Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 26 sierpnia 2018

Takie czasy, ciągle i wciąż ludzie coś o sobie deklarują. Czasem nawet oczekują od innych, żeby się zadeklarowali (co na mnie akurat nie działa). Od dłuższego już czasu przemyśliwałem zaś nad takim niby-wyznaniem...

Punktem wyjścia powinno być pytanie: a co właściwie lewicowiec znaczy? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Mówi się o co najmniej dwóch wymiarach lewicowości, "obyczajowym" i społeczno-gospodarczym; mój znakomity, stuprocentowo lewicowy, znajomy rozpisał to kiedyś nawet na trzy wymiary (dodając stosunek do naukowości), troszkę nie chce mi się szukać właściwej notki, jak kto chętny, to proszę samemu. Ile by tych wymiarów nie było, w pewnej chwili pojawia się kwestia, że osoba zaliczana do lewicy powinna w każdym wymiarze zmieścić się w mniej więcej odpowiednim zakresie - tak aby aktywista na rzecz aborcji nie był jednocześnie zwolennikiem podatku pogłównego, a zwolennik rad pracowniczych i nacjonalizacji przemysłu nie popierał kryminalizacji homoseksualizmu. 

Ze trzy lata temu (nie pamiętam, czy już z haczykiem, czy jeszcze nie) dostałem propozycję przystąpienia do nowotworzonej partii lewicowej (tak, wiecie jakiej). Mój namysł był bardzo krótki - abstrahując od wielu różnych pomniejszych przyczyn, o których nie napiszę, wiedziałem już wtedy, że nie jestem dostatecznie lewicowy pod każdym względem (kto czytywał Zapiski... wcześniej, raczej nie będzie tym zdziwiony). Z wielu dyskusji fejsowych wiedziałem już wtedy, jakie jest nastawienie wśród aktywistów, jak będzie szła interpretacja deklaracji programowej (tak, o niej już pisałem) - i  widziałem, że zwyczajnie bym nie pasował, więc po co wchodzić w coś, z czego potem bym się wypisywał lub, co gorsza, był wyrzucany za odchylenie konserwatywne...

Nie aspiruję do dumnych określeń, w końcu to tylko metki. Źle mi ze swoją wrażliwością nie jest, a jak mi ktoś chce nawrzucać, to dużo już w życiu usłyszałem:)

12:45, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 sierpnia 2018

Wyjeżdżając na morze rejestrowałem kolejne okruchy i odpryski narodowej debaty o parawanach, słuchając argumentów o ich niepodważalnej polskości na tle świata, o ich niepodważalnej praktyczności nad polskim morzem, o tym jak... A potem chodziłem plażą, w dni spokojne i bardzo wietrzne, obserwowałem jak ludzie tę plażę zaludniają w mniejszym lub większym stopniu (w zależności od dnia i miejsca). I obserwując (zamiast mijać tylko), dostrzegałem coraz więcej i więcej.

Zacząć trzeba od truizmu, że parawan parawanowi nierówny, zwłaszcza jeśli chodzi o długość. Są parawaniki na trzy segmenty, widziałem jednak i monstra obejmujące segmentów dziewięć, z takim wielkim to aż trudno nie zająć sporego fragmentu plaży lub nie grodzić się wielostronnie. Nie mam pojęcia (w sklepach nie patrzyłem), na ile wybór wielkości jest pochodną świadomej decyzji, a na ile akurat dostępnego asortymentu i wyłapanej promocji. Rozważania o rozmiarze stają się jednak bezprzedmiotowe, kiedy ktoś buduje swoją palisadę z trzech parawanów (różnobarwnych), bo i takie przypadki widziałem.

Podobnoż główną funkcją parawanu na polskiej plaży jest ochrona przed wiatrem. Przyznam, że czasem nawet widziałem parawany stawiane w poprzek wiatru (zwykle takie mniejsze) i ludzi chowających się za parawanem. Uczciwie przyznam też, że nie widziałem, aby ktoś osłonił się od wszystkich stron z wyjątkiem nawietrznej... ale też byłoby to rzadkiej wody osiągnięcie. W praktyce dominowało osłanianie się z trzech stron, a nawet z trzech i pół, pozostawiając tylko wąskie wejście od strony morza (wiatr wbrew pozorom najczęściej wiał wzdłuż brzegu, nie od morza).

Za parawanowym ogrodzeniem można było znaleźć wiele: koce/ręczniki, namiociki do chowania się przed słońcem/wiatrem, pustą przestrzeń... Pamiętam nawet fascynujące przypadki, kiedy parawan służył do starannego ogrodzenia (z wszystkich możliwych stron) jednoosobowego ręcznika plażowego, tworząc swoistą izolatkę. O dziwo, niekoniecznie parawany były od spodu starannie zabezpieczane nadsypaniem piasku na materiał, przez co nie chroniły od piasku naniesionego przez wiatr lub przechodzącego plażowicza.

Na swojej nadmorskiej kwaterze znalazłem w kącie parawan. Do dziś nie wiem z ilu segmentów się składał.

11:25, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 sierpnia 2018

Upał. Rzadki nadmorski las. Ptaków nie słychać, czasem tylko jakiś owad zabrzęczy. Co jakiś czas przemykają, wzbijając na piaszczystej drodze tumany kurzu, cichobieżne meleksy, z rzadka tylko dając sygnały dźwiękowe, kiedy turyści piesi i rowerowi za mało miejsca zostawią dla transportu organizowanego do wydm.

Zbocze wydmy - przynajmniej w dolnej części - jest strome. Patrzę na pokonujących to zbocze ludzi i nie umiem się oprzeć myśli, że Wydma Łącka powinna zostać jakimś narodowym miejscem pielgrzymkowym. Nigdzie chyba bowiem nie widziałem tylu ludzi idących na kolanach, aczkolwiek podpierając się także rękami... 

Stoję na niskim bocznym wierzchołku Wydmy Łąckiej, patrzę na siodło i właściwy grzbiet. Palące słońce rozjaśnia piasek niemal do białości, aż mam wrażenie że stoję na ośnieżonym stoku i wzrokiem szukam wyciągu. Kiedy później schodzę ze szczytu szerokim zboczem o zmiennym nachyleniu, nie potrafię już tego opanować i ze śmiechem zaczynam udawać krystianie (bo lecieć na krechę byłoby zbyt głupio). 

Łeba Wydma Łącka Słowiński Park Narodowy

 

czwartek, 02 sierpnia 2018

Unikam pisania o polityce (bo działa na nerwy). Unikam pisania o powstaniu warszawskim (bo - z całym szacunkiem dla bohaterstwa i cierpienia zainteresowanych - jest to zdarzenie lokalne, któremu na siłę przypisuje się Znaczenie Symboliczne). Ostatnio trudno jednak było się poruszać po internecie tak, żeby nie natrafić na jakieś wypowiedzi dotyczące powstania, czy to gloryfikujące, czy to demitologizujące.

Przyznam, że historię powstania przestałem zgłębiać po przeczytaniu w zamierzchłych czasach monografii Bartelskiego (beletrystyki nie liczę) i dlatego ten tekst przyciągnął mnie swoim nagłówkiem (może też zirytował podtytuł o "pięciu latach przygotowania", będący dość ordynarnym skrótem myślowym). Przeczytałem i popadłem w namysł: dlaczego dowództwo wepchało swoich podwładnych w najgorszy bajzel? Głupota, czy prowokacja?

A potem zaczęła mnie kłuć myśl, że dokładnie to samo odczuwam obecnie: aktualna władza prawie wszystko robi tak, żeby wepchać nas w najgorszy bajzel. Stan armii jest taki, że wkrótce oddziały powstańcze będą jej dorównywać. Geopolitycznie pogrążamy się w bagnie, z którego sami się nie wyciągniemy (wiara w barona Munchhausena nie jest mądra). O sytuacji ustrojowej i podziałach w społeczeństwie nawet nie chcę wspominać...

Nie chcę wyciągać wniosków. Pchają mi się do głowy rozmaite tropy kulturowe, ale optymizm Zorby nie pasuje do władzy absolutnie. Raczej mam wrażenie że to tkwiące w zakamarkach łbów zachwyty nad samobójczymi szarżami kawaleryjskimi (które posiadacze łbów będą oczywiście śledzić z Zaleszczyk).

11:41, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »