Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Nie wiem, czy tradycja obchodzenia w ostatni dzień sierpnia Blog Day jest jeszcze aktualna, ale nastawiłem się psychicznie, że go uhonoruję. Tak bardzo, że już w trakcie roku zamiast zapisać tylko w pamięci blogi do polecenia i potem zapomnieć jakie, w tym roku odnotowywałem je zawczasu. 

Więc, drodzy blogerzy i blogoczytacze - zapraszam na wycieczkę:
1. NRD Blog - jak sama nazwa wskazuje, tematem przewodnim są Niemcy ;) ze szczególnym uwzględnieniem motoryzacji, techniki i muzealiów; perłą tego bloga jest inżynierska analiza humoreski Tuwima
2. Pozywam - wbrew tytułowi blog pewnego sędziego (a nie adwokata), głównie dla fachowców, ale nie tylko (choć na pewno nie dla pieniaczy i wszystkowiedzących)
3. Vontrompka - genialne komentarze do rzeczywistości (nawet jeżeli z jednej tylko perspektywy pisane, ale każdy komentuje ze swojej, jak wiadomo)
4. Między Rurytanią a Molwanią - niedawno dopiero odkryłem, że Ziemowit Szczerek bloga posiada, a szkoda
5. Blogroll - zgodnie z tradycją polecam wszystko co polecam na co dzień w formie linków w kolumnie po lewej (trzeba wyjść z notki na widok ogólny).

No to Happy Blog Day czy jakoś tak.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Stare miasto pirackie (korsarskie chyba byłoby precyzyjniej). Piratów już nie ma, zostały wolne ptaki morskie. Kiedy siadają na latarniach to nie wydaje się to niczym dziwnym, takoż na markizach sklepowych (choć w oknach, domowych czy hotelowych, nieco zaskakują), ale kiedy taki rozsiada się na masce zaparkowanego na starówce hyundaia, to juz różne myśli przychodzą do głowy. Ale i tak królem było to ptaszysko, które w sobotni wieczór wylądowało na środku głównej ulicy handlowej. I nie, nikt go nie próbował rozjechać, z szacunkiem jak dla pirata.

mewa St-Malo intra muros Bretania Bretagne Francja

Kiedy w niedzielę wieczorem (po 21) potrzebujesz czegoś z apteki, to zgodnie z informacją udzielaną w biurze informacji turystycznej St-Malo należy skontaktować się z policją. Szpital przyjmuje jednakowoż całą dobę.

Schodzimy w dół uliczką w kierunku plaży. Urokliwe domki, na niektórych tablice z nazwami, jak Atma w Zakopanem czy Krystyna w Krynicy. Na jednym z frontonów dostrzegam napis Petit Riviera, Mała Riwiera, zastanawiam się w duchu czy to pretensjonalność czy poczucie humoru, droga jednakowoż faktycznie solidnie w dół, samochodem pod górę w najlepszym razie na dwójce (choć zaraz, czy to nie była jednokierunkowa?) 

St-Malo plage Four Chaux Bretania Francja

Fakrebleu, takie słowo ciśnie się na usta, kiedy idziesz wąskim chodnikiem i nagle czujesz grube krople lecące na głowę (z racji ślicznie grzejącego słońca nie rozważasz nawrotu deszczu, parasol złożony ledwie parę minut temu). Zadzierasz głowę by sprawdzić co się dzieje, by po chwili wciąż w pełnym słońcu dostać w łeb jak z wiadra prawie. Z mokrą głową biegniesz pod parasolem, słońce nadal grzeje, śmiech jest gromki i serdeczny.

Leniwa letnia niedziela. Już po powrocie ze spaceru przez dzikie ostępy nad kanałem, teraz relaks przy szklanym naczyniu z ciemną zawartością. Przychodzi mi do głowy, że warto by napisać o czymś lekkim a od dawna przemykającym...

O depozytach sądowych i ich zabawnych z pozoru przedmiotach pisałem już kilkakrotnie, ostatnią notkę w tej kwestii zakończyłem uwagą, że zawsze dojdziemy do punktu, w którym w depozycie znajdą się rzeczy od początku stanowiące śmieci. Takie jest życie, nic się nie da poradzić na to, że w toku postępowania dowodem będą:

wezwanie do odbioru depozytu śmieci sąd

albo:

wezwanie od odbioru depozyt śmieci sąd

(zdjęcia... zwielokrotnione z profilu Sędzia płakał jak oddalał

I tu refleksja: w świetle obowiązujących przepisów, śmieci (odpady) stanowią własność gminy. Skoro tak, to przecież wystarczyłoby wezwać gminę, żeby przysłała kogoś z workami na śmieci, sortowane i zwykłe. Co najwyżej mógłby się pojawić spór, do której gminy te odpady właściwie należą...

niedziela, 23 sierpnia 2015

No więc cydr jest tu wszechobecny, w przeróżnych wersjach (wytrawny, słodki, dogazowany, z beczki, gruszkowy...), to jego ojczyzna. Butelka cydru czekała na nas na powitanie. Bez problemu można byłoby wypełnić sobie wannę cydrem, gdyby ktoś miał taki kaprys (możecie zapytać Szyszki, ona w takich sytuacjach uśmiecha się specyficznie).

W creperie na stołach nie czekają kieliszki do wina, lecz kamionkowe filiżanki, czarki raczej, dzbanek cydru w zestawie firmowym (dowolne naleśniki plus cydr) przybędzie później.

cydr restauracja creperie St-Malo Bretania Bretagne

W Dinard wynajdujemy lody o smaku cydru, kupujemy bez namysłu - ale tu jednak odrobina rozczarowania, bo w smaku to jednak tylko znakomite lody jabłkowe (może prawidłowo byłoby: o smaku pieczonego jabłka lub o smaku tartych jabłek). Może po prostu robili je na słodkiej odmianie cydru, a nie na szlachetnym, wytrawnym brut.

Byłoby strzelić jakimś korkiem... 

sobota, 22 sierpnia 2015

Nieeee, nic o polityce, nic z tych rzeczy. Po prostu: czytałem, czytałem i doczytałem. Właśnie skończyłem pięćdziesiątą drugą książkę w tym roku, czyli sprostałem wyzwaniu podjętemu na początku roku. O tym jak mi idzie pisałem po pierwszym kwartale i po drugim kwartale, a że wakacje (i długie podróże) sprzyjają czytaniu, to łatwiej było pochłaniać kolejne książki: na papierze, w komputerze czy w czytniku.

To teraz dla porządku uzupełniam listę:

40. Oksana Robski, Szczęście nadejdzie jutro
41. Wawrzyniec Podrzucki, Uśpione archiwum /e/
42. Wawrzyniec Podrzucki, Kosmiczne ziarna /e/
43. Wawrzyniec Podrzucki, Mosty wszechzieleni /e/
44. Joanna Dziwak, Gry losowe /e/
45. Adam Wiśniewski-Snerg, Robot /e/
46. Terry Pratchett, Łups! /p/
47. Daniel Kot, Kierunkowy 22 /e/
48. Adam Wiśniewski-Snerg, Nagi cel /e/
49. Jerzy Żuławski, Na srebrnym globie /e/
50. Anne Tyler, Święty Być Może 
51. Szczepan Twardoch, Drach
52. Alice Munro, Widok z Castle Rock 

Na koniec kwartału uzupełnię znowu, bo - żeby nie było - czytam oczywiście dalej i liczę dalej (choćby po to, żeby w jakiejś chwili osiągnąć stan przeczytania 52 książek od początku do końca -wspominałem na samym początku, że sporo książek mam zaczętych, tyle co lub ho-ho-ho temu, czasem miałem 100 stron przeczytanych a czasem 100 do przeczytania - ale zadanie i tak uznaję za wykonane na swoich zasadach, w końcu nie liczę książek które przeczytałem po raz kolejny, tylko w ostatnim czasie było ich ze trzy).

Lojalnie uprzedzam, że nie każdą książkę z mojej listy polecam (ale jak już zacząłem to i przeczytałem...)

Tagi: książka
20:47, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Tego dnia było pochmurno. Kiedy wysiedliśmy, założyliśmy pelerynki, przynajmniej dla ochrony plecaków z podręcznymi rzeczami. Ruszyliśmy przez piasek, deszcz stawał się mocniejszy z każdą chwilą.

plaża Omaha Beach Easy Red Normandia Normandy

Ponura pogoda nie zachęcała do rozmów, szliśmy więc w milczeniu przez Easy Red w kierunku St-Laurent-sur-Mer. Spoglądałem w zadumie to na morze, to na szeroki pas piasku, to na wznoszące się nad plażą zielone zbocza (wiedziałem, że pewnie znajdę tam stare umocnienia) - i myślałem o tych chłopakach z Wielkiej Czerwonej Jedynki (autobus stawał na minirondku przy kamieniu z czerwoną jedynką) i z Dwudziestej Dziewiątej, przemieszanych tu kompletnie, którzy starali się przeżyć i dać szansę przeżyć kolegom, pchając się na te zbocza. 

plaża Omaha Beach Easy Red Normandia Normandy

plaża Omaha Beach Easy Red Normandia Normandy

Gdyby była dobra pogoda, szlibyśmy dalej do Vierville, a może i do Pointe du Hoc. Ale my mogliśmy się wycofać.

plaża Omaha Beach St-Laurent-sur-Mer Normandia Normandy

niedziela, 16 sierpnia 2015

Sfilmowanie "Małego Księcia" wydaje się mission impossible, bo przecież trudno z tych paru stron przetykanych obrazkami skonstruować opowieść filmową na godzinę z haczykiem. Owszem, można byłoby pewnie szczegółowo odtwarzać każdy fragment dialogu, rozbudowując go do długiej sceny, a nawet sfilmować jak Mały Książę ogląda po kolei czterdzieści trzy zachody słońca... ale przyznajmy, byłoby to tylko dowodem, że dorośli są bardzo dziwni. 

Zespół francusko-kanadyjski nie ograniczył się do prostej adaptacji (aczkolwiek śmiało z ich wersji można byłoby wykroić całkiem zgrabną i spójną opowieść dla wiernych fanów). Wpletli oryginalną historię jako wewnętrzną opowieść w zupełnie innej fabule, celowo przerysowanej. Może zaskakiwać (wobec szczupłości pierwotnej opowieści), że pewnych konceptów, epizodów, postaci się pozbyli - mnie brakowało klasycznego dialogu z Pijakiem - ale postawili na spójne rozwijanie fabuły, znakomicie zachowując klimat oryginału i zręcznie łącząc go z mrocznymi akcentami naszych czasów (chyba tylko Francuzi mogli popełnić tak antykapitalistyczną, czy też może antyneoliberalną opowieść). A przy tym jak ślicznie potrafią wygrywać detale! Pijak wszak pojawił się, tylko już niczego się nie wstydził...

Zdecydowałem się na wersję 2D, wystarczyło mi wyobraźni (i doświadczenia) by wiedzieć które miejsca miały dobrze wyglądać w 3D (i myślę, że wyglądałyby całkiem nieźle). Najlepiej i tak wyglądały fragmenty w staromodnej animacji, składające się na oryginalną opowieść (wizerunek Małego Księcia w wersji nowoczesnej zupełnie mi nie przypadł do gustu).  

Tagi: film
23:04, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 sierpnia 2015

Jadę TGV.
Spóźniony jak TLK.
Wciąż w tunelach jak cholerne metro.
I wifi nie ma.
Przez dziesiątki kilometrów wlecze się sto pięćdziesiąt jak jakiś produkt bydgoskiej Pesy. 
(ale kiedy wjeżdża na peron po krętym torze to wygląda całkiem jak wąż z tym swoim podłużnym pyskiem i parą ślepi)

Sobota, weekend wymiany turnusów. Wielu ludzi chce dojechać pociągiem, więc koleje francuskie puszczają na tory dodatkowe składy na popularnych kierunkach. A żeby je pomieścić na torach... wycinają część połączeń lokalnych, w tym to, które sobie pracowicie zaplanowałem jako część trasy wakacyjnej (co nie przeszkodziło francuskim kolejarzom w sprzedaniu mi dzień wcześniej w kasie biletu na to wycięte połączenie). W efekcie siedzę teraz przed dworcem (dworczykiem) bo czas, jaki nam pozostał na zwiedzanie Dol (z bagażami) jest o półtorej godziny krótszy (a bagaże są ciężkie), dobrze że słońce świeci i osładza chłodny wiatr. Pora* zabrać się za kupiony awaryjnie pate de campagne... 

Trzebaż mieć farta, by na podróż do fenomenu z listy UNESCO wybrać się (z przesiadką) w czasie kiedy francuscy rolnicy w ramach tradycyjnego protestu o Republika-wie-co (aujord'hui je ne comprends francais więc trochę zgaduję oglądając telewizję, że tym razem o ceny mleka) postawią blokadę dokładnie na twojej drodze. W efekcie autobus zatrzymuje się ze siedem kilometrów dalej w Pontorson (choć śmiało mógł skubany pociągnąć jeszcze z pięć kilometrów do wioski, blokada jest za nią) i zostaje drzeć piechty (z pewnych względów opcja z rowerami nie wchodzi w grę), a w dalszej perspektywie rozpieprza to nam cały harmonogram transportu (udaje się wrócić sprawnie całkiem alternatywną trasą, ale dziesięć euro wydane zapobiegliwie na bilety powrotne.. sami możecie sobie dopowiedzieć co). Tyle naszego, że w drodze powrotnej znosi nas do przydrożnego sklepu i po degustacji wychodzimy z butelką cidre rose. A w domu widzimy całą kolumnę traktorów z tej blokady i - odmiana syndromu sztokholmskiego - wesoło im machamy.

Patrzę na francuską telewizję i zastanawiam się: czy w polskiej telewizji (której nie oglądam) występują tacy sami bucowaci kretyni, czy francuscy są jednak gorsi?

*pisane było na gorąco, wtedy był czas teraźniejszy

niedziela, 02 sierpnia 2015

Wyszedłem na trawnik zobaczyć, czy pod moją nieobecność nic nieplanowanego na nim nie wyrosło (choć to eufemizm, należało powiedzieć: co nieplanowanego na nim wyrosło). Usunąłem tu jakiś pęd akacji, tam jeżyny.. Przeszedłem w inny kąt, zobaczyłem coś wystającego ponad (mocno przesuszoną) trawę, pochyliłem się. Nie bez zaskoczenia odnotowałem charakterystyczne listki, przyjrzałem się uważniej. Obok łodyżki dostrzegłem w ziemi pewien znajomy kształt. Sięgnąłem po narzędzia, starannie wyciągnąłem całość na powierzchnię.

dąb żołądź siewka

Wcześniej jesienią niejeden raz zastanawiałem się, skąd mi się biorą w ogródku żołędzie (jako żywo dębu w bliskiej okolicy nie ma), zakładałem, że to ptaki gubiły w locie (hipotezę, że robiły sobie w moim trawniku zapasy na zimę, odrzucam jednak jako zbyt daleko idącą). Niejeden usunąłem, tego najwyraźniej nie zauważyłem (choć to miejsce, hmm, mocno odkryte). W każdym razie żołądź wziął i wypuścił pędy, jeden w górę, drugi w dół. Junior będzie miał pomoc naukową :)

11:05, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (1) »