Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
niedziela, 31 października 2010

Szukałem dla Juniora zdjęć lisów. Wpisałem w gógla prostą frazę "fox photo". Zgadnijcie, ile znalazłem spodziewanych wyników?

W pierwszej dziesiątce trzy (na pierwszym, drugim i dziesiątym). Za to już na trzecim, szóstym, ósmym i dziewiątym były linki do galerii zdjęć Megan Fox.

Oceńcie sami, co lepsze:)

red fox vulpes vulpes rudy lis sexy Megan Fox

Tagi: bzdury fotka
18:40, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (6) »

- Ojciec, a ja mam w jednej książeczce, jak lis łapie kurę!
- Bo lis lubi kury.
- Ojciec, a jak lis złapie kurę, to co on najpierw zjada?

piątek, 29 października 2010

..bo nagwiżdżesz w dupę komu, mawiano mi w dzieciństwie (skreślone słowo wymawiając z lekkim takim niedomófieniem).

Nową wersję tego wychowawczego powiedzonka opracowano w futbolu. Brzmi ona "nie gwiżdż na boisku, sędzia nie lubi konkurencji".

A swoją drogą pamięć mi teraz natarczywie podpowiada epizod z zamierzchłej przeszłości, kiedy w jakimś meczu zawodnik został ukarany kartką za wzięcie znienacka piłki do ręki. Tłumaczył się, że usłyszał coś, co uznał za gwizdek. Teraz to już we wszystko można uwierzyć (chociaż wtedy gwizdać mógł raczej ktoś z trybun).

Junior popołudniu dzieli się z Ojcem wrażeniami z dnia:
- Ojciec, a ja dzisiaj widziałem sarenki!
- A gdzie?
- A niedaleko od miejsca, gdzie Pies zwykle robi kupę..

 

W tegorocznym Konkursie Chopinowskim werdykt generalnie się nie spodobał tzw. ogółowi (z większością krytyków włącznie), który Julianny Awdiejewej jakoś nie cenił, za to kibicował Ingolfowi Wunderowi czy Ewgeni Bożanowowi, w ostateczności rosyjskiem kolegom laureatki takim jak Geniusas czy Trifonow. Padły nawet takie słowa jak skandal, co niektórzy przypisali tabloidyzacji wdzierającej się nawet do muzyki poważnej.

A przecież rozmaite kontrowersje towarzyszą Konkursom Chopinowskim od dawna. W 1980 roku Martha Argerich manifestacyjnie zrezygnowała w udziału w jury, kiedy na wczesnym etapie odpadł okrzyknięty przez nią geniuszem Ivo Pogorelic, w 1995 równie źle przyjęto wyeliminowanie przed finałem typowanego na zwycięzcę Nelsona Goernera (skądinąd w Konkursie tym nie przyznano Grand Prix). Nad tym, jak oceniać kandydatów, jakimi kryteriami się kierować, praktycznie zawsze trwa burzliwa dyskusja zrozumiała jedynie dla fachowców (uczciwie stwierdzam, że się do nich nawet nie zbliżam).

Są jednak ludzie, którzy nie potrafią się w żadnych okolicznościach uwolnić od przekonania o Wielkim Spisku. Trafiłem na takich czytając komentarze do informacji o tym, że przewodniczący jury, znakomity Andrzej Jasiński, udzielił Awdiejewej kilku lekcji. Doszukiwanie się w werdykcie konotacji politycznych, zarówno związanych z polityką krajową, jak i międzynarodową, jest po prostu rozbrajające, zwłaszcza że w świetle ujawnionych szczegółowych wyników wszystkich etapów Awdiejewa od samego początku była jeśli nie liderką, to w najścislejszej czołówce. Niektórzy chyba po prostu mierzą świat własną miarą.

15:21, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 października 2010

Naczelną zasadą systemu ksiąg wieczystych jest ich jawność. Oznacza ona, że treść księgi jest dostępna dla każdego, przez co nikt nie może się zasłaniać twierdzeniem, że treści księgi nie znał. Na początku poznawanie treści księgi wieczystej polegało na tym, że szło się do właściwego sądu, uprzejmie prosiło o okazanie właściwej księgi i czytało, czytało, czytało. Później za sprawą wprowadzenia elektronicznych ksiąg wieczystych (proces wciąż niezakończony) stało się to o tyle prostsze, że zamiast poszukiwać gorączkowo sposobu, w jaki księgę prowadzoną przez sąd w Słupsku* przejrzeć będąc w Gorlicach, wystarczyło pójść do sądu w Gorlicach* i skorzystać w wydziale ksiąg wieczystych z elektronicznej przeglądarki treści księgi wprowadzonej do systemu informatycznego (tzw. zmigrowanej).

Od kilku miesięcy jesteśmy o krok do przodu - Ministerstwo Sprawiedliwości uruchomiło (wreszcie!) system elektronicznego dostępu do ksiąg wieczystych przez internet. Teraz nie odchodząc od komputera, każdy może w każdej chwili sprawdzić, czy w księdze wszystko jest zgodne z tym, co twierdzi druga strona, w szczególności notariusz może na minutę przed podpisaniem aktu notarialnego upewnić się, że nic podejrzanego się w ostatniej chwili w księdze nie pojawiło (a wystarczy wzmianka datowana minutę przed aktem, żeby kupujący został zrobiony w balona). Upraszcza się też przygotowanie wszelkich transakcji, jak również - co nie mniej istotne - poszukiwanie, co rozmaite typy zrobiły ze swoim majątkiem zamiast grzecznie spłacić swoje zobowiązania. Jedyne, czego brakuje mi jako praktykowi, to umieszczenia w treści księgi adresu wszystkich, których prawa zostały ujawnione w księdze - później boleśnie odczuwa się brak tej informacji w toku niektórych procedur, kiedy bez adresów wszystkich zainteresowanych (od właściciela po niegdyś uprawnionego do przepędzania bydła skrajem działki) nie da się pójść do przodu.

Jakież wielkie było więc moje zdziwienie, kiedy Gazeta Wyborcza wystrzeliła nagle z rozpaczliwym tekstem "Hipoteka jak na dłoni. Każdy może wiedzieć, ile masz kredytu". Odpowiadam: tak, właśnie po to jest księga wieczysta - żeby można się było dowiedzieć wszystkiego o nieruchomości i jej właścicielu, wszystkiego tego, co jest potrzebne słusznie zainteresowanym (co sobie ktoś będzie dopowiadał do danych zawartych w księdze, to już jego wyobraźnia). A że ktoś może na tym dodatkowo skorzystać? Złodziej wykorzysta Google Earthy i metody obserwacji bezpośredniej, akwizytorów finansowych odprawia się z kwitkiem po drugim zdaniu (nie wspomnę, że gromadzenie danych z ksiąg wieczystych jest już ich dalszym przetwarzaniem, wymagającym zgody zainteresowanego). Windykator? A windykator ma jak najbardziej słuszny interes, żeby się wszystkiego dowiedzieć, bo jak ktoś nie płaci długów, to niech nie wrzeszczy o ochronie danych osobowych. 

*sądy wybrane losowo, nawet nie wiem czy i od kiedy przemigrowane

niedziela, 24 października 2010

Jak się było dzieciakiem, to czasem dla urozmaicenia na sali gimnastycznej grywało się w siatkonogę, czyli niby-siatkówkę, w której zamiast rękami przebijało się piłkę nogami. Zaspokajało to naturalną potrzebę kopania piłki i jednocześnie rozwiązywało dylemat braku odpowiednich bramek na sali (jak również problem obaw wuefisty o integralność niektórych szyb). Kojarzy mi się przy tym, że w tamtych czasach uderzenie piłki nogą było w siatkówce niedozwolone.

Dzisiaj siatkarzom podbijać piłkę nogą ponad wszelką wątpliwość już wolno, i starają się nieraz wykonać takie podbicie całkim efektownie (zwłaszcza jeśli pochodzą z krajów, gdzie technika futbolowa stoi na wysokim poziomie). Dzięki temu mamy jeszcze większe możliwości oglądania zapadających w pamięć akcji. Początek tegorocznego sezonu ligowego PLS, mecz Coś-tam Częstochowa vs Coś-tam Bydgoszcz, tie-break. Atak goniących wynik gospodarzy, piłka po wybloku zmierza daleko za końcową linię, ale w ostatniej chwili wysoko wyciągniętą ręką podbija ją Fin Antti Siltala. Piłka leci w bok, desperacko skacze za nią libero, ale odbija nie do środka, tylko z powrotem w okolice końcowej linii, gdzie Fin jeszcze nie zdążył jeszcze podnieść się po obronie. Rozpaczliwy ruch nogą - i piłka frunie w kierunku siatki. I prześlizguje się po niej. Jeszcze ją częstochowianie podbijają, jeszcze atakują, ale ten punkt ostatecznie dla Bydgoszczy, która tego tie-breaka wygrywa do dziesięciu, bo akcja Siltali podłamała gospodarzy do reszty.

Jak widać nie trzeba być Latynosem, ani nawet Serbem, żeby czarować piłkę nogą:)

Tagi: siatkówka
15:02, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (3) »

Pisałem już kiedyś, że nie mam apetytu na zysk. Wtedy chodziło tylko o spekulacje na cenach żywności. Dzisiaj przeczytałem, że na świecie toczy się gra o zapewnienie kontroli nad terenami uprawnymi - nie tylko dla zabezpieczenia dostaw żywności, ale także dla poszukiwania nowych form inwestowania kapitału. Nawet jeżeli te ostatnie nie wiążą się z drastycznymi zjawiskami opisywanymi w tekście (patrz strona druga), to jakoś nie mam złudzeń, że z biegiem czasu znajdą się i tacy, którzy dla odpowiedniej stopy zwrotu nie cofną się przed niczym.

Po takim tekście, moja globalna mizantropia rośnie. Doprawdy się zastanawiam, czy w jakiejś chwili fala protestu tego wszystkiego nie zmiecie.

Jeżeli tytuł się komuś skojarzył z pewnym nielegalnym biznesem, to pierwotnie nie miał mieć takiej konotacji, ale jak już to dostrzegłem, to uznałem, że samo się porównuje.

14:22, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 października 2010

Drugi dzień z rzędu przerzucam wieczorem drewno na zimę. Można przy tym nieźle zmarznąć (zwłaszcza wczoraj). Po skończonej robocie siadam z wielkim kubkiem gorącej herbaty (bez prądu), rozgrzewam się, a w uszach zaczyna mi ciepło i optymistycznie brzęczeć:

Hey hey I saved the world today
Everybody’s happy now
The bad things gone away
And everybody’s happy now

Może przygotowanie drewna na zimę to jeszcze nie ten kaliber, co uratowanie świata, ale samopoczucie też mam dobre. No to niech Annie Lennox brzęczy.

PS. To chyba znak upływu czasu - w latach młodości niechybnie przyszłoby mi do głowy
"Za oknem plucha, kubek parzy dłonie"..

środa, 20 października 2010

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły,
Zapaliły papierosy wyciągnęły flaszki,
Chodnik zajęły, ludzi przepędziły,
Idą wzdłuż ulicy i ryczą wesoło:*

Legia to stara kurwa,
Katowice - SS,
Arka Gdynia - kurwa i świnia,
Ruch! Ruch! HKS!

Inne kluby też się pojawiały, ale z racji pewnej takiej niewyraźności okrzyków, ograniczyłem się do kilku, o których słyszałem wyraźnie.

*(na motywach i cytatach z Elektrycznych Gitar)

14:17, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3