Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2014

Poprzednia notka była planowana na wczoraj, ale wieczorem się źle pisała - a Blog Day się przecież z tego powodu nie opóźni, prawda?

Już ze dwa lata temu dyskutowaliśmy z zaprzyjaźnioną blogerką, że wzięcie udziału w Blog Day może być utrudnione, jeśli wszystkie blogi warte polecenia ma się na stałe w ulubionych (przez co każdy odwiedzający może po stałych linkach szybko do nich zajrzeć). To znaczy dla Niej to był problem, ja w Ulubionych mam jednak pewien wybór (takie życie, ciągle trzeba coś wybierać), zwłaszcza jeżeli wiele interesujących blogów jest linkowanych przez znajomych blogerów.

W tym roku przygotowując się do Blog Day popadłem w zakłopotanie, bo właściwie nie przychodził m ido głowy żaden blog, do którego wchodziłbym w bardziej skomplikowany sposób, niż przez link własny albo przez link u znajomych. Ostatecznie w tym roku polecam wyłącznie znajomych królika - czyli właśnie blogi będące o dwa linki ode mnie, kto chce może odgadnąć przez który blog trafiam na który.

1. Berberysłowo - w zeszłym roku Berberys też była polecana z innym swoim blogiem (tematycznym), ten ma charakter ogólno-osobisty. Choć ostatnio jakoś miała mniej czasu na blogowanie.
2. Ojca Raj - opowieść o dzieciach, która zamieniła się w dużej mierze w zapis walki z dziecięcą chorobą, walki póki co skutecznej i oby tak dalej.
3. Futbol jest okrutny - nie jestem wprawdzie fanem Tottenhamu ani ligi angielskiej, ani też nie poświęcam się zaawansowanym analizom technicznym, ale któż w Polsce tak pięknie pisze o futbolu?
4. Historia Karoliny - "Gościu, siądź przed swym laptopem i odpocznij sobie! Niezwykłą Historię opowiem tu Tobie...", czyli nieobliczalna powieść internetowa pisana na oczach czytelników i przy ich udziale (Komentarze Czytelników są brane pod uwagę przy tworzeniu kolejnych rozdziałów). Podobno Stephen King prosił już o przetłumaczenie mu, żeby mógł mechanizm wykorzystać przy swojej kolejnej powieści.
5. Zgodnie z tradycją, jako piąty polecam wszystkie blogi z Ulubionych (i wszystkie inne, które tam znajdziecie, może się powtarzać).

Uff. Idę czytać blogi. 

Na informacje o akcji Ice Bucket Challenge patrzyłem zrazu jak na nieszkodliwe dziwactwo (cóż, nawet nie odróżniałem zbytnio od wcześniejszego splasha, o którym już w ogóle nie wiem o co chodziło). Dopiero kiedy zaczęło się pojawiać w kręgu (dalszych) znajomych, doczytałem, że ma to w gruncie rzeczy konotacje charytatywne, bo chodzi o zbieranie pieniędzy na poszukiwanie sposobu leczenia choroby Gehriga (ALS).

Pomijam tu kwestie, któremu każdemu się mogą nasunąć - takie jak czy pieniądze zebrane w wyniku akcji zostaną faktycznie przeznaczone na jej zadeklarowany cel, bądź w jakiej części zostaną zjedzone na koszta bieżące (organizacja, która rzecz zapoczątkowała, płaci swoim szefom jak profesjonalnym menedżerom, zupełnie inaczej niż w przypadku WOŚP coćby, choć może nie tak jak w Kidproteccie); u nas o tyle to mniejszy problem, że zbiórki idą na lokalne organizacje pomocowe, choć one oczywiście mniejszą odpowiednio mają możliwość dokonania faktycznych odkryć, zarówno z racji środków, jakimi w efekcie będą dysponować, jak i rozwoju naszej medycyny. Jest też naturalne pytanie, czy te środki zostaną wydane mądrze, już czytałem analizy, że dalsze ścieżki dla tych pieniędzy wiodą w zasadzie donikąd.

I teraz pojawia się problem zasadniczy. Akcja ma charakter dobroczynny, ale dobroczynnością nie da się załatwić wszystkich problemów. Skoro nie wszystkie problemy da się rozwiązać, to pora sobie uświadomić, że poszczególne problemy wymagające wsparcia de facto między sobą konkurują. Dlaczego miałbym wspierać leczenie stwardnienia zanikowego bocznego, skoro mam koleżankę chorującą na stwardnienie rozsiane (pisałem już zresztą o tym przy okazji dorocznego darowywania procenta podatkowego)? Głośna akcja wymusza w pewien sposób skierowanie środków na ten konkretny cel, po trosze zmniejszając szanse innych. I tak, wiem, tak samo poniekąd działa WOŚP, i Caritas, i PAH, i artyści malujący ustami i nogami...

Kto chce, niech wpłaca na ALS, z wylaniem sobie wiadra na wody z lodem na łeb albo bez; kto chce, niech wpłaca na inne cele dobroczynne, zamiast lub obok. Ja spuentuję obrazkiem znalezionym na fejsie, który stanowi moje oficjalne stanowisko w sprawie.

no ice bucket challenge necessary for charity

piątek, 29 sierpnia 2014

Spacerujemy przyjemnie po Vysehradzie, zerkając z murów to na ten, to na inny kawałek Pragi. Obszedłszy mniej więcej cały obwód, kierujemy się na środek, gdzie znajduje się bazylika św. Piotra i Pawła, a obok niej - Vyšehradský hřbitov, takie praskie Powązki. Przy wejściu wielka tablica informuje piktogramami, co jest w obrębie cmentarza zabronione, nie wiem czy z uwagi na wyjątkowość cmentarza czy po prostu. Poglądam: nie wolno z psem, nie wolno na rowerze, nie wolno na rolkach, nie wolno pić alkoholu, nie wolno... szprycować się, tak, wyraźnie jest przekreślona strzykawka. Najwyraźniej był popyt na taki zakaz.

Ze względów logistycznych i finansowych (nie lubię płacić za wstęp do kościołów, zwłaszcza jeśli z jakiegoś powodu nie będzie mi dane w spokoju kontemplować architektury czy wystroju) siedzę przed bazyliką św. Piotra i Pawła, czekając na powrót wysłanej do wnętrza delegacji. Rozglądam się po okolicy, za budynkiem naprzeciw bazyliki dostrzegam kawiarnię. Tu bazylika, obok nekropolia, tam wielka żółta tablica reklamująca szampana Veuve Clicquot. Na ścianie z tandetnych desek pomalowanych - brakuje mi bardziej adekwatnego słowa - oczojebnie pomarańczową farbą.

Szukamy drogi do kościoła Matki Boskiej Śnieżnej, znajdujemy jakąś tablicę informacyjną przy bramie prowadzącej na podwórko. Wchodzimy, rozglądamy się, widzimy wielkie kamienne filary, ale zamiast małej architektury przykościelnej widzimy rzędy stołów, beznadziejnie przechodzimy między nimi szukając przejścia do kościoła (myśl o piwie przybiera na sile, a do wieczora daleko). Parę minut później znajdujemy przejście przez klasztorny dziedziniec. I tak dobrze, wejście do kościoła znaleźliśmy prawie przypadkiem, nie wpadło nam do głowy, by na Rynku wejść w podcienia pomiędzy ogródkami dwóch knajp.

Tagi: Czechy
21:26, bartoszcze , Z podróży
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 sierpnia 2014

Tak, wiem. Tak naprawdę jestem malutkim zazdrosnym blogerkiem, któremu roją się pozycje w rankingach, tysiące odsłon i kokosy z reklam, dlatego czepiam się tych, którzy Pomysłem i Pracą doszli do Zasłużonej Pozycji, zamiast samemu się przyłożyć, pisać ciekawie, zamieszczać zdjęcia Tego, Co Ludzie Lubią.

Zerkam co jakiś czas na rankingi Bloxowe (Top 1000), od dłuższego już czasu fascynuje mnie w nich nadreprezentacja blogów kuchennych czy też kulinarnych. Zajrzałem dziś - blogowi kuchmistrze zajmują już nie tylko pierwsze miejsce czy pierwsze dwa miejsca, ale dziewięć (cyfrowo: 9) pierwszych miejsc, od pierwszego do dziewiątego, zamykający dziesiątkę blog Rafała Steca jawi się ciałem obcym na liście kucharzących (następny blog niekuchenny dopiero na miejscu siedemnastym), nie chce mi się prowadzić szczegółowych wyliczeń w której dziesiątce gotowanie i pieczenie nie zajmuje co najmniej połowy miejsc.

Dlaczego zajmuję się sprawą, która mnie w ogóle nie powinna obchodzić? Bo, mówiąc szczerze, za każdym razem, kiedy zdarzy mi się szukać w sieci jakiegoś przepisu, oczywiście wyrzuca mi dziesiątki wyników z blogów kulinarnych. I kiedy je otwieram, mam nieodparte wrażenie powtarzalności, że te same przepisy toczka w toczkę (lub z kosmetycznymi tylko zmianami) pojawiają się na kolejnych blogach. Kiedy przeglądam czasem te blogi po prostu, często widzę jak autorzy mówią skąd wzięli te przepisy, podają linki do innych blogów czy serwisów, niby jako inspiracja. Dla mnie osobiście jest to przedziwne, wręcz staram się unikać pisania tego, co już gdzieś przeczytałem - a kucharzący sprawiają wrażenie, jakby musieli sami wypróbować wszystkie najciekawsze czy najpopularniejsze przepisy i podzielić się z nich wrażeniami. Ba, niejeden raz miałem wrażenie, jakby kopiowanie następowało najzupełniej mechanicznie (skargi jednego blogera na drugiego o "kradzież przepisów" to też nic niespotykanego), wręcz się zastanawiałem, czy celem niektórych blogów nie jest pozycjonowanie w oparciu o przepisy (bo na pierwszy rzut oka nie widziałem kryptoreklamy).

W gruncie rzeczy - niech sobie pichcą, co chcą. Zastanawiam się tylko, czy znam jakiś blog kuchenny, który chciałbym polecić w Blog Day... okaże się za kilka dni, jeśli nie zapomnę.

21:09, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (8) »
środa, 27 sierpnia 2014

Siedzę przy komputerze, pracuję, rejestruję, że zaczyna migać lampka nad akwarium - ale nie jakby zamierzała się przepalić żarówka, tylko jakby rwała się dostawa prądu. I kilkanaście sekund później lampka gaśnie, sprawdzam światło w innej lampie. Dla porządku podnoszę się, sprawdzam bezpieczniki, ze spodziewanym efektem (to nie u mnie). Sięgam po telefon, wybieram numer na pogotowie energetyczne (u mnie na wsi to nie znacie dnia ni godziny, zwłaszcza parę lat temu).

Numer ten sam od lat (choć jego posiadacz ulega cudownym przemianom), więc wydaje mi się, że wiem czego się spodziewać, wysłuchuję "witamy na linii alarmowej Tauron Awarie...", po czym doznaję oszołomienia, kiedy słyszę "wybierz oddział: Legnica - wybierz jeden...". Szczypię się odruchowo, rozglądam wokół, nie ruszyłem się znad Rawy i Mlecznej, a w słuchawce słyszę jednak "Wałbrzych - wybierz cztery", nabieram nadziei przy "Będzin - wybierz siedem", choć potem wędrujemy bardziej na wschód, aż wreszcie na sam koniec pojawia się - jednak - nazwa właściwego oddziału. Cóż z tego, skoro wbijam jego numer, kończę krzyżykiem, a słyszę "wybrano nieprawidłowy numer", to samo w drugiej próbie, po trzeciej mnie wyrzuca. Wściekły dzwonię znów, postanawiam testowo wybrać najbliższy inny oddział, choćby na zasadzie "gdzie mogę zadzwonić żeby kogoś opieprzyć", numer, krzyżyk, jest. Coś mi jednak opada, kiedy w słuchawce słyszę "wybierz rejon: Dąbrowa - wybierz jeden", po trzech głębokich oddechach wychodzę gwiazdką do poprzedniego poziomu. Jeszcze raz próbuję właściwy oddział, wreszcie jakoś wchodzi, odczekuję aż przyjdzie kolej na mój rejon, wbijam jego numer, krzyżyk, właściwie czuję się zaskoczony, że nie każą mi teraz wybrać dzielnicy czy wsi. Słyszę za to optymistyczne "na połączenie oczekuje piętnaście osób, proszę czekać na zgłoszenie się konsultanta", w drugim przebiegu jest już tylko trzynaście, po trzecim spada poniżej dziesięciu, w sumie jeszcze parę minut i dowiaduję się, że tak, jest awaria, będzie wyłączenie do szesnastej czydzieści. Nie krzyczałem na pana, bo co on winny temu kogo jego firma zatrudnia (tam wyżej).

Tak, nie mylicie się: firma Tauron Awarie zwaliła na swoich klientów problem lokalizacji, łącząc w jedno obsługę awarii z czterech województw (z dziesięciu przedbuzkowskich) i nie będąc w stanie zaimplementować nawet tak prostej rzeczy, jak połączenie klienta dzwoniącego na numer przypisany od lat oddziałowi w Gliwicach, z personelem właściwym do obsługi oddziału w Gliwicach. Widocznie nie starczyło pieniędzy. Czym wytłumaczyć, że klient musi wybierać samodzielnie rejon (choć przez lata podanie adresu wystarczało, aby pracownik w ciągu kilku sekund wiedział wszystko z systemu informatycznego o dowolnym miejscu na obszarze całego oddziału), dalibóg, nie wiem, mogę jedynie przypuszczać, że zmienili system informatyczny na taki, w którym nie wykupili takiej opcji. Biedacy, najwyraźniej nie mają na nic pieniędzy po sponsorowaniu wyścigów kolarskich (a, wiem, to nie oni, to ci piętro wyżej od sprzedawania tańszego prądu).

Najgorsze jest to, że znikąd nadziei, właściciela sieci nie zmienia się tak jak dostawcy prądu (chyba że przeprowadzając się).

niedziela, 24 sierpnia 2014

Praha. Idziemy Złotą Uliczką wśród wielojęzycznego tłumu. Zaglądamy do wnętrza poszczególnych domeczków, przyglądamy się uważnie ich zainscenizowanym wnętrzom.

Wchodzimy do domku, w którym mieszkała lub miała mieszkać znana czeska wróżka Matylda Prusova. Czeska tabliczka z podpowiedziami mówi "jasnovidka", angielska używa dla odmiany słowa "psychic", oznaczającego osobę o zdolnościach parapsychicznych.

Wśród przewijających się za naszymi plecami turystów słyszymy głosy rodaków. Oglądają komentując, docierają do tabliczek informacyjnych. Słyszymy dialog:
- O, tu mieszkała jasnowidzka!
- I fizyczka... 

PS Przy okazji (związek z notką luźny ale jest) pozwolę sobie polecić Facebookową stronę Czeskie słowa, które mogą Cię zmylić.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Czesi... mają w sobie coś (co dokładnie, to czechofile latami próbują dociec, inni popatrują wzgardliwie z wysoka). Na przykład specyficzne poczucie humoru (wiem, stereotyp). Kiedy byłem w Pradze, zewsząd wyzierało na mnie hasło "WARHOL DALI MUCHA" (pewną znajomą uprasza się w tym miejscu o powściągnięcie szmaty, to tylko taki artysta plastyk, nie owad), gdzie indziej mrugał do przechodniów Kafka (kawka w ogródku Cafe Kafka przy placu Kafki była całkiem niezła, miejsce przyjemne, tylko wifi jakieś takie kafkowskie). O Cernym nawet nie wspomnę... w sumie nie wypatrywałem za jego pracami (choć czasem waliły jak obuchem), najbardziej mnie zafrapowało, kiedy oglądałem uliczną wystawę zdjęć z ostatniej wielkiej powodzi w Pradze i było tam zdjęcie, jak wokół w pół zalanego pomnika indyjskiego filozofa pływają kaczki, aż byłem ciekaw, czy je celowo wypuścił (chyba nie, bo to inny David Cerny był).

Sri Chimnoy statue Prague flood ducks
 (c)David M.Cerny/Reuters

W dużej mierze zgodne z tym klimatem było obserwowane podejście Czechów do niektórych własnych zakazów ("it's more like guidelines"). Na przykład taki zakaz fotografowania tu i ówdzie, powtarzany wielokrotnie (z sugestią, że zapłać za prawo fotografowania, często się spotyka w miejscach turystycznych). Na zamku królewskim w jednej z komnat (niewiele w niej było ciekawego) siedziała na krzesełku skrajnie znudzona przewodniczka, miałem wrażenie, że nie przejęłaby się nawet, gdyby ktoś poprosił żeby odsunęła stojący obok niej zakaz fotografowania, bo przeszkadza w dobrym ujęciu (raczej nikt by nie poprosił, bo nie było czego fotografować koło niej). W katedrze w pewnej chwili nie bez zaskoczenia zauważyłem, że cieć kieruje jakieś ostrzegawcze gesty pod adresem fotografującego turysty - ale chodziło mu wyłącznie o zdjęcie czapki, bo to panie kościół i przestrzeń koło ołtarza... (Dla porządku dodajmy, że spotkaliśmy się i z niemiłym przypadkiem przestrzegania zakazu, kiedy w uroczym miejscu na skraju Malej Strany chcieliśmy usiąść przy wystawionych na ulicę stolikach z widokiem na Wełtawę i kategorycznie niemożliwe okazało się przystawienie do stolika trzeciego krzesełka - najwyraźniej mieli pozwolenie na stoliki z tylko dwoma krzesłami i nie życzyli sobie tego pozwolenia stracić, a że stracili klientów...)

Wciąż jednak nie wiem co myśleć o tablicy napotkanej w oknie jednego z lokali na Malej Stranie.

fresh fish frozen frog Prague 2014 whatever

Nie słyną Czesi ani z przyrządzania ryb, ani żab (czy to świeżych, czy mrożonych), ale jak widać - nie za to ich kochamy.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Skręcamy sobie z uliczki w Vojanove sady. Zagłębiamy się w nie rozkoszując się ciszą (przynajmniej Rodzice), spoglądamy sobie na sadzawki, drzewa owocowe... Docieramy do końca, stwierdzając zupełnie bez negatywnych emocji, że wejście było tylko jedno (bo przez klasztor przejścia nie ma), ostrożnie mijamy snujące się pawie. 

Rzeczone ptaki prowokują Juniora do zabaw słownych. Podchodzi do Rodziców informując, że właśnie ułożył zdanie:
"Pawie płyną promem"
(poniekąd połączył ptactwo z wcześniej widzianymi statkami na Wełtawie) i zaprasza (zwłaszcza Matkę) do zabawy nad rozwijaniem tego zdania. Wspólnymi siłami zdanie zostaje rozwinięte do:
"Pawie płyną pięknym pielgrzymkowym promem popijając południowomorawską palawę*"

*winko, było dostępne w co najmniej niektórych winiarniach

niedziela, 17 sierpnia 2014

Siedzę w samolocie, wśród wracającej do domu objazdowej kolonii z Zagłębia Miedziowego. Rejestruję kątem oka i ucha wywołujące uśmiech małonastoletnie manewry chodzeniowe (nie jest to jeszcze etap miłosny), choć niestety silniejsze jest widmo typowej dla tego okresu głupawki. Pora jest późna, lot już nieco opóźniony, potrzebuję jakiejś ochrony.

Włączam czytnik w telefonie, otwieram Najdera z myślą "jakby co to na te bestie mam jeszcze Teklaka". Dzieciarnia wyczuła chyba telepatyczny przekaz i zgierską aurę, po dziesięciu minutach przycichła i mogłem spokojnie przełączyć się na fantastykę.

A może po prostu obsługa zaczęła sprzedawać colę, orzeszki i chińskie zupki.

środa, 13 sierpnia 2014

Czechy niemal automatycznie kojarzą się z piwem. Byliśmy więc niewątpliwie zaskoczeni, kiedy w promieniu kilkuset metrów od naszej kwatery znacznie częściej rzucały nam się w oczy winiarnie, niż typowe piwiarnie. Były nieskomplikowane do bólu - kilka stolików wewnątrz, kilka na zewnątrz, szafka z flaszkami, lodówka z przekąskami, i rząd beczek z których toczyli wino wedle życzenia, do kieliszka, do karafki, do butelki (za drobną opłatą butelkę PET dorzucali, jak kto nie miał własnej), podstawowa cena była za litr. I wszystko w zasadzie z czeskich (morawskich raczej) winnic, nawet jeśli wino nazywało się niebieskie portugalskie. 

Spodobały nam się w okamgnieniu (jako koncept, nie jako każda z osobna). Sympatii wystarczało nam nawet na to, by w potwornym deszczu (jakby kto wiadra na głowy wylewał) zmierzać wieczorem do winiarni (przestanie być tak dramatycznie jak dopowiem, że zaczęło lać w połowie czterystumetrowej drogi), ryzlink rynsky wart był tego. Starają się tam jak mogą, w jednej z nich były specjalne promocje (rozpisane w karcie na cały rok naprzód), na Dzień Dziecka każde dziecko miało prawo do jednej darmowej lampki (czy nie zapomniałem dodać, że chodziło o dzieci w wieku 18-20 lat?). Nie pamiętam jaka promocja dokładnie była dla zakochanych, bardziej mnie frapowało, dlaczego akurat 1 maja?

Winiarnie, jak to winiarnie. Prawdziwe zaskoczenie przyszło, kiedy w małych wioskach w zwykłych lokalnych sklepikach zobaczyłem takie same beczki, z takimi samymi winami (choć niekoniecznie w pełnym wyborze, oczywiście). Ceny za litr, oczywiście.

(za tytuł przepraszam, nie chciał się wymyślić lepszy)

Tagi: Czechy
23:56, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2