Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 31 października 2011

Tenisowy sezon dobiega końca, właśnie zakończył się stambulski turniej Masters. Jeśli turniej ten miałby być obrazem sezonu, to moglibyśmy mówić o dominacji słowiańskiej w tenisie - na osiem zawodniczek, aż sześć to Słowianki (duńska liderka rankingu to wszak Słowianka z arcysłowiańskich rodziców, w Danii jedynie urodzona), a i w walce o ostatnie miejsca prawie do końca liczyła się tylko paszportem niemiecka Andrea Petkovic, córka Serba i Bośniaczki, w Jugosławii jeszcze rodzona. A gdzie do tego całe stado tłukących się po kortach Rosjanek czy jeszcze niedawno triumfujących Serbek, o innych słowiańskich nacjach nie wspominając.

Nie ma co wysnuwać żadnych daleko idących wniosków, bo sytuacja w damskim tenisie zmienia się nieustannie. Nie tak dawno potęgą (choć w szczupłym składzie) była Belgia, dzielnie stawały inne państwa Europy Zachodniej i Południowej; Amerykankom się jakby odechciało, co nie znaczy, że nie zechce im się z powrotem. A może za rok czy dwa rewelacją będą Rumunki lub Azjatki?

Miło niewątpliwie, że w tym roku nasza gałąź Słowiańszczyzny reprezentowana była już pełnoprawnie, a nie tylko rezerwą. Zabrakło niewiele, paru niepotrzebnie oddanych gemów, paru decydujących piłek z Terminatorovą, nie pomogło wspomnienie podwójnie wygranego przed laty w tymże mieście mniejszego turnieju. Krok po kroku, jutro będzie lepiej. 

Sława! I do przyszłego roku.

niedziela, 30 października 2011

W pewnych rejonach Internetu szalały niedawno dyskusje o tym, z czego i jak obiektywnie wolno żartować, a z czego i jak nie. Ja osobiście, jako weteran wszelkich dowcipów antykomunistycznych, o Żydach i o blondynkach, mam podejście poprawnopolityczne głęboko w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę (aczkolwiek jakieś granice żartu pewnie znajdę), i pociesza mnie, że nie jestem w tym odosobniony (ostrzeżenie dla wrażliwych przed klikaniem w ten ostatni link). Przy okazji dokonywanej przez niektórych dekonstrukcji żartów, przypomniałem sobie złowrogą scenę z klasyki:

"- Wypuszczenie numeru gazetki ściennej uważam za błąd - zaczął Sasza.
- Subiektywny - podchwycił Diakow. - Ale błędy mają też obiektywne przyczyny i obiektywne następstwa. Prawda?"

Gdyby ktoś nie znał (cóż, zdarzyć się może): Sasza to młody komsomolec, który na swojej uczelni uczestniczył w redagowaniu gazetki ściennej z okazji Rewolucji Październikowej, w której zamieszczono kilka fraszek na przodowników pracy; Diakow  to przesłuchujący Saszę enkawudysta, zanim wyśle go na trzy lata zsyłki; całość to oczywiście "Dzieci Arbatu" Anatolija Rybakowa. 

Oczywiście mógłbym jeszcze przypomnieć żarty z Mahometa, i parę innych zdarzeń, ale wolę do życia podchodzić na wesoło, niż na smutno - więc pożyczając od nowej lokatorki blogrolla:

Nigella Lawson vs some healthy-living woman

sobota, 29 października 2011

Na nowym torze wszyscy są w jakiś sposób bardziej równi, bo muszą się go od początku uczyć. Na indyjskim torze wyniki kwalifikacji z pozoru przewidywalne i z tyłu i z przodu i pomiędzy, ale momentami na samej górze i w środku pola było niesamowicie ciasno. Na tyle, że o wejściu do Q3 zadecydowała jedna tysięczna sekundy, o którą się Pietrow nie pospieszył, uzyskując taki sam czas jak Algersuari.

India F1 Buddh Circuit grass painting 2011

Równość była i w błędach. Mistrzowie i maruderzy solidarnie zaliczali pobocza, zwłaszcza w zdradliwych zakrętach, zamieniając świeżo pomalowaną trawę z powrotem w wyschnięte, sypiące pyłem klepisko. W jednym miejscu na tyle mocno, że wydarli dziurę, w której Massa zostawił koło na zakończenie kwalifikacji, jak na wiejskiej drodze po sezonie zimowym.

Massa losing wheel GP India 2011 qualification

No chyba że w powstaniu tej dziury uczestniczył najbardziej nieoczekiwany dotąd bohater weekendu - w końcu mógł biedny futrzak na tym zakręcie nasikać. 

F1 GP India dog Indie pies 2011

Tagi: fotka
21:33, bartoszcze , F1
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 października 2011

Kilka tygodni temu media doniosły, że żona białoruskiego opozycjonisty skierowała apel do światowych przywódców, żeby uratowali jej męża i doprowadzili do jego zwolnienia z więzienia (jako więźnia politycznego). 

I nie było sposobu, żeby mi się to nie skojarzyło z podobnymi takimi zdarzeniami z przeszłości, a w tym z kubańskim dysydentem Armando Valladaresem, którego uwolnienie z kubańskiego więzienia po 22 latach stało się inspiracją do jakże wspaniałej, jakże przejmującej piosenki Jacka Kaczmarskiego

Nie proszę łaski - proszę o pogardę,
Jeden wzgardliwy ruch wszechwładnej ręki.
Niech pan napisze: A poszli do diabła!

Ile w tych - fikcyjnych, przez Kaczmarskiego wymyślonych - słowach jest godności w największym poniżeniu. Ścigają człowieka, nie pozwolą łatwo zapomnieć.

sobota, 22 października 2011

Gdzie te czasy, kiedy reklama była stała i niewzruszona (a jeszcze bardziej gdy jej nie było). Technologie rozwijają się z roku na rok, najpierw mechanicznie pozwalały na zmianę treści przez obrócenie pokazywanych elementów, teraz raczej opierają się na wyświetlaniu treści na odpowiednich wyświetlaczach (przed nami pewnie reklamowe hologramy).

Podczas meczu Legii w Bukareszcie, reklamy były oczywiście z jednej strony ogólnoświatowe (sponsorzy całych rozgrywek itp.), a z drugiej lokalne rumuńskie. Jednakże, w pewnej chwili pojawiła się też reklama po polsku. To znaczy,  najpierw wyświetlała logo reklamodawcy, potem polskie hasło reklamowe, a na koniec analogiczne rumuńskie - i tak w kółko.

W Polsce byłaby to akurat jak się zdaje reklama niedozwolona.  

Kiedy dekady temu spędzałem czas w bezpośrednim sąsiedztwie mnogości portretów Muammara, telewizję włączaliśmy rzadko, bo lokalna TV (dostępna dziś na satelitach) pokazywała mało co (a do łapania sygnału z innych państw trzeba było solidnej anteny i korzystnej pogody). Była wyłącznie po arabsku, oczywiście, więc zrozumieć się wiele nie dało, ale obrazy zawsze coś mówią. I na zawsze będę pamiętać mapy, na których w miejscu Izraela ziała czarna dziura ("tam jest coś, co nie istnieje") oraz spontaniczne demonstracje ludowe, na których tradycyjnie protestanci palili amerykańskie flagi i skandowali "Down, down, USA".

Odkąd się zaczęło powstanie, któremu szczerze kibicowałem, planowałem, że pod takim właśnie tytułem napiszę notkę z okazji ostatecznego upadku Kaddafiego. Teraz już mogę. I szczerze mówiąc, nie odczuwam szczególnej radości z jego śmierci. Nie w ten sposób, na pewno. Być może czas i odległość ostudziły moje uczucia, a być może to nawet jakiś przejaw syndromu sztokholmskiego.

Pojawiają się rozmaite zdjęcia, umarłego, umierającego czy jeszcze żywego, każdy może sam znaleźć, Ja jego koniec zilustruję zdjęciem jego pistoletu, od którego być może zginął. 

golden gun of Kaddafi złoty pistolet Kaddafiego
(zdjęcie: Thaier Al-Sudani, Reuters)

Halas.

Tagi: fotka Libia
19:23, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 października 2011

Posiadacze n-ek i fani oglądania transmisji internetowych mogą śledzić już dzisiejsze mecze, reszta musi zaczekać na jutrzejszy mecz w kanale otwartym. Ja się ograniczam do kanału otwartego, więc mam czas na odpowiednie przygotowanie. Na przykład na wyskoczenie do sklepu po odpowiednią przekąskę:

serowa liga mistrzów

Niech to będzie ta, prawdziwa uczta piłkarska.

niedziela, 09 października 2011

Na temat obowiązku używania kasków już kiedyś pisałem, krytycznie zresztą, ale dzisiaj nie całkiem się będę powtarzał, bo o trochę innych okolicznościach będzie. Przeczytałem sobie bowiem, że norwescy lekarze postulują, żeby w piłce nożnej (soccer) wprowadzić obowiązek gry w kaskach ochronnych, przynajmniej dla bramkarzy

Najpierw się zaśmiałem. A potem zacząłem się zastanawiać, gdzie ten obowiązek już trafił, a gdzie jeszcze trafi. Nie tak dawno trafiłem na jakiejś włoskiej stacji na powtórkę z kolarskich mistrzostw świata. Kiedy włączyłem, na przedzie jechała doborowa czwórka w składzie Indurain, Rominger, Jalabert, Chiappucci. Na głowach mieli: bejsbolówkę, chustkę, fryzurę i ..nie pamiętam (kasków było w każdym razie maluczko). Wydaje mi się, że to było zaledwie 17 lat temu (Agrigento '94). Dokładnego zdjęcia jakoś nie umiem znaleźć, ale wyglądało trochę podobnie jak tu:

Chiapucci Bugno Indurain

Wayne'a Gretzky'ego po raz pierwszy widziałem w akcji chyba w meczu gwiazd, i jak słusznie zauważyli komentatorzy, wyróżnił się wtedy wyłącznie grą bez kasku (w hokeju były już one standardem). Tak samo i narciarze alpejscy kiedyś raczej jeździli w czapkach niż w kaskach - mam w pamięci wspomnienie oglądanej w czarno-białym telewizorze w latach najpóźniej 80-tych transmisji z jakiegoś slalomu, kiedy Bojan Krizaj rusza na trasę z gołą głową (przy czym zapamiętałem to chyba bardziej na zasadzie "a on w zimie bez czapki"). Wojciech Fortuna po złoty medal w Sapporo też jeszcze frunął w czapce (Piotr Fijas bił rekord świata w Planicy już w kasku). 

Nie zamierzam twierdzić, że w sporcie kaski są zbędne, niejeden sportowiec na pewno dozgonnie im dziękuje. Ale Woutera Weylandta nie uratował, a Felipe Massa życie zawdzięcza nie tyle kaskowi, co szczęściu (że sprężyna nie trafiła w odrobinę inne miejsce), przypadków w innych sportach teraz na szybko nie będę wyszukiwał. Pojawia się więc pytanie, czy skórka warta wyprawki.

Postanowiłem sobie więc wyobrazić piłkarzy grających w kaskach. Wizja skaczących do dośrodkowania kasków naprawdę solidnie poprawia humor:) aczkolwiek bardziej się obawiam, czy uderzenie głową opatrzoną w kask w cudzą kończynę, nie będzie dużo bardziej dotkliwe i niebezpieczne, niż gołą głową. Nawet solidnie twardą. 

sobota, 08 października 2011

Polityka to generalnie brudna rzecz. Patrząc na działania polityków, odmieniamy przez wszystkie możliwe formy gramatyczne słowa typu brud czy brzydota i rozmaite podobne. Słuchając polityków, wzbiera w nas obrzydzenie, jeśli nie womity, bo mamy Tischnerowską świadomość, że to co nam mówią, to zwykle gówno prawda. Junior swego czasu, dziecięciem w kolebce, skakał sobie przyjemnie w kojcu, kiedy nieopatrznie włączyłem jakąś telewizję i rozpoczęło się expose ówcześnie debiutującego premiera, Dziecię popatrzyło chwilę, po czym na jego buzi pojawił się znajomy grymas wysiłku i po chwili po pokoju rozniósł się smrodek pozostałości trawiennych, sygnalizujący, że zamiast wysłuchiwać mętnych obietnic powinienem się zająć zmianą zasranej pieluchy (i nie wiem co było nieprzyjemniejsze). 

Co gorsza, trudno od tego uciec, bo jak wszyscy spróbują rady ze starego dowcipu i uciekną w Bieszczady, to zrobi się tam obrzydliwie tłoczno - i będzie to na tyle dużo ludzi, że ktoś zacznie wśród nich kręcić politykę. A poza tym będzie to jedynie stłuczenie termometru.

Z tym większą ulgą przyjmujemy więc ten rzadki moment, kiedy cisza wyborcza wymusza raptowne zamilknięcie zarówno polityków, jak i wszystkich, którzy o nich kłapią. Cieszmy się tą chwilą, w niedzielę po 21 powróci gówniana rzeczywistość (choć w międzyczasie zapewne z obrzydzeniem spełnimy obywatelski obowiązek).

I pamiętajcie, ani słowa o wyborach:)

20:28, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »

Kiedy Ojciec był mały, usłyszał dowcip, który już wtedy był stary: że ruskie slipy są niepraktyczne, bo cisną pod pachami i przecierają się na kolanach.

Dzisiaj Rodzice zdecydowali, że wobec ochłodzenia na dworze, najwyższy czas zrobić z Juniorem przegląd odzieży zimowej. Po przymierzaniu rajtuzów i spodni, przyszła pora na wielki (otrzymany w prezencie, więc wcześniej nie testowany) kombinezon na całe ciało. Junior od początku był wobec niego nastawiony nieprzyjaźnie, więc już po chwili Ojciec usłyszał, że kombinezon ciśnie Juniora na biodrze. Kombinezon przebijał więc ruskie slipki, bo cisnął zanim został włożony na nogi...

A po założeniu okazał się w sam raz, nawet z rezerwą na całę zimę.

13:26, bartoszcze , Junior
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2