Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 30 października 2012

Jadę sobie drogą jak wiele razy przedtem (i pewnie wiele razy potem). Na skraju lasu stoi duża tablica ogłoszeniowa. Droga prosta, prędkość nie za duża, rzucenie okiem nic nie kosztuje. Jakaś bliżej mi nieznana firma windykacyjna (lokowania produktu nie będzie) zachwala swoje usługi wielkim napisem:
SPRZEDAJ SWOJEGO DŁUŻNIKA

Gdybym nie wiedział, że jakieś formy (ukrytego) niewolnictwa i handlu ludźmi wciąż egzystują, to pewnie bym sobie nawet z tego i pożartował, z tego prymitywizmu językowego lub myślowego.

(100)

18:59, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2012

Pisałem już tutaj, że w mieście nad wdzięczną rzeką Arno, krzywizn wszelakich nie brakuje. Krzywa jest sama rzeka, i góry nad miastem, i most też łukiem biegnie:
Pisa Italia Piza Włochy Arno

Zakrzywione bywają uliczki:
Pisa Italia Piza Włochy Corso di Roma 

Za to proste są wieże (tam powyżej też przecież zresztą)
Pisa Italia Piza Włochy 

i wieżyczki
Pisa Italia Włochy Santa Maria della Spina

Domy też zresztą proste:
Pisa Italia Piza Włochy Lungarno Mediceo 

I tylko jedna wieża próbuje im zepsuć reputację prostych budynków.

Pisa Italia Piza Włochy Santa Maria Assunta

sobota, 27 października 2012

Jechałem przez wieś, taką porządną, więc dom przy domu, asfalt zacny, chodniki szerokie. Droga jednak historycznie pokręcona, że slalom można ćwiczyć, więc nie wiadomo, co będzie za każdym zakrętem. 

Wyjechało zza takiego zakrętu. Wielkie, na półtora pasa, ciemne, trochę jakby w barwach wojskowych, na pewno bez jakiejkolwiek jaskrawości, na dodatek dzień był pochmurny. Po prostu sunie naprzód taka bestia, nie ma miejsca, żeby się na swojej stronie jezdni zmieścić. 

Co za szczęście, że te chodniki szerokie, jeszcze tuż zaraz mi się obniżenie krawężnika na wjeździe do posesji znalazło. Kiedy już pół samochodu miałem na chodniku, to spokojnie mogłem stwierdzić, że to tylko monstrum rolnicze jechało do pracy, lub z pracy, a nie żaden czołg czy inny transformers.

 

czwartek, 25 października 2012

Kiedy po raz pierwszy - po okresie tajemnicy, wyczekiwania i plotek - usłyszałem kilka tygodni temu w radio pełną wersję tej piosenki, stwierdziłem, że czuję się rozczarowany mniejszą siłą niż się spodziewałem, i jakimś takim ogólnym przygaszeniem Adele, wręcz pomyślałem, że coś z gardłem miała przy nagrywaniu, albo może oszczędzała się z racji ciąży. Podobne odczucia mieli znajomi na fejsie, którzy komentowali, że nie przyłożyła się do nagrania. 

Słucham jednak tej piosenki raz za razem i widzę (zobaczyłem już dawno, dla ścisłości), że pierwsze wrażenie było ciut mylące, a nawet może niesprawiedliwe, pewnie od tych oczekiwań. Zaczyna się przy użyciu skromnego, niemal dyskretnego instrumentarium, przez co spokojny głos Adele w niespiesznej partii daje uczucie niedosytu. Dopiero w partii refrenu pojawia się orkiestra z prawdziwego zdarzenia, i tak utwór nabiera siły (chórki, smyczki, dęciaki itp.). Nabiera jej utwór, a zarazem wokal nie wzmacnia się ponad miarę. Tak, Adele nie użyła das ganze Pulver (określenie pożyczone od Irvinga), nie pobawiła się zakresem głosu jak w "Set fire to the rain" czy "Rolling in the deep", ale słuchając uważnie zaczynamy rozumieć dlaczego. Znając jej możliwości wiemy, że bez trudu mogłaby tę piosenkę zdominować. Dzięki temu, że się wstrzymuje, całość nabiera harmonii, wokal staje się jednym z wielu współgrających ze sobą elementów. 

Bond potrafi działać samodzielnie, ale wiele razy sukces zawdzięcza wsparciu jednostek lub całych zespołów. Adele gra tym razem zespołowo, i dziury w niebie od tego nie będzie. Let the Skyfall, zostały 4 godziny plus jakieś 12 minut i reklamy.

PS Uśmiech dla tych, którzy skojarzyli tytuł. 

środa, 24 października 2012

Kiedy sięgałem po coś do wysokiej szafki, zawadziłem o stojące na jej brzegu dokumenty. Głupio się może przyznać, ale poleciały na ziemię, więc mnąc w zębach jakieś słowa uznane powszechnie za obraźliwe i nieprzyzwoite, przerwałem grzebanie w szafce i schyliłem się żeby je podnieść. 

Były wśród nich paszporty całej rodziny. Uśmiechnąłem się z lekka pod nosem, bo paszport z definicji kojarzy się z zagranicą, a to często niesie za sobą miłe wspomnienia. Starym odruchem zacząłem kartkować któryś z paszportów, żeby te wspomnienia ożywić i wzmocnić. 

Nie udało się. Przejrzałem wszystkie starannie, kartka po kartce. Jeden był prawie jak nowy, więc niewiele mógłby z siebie wykrzesać, ale pozostałe miały odpowiednio cztery i osiem lat od wydania. W tym okresie wybieraliśmy się na dłuższe (niż jeden dzień) wyjazdy zagraniczne sześciokrotnie, odwiedzając przejazdem lub na dłużej dziewięć państw, za każdym razem z paszportami za pasem. Nie ma z tego ani śladu w paszportach, nawet najmniejszego stempelka, tanich wiz wbijanych na lotnisku pozbyłem się ze starymi paszportami.

Schengen ma swoje wady, na pewno odebrało pamiątki (westchnienie człowieka XX wieku). 

20:37, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 października 2012

Dla tych, których tematyka sportowa też interesuje, a z dowolnego powodu nie zaglądają od razu także na mój blog sportowy w serwisie śląsk.sport.pl, informacja, że po okresie pewnej posuchy, popełniłem tak arę notek na tematy bieżące (nie licząc zamieszczanych równolegle wypisków o Formule1), a to:
- o Stadionie Narodowym (wiecie skąd ostatnio takie mgły? Narodowy paruje),
- o reprezentantach narodowych (futbolowych), dwóch konkretnie,
- o byłym mistrzu kolarskim i jego legendzie. 

19:14, bartoszcze , Sport
Link
niedziela, 21 października 2012

W poprzedniej notce na temat 007 było o pięknych kobietach, teraz pora na drugą sól wszystkich bondowskich filmów, czyli Złych. Od razu powiedzmy, że chodzi o głównych Złych, a nie o ich - nawet fascynujących - pomocników (czyli Villains, a nie henchmen, czyli pomijamy choćby Oddjoba, Pana Kidda z Panem Wintem czy Buźkę). Tych również byłoby 22*, bo ranking dotyczy bardziej odtwórców, niż ich filmowych postaci (co zresztą za chwilę się okaże). 

Dziś przyjmiemy kolejność odwrotną, czyli najpierw miejsce trzecie. W rolę Blofelda wcielało się kilku aktorów, z tego trzech pokazywało swoją twarz (nie wiem ile zagrało kotów, nawet Michał Grzesiek chyba o tym nie pisał). Z tych trzech, moim ulubionym pozostaje Donald Pleasence, nie będzie wyżej głównie dlatego, że w "Żyje się tylko dwa razy" na ekranie jego twarzy widać niewiele, a szkoda, tej demoniczności nigdy dość. 

Miejsce drugie zajmuje aktualnie Max Zorin z "Zabójczego widoku". Kapitalna mieszanka geniusza, biznesmena i psychopaty, zwłaszcza na tle podstarzałego Moore'a zawłaszcza ekran dla siebie, a ma na to dużo czasu. I do tego ten prawie nieodłączny uśmiech Christophera Walkena.  

O miejscu pierwszym powie ktoś, że to niesprawiedliwe względem pozostałych. Prawda, już starożytni Słowianie mawiali, że co dwoje to nie jedno, łatwiej dzięki temu wzbogacić skalę Zła. A już zwłaszcza jak można wykorzystać schemat Pięknej i Bestii. Renard, budzący grozę u wszystkich żyjących (bo sam już w pół umarły, choć nie zombie), i Elektra, zwodniczo piękna, panująca jak nie strachem to fortelem, Machiavelli byłby z nich dumny, zwłaszcza w wykonaniu Roberta Carlyle'a i Sophie Marceau w "Świat to za mało". 

W Skyfallu rolę Złego zagrał Javier Bardem i podobno jego Raoul Silva jest rewelacyjny (na pewno jest blondynem). Bardem budzić grozę potrafi, wystarczy wspomnieć jego Antona Chigurha, podobno na ekranie pojawia się już w połowie filmu, więc pole do popisu będzie mieć. Bondowi po całej kolekcji Złych już straszny być nie może, nam.. w sumie to nie horror, ważniejsze żeby nas olśnił.

(100)

Tagi: 007 film
16:55, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »

Dotarła w tym tygodniu wiadomość, że hucznie zapowiadane na czerwiec przyszłego roku Grand Prix Ameryki na nowo budowanym torze ulicznym w New Jersey (nad brzegiem rzeki Hudson, z panoramą na Manhattan), zostaje odłożone na rok 2014. Oficjalnie podany powód to opóźnienia w budowie niektórych budynków (co się myśli nieoficjalnie, to zostawmy na uboczu, bo i tak się pewnie do końca nie dowiemy). 

Pytanie, które bardziej wszystkich nurtuje, brzmi: co w zamian? I tu się nagle okazuje, że tak jak chętni do organizowania wyścigów Formuły1 się pchają drzwiami i oknami, to więcej w tym dobrych chęci, niż możliwości. Wyścig Formuły 1 to przede wszystkim potężne pieniądze, zaczynając od kilkudziesięciu milionów dolarów opłaty na rzecz organizatora cyklu, przez koszty budowy toru po wszelkie wydatki związane z logistyką. Oczywiście, każdy liczy na sponsorów, reklamodawców, bilety, ale tak naprawdę nie obywa się zwykle bez dofinansowania ze strony miasta organizującego wyścig lub nawet państwa (które z kolei liczą na zyski w postaci zwiększonych obrotów dzięki najazdowi kibiców oraz publicity które ma wygenerować dalszy ruch turystyczny). 

Niestety, te rachunki niekoniecznie się chcą domykać. Ściganie na torze w Stambule skończyło się z powodów finansowych, z tych samych przyczyn (zwłaszcza biorąc pod uwagę kryzys finansowy) Walencja zrezygnowała z samodzielnego organizowania wyścigu, dzieląc się nim z Barceloną. Niemcy również zamiast dwóch wyścigów w roku (jak kiedyś) z trudem organizują jeden (Nuerburgring jest na skraju bankructwa, a Hockenheim otwarcie mówi, że nie stać ich na coroczny wyścig). Francja już-już miała znaleźć się w przyszłorocznym kalendarzu, ale stanowcze "nie" dla dofinansowania wyścigu przez państwo (zwłaszcza po wyborach), okazało się przeszkodą zbyt poważną. Nie znalazł się w kalendarzu wyścig w Meksyku, podobno też nie są tam jeszcze gotowi na goszczenie Formuły w roku 2013. Kibice wzdychają za różnymi torami znanymi z przeszłości, jak choćby Imola, ale to nie kibice domykają budżet. Wygląda więc na to, że jeśli nie stanie się cud (czytaj: nie znajdzie się bardzo bogaty wujek), to w przyszłym roku będzie 19 wyścigów zamiast 20, w końcu większość planów nowych wyścigów (Rosja, także mgliste zapowiedzi Argentyny czy Tajlandii) to dopiero 2014, czyli na święty nigdy. 

Notka opublikowana równolegle na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl 

10:46, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 października 2012

Trudno chyba w dzisiejszych czasach o człowieka, który nie widział mobilnych tablic reklamowych w postaci maluchów w kolorze czerwonym, z nadbudówką na dachu w kształcie piramidki, zwykle jeżdżących co najmniej parami lub większymi stadami. A na piramidce (czerwono-żółtej) informacja, pod jakim numer dzwonić, żeby dostać szybki kredyt (choć akurat szybkość tablicy reklamowej nie jest tu najlepszą reklamą). 

Jechałem ostatnio przez jedną z wsi. Droga była kręta, więc to i wyskoczyło na mnie znienacka. Wyjechały mi naprzeciw trzy czerwone mobilne tablice reklamowe. Ale nie maluchy, tylko seicento. 

Wygląda na to, że chwilówki prosperują (no chyba że maluchy się po prostu rozsypały ze starości). Najlepszy to dowód, że kryzysu żadnego nie ma - ale to przecież wiedzieliśmy, bo w kryzysie człowiek sięga do ostatnich zasobów: pije stare wino, je spleśniały ser i jeździ samochodem bez dachu, a nie bierze pożyczki jak jakiś burżuj...

21:30, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 października 2012

Zegar tyka, nowy Bond jeszcze w tym miesiącu. Z informacji wynika, że będzie w nim kilka uroczych ról kobiecych, o jeszcze bliżej nieznanym charakterze. Zabawmy się więc przez chwilę patrząc w przeszłość i ułóżmy listę duetów - najlepszych mieszanych duetów "dziewczyn Bonda" z klasycznych 22 filmów. Mieszanych, bo do pary potrzebować będziemy za każdym razem jednej dobrej i jednej złej, i nie ukrywajmy, muszą się stać dziewczynami Bonda w pełni. Od razu zaznaczmy, że istotnym kryterium może być ilość czasu spędzonego na ekranie. 

Pierwsze miejsce w tym rankingu zajmuje duet z "Operacji Piorun". Luciana Paluzzi jest niezapomnianą Złą, a scena z wanną to absolutny hit. Z kolei Claudine Auger z początku właściwie też jest po stronie złych, ale z biegiem czasu staje się Dobrą, co podkreślił kostiumolog. 

Fiona Volpe Luciana Paluzzi Thunderball 007 Bond Domino Derval Claudine Auger Thunderball 007 Bond

Drugie miejsce - niekoniecznie ze względów patriotycznych - zajmuje duet z "Goldeneye". Famke Janssen niemal hipnotyzuje (jeśli akurat nie zajmuje się innymi złymi rzeczami). Izabella Scorupco jest zaś nie tylko urocza, ale też silna, nie jest jedynie śliczną paprotką (choć może do porównania lilia byłaby właściwsza czy jaki kwiatek sobie kto wymyśli)

Famke Janssen Isabella Scorupco Goldeneye 007 Bond

O trzecie miejsce walka była dość zacięta. Rywalizowały ze sobą drużyny z "Zabójczego widoku" (Tanya Roberts i Grace Jones, choć ta druga - można powiedzieć - ostatecznie kończy jako dobra, a nie zła, ale bierzemy pod uwagę całokształt), "Świat to za mało" (Denise Richards i Sophie Marceau) i "Śmierć nadejdzie jutro" (Halle Berry i Rosamund Pike). Ostatecznie postanowiłem docenić ten ostatni duet, choć "zimna suka" Miranda Frost nie jest w moim typie, ale cóż, Christmas Jones jest zbyt.. jednostronna. 

Miranda Frost Rosamund Pike Die Another Day Jinx Halle Berry Die Another Day 007

Wybór mógłby być znacznie trudniejszy, gdyby warunek zasugerowany na wstępie spełniły Caroline Munro (w zabójczej parze z Barbarą "Co to, marynarzu, nigdy nie widzieliście majora pod prysznicem?" Bach) albo zwłaszcza Ivana Milicevic (z Evą Green... kolana drżą). Ciekawe, czy za dwa tygodnie będzie jeszcze trudniejszy.

Caroline Munro Naomi 007 Spy James Bond  Barbara Bach Anya Amasova 007 James Bond Ivana Milicevic Valenka 007 Casino Royale Bond Eva Green Vesper Lynd 007 Casino Royale

 
1 , 2