Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 29 września 2013

Zaskoczył mnie Rzym rozplenieniem się rozmaitych zakazów tu i tam. O, na przykład przy fontannach pojawiły się kategorycznie brzmiące zakazy wchodzenia do nich, o ile pamiętam – ze względów bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że przy najbardziej znanych fontannach, jak di Trevi, Czterech Rzek czy na Piazza Spagna zawsze gdzieś plątali się carabinieri czy inni mundurowi, i nieraz dało się słyszeć karcący gwizdek. Oczywiście głównie wtedy i tam, gdzie się plątały rzesze turystów, przy uroczej fontannie z żabami w sercu dzielnicy Trieste jakiś bezdomny spokojnie stał sobie w wodzie, organizował ablucje, pranie i co jeszcze tylko, ale też było to niedzielne przedpołudnie.

San Pietro Vincoli Rzym Roma Włochy Italia

Wyjątkowo zafascynował mnie zakaz, który wypatrzyłem u Świętego Piotra W Okowach. Poszliśmy tradycyjnie odwiedzić rogatego Mojżesza, obejrzeliśmy z profilu i en face (wciąż taki sam), zerknąłem na tabliczkę informacyjną. Stało na niej „ZAKAZANE JEST STAWANIE PRZED FIGURĄ MOJŻESZA W CELU UDZIELANIA GRUPIE WYJAŚNIEŃ". Cóż, Mojżesz był starannie odgrodzony linami z jakimś czterometrowym zapasem (więc zakaz wchodzenia za liny był dość oczywisty), najwyraźniej sam fakt, że przewodnik stanąłbym przy takiej linie pomiędzy grupą a rzeźbą, jest z jakiegoś powodu karygodny, w sumie niech sobie gada z daleka, a jeszcze lepiej przed kościołem.

zakaz postoju Rzym Roma Włochy Italia

Oczywiście wszyscy wiedzą, po co są zakazy. Dlatego zupełnie nie zdziwił mnie widok w jednej z wąskich, sympatycznych uliczek, gdzie generalnie miejsca do zaparkowania było niewiele (a nie każdy jest w stanie przerobić część parteru na garaż), kiedy wzdłuż muru jeden za drugim zaparkowane były samochody. Nie zdziwił, ale zauroczył fakt, że wszystkie stały pod zakazem postoju, najwyraźniej słowo „ciągły" traktując wysoce filozoficznie (skoro odjadę, to znaczy nie stoję na postój ciągły). 

Junior z Ojcem stoją przed monumentalnym Mojżeszem dłuta Michała Anioła. Junior dla kunsztu rzeźbiarskiego jeszcze wiele zrozumienia nie ma (wolno mu, Ojca zdaniem), więc Ojciec w ramach zachęty podpowiada Juniorowi, żeby się rzeczonemu Mojżeszowi nieco staranniej przyjrzał, i powiedział co tam nietypowego widzi, coś czego Junior nie posiada. Junior patrzy bez przekonania i mówi:
- Flagę.
[Ojciec nie do końca chce się zastanawiać o jaki wyrób flagopodobny mogło chodzić, więc delikatnie kieruje uwagę Juniora w stronę głowy]
- Brodę – rzuca Junior.
[Brodę Mojżesz istotnie ma imponującą, ale Ojciec cierpliwie – wciąż – podsuwa, że może ten Mojżesz ma na głowie coś czego nikt inny nie ma..]
Junior spogląda i mówi;
- Łyżki.

Mojżesz rogaty Michał Anioł Rzym Włochy

Cóż, historycy sztuki widzą raczej rogi (i potwierdzają to źródłami), ale każdemu wolno mieć własne zdanie, w końcu rogi u człowieka występują na głowie równie rzadko jak łyżki. 

sobota, 28 września 2013

Od jakiegoś czasu widzę takie głosy - dyskusją trudno to nazwać, bo są jednostronne - że tak właściwie to pojęcie „pracodawca” jest stosowane błędnie i powinno de facto oznaczać pracownika.    U podstaw tych głosów leży z natury lewicowe przekonanie, że skoro to pracownik wykonuje pracę, to właśnie on powinien być uznawany za tego, co daje, a nie na odwrót; jest to poniekąd zgodne z tzw. koncepcją świadczenia charakterystycznego (sformułowaną na potrzeby prawa prywatnego międzynarodowego). Z językowego punktu widzenia problem polega natomiast na tym że polszczyzna używa tego samego słowa na określenie kilku różnych pojęć - „praca” oznacza wszak równie dobrze zadanie do wykonania („mam dużo pracy”), jak i czynności składające się na wykonywanie tych zadań („pracuję”, „przeszkadzasz mi w pracy”) czy też wreszcie sam kontrakt przewidujący wykonywanie zadań na czyjąś rzecz w zamian za wynagrodzenie („mam pracę!”), że już pominiemy zupełnie terminologię czysto fizyczną. 

Postanowiłem się przyjrzeć temu pojęciu - a właściwie parze pojęć pracodawca-pracownik - od strony terminologii prawniczej. Nie ma ona swojego dokładnego odpowiednika w innych konstrukcjach, jeżeli patrzeć na samo brzmienie końcówek, to najbliższą parą są zastawca i zastawnik. Zastawca to jednak ten, który świadczenie charakterystyczne daje (oddaje swoją rzecz w zastaw), czasem nawet może otrzymać za to wynagrodzenie (ale niekoniecznie od zastawnika akurat), a zastawnik je przyjmuje (bierze rzecz w zastaw). Podobnie jest w przypadku zapomnianego już „wymownika” - otrzymywał on „wymowę”, czyli prawo mieszkania i utrzymania (czy występowało też słowo „wymowca”, dalibóg, nie wiem). Samo podobieństwo końcówki „-awca” to jednak trochę mało, gdyż nie pochodzi ona bezpośrednio od słowa „dawać” (choć oczywiście sugeruje wykonywanie czynności, jak w słowie „sprzedawca”).

Zwolennicy nazywania wykonującego pracę „pracodawcą”, odwołują się raczej do analogii z „usługodawcą” czy „świadczeniodawcą”, którym towarzyszą w odpowiednich parach „usługobiorcy” i „świadczeniobiorcy”. Są to jednak słowa obce są jednak tradycyjnemu słownictwu prawnemu (a nawet i prawniczemu), należą raczej do języka mediów i polityki (w terminologii prawnej najmocniejsze byłoby podobieństwo do „wykonawcy”). W języku prawniczym (i potocznym) występuje za to bliższe kodeksowemu pojęciu pracodawcy słowo „zleceniodawca” z dopełniającym parę „zleceniobiorcą” (w języku prawnym już nie, gdyż kodeks operuje co najmniej pięćdziesięcioletnimi pojęciami „dający zlecenie” i „przyjmujący zlecenie”), w którym ważniejszy jest element zadania, niż wykonania...

Nie umiem się oprzeć złośliwej sugestii, że jest to problem stworzony przez nowomowę, gdyż jeszcze nie tak dawno w prawie pojęcie „pracodawca” nie występowało, a tę bardziej złowrogą stronę stosunku pracy (dającą zadania i pieniądze w zamian za wkład osobisty) nazywano (co najmniej od 1974 roku) „zakładem pracy”. Mam podejrzenia, że chodziło o ułatwienie sobie tłumaczenia naszych pojęć ludziom z zagranicy, o stworzenie w polszczyźnie kalki angielskiej pary employer-employee, cieszę się, że uchowano nas od dalszym rozwojem nowomowy i przemianowania pracownika na „pracobiorcę”. Sięgnięcie do do historycznych zasobów języka też jednak przynosi niezbyt miłą niespodziankę, bo pracodawca okazuje się nowoczesnym odpowiednikiem niemile brzmiącego dziś „chlebodawcy”. Ludzie pracują jednak -jakby na to nie patrzeć – częściej na chleb, niż dla satysfakcji wykonywania pracy, przynajmniej dla kogoś za pieniądze.

Tagi: prawo
11:41, bartoszcze , Język
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 września 2013

Czytam w dzisiejszej Wyborczej wywiad z Krzysztofem Wielickim (będzie płatny, więc nie linkuję), dotyczący właściwie wyłącznie słynnej wyprawy na Broad Peak, zarazem tragicznej i pomyślnej. Dziennikarz w kółko krąży wokół kwestii podejmowania właściwych decyzji o ataku szczytowym - czy powinni byli iść wszyscy, czy nie należało lepiej zadbać o łączność, czy nie należało wyznaczyć godziny powrotu, czy nie powinno być bardziej twardych zasad, ścisłych procedur postępowania.

Sięgam na półkę, po starą książkę Boningtona o brytyjskiej wyprawie na Everest z 1975 roku. Bonington odgrywał w niej podobną rolę jak Wielicki pod Broad Peakiem - był kierownikiem, niczym dowódca i szef sztabu zarazem planował nieustająco, kto w jakim dniu ma jaką pracę wykonywać, z którego obozu przejść do którego i w czyim towarzystwie (które to plany z dnia na dzień trzeba było dostosowywać do bieżących osiągnięć i trudności pogodowych czy ludzkich), przy czym brytyjska wyprawa liczyła znacznie więcej ludzi, niż ta polska. I podobnie jak w przypadku Broad Peaku, wyprawa osiągnęła smutny sukces - pięciu ludzi weszło na szczyt (nową drogą), jeden z nich (Mick Burke) z tego szczytu nie wrócił, nawet można powiedzieć: nie nadążył za dwójką idącą przed nim, choć dobrą chwilę na niego czekali na zejściu (latem, lecz kilkaset metrów wyżej), zanim ruszyli w dół ratować życie w załamującej się pogodzie. 

Znamienny jest ten fragment:
"Bardzo stanowczo powiedziałem Martinowi [lider drugiego zespołu atakującego szczyt, musiał się wycofać z przyczyn sprzętowych], iż absolutnie się nie zgadzam, aby następnego dnia Mick szedł na szczyt. I chcę, aby wrócił na dół. (..) gdy zakończyła się łączność, zdałem sobie sprawę, że wydałem rozkaz zapewne niemożliwy do wykonania. Kiedy alpiniści docierają na Evereście do obozu szczytowego, stają się całkowicie niezależni, jeśli idzie o podejmowanie decyzji. Do tego momentu są członkami zespołu uzależnionymi od siebie nawzajem i podlegającymi ogólnej kontroli ze strony kierownika wyprawy, natomiast w przypadku ataku szczytowego jest inaczej. Jest to kwestia ich życia, za które sami odpowiadają, i tylko sami mogą podejmować decyzje co do sposobu działania."*

Nigdy się nie dowiemy, czy w innej rzeczywistości, Berbeka z Wielickim kierowaliby atakiem jak wycieczką szkolną, Kowalski ruszyłby dalej z Rocky Summit, a Bielecki z Małkiem czekaliby na kolegów, być może w innej rzeczywistości nawet nie byłoby warunków żeby wyruszyć.

Bonington za wyprawę na Everest otrzymał tytuł Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego (CBE). Mick Burke w obozie szczytowym, słysząc że Bonington chce z nim rozmawiać przez radio na temat ataku na szczyt, miał odpowiedzieć "może się wypchać".

*Chris Bonington, Everest- najtrudniejsza droga, tł. W.Adamiecki, Warszawa 1987

- Jakie ciekawe miasto, prawda?
- Messer, mnie się bardziej podoba Rzym.*

Chyba muszę się zgodzić z Azazellem, może dlatego, że Moskwy jak na razie nie znam, a z Rzymem jesteśmy starymi znajomymi, tak od ćwierci wieku. Oczywiście, nasza znajomość jest nieco niesymetryczna, to znaczy ja lepiej znam Romka niż on mnie, ale też pewnie dla niego ta znajomość ma ciut mniejsze znaczenie niż dla mnie, jakby na to nie patrzeć on jest trochę starszy (niewątpliwie ma też znacznie więcej friendsów i followersów). W każdym razie ja go lubię, a on póki co nigdy nie miał nic przeciwko mnie (a nawet jest trochę zadowolony kiedy przyjeżdżam), myślę że to już całkiem niezły układ, nie mam przesadnie wygórowanych oczekiwań.

Odwiedzamy się (eh, jak zabrzmiało) dość rzadko, teraz już momentami ulice zacierały mi się w pamięci (choć chodziłem już nimi wcześniej „na pewniaka”). Znalazłem wszystko co chciałem znaleźć, a nawet więcej (przywilej tych, którzy wiedzą co chcą gdzie znaleźć, łatwiej im dostrzec drobiazgi drugo- i trzeciorzędne, które neofita odpuszcza szukając celów pierwszorzędnych). Kawę Romek niezmiennie robi dobrą, lody też:)

Ale wkurzył mnie jednak w tym roku mocno, kiedy się okazało, że na próżno wybraliśmy się na Piazza Barberini, bo fontanna była w remoncie. No wiesz co? Tak, przyjadę znowu.

*oczywiście nieśmiertelny Michaił Afanasjewicz Bułhakow

poniedziałek, 16 września 2013

Minęły miesiące od premiery, film zszedł z ekranów, potem pojawił się na DVD... W ostatni weekend wypatrzyłem go w programie telewizyjnym, oczywiście na razie w stacji kodowanej i płatnej, pewnie gdzieś za rok pojawi się jako Megasuperhit powszechnie dostępny. 

Pożyczyłem od znajomego DVD. Obejrzałem na monitorze laptopa... potem obejrzałem jeszcze raz podłączając do dużego telewizora. Pomyślałem sobie o tym, jak tenże znajomy (miłośnik Tolkiena) krzywił nosem na tę ekranizację.

Dziewięć miesięcy temu pisałem już o Hobbicie, wyliczając grupy potencjalnych niezadowolonych. Cóż, niezadowolony może być każdy, kto nie zdążył na seans do kina, i nie zobaczył majestatycznych scen z wnętrza Ereboru, na ekranie mierzonym w calach, a nie w metrach, zupełnie gubi się cała ich uroda. A bez tego magicznego zaklęcia, które czaruje nam oczy na początku, ogląda się trudniej.

Na Hobbita trzeba zdążyć do kina, przynajmniej raz (ja żałuję że nie zdążyłem drugi raz). 

niedziela, 15 września 2013

Jak wiadomo, zwycięzca krajowej ligi aspiruje do gry w rozgrywkach dla zwycięzców lig (przynajmniej drzewiej tak bywało). Skoro więc wiosną wygrałem rozgrywki ligi blogerów w Wygraj Ligę, to zasadniczo nie wypadało odmówić na zaproszenie Rafała Steca do udziału w rozgrywkach Uefa Champions League Fantasy. Niestety, nie udało się jedynie zachować zwycięskiego składu Kiepsko Uczesanych, trzeba było zaciągnąć kredyt w UEFA (podobno można go spłacić kopaczami) i powołać nową zwycięską kadrę.

Bramki będą strzec - na zmianę lub wspólnie - ekskluzywny Manuel Neuer i ekonomiczny Łukasz Załuska. 

Obronę stworzą Mats Hummels, Giorgio Chiellini, David Luiz, Maxi Pereira i Adriano. Założeniem taktycznym obrony jest przekazywanie sobie miejsc na ławce.

Drugiej linii przewodzić będzie Franck Ribery, który podzieli się robotą z Mesutem Oezilem, Arda Turanem i Sergio Busquetsem. Musi też ustalić, czy Christian Poulsen będzie wiązać buty, podawać piłki czy zaskakiwać przeciwników nieoczekiwanymi wejściami.

Wreszcie w ataku mają przeciwników przytłoczyć Edinson Cavani i Mirko Vucinić, a Lima powinien uciec każdemu obrońcy zanim zauważą jego nazwisko w składzie. 

Pozostały mi tylko dwie kwestie:
- jaki fryzjer ma im zmienić fryzury,
- kto mi będzie przypominał o tym, żeby zrobić przegląd składu przed każdą kolejką? 

Tagi: bzdury
19:15, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »

Podobno można poznać, że człowiek się starzeje, po tym, że coraz częściej przegląda nekrologi, czy też (gorszy wariant) bywa na pogrzebach. Pamiętam, że kiedyś uwagę na to, kto umarł, zwracałem głównie kiedy przy okazji 1 listopada publikowano długie przypominajki, kogo to pochowano w ciągu ostatniego roku. Pamiętam też, że kiedyś niedługo po Święcie Zmarłych zacząłem mieć wrażenie, że tych powiadomień o śmierci osób znanych zaczęło się robić więcej, przemknęła wtedy myśl, że jakiś pechowy rok się robi, czy coś takiego. 

Nie tak dawno umarł Mrożek. Spotkało się to z należną porcją żalów, rozumnych lub nie (ach, ileż było śmichów z powodu że jakaś blogująca celebrytka wspominając Wielkiego Pisarza Polaka nie potrafiła prawidłowo podać jego imienia, chyba pośmiertnie zrobiła z niego Stanisława), pogrzebano na zaszczytnym miejscu podkreślając rozmiar doznanej straty. Pamiętam (miałem napisać o tym na świeżo, ale jakoś nie złożyło się), że zadałem sobie pytanie "ale na czymże właściwie ta strata polega?".

Mrożka ceniłem sobie i cenię niezmiernie, z niego cały jestem (na maturze Mrożkowskiego bohatera wzmiankowałem jako romantycznego*). Nie pamiętam jednak, by Mrożek w ostatnich leciech tworzył kolejne dzieła wybitne, ot, był sobie naszą Ikoną, raczej nieobecną w codzienności niż obecną.  Czy od jego śmierci zniknęły nam nagle Tango, Indyk czy Słoń? Czy straciliśmy szansę na nowe? (Co innego taki Cybulski, Baczyński, Hendrix czy Chopin, po których jeszcze można by się było zasadnie spodziewać jakichś korzyści dla ludzkości, gdybyż jej nie byli odumarli)

W tym tygodniu czytałem o Amerykaninie, który po 30 czy 40 latach małżenstwa, przeprowadził desperacką akcję poszukiwania dawcy nerki dla jego umierającej żony (zakończoną powodzeniem, jeśli kto ciekaw). Tak po ludzku go rozumiem, ale jednocześnie zastanawiam się, czy on się spodziewał, że w wyniku przeszczepu będą żyli długo i szczęśliwie (happily ever after)? Najwyraźniej ani do niego, ani do wszystkich opłakujących licznych zmarłych, nie dotarła ta jakże bolesna prawda: że śmierć jest nieodłącznym elementem, naturalnym i nieuniknionym końcem życia. Nieśmiertelności póki co się nie przewiduje.

*było to elementem odcięcia się od bohaterów romantycznych

08:37, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 września 2013

Rozpisałem się ostatnio o tym, jakie potencjalne opcje ma na przyszły rok Robert Kubica. Przez tych kilka dni żadne nowe informacje zasadniczo się nie pojawiły, ale przy niedzieli mogę sobie pospekulować, w końcu całe lato upłynęło wszystkim na spekulacjach dotyczących obsady wszystkich chyba możliwych bolidów w stawce F1.

Na chwilę obecną wyjaśniła się jedna tylko zagadka - wiadomo, że miejsce w Red Bullu nr 2 zwolnione przez Marka Webbera zajmie ostatecznie Daniel Ricciardo, ale tam przymierzany był jedynie Kimi Raikkonnen; czy Kubica w ogóle by tam mógł trafić, to trudno zgadywać, wszystko zależałoby od tego, na ile Red Bull rzeczywiście szukał kierowcy będącego kimś więcej niż grzecznym i solidnym numerem 2, plotki o Alonso nie oznaczały nie więcej niż to, że były. Śmiało możemy natomiast wykluczyć miejsce zwolnione przez Ricciardo - Toro Rosso to zespół ćwiczebny dla młodych kierowców wspieranych przez Red Bulla, człowiek z pięcioma sezonami w F1 zupełnie do tego nie pasuje. 

Równie bezrefleksyjnie możemy też skreślić zespoły z końca stawki, kandydat do tytułu mistrza świata nie będzie się zniżał do jazdy w trzeciej lidze (zwłaszcza że może startować w elicie rajdowej), ponadto tam występują kierowcy z solidnym zapleczem finansowym. Ze względów finansowych (głównie) nie wydają się też prawdopodobne zespoły takie jak Sauber i Williams - Sauber desperacko szuka pieniędzy i zakontraktował na przyszły rok absolutnego rosyjskiego żółtodzioba, fascynującym pytaniem staje się, kto temu żółtodziobowi będzie mentorem, ale obawiam się, że jednak również ktoś będący w stanie zapewnić wsparcie w gotówce lub 'w naturze", aktualnie Saubera nie stać chyba nawet na wywiązanie się z kontraktu względem swojego aktualnego numeru 1. Williams z kolei żyje (choć jego wyścigowe życie jest strasznie nijakie) głównie z pieniędzy wenezuelskich, co w oczywisty sposób wymusza na nich zatrudnianie Maldonado, natomiast bez niego (i tych pieniędzy, co zdarzyć się może) priorytetem dla nich również będzie poszukiwanie kierowców zasobnych albo przejście z nijakiego życia w stan wegetacji. Sympatia (obustronna) będzie raczej niewystarczającym atutem wobec braku potencjału.

Zostało nam pięć zespołów (wszystko oczywiście, gdyby ktoś zapomniał, w kategoriach hipotetycznych spekulacji). McLaren to uznana firma, tegoroczna zadyszka nie powinna zaciemniać obrazu (przyszłoroczne zmiany w przepisach mogą wszystko wywrócić do góry nogami), teoretycznie ma obu kierowców z kontraktami wieloletnimi, ale... w F1 pojęcie "wieloletni" nieraz oznacza "z opcjami na wiele lat", i tu mamy dobry przykład, bo mistrz świata Jenson Button na razie (ku mojemu zaskoczeniu) przyznawał się w lecie, że kontraktu na przyszłu rok wciąż nie ma, kontrakt jego meksykańskiego partnera może zależeć od kontraktów sponsorskich zawartych z jego patronem (ale wobec planów reaktywacji meksykańskiego Grand Prix jego pozycja wydaje się silna). Tym niemniej, ten kierunek nie wydaje się szczególnie obiecujący. 

Znacznie ciekawiej robi się natomiast w przypadku zespołów Ferrari i Lotus. Wtajemniczeni mówią o skomplikowanych negocjacjach toczonych wokół podpisu Raikkonnena, Ferrari daje mu pewność finansową ale mniej pewną pozycję w zespole, w Lotusie byłby nadal bezapelacyjnym liderem, ale problemem może być zapewnienie środków, może nawet nie tyle na wynagrodzenia co na prace nad samochodem (sportowo oba zespoły wydają się dawać podobne szanse, choć patrz punkt: pieniądze). Niezależnie od tego, dokąd Fin pójdzie, ważniejsze będzie, kogo zatrudni przegrany. O Ferrari mówi się, że preferuje kierowców ze sporym doświadczeniem (Felipe Massa doświadczenie ma, ale wyników coraz mniej), a z tym na rynku krucho (przyjmując że zarazem oczekiwany jest wystarczający talent), przymierzany powszechnie o Scuderii Hulkenberg zalicza raptem trzeci sezon. Po odejściu Webbera pasowaliby do opisu może jeszcze Button, który wszak raczej czeka na potwierdzenie kontraktu w aktualnym zespole ((patrz wyżej), i Rosberg (z dobrą pozycją w Mercedesie, lecz któż odmówiłby stajni z Maranello, głosi obiegowy pogląd). A Kubica podobno miał podpisany już wstępny kontrakt z Ferrari na 2012 (na oczy nie widziałem, wierzę różnym ludziom na słowo). Z drugiej zaś strony, Lotus zna jego możliwości jak mało który zespół, byłaby okazja "dokończyć pewne niezałatwione sprawy", a i kontrakt mógłby być niższy niż Raikkonnena..

Przyznam się, że cały czas moje myśli podążają w kierunku mało oczekiwanym. Według informacji - najpierw o statusie przecieków, teraz już potwierdzonych - Kubica korzysta w tym roku z symulatora wyścigowego Mercedesa (wieści zupełnie niepotwierdzone są takie, że jest w nim piekielnie szybki, szybszy niż aktualny skład tego zespołu...). Oczywiście nie jest prawdopodobne, żeby miał wygryźć świeżo zakontraktowanego lidera, ale miejsce obok niego... Oczywiście, założenie, że kierownictwo Mercedesa uzna Rosberga za znacznie słabszego kierowcę nie jest ogromne, poza tym ze względów marketingowych niemiecki team może chcieć mieć w składzie niemieckiego kierowcę (jednego się dopiero co pozbyli), chyba żeby sam postanowił odejść (patrz wyżej). Relacje w świecie F1 są nad wyraz skomplikowane, ale nie umiem się oprzeć myśli, że współpraca z Mercedesem może stanowić atut tego zespołu w grze o fotele (choć może wszystko się oczywiście skończyć na czysto biznesowym układzie "dla mnie rehabilitacja i sprawdzenie możliwości, dla was dane najwyższej jakości").

Zorientowani w dyscyplinie (oraz sprawnie liczący) wiedzą, że został jeszcze jeden zespół. Z pozoru nikt by na niego nie postawił, nie wygrali jeszcze wyścigu w swojej historii (raptem jedno podium), ale.. samochody mają solidne, potrafią dowieźć i na czwartym miejscu, choć bez kierowców najwyższej klasy, zajmują solidne szóste miejsce w klasyfikacji konstruktorów (nie bez szans na piąte). A na dodatek nie mają nikogo zakontraktowanego na przyszły sezon, finansowo jako tako się trzymają i - od przyszłego sezonu przechodzą na silniki Mercedesa...* Doprawdy, wolałbym widzieć Kubicę (na jeden sezon, potem pewnie przeszedłby wyżej) w Force India (w końcu po coś grywał z pokera z szefem tego zespołu...), niż nie widzieć go wcale w F1, nawet jeżeli trzeba byłoby odszczekać śmichy z Cezarego Gutowskiego (ale on takie wizje roztaczał dwa lata temu, więc się nie liczy). 

W każdym razie: będzie, co będzie. Spekulacje są ciekawsze niż dzisiejszy wyścig na Monzie, niestety.

*jak mi słusznie zwrócono uwagę - powinno być "przedłużyli kontrakt na silniki Mercedesa"...

17:58, bartoszcze , F1
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 września 2013

Junior z przedszkolem rozstał się jakiś czas temu, więc kompletnie nie rejestruję, w jaką stronę podąża ewolucja tej instytucji. Wtedy, kiedy mnie to obchodziło, pojawiła się zasada "pięciu godzin", jakoś tam przyswojona. Teraz natomiast od paru dni bombardowało mnie pojęcie "jednej złotówki" i kompletnie nie wiedziałem o co chodzi, dziś dopiero natrafiłem (nie szukałem, same na mnie wyskoczyły) na teksty dotyczące zagadnienia. 

No więc... jak rozumiem, w ramach urawniłowki (powiedzą jedni) lub w trosce o wyrównywanie szans (powiedzą drudzy) wprowadzono zasadę, że za zajęcia dodatkowe (czyli powyżej pięciu godzin opłacanych przez gminę) rodzice mogą płacić nie więcej niż 1 zł za godzinę, a jeżeli to nie pokrywa kosztów (słowo "jeżeli" jest grzecznościowe) to nadwyżkę finansuje się z dotacji przekazanej przez rząd. Dotacja ta oczywiście nie jest tak wysoka (no dobra, tak się twierdzi), żeby sfinansować fanaberie pokroju warsztatów ceramiczno-baletowych czy teatru karate, prowadzonych przez znakomicie przygotowanych wysokiej klasy profesjonalnych zawodowców, zajęć przecież niezbędnych do prawidłowego rozwoju przedszkolaka. Teraz, jejku jejku, będą musiały wszystkie zajęcia prowadzić te biedne (nieprzygotowane) przedszkolanki...

Dworuję sobie, bo przeczytałem o żalach rodziców, "których przecież stać" (ich akurat), a tak będą musieli wozić biedne dzieci z publicznych przedszkoli na zajęcia popołudniowe, od czego "będą zmęczeni i wydadzą dodatkowe pieniądze". Ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego w takim razie nie zamówią sobie/dzieciom zajęć, na które profesjonalny instruktor przyjedzie do domu - na pewno mniej się zmęczą, a przecież stać ich chyba, nie są przecież aż takim plebsem? 

 
1 , 2