W kabinie czekały na nas dwa łóżka piętrowe, wielkie lustro zmniejszające klaustrofobię i łazieneczka wielkości podwójnej sławojki, skutecznie mieszcząca wszystko co potrzebne, z działającym prysznicem włącznie. Luksus to to oczywiście nie był, ale też chodziło przede wszystkim o możliwość spokojnego odświeżenia się i przespania pięciu-sześciu godzin (już po 23 właściwie skończyły się centralne komunikaty z głośników), kołysania w zasadzie nie czuliśmy, prędzej drgania sugerujące, że maszyny pracują w najlepsze; ciekawość.. też właściwie zaspokojona, choć wciąż ciekawi jak to jest wyglądać z kajuty przez okienko, ale to w niedającej się przewidzieć przyszłości.

Szczurów w każdym razie nie stwierdziliśmy żadnych.

Tagi: film
22:48, bartoszcze , Z podróży
Link Dodaj komentarz »

Znajomi z fejsa być może pamiętają (a może woleli szybko zapomnieć), jak swego czasu (sprowokowany, a jakże) wrzuciłem zdjęcie swoich stóp opalonych „na wojskowo”, to jest w tych miejscach, gdzie akurat w sandałach są dziury.

W tym roku podźwignąłem tę technikę opalania na wyższy poziom. Oto najpierw jednego dnia ubrałem sandały i spędziłem w nich dzień cały. Jako że śródziemnomorskie słońce grzało solidnie, pod wieczór oczywiście na stopach pojawiły się wielkie czerwone plamy przedzielone jasnymi paskami. Wybierając się więc do wyjścia następnego dnia, wybrałem swoje ulubione obuwie typu „półbuty tekstylne siatkowe”. Wieczorem przyjrzałem się stopom.

Jak należało się spodziewać, nogi opaliły się do granic półbutów, w wyniku czego na stopie malował się ciemny okrąg – a przed nim na jasnej skórze ciemna plama z dnia poprzedniego. Efektem mniej już przewidzianym były natomiast regularne plamki odpowiadające dziurkom w siateczce...

Może to nie Mondrian tylko inny artysta współczesny, nie będę się doktoryzował, w tej chwili i tak przechodzi w Jacksona Pollocka, bo mi spalona skóra zaczęła schodzić.

 

 

Tagi: bzdury lato
00:34, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
niedziela, 11 sierpnia 2013

Przed urlopem sygnalizowałem, że na blogu sportowym mogą zajść pewne zmiany - nadal są niewykluczone, wszystko zależy od tego ile poświęcę temu czasu (a chwilowo jestem raczej w niedoczasie) oraz od pewnych czynników ode mnie niezależnych. Póki co wrzucam więc zajawki tak ot po prostu:
- Kolumbijska paczka
- Jamajka kontra reszta świata 
(proszę, jak się środkowoamerykańsko zrobiło).

Futbol powraca.. zobaczymy, też lekkoatletyczny czempionat może się mocno objawić. 

21:20, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »

zamek Castelsardo Sardegna Sardynia Włochy Italia

Wznosi się majestatycznie nad miasteczkiem, sprawiając wrażenie, jakby się od niego odcinał, dopiero spod samych murów widać, że za nimi (i z tyłu zamku) kryją się zacne uliczki tworzące właściwą miasteczkową starówkę. Kiedy się dociera stromym podejściem do jego wrót, oferuje wstęp za dwa euro (dzieci pół ceny), w cenie zamek z muzeum lokalnego koszykarstwa, punkt widokowy i dostęp do toalety.

zamek Castelsardo Sardynia Sardegna Włochy Italia

Muzeum rozlokowane w komnatach zamkowych okazuje się być zaskakująco ciekawe, może za sprawą lokalizacji, a może także z uwagi na całkiem intrygujące przedmioty, nawet gadżety, pracowicie wyplatane z liści rośliny sprawiającej wrażenie krzyżówki palmy z bambusem. Te dwa euro w zupełności wydają się adekwatne do przyjemności płynącej z oglądania. A jednocześnie sam widok z wież zamkowych na morze, góry i domy wciśnięte pomiędzy, wydaje się wart tych samych pieniędzy.

Castelsardo Sardynia Sardegna Włochy Italia

Toalety w okolicy były raczej za darmo, jeżeli były, zawsze można było stanąć na malutką kawę za 1 do 2 euro, ale lepiej chyba skorzystać bez cudowania.

 

 
1 , 2