Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 26 października 2013

Jednym z dyżurnych tematów sezonu (może już poprzedniego, nie chcę marnować czasu na przypominanie sobie) są jęki i lamenty nad tym, jak to województwo mazowieckie jest niszczone czy też zarzynane przez tzw. janosikowe - czyli mechanizm wyrównywania różnic dochodowych między samorządami, polegający najogólniej na tym, że bogatsi oddają do wspólnej kasy pewną sumę, a potem zebrane środki dzieli się między biednych. 

Ta notka będzie mocno skrótowa i zupełnie nie będzie się zajmowała kwestią "czy janosikowe jest skonstruowane prawidłowo a jeśli nie to dlaczego", w tej sprawie wypowiadał się już nawet Trybunał Konstytucyjny. Ograniczę się natomiast do jednej dość prostej kwestii, a mianowicie czy tak naprawdę "janosikowe" może być takie rujnujące? W tym zakresie pozwolę sobie sięgnąć do danych podstawowych. Kwota 661 mln zł, jaką województwo mazowieckie ma zapłacić w 2013 na rzecz uboższych województw, wygląda istotnie przytłaczająco - dopóki jednak nie zestawi się jej z innymi liczbami. Otóż planowane dochody tegoż województwa na rok 2013 z samego tylko udziału w podatkach dochodowych wynoszą ni mniej ni więcej, tylko 1724 mln zł (w roku 2012 województwo faktycznie uzyskało z tego tytułu 1566 mln zł). Dla porównania, drugie największe województwo w kraju (śląskie, 4,6 mln mieszkańców wobec 5,2 mln w mazowieckim) ma na ten rok zaplanowane dochody z tytułu udziału w podatkach na kwotę... 582 mln zł (a więc prawie trzykrotnie mniej oraz mniej, niż Mazowsze ma oddać do wspólnej kasy).

Pojawia się w tym kontekście wątek "bo wpływy są niższe niż zakładane". Znów analizując publicznie dostępne dokumenty widzimy, że województwo śląskie (znajdujące się w takiej sobie kondycji) uzyskało z podatków dochodowych w pierwszej połowie roku 257 mln zł (44% całości), w tym 62 mln z tytułu PIT (48%) i 185 mln z tytułu CIT (43%). W tym samym czasie mazowieckie zgarnęło 657 mln zł (38%), w tym 99 mln z tytułu PIT oraz 590 mln z tytułu CIT 33%). Ze szczegółowej rozpiski wynika, że nie potrafią się doliczć zaplanowanych 315 mln zł, w tym 51 mln zł od bieżących dochodów firm oraz aż 264 mln zł z tytułu rozliczeń lat ubiegłych. Przeliczenie wskazuje przy tym, że realizacja dochodów z tytułu bieżących podatków jest na mniej więcej takim samym poziomie, jak w województwie śląskim, może nawet ciut wyższym... 

Jak widać: na biednego nie trafiło. Drogie Mazowsze, to nie janosikowe Cię zarzyna, prędzej się udławiłoś górą dochodów - ewentualnie ktoś tam popełnił katastrofalny błąd w planowaniu. Nie wiem co dokładnie spapraliście, ale uderzcie się raz a porządnie we własne piersi - i zrewidujcie budżety na przyszłość, zamiast planować gigantyczne deficyty (44 mln zł w roku 2013). W końcu w 2012 roku dostaliście z podatków mniej, niż w 2011, a mimo to zaplanowaliście wzrost...

20:11, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 października 2013

Znów przy sobocie sięgam po gazetę (stąd nie będzie linka, bo na Wyborczej w części płatnej). Znajduję tekst „Uwiera mnie Murzynek Bambo", rozmowę z doktorantką filologii polskiej „badającą rasizm w języku polskim". Oczywiście – zgodnie z tytułem pojawiają się nawiązania do nieśmiertelnego wiersza Tuwima, ale też mamy Sienkiewicza, dziecięce rymowanki, piosenki, analizę potocznych sformułowań...

Czytam to i jednak oczy przecieram. Nie, nie dlatego, żeby odkryto przede mną mroczne tajniki polszczyzny, raczej zadziwia mnie klucz interpretacyjny. Badaczka stosuje de facto domniemanie rasizmu, zupełnie pomijając aspekt pozarasowy – taki jak chociażby szczególny kontrast, odmienność afrykańskich realiów w stosunku do wszystkiego tego, co znamy. Autorkę razi np. kiedy w przedszkolnej rymowance „Murzynek gada filimiliha, ha, ha", albo ćwiczenie dykcyjne „mówił Murzyn do Murzyna: Kwa-Gwa, Kwe-Gwe, Kwi-Gwi, Kwo". Kiedy mówimy o niezrozumiale brzmiącej mowie, odnosimy się do suahili – lub chińszczyzny (czyżby był to przejaw rasizmu względem Chińczyków), oczywiście moglibyśmy szukać bliżej równie niezrozumiałych fińskiego czy węgierskiego, ale ich odmienność jest mniej oczywista (bo nie są z tak odległej krainy). Porównajmy zresztą poniższe frazy:
Baba yetu uliye mbinguni
Mi atyánk aki a mennyekben
Bapa kami yang seni di syurga
Ang aming ama na sining sa langit*
Wydają się jakże obce, jakże dziwne dla naszego oka i ucha. Czy ktoś próbujący oddać inność ma więc próbować używać dźwięków mniej dziwnych tylko dlatego, żeby nie wyjść na rasistę, zwłaszcza w tekstach pisanych w konwencji prostoty lub kiedy odmienność jest uzasadnieniem sytuacyjnym dla wprowadzenia dziwnych dźwięków?

Albo przywołany w tytule „asfalt". Tak, znam takie określenie w kontekście czarnej rasy, od wielu już lat, ale przyznam szczerze: kiedy po raz pierwszy je usłyszałem, kompletnie nie rozumiałem, co mój rozmówca ma na myśli – bo zupełnie mi się z ludźmi nie kojarzyło. O mówieniu na Murzynów „razowiec", „opona" czy „winyl" dowiedziałem się dopiero z tego tekstu, cóż, jak ktoś się chce wysilić na oryginalność, to każdego słowa można użyć w sposób nieprzyjemny. Użyty przez dziennikarkę przykład „ciemno jak u Murzyna w dupie" występuje również w formach „ciemno jak w dupie" czy „ciemno jak u Murzyna w dupie po czarnej kawie", a więc pojawienie się w nim Murzyna nie ma charakteru poniżającego, tylko jest naturalnym skojarzeniem z ciemnością.

No i nieśmiertelne słowo „Murzyn". Badaczka tłumaczy jego negatywny odbiór (w jej uszach) skojarzeniami z „murzynem", czyli wyrobnikiem, wyzyskiwanym (nie pada, o dziwo, słowo „niewolnikiem", choć to oczywista geneza tego akurat znaczenia); pojawia się też argument , że w staropolszczyźnie „murzyć" oznaczało „brudzić", „czernić". Badaczka wolałaby słowo „ciemnoskóry", które jednak ma zupełnie inny zakres znaczeniowy. Ciemnoskórym można nazwać zarówno mieszkańca „Czarnej Afryki", jak i sporą część jej mieszkańców pochodzenia berberyjsko-arabskiego, jak również mieszkańców Indii, wyspiarzy z Oceanu Spokojnego, Aborygenów i dużą część Indian (oraz potomków Indian) – a nawet i sporo „rdzennych" Europejczyków z Południa, warunki klimatyczne robią swoje. „Murzyn" jest dla mnie opisowy, a nawet – nie ukrywam – ma w sobie pewną dumę w swoim brzmieniu, może dlatego że równie dumnie brzmi dla mnie „Maur" mający być historycznym źródłosłowem.

Rasizm nie tkwi w języku jako takim, rasizm tkwi w głowach. Oczywiście, „czarnuch" nie ma innych konotacji niż obraźliwe, ale to jak kto używa słowa „asfalt", „Murzyn", „węgiel", zależy wyłącznie od niego. Interesującym może być fakt, że badaczka jest córką Nigeryjczyka i Polki, pewien czas mieszkała w Nigerii, chodziła tam do szkoły i... bardzo jej się to nie podobało, „nie chciała żeby jej dotykały czarne ręce". Z takim bagażem trudno jest czytać Tuwima jak opowieść oswajającą z odmiennością, kiedy widzi się tylko Rydzykowe grepsy o niemyciu (pamiętajmy, że w Afryce występuje dokładnie odwrotne niż u nas postrzeganie czerni i bieli, biel jest kolorem złego, a czerń – dobrego).

Przypomina mi się – to już właściwie anegdotycznie – bohater „Króla Szczurów" Clavella, żyjący w kompleksie usłyszanej za młodu frazy, że „biała biedota śmierdzi jeszcze gorzej niż czarna". Każda dyskryminacja zaczyna się w głowie.

*te frazy to tłumaczenia przy po mocy Google Translate słów „ojcze nasz któryś jest w niebie" na filipiński, malajski, suahili i węgierski (kolejność alfabetyczna, nie tłumaczeń) 

PS Nieoczekiwaną puentę do notki dopisał prof. Antoni Sułek, który w następny weekend skontrował omawiany tekst w Wyborczej, analizując tekst "Murzynka Bambo" i kończąc ana,izę pytaniem "Czy można ułożyć być bardziej antyrasistowski wierszyk?" [27.10.2013]

sobota, 19 października 2013

Mam wrażenie, że to pieśń straszliwie niedoceniana. Pochodzi wprawdzie z Najpiękniejszej Płyty Świata, lecz jest na niej schowana na samym końcu, że nie każdy do niej w pełni dotrze, bo odpłynie wcześniej w zachwycie. Sam też ją traktuję na swój sposób po macoszemu, słucham jej najczęściej jako afterki do Najpiękniejszej Piosenki Świata (na płycie umieszczone są właśnie w tej kolejności), służy mi jako ten swoisty papieros „po".

A przecież ta pieśń to samo piękno i dobro. Sprawia wrażenie, jakby została napisana specjalnie pod koncerty Unplugged zanim te stały się modne, gitara brzmi w niej tak, że słychać każde draśnięcie kostką o strunę. Fortepian* wybrzmiewa każdy dźwięk w sposób idealnie pasujący, siły dodają bezsłowne chóry (nawet jeśli to właściwie mruczando Millsa i Berry'ego), a całość wieńczy harmonijka. I tekst tak dobrany, że słowa brzmią jakby były nutami, posłuchajcie sami:

I have got to find the river,
Bergamot and vetiver
Run through my head and fall away...

Nic, tylko odnaleźć rzekę i płynąć nią aż do oceanu. Kapitan Michael Stipe na łajbie R.E.M, oczywiście. 

niedziela, 13 października 2013

Na jednym ze straganów w uliczkach wokół Watykanu widzę damskie torby (albo może: torebki wielkoformatowe, nie znam się) z wielkim (format A4 co najmniej) zdjęciem Papa Francesco. Nie spoglądam nawet na cenę (nie znam nikogo, komu chciałbym rzecz taką kupić, czy to w charakterze pamiątki, gadżetu czy jakimkolwiek innym), ale kiedy już ten stragan minąłem, zaczyna mnie dręczyć myśl: skoro Franciszek jest zwolennikiem ubóstwa, to cena tej torby powinna być niska. Ale nie wróciłem sprawdzić.

Idziemy wzdłuż Murów Watykanu. Jeden, drugi, trzeci zakręt... i jeden element pozostaje niezmienny: długa kolejka ludzi czekających na wejście do Muzeów Watykańskich, od ulicy Leona IV miejsce dla nich wyznaczają specjalne barierki. Wokół nich kręcą się oczywiście liczni łowcy okazji, jedni sprzedają butelki zimnej wody („łan euro" za półlitrową), inni proponują minięcie kolejki poprzez wykupienie wejścia z przewodnikiem (dla wchodzących grupami jest osobne wejście). Mijamy wyniośle i jednych, i drugich, dziękując sobie w duchu za przezorność, że swoje wejście zarezerwowaliśmy przez Internet parę tygodni wcześniej (choć nie ma róży bez kolców, bo gdybyśmy nie zdążyli, to pieniędzy nie zwracają). 

Do wejścia do Bazyliki też kolejka, wyjątkowo nie po bilety, tylko do kontroli bezpieczeństwa. Siedzę przy fontannie i patrzę jak się przesuwa, mimo że długa, to biegnie sprawnie. Upalny, słoneczny lipcowy dzień, masa ludzi kupuje kolorowe parasolki, dzięki nim łatwiej jest zarejestrować kto się o ile przesunął, w sumie nie więcej niż na 15-20 minut czekania. 

Tagi: Włochy
21:25, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 października 2013

Jakiś czas temu opowiadałem, jak to wróciłem to jednej z najstarszych gier windowsowych, czyli Sapera. Używam nadal, wciąż z tą samą motywacją (czyli trening umysłu plus prokrastynacja), ale ostatnio wprowadziłem do rozgrywki odmianę - gram mianowicie jednym palcem (znajomi z fejsa już wiedzą o co chodzi), a właściwie jednym przyciskiem.

Zasadniczo w Saperze lewym przyciskiem myszy odsłania się poszczególne miejsca, a prawym zaznacza się pola, na których rozpoznano obecność miny (taką chorągiewkę się stawia). Z lewego przycisku zasadniczo zrezygnować się nie da, natomiast z prawego... Gram, notując jedynie w pamięci miejsca w których były miny, czasem przypominając sobie od początku. Dodatkowym utrudnieniem jest wtedy, że też samemu trzeba zliczać, ile tych min już zostało zidentyfikowanych - niejeden raz od tego zależy trudna końcówka w grze, bo inny będzie rozkład jeżeli na określonej przestrzeni muszą się zmieścić trzy miny, a inny jeśli tylko dwie (czasem, oczywiście, nie pomaga nic poza rzutem monetą). 

Wbrew pozorom przy odrobinie treningu wcale gra nie musi trwać wiele dłużej, choć wyobraźnię należy wysilić bardziej. Ale za to ten końcowy efekt kwitnącej łąki (przynajmniej moja wersja Sapera pokazuje kwiatek w miejscu każdej nieodsłoniętej miny) jest nie do pogardzenia.

saper wącha kwiatki na łące Windows

Tagi: fotka gierki
15:05, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 07 października 2013

Skręciwszy z najbardziej utartych rzymskich tras, mijamy Ara Pacis Augustae i zatrzymujemy się przy nowoczesnej, bielutkiej fontannie. Właściwie to rodzaj baseniku z płyt kamiennych, w którego dnie osadzono szereg rur tryskających (z tych szerszych). Niski brzeg z jednej strony wprost zachęca do tego, żeby coś w tej fontannie zamoczyć, najlepiej jak najwięcej (temperatura zbliża się do czterdziestki i ani jej w głowie, że to za dużo), ale tuż z boku widać tabliczkę, że do fontanny ze względów bezpieczeństwa wchodzić zakazano, w końcu można sobie rozbić głowę, utopić się albo co jeszcze. Carabiniere żadnego w okolicy nie widać, ale towarzystwo przy fontannie karne, siedzi tylko na tym niskim brzegu i majta nogami w wodzie (jak nie stoi, to nie weszło).

Obserwuję sobie tak z boku (rozglądając się zarazem za jednym z niemal wszechobecnych rzymskich kraników, bo takiej wody z fontanny to strach by się było napić, a nawet twarz przetrzeć). W pewnej chwili do fontanny podchodzi elegancka kobieta (pewnie Włoszka, ale skąd to w Rzymie można wiedzieć), zastanawiam się w myślach, kogo za chwilę spod tej fontanny wyciągnie i zabierze do domu. A ona tymczasem zdejmuje buty na korkowym koturnie, podwija obcisłe czarne spodnie i z niezmiernie zadowoloną miną moczy nogi w wodzie.

Lato. Upał. Rzym. 

Tagi: lato Włochy
20:12, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 października 2013

SUFLER
(staruszek pracujący z coraz większym opóźnieniem)
"..znowu rzucamy jak z rękawa perłę przed wieprza.."
(całkowicie zasypia z objawami całkowitej sklerozy)

Jestem z natury dość cierpliwy i mam zawsze dużą dozę wyrozumiałości dla ludzi komentujących transmisje sportowe, bo zdaję sobie sprawę, że oni jednocześnie starają się mówić sensownie, orientować się w całokształcie tego co widać i być może tego co nie widać, i jednocześnie udzielają się im emocje takie same jak nam (opanowanie tych emocji może być najtrudniejsze). Z tego powodu zwykle z dużą wyrozumiałością podchodzę do wpadek językowych (choć radośnie się z nich śmieję) i mam spory margines tolerancji na nieporadności merytoryczne. 

Dotyczy to także (a może zwłaszcza) komentatorów polsatowych transmisji F1 (wykpiwanych niemiłosiernie) z nieśmiertelnym Andrzejem Borowczykiem ("jak myślisz Maurycy, czy urocza partnerka sympatycznego kierowcy X..."), którego w tym sezonie wspiera Grzegorz Jędrzejewski, specjalista od wyścigów motocyklowych. Widzą co widzą (ewidentnie korzystają - oprócz przekazu telewizyjnego - z live-timingu i także z nieco szerszego podglądu komunikacji radiowej zespołów), niestety albo nie dostrzegając dużej części tego co się dzieje, albo nie potrafiąc zrozumieć tego co widzą. Dziś niestety (dla nich) nie wytrzymałem już podczas GP Korei. Już pal licho, że nie wyłapują podawanej dyskretnie (acz widocznie) informacji, że poza bieżącym obrazem ktoś kogoś wyprzedził, gorzej, że nie widzą kto zdążył zjechać na zmianę opon (co oczywiście chwilowo zmienia kolejność na torze), nie pamiętają co wynika ze strategii wyścigowych (przez co nie są w stanie zrozumieć, dlaczego w danym momencie ktoś bije rekord okrążenia albo z łatwością wyprzedza innego). Szczytem dla mnie było jednak, kiedy po defekcie opony Pereza dywagowali przez pół okrążenia, kiedy na tor wyjedzie samochód bezpieczeństwa - a sygnał o jego wypuszczeniu pojawił się dosłownie po kilku sekundach od momentu, gdy nad torem na szybkiej prostej pofrunął wielki pas gumy i fragment skrzydła; komentator o refleksie niczym sufler z Gałczyńskiego*, cóż, na dodatek jeszcze dziecku mi w głowie namąci...

A ileż smaczków mieliśmy dziś w wyścigu! Zimne ognie spod przedniego skrzydła Rosberga, kiedy poluzowało się jego mocowanie. Płonący bolid Webbera, którego obsługa nie potrafiła ugasić, że aż wysłali na tor samochód strażacki (co gorsza bez uzgodnienia z dyrekcją wyścigu). Fenomenalna walka o czwarte miejsce, z której zwycięsko wyszedł Hulkenberg (jakże żałowałem, że Vettel nie skończył z defektem, raz że dałoby to Sauberowi podium, dwa że wlałoby odrobinę emocji do umierającej rywalizacji o tytuły). Inżynier informujący Webbera, że na ostatni stint założyli mu mniej wytrzymałe opony supermiękkie "bo zabrakło pośrednich". Gorący pojedynek koło w koło, skrzydło w skrzydło, w wykonaniu czterech Latynosów jednocześnie (Maldonado, Gutierrez, Massa, Perez). I jakże znamienny komunikat motywacyjny, pokazujący bieżące relacje w Lotusie: "Romain, you are faster than Kimi", cóż, Kimiemu nawet nie śmieli tego zasugerować, w końcu odpowiedziałby w najlepszym przypadku "nie rozumiem co do mnie mówisz".

*Metempsychoza z Najmniejszego Teatru Świata

sobota, 05 października 2013

Bycie pasażerem w samochodzie ma tę dobrą stronę, że pozwala na swobodne przyglądanie się światu poza asfaltem, i można wtedy zobaczyć wiele ładnych, miłych i ciekawych rzeczy. Na przykład można zobaczyć tablicę reklamową z napisem:

KEBAB
Serwis kół
Myjnia 

Podobnie jak w tym przypadku, chyba bałbym się pojechać coś zjeść w tym... zakładzie.

18:05, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 października 2013

Tegoroczny sezon F1 chyli się ku końcowi (wiem, że matematycznie to dopiero dwie trzecie, zostało sześć wyścigów z dziewiętnastu), bo losy tytułów są właściwie przesądzone - nikt nie patrzy, czy ktoś dogoni Sebastiana Vettela, tylko raczej się wszyscy zastanawiają, po którym wyścigu zapewni on sobie tytuł mistrzowski (czwarty z rzędu), sobie i zespołowi, powstrzymać go może tylko cud lub ortopeda. Ponieważ walka o drugie miejsca jest mniej zajmująca (choć o wygraną w poszczególnych wyścigach niezmiennie), postanowiłem spojrzeć w nieco szerszej perspektywie. 

Oczywiście, mógłbym pisać tu o walce o piąte miejsce w klasyfikacji konstruktorów (ma znaczenie mierzone kilkoma milionami dolarów wyższej nagrody na koniec sezonu), albo zastanawiać się nad tym, jak blisko tegorocznym debiutantom z Saubera i Williamsa do zdobycia pierwszego punktu w karierze (ocierali się parokrotnie). Zajmę się jednak rywalizacją toczoną na samym dole, między kierowcami dwóch najsłabszych zespołów. Najsłabszych, bo na palcach jednej ręki można policzyć przypadki, kiedy w tym sezonie kierowca silniejszego zespołu minął linię mety później niż którykolwiek z czwórki tych z tyłu (nie liczymy przypadków, kiedy zakończył wyścig nie dojeżdżając do mety, oczywiście).

Przyjrzałem się szczegółowo wynikom osiąganym przez kierowców zespołów Marussia i Caterham. Ponieważ nie zdobyli jeszcze oczywiście żadnych punktów w tym sezonie (żaden z tych zespołów nie zdobył choćby punktu w swojej historii..), o ich kolejności rozstrzygają zajęte miejsca. Jeżeli więcej niż jeden zawodnik zdobył dane miejsce w wyścigu, decyduje to, który ma tych miejsc więcej. Jeżeli mają po tyle samo danych miejsc - decydują kolejne najlepsze miejsca... i tak da capo al fine (czyli do ustalenia kolejności). I przyznam, że o kolejności między nimi decydują zaskakująco fascynujące drobiazgi.

Prowadzi Jules Bianchi z Marussi, dzięki zajętemu w jednym z wyścigów jednemu jedynemu trzynastemu miejscu. Pozostała trójka potrafiła - każdy po jednym razie - doskoczyć jedynie do miejsca czternastego, więc dalszą kolejność ustalamy na podstawie następnych najlepszych wyników. Niewątpliwie najsłabszy jest drugi zawodnik Marussi, Max Chilton, którego drugim najlepszym wynikiem jest jedno jedyne miejsce szesnaste, podczas gdy zawodnicy Caterhama meldowali się parokrotnie na miejscu piętnastym - każdy z nich po dwa razy. Patrzymy dalej - i Charles Pic, i Giedo van der Garde dojeżdżali dwukrotnie na miejscu szesnastym (a więc mają po pięć identycznych najlepszych wyników...) I dopiero potem nadchodzi rozstrzygnięcie - Pic cztery razy dojechał na miejscu siedemnastym, van der Garde - pięć razy na osiemnastym. A więc kolejność w formie tabelarycznej (w nawiasach liczby poszczególnych miejsc):
1. Bianchi    (1x13, 2x15, 2x16, 1x17, 3x18, 2x19)
2. Pic  (1x14, 2x15, 2x16, 4x17, 1x18, 1x19)
3. van der Garde (1x14, 2x15, 2x16, 5x18, 1x21)
4. Chilton  (1x14, 1x16, 5x17, 4x19, 2x20) 

Oczywiście, w klasyfikacji kierowców ta kolejność ma znaczenie li tylko honorowe. Ale te same miejsca decydują też o kolejności w klasyfikacji konstruktorów, i o możliwości uzyskania nagrody za dziesiąte miejsce w tejże... To jedno trzynaste miejsce Bianchiego może być warte miliony dolarów. Może być, bo wystarczy jeden wyścig pełen zawirowań (na starcie stają zwykle 22 samochody, a więc musiałoby być ze siedmiu pechowców), żeby tę klasyfikację odwrócić, walka będzie trwała do samego końca. W zeszłym roku Caterham wyprzedził Marussię w ostatnim wyścigu, kiedy w końcówce Witalij Pietrow w swoim Caterhamie wyprzedził Charlesa Pica (wtedy Marussia) w walce o jedno jedyne jedenaste miejsce w sezonie...

Notka opublikowana równolegle na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl

Tagi: statystyki
11:39, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »